Adam Panasiuk
Śladami zapomnianej historii …
Michałów
1. Geneza powstania wsi i jej losy do odzyskania niepodległości
1.1. Geneza powstania wsi i jej nazwy
Pod koniec XVIII wieku na teren dzisiejszej Gminy Urszulin przybyli pierwsi koloniści z Europy Zachodniej. W 1796 roku w pobliskim Urszulinie osiedlili się mający szwajcarskie korzenie mennonici. Po niedługim czasie pierwsi mennoniccy osadnicy zaczęli budować się na obszarze obecnego położenia wsi, nazywając swoją osadę Michelsdorf. W ciągu kilku lat cała społeczność mennonitów mieszkała już w Michelsdorfie. Legenda głosi, że nazwa Michelsdorf – Michałów pochodzi od imienia Michał (Miecha), który miał przywieść tutaj osadników na miejsce stałego osiedlenia: Miał ten Michał krowę, która już na nowym osadnictwie urodziła dwa byczki bliźniaki. Koloniści uznali to za dobrą wróżbę i gdy te podrosły, oborali bruzdę wokół swoich posiadłości na Michałowie. Ślubując jednocześnie, że w soboty nie będą wywozić gnoju na pole, co miało uchronić ich pola przed gradem. Ślubów dotrzymywali, w soboty gnoju nie wywozili i nigdy się nie zdarzyło, że gradobicie spustoszyło ich pola i uprawy.
W Tabeli miast, wsi i osad Królestwa Polskiego z 1827 roku widnieje nazwa Michelsdorf, zaś na mapie topograficznej z 1839 roku nazwa ta zostaje rozwinięta – Michelsdorf Kolonia czyli Szwaycary. W ramach rusycyzacji podjęto w latach osiemdziesiątych działania zmierzające do zmiany nazwy. W 1887 roku generalny gubernator zaproponował rusyfikację nazw kilku miejscowości typowo polskich i niemieckich. Sporządzona po dwóch latach lista, na której znajdował się Michelsdorf już jako Michoładar, trafiła do kuratorium, a następnie do komisji składającej się z profesorów Uniwersytetu Warszawskiego. Komisja zaproponowała nazwę Michajłówka. Plany władz carskich z nieznanych powodów nie zostały zrealizowane. W 1915 roku chełmski Urząd do spraw Włościańskich wprowadził nazwę Michajłowo, jednak nie przyjęła się wśród mieszkańców i w okresie II Rzeczpospolitej dalej funkcjonowała nazwa Michelsdorf. Dopiero po II wojnie światowej nazwa wsi została spolszczona, bowiem zaczęto ją określać Michałowem.
1.2. Osadnictwo mennonitów
Mennonici do Michałowa przybyli w 1796 roku z miasteczka Montbeliard we Francji. Przyjechali w te strony na zaproszenie księcia Adama Czartoryskiego (ówczesnego właściciela Włodawy), za zgodą rządu austriackiego, pod panowaniem którego znajdowała się wówczas ziemia chełmska. Aby zwiększyć wydajność tych ziem rząd austriacki zachęcał i sprowadzał osadników z Europy Zachodniej, oferując im korzystne warunki. Książe Czartoryski zdecydował się na sprowadzenie mennonitów podczas pobytu w Montbeliard u swojego szwagra Fryderyka Eugeniusza Wirtemberskiego. Z zebranych przez związek wyznaniowy menonitów w Stanach Zjednoczonych dokumentów dowiadujemy się, że Czartoryski wówczas spostrzegł dziewczynę o nazwisku Stucki służącą w jego domu, skromnie ubraną i odnoszącą się do innych z szacunkiem. Zaczął się więc o nią wypytywać oraz o jej współwyznawców. Gdy zobaczył ich pracujących, zechciał koniecznie sprowadzić ich do siebie, co też uczynił. Grupa sześciu rodzin mennonitów z Montbeliard wyruszyła na polskie ziemie w dniu 8 lutego 1791 roku. Władze Księstwa Wirtembergii, w którym wówczas znajdował się Montebeliard, zwróciły się do władz księstw niemieckich o umożliwienie swoim dotychczasowym osadnikom swobodnego przejazdu przez ich terytoria oraz udzielenia wszelkiej pomocy, jaka może być potrzebna w trakcie podróży. Po latach tułaczki dotarli do Urszulina. W krótkim czasie zaczęli się budować na znajdującej się od strony północnej wyniosłości pomiędzy bagnami, tworząc osadę Michelsdorf.
Wśród pierwszych osadników byli Moses Gering, Johann Schrag, Johann Graber, Johann Lichti, Peter i Elizabeth Kaufman, Anna Roth, Christian i Maria Graber, Jacob Muler oraz Christian i Maria Stucki. W początkowych latach mennonici zostali zwalniani z różnych podatków i czynszów, czy też ze służby wojskowej. Posługiwali się językiem niemieckim, ale z racji zamieszkiwania przez kilkadziesiąt lat we Francji język ten charakteryzował się naleciałościami z języka francuskiego. Osadnicy ci tworzyli jedną z trzech grup kościoła Amiszów w środkowo-wschodniej Europie, powstałego w wyniku podpisania porozumienia w niemieckim miasteczku Essing. Karta Essing zobowiązywała wszystkich sygnatariuszy do przestrzegania zasad kościoła amiszów. W karcie tej widnieją więc nazwiska wszystkich założycieli kościoła, w tym Josepha Schraga, przodka jednego z mieszkańców Michelsdorfu. Amisze michelsdorwscy byli odłamem nieco większej grupy osadników tego wyznania mennonickiego, którzy w ramach kolonizacji józefińskiej osiedlili się w Galicji. Dlatego też, po kilku latach pobytu pierwszych osadników, dołączyli do nich mennonici z Galicji, chociażby Elizabeth i Joseph Mundlein w 1802 roku, a także w 1797 roku kilka rodzin mennonickich – amisze pochodzący ze Szwajcarii. Joseph Mundlein był jednym z przywódców ruchu amiszów.
Wskutek tych migracji we wsi pojawiły się rodziny Szwarców, Kordyciów, Wolbertów, czy też Kiryków. Rodzina Szwarców była wyznania luterańskiego, dopiero dzieci Jakuba Szwarca przystąpiły do Zgromadzenia Mennonitów w Michelsdorfie. Z powodu braku swoich instytucji religijnych większość mieszkańców uzyskiwało wpisy metrykalne w kościele wereszczyńskim. Jako urzędnik stanu cywilnego proboszcz łaciński prowadził rejestr urodzeń, ślubów i zgonów nie tylko dla katolików, ale także dla mieszkańców mennonickich, zwanych przez polskich i ruskich sąsiadów „manistami”.
Sakramenty uzyskiwane w kościele wereszczyńskim uznawali jako konieczność, gdyż państwo nakładało zobowiązania w zakresie urzędniczych czynności stanu cywilnego. W rzeczywistości zasady wiary michelsdorfskich mennonitów różniły się diametralnie od zasad wiary katolików. Charakterystyczną cechą wyznania mennonickiego jest chrzest dorosłych. Kierują się bowiem rozumowaniem, że najpierw trzeba poznać i zrozumieć zasady wiary, poczym dopiero można być ochrzczonym. W świątyniach nie umieszczają obrazów, ani krzyży, nie uznają czyśćca, świętych, czy spowiedzi, gdyż – jak nauczają – nie potrzebują pośrednika między bogiem a sobą. Mennonici nigdy nie przysięgają, a prawdomówność stwierdzają podaniem prawicy i wypowiedzeniem słów „tak” lub „nie”. Badający historię osadnictwa kolonialnego na Chełmszczyźnie Kurt Luck pisał, iż michelsdorfscy menonici szczególnie czcili niedzielę, podobnie jak Żydzi szabas. Na ten dzień myli nogi, a wszystkie posiłki przygotowywali już w sobotę.
Mennonici w Michelsdorfie byli nie tylko bardzo pobożni, ale i wykształceni oraz niezwykle pracowici. Wykazywali się ogromną zręcznością i kunsztem, jeśli chodzi o osuszanie bagien, dlatego też mieli nadzieję, iż teren Polesia stworzy im dogodne warunki do zasiedlenia. Warunki, jakie zastali, okazały się jednak za trudne dla rozwoju gospodarczego co spowodowało, iż zaczęli stopniowo opuszczać wieś. Najpierw w latach 1813 – 1815 większa część mieszkańców mennonickich sprzedała swoje gospodarstwa i wyemigrowała na wschód osiedlając się na Wołyniu w miejscowości Edwardów, jednakże część osadników wróciła z powrotem (np. Peter Preheim z Marią Graber). Pierwsza fala emigracji wystąpiła na wskutek zachęty w postaci zaproszenia, wystosowanego przez księcia Lubomirskiego, który pokrył wszelkie koszty związane z przeprowadzką. Bezpośrednim powodem ich wyjazdu mógłby być jednak spór z właścicielem dóbr andrzejowskich Michałem Węglińskim, gdyż ze sobą zabrali plan kolonii i wszelkie dokumenty potwierdzające prawo własności oraz zasady użytkowania gruntów.
Pozostali osadnicy z lewej części wsi (rodziny Graberów i Kaufmanów) wyjechali w 1837 roku również na Wołyń do miejscowości Horodyszcze, choć niektórzy zostali we wsi już na stałe (np. Anna Schrag, która żyła w Michelsdorfie do 1872 roku). Osiedli się na Grobelkach i jeszcze przez kilkadziesiąt lat żenili się między sobą, aż do czasu, gdy stało się to niemożliwe. Emigracja drugiej grupy mennonitów zapewne została przyspieszona w wyniku zaniechania planu zbudowania kanału wodnego prowadzącego z Włodawy do Łęcznej. Zrodzony w 1829 roku plan miał na celu skrócenie drogi statkom rzecznym płynącym z górnej części Bugu do Warszawy, ożywienia handlu zbożowego, polepszenia warunków transportu drzewnego, a przede wszystkim osuszenia rozległych okolicznych bagien.
1.3. Osadnictwo kolonistów niemieckich
Od 1822 roku w miejsce opuszczonych po mennonitach gospodarstwach zaczęli osiedlać się niemieccy koloniści z Kujaw i Wielkopolski, pochodzący głównie z miejscowości Babiak. Zakupili gospodarstwa, jednakże wyjeżdżający menonici zabrali ze sobą całą dokumentację, stąd też dziedzic Michał Węgliński podjął próbę przejęcia ich posiadłości. Jak opisuje Kurt Luck Niemcy wybrali spośród siebie Fruka, który miał za zadanie odszukać menonitów na Ukrainie i odzyskać umowy oraz plany kolonii. Dziennie pokonywał około 30 kilometrów i po 8 dniach przybył do Antoninsdorfu, gdzie znajdowała się część szwajcarskich osadników. Tam odzyskał dokumentację i w ten sposób uratował własność niemieckich kolonistów przed zakusami Węglińskiego.
Powodem przyjazdu kolonistów niemieckich do Michelsdorfu była panująca na obszarze Prus i innych księstw niemieckich bieda, przeludnienie na wsiach, jak i wieloletnie obciążenie chłopów służbą wojskową. Jednak nowi przybysze najbardziej pragnęli wolności, co dawało im właśnie osadnictwo na terenach polskich zaboru rosyjskiego. W okresie Królestwa Polskiego władze carskie popierały osadnictwo kolonistów niemieckich. W dniu 5 marca 1816 roku carski namiestnik Królestwa Polskiego generał Józef Zajączek wydał korzystny dla osadnictwa kolonistów dekret. W myśl jego postanowień, rolnikom przybyłym z zagranicy, którzy osiedlili się na pustkach w dobrach narodowych gwarantowano zwolnienie z płacenia czynszu przez okres sześciu lat i ulgi w płaceniu podatków oraz opłat pod warunkiem, że pozostaną oni przez następne sześć lat po upływie wcześniejszej wolnizny. Takie działania spowodowały, iż w miejsce opuszczających wieś mennonitów osadę powoli zasiedlali koloniści z Kujaw i Wielkopolski. Z drugiej strony wprowadzano liczne przepisy pogarszające sytuację chłopów czynszowników, a takimi przecież byli koloniści. W 1818 roku wydano akty prawne, które zabraniały chłopom opuszczać wieś bez zgody wójta, a tym z zasady był właściciel wsi. Wójtem był dziedzic dóbr andrzejowskich, gdyż Michelsdorf wchodził w skład patrymonialnej gminy Andrzejów. Dwa lata wcześniej wprowadzono zaś przepisy, w których zezwolono wójtom nakładać na chłopów kary cielesne i były te kary często stosowane. Chłop mógł się oczywiście odwołać do sądów, ale po wcześniejszym wniesieniu opłaty sądowej i własnoręcznym podpisaniu się.
Koloniści osiedlając się na dobrach szlacheckich poddani byli ciężarom czynszowym, daninom i podatkom publicznym. Przenoszenie własności ziemi odbywać się mogło jedynie po upływie określonego czasu posiadania i pod ścisłą kontrolą dziedzica. Wobec kolonistów dziedzic stosował odpowiedzialność zbiorową, a więc w przypadku ucieczki, bądź braku zapłaty obciążeń czynszowych, obowiązek uiszczenia przechodził na pozostałych mieszkańców. Tak surowe prawo oraz znaczące zobowiązania czynszowe również miało wpływ na emigrację dotychczasowych mennonickich mieszkańców Michelsdorfu na Wołyń.
Oprócz pozostałych mennonickich Szwajcarów i nowoprzybyłych niemieckich osadników we wsi zamieszkało kilka rodzin wyznania mojżeszowego (np. rodzina Woli Janklowicza, Wolfa Szwaycmana, Haima Sobiela i Abrama Leybowicza) i katolickiego, którzy podobnie jak ich sąsiedzi zajmowali się uprawą roli. Katolickie rodziny Karpińskich i tkacza Jana Junga były jedynymi polskimi zamieszkałymi w Michelsdorfie na początku dziewiętnastego stulecia, choć rodzina Jungów miała niemieckie korzenie. W latach trzydziestych do wsi sprowadził się kowal Józef Kołakowski. We wsi mieszkała ponadto ruska rodzina Tymoszuków, wyznania prawosławnego. Okoliczni mieszkańcy ruscy byli wyznawcami przede wszystkim religii greko-katolickiej, gdyż w pobliżu znajdowały się aż cztery kościoły unickie (w Andrzejowie, Wereszczynie, Wytycznie i Woli Wereszczyńskiej). Wyznanie prawosławne rodziny Tymoszuków wynikało stąd, iż przybyli do Michelsdorfu z odleglejszych stron, gdzie wyznaniem dominującym było prawosławie. Do uzyskania sakramentu ślubu Wasyla Tymoszuka z łacinniczką Marianną Krzyżanowską po metrykę chrztu pan młody udał się do cerkwi aż w Pawłowie.
Do czasu odzyskania przez Polskę niepodległości zdecydowana większość osadników stanowili mieszkańcy pochodzenia niemieckiego. Zgodnie z danymi tabeli likwidacyjnej z 1864 roku w Michelsdorfie właścicielami kolejnych osad byli:
· gospodarstwo nr 1 – Fryderyk Wolski i Wilhelm Taron;
· gospodarstwo nr 2 – Ludwik i Jan Krugery;
· gospodarstwo nr 3 – August i Henryk Reichwaldy;
· gospodarstwo nr 4 – Jan Taron i Jan Prośniewski;
· gospodarstwo nr 5 – Jan Taron i Ferdynand Wolski;
· gospodarstwo nr 6 – Samuel Taron;
· gospodarstwo nr 7 – Andrzej Bilof;
· gospodarstwo nr 8 – Fryderyk Taron i Fryderyk Reichwald;
· gospodarstwo nr 9 – Wilhelm Schultz i Jan Fruk;
· gospodarstwo nr 10 – Samuel Kruger;
· gospodarstwo nr 11 – Andrzej Kieser;
· gospodarstwo nr 12 – Marcin Belke;
· gospodarstwo nr 13 – Krzysztof Lemke i August Kruger;
· gospodarstwo nr 14 – August Fruk i Fryderyk Schnell;
· gospodarstwo nr 15 – Marcin Ryba i Jakub Wolski;
· gospodarstwo nr 16 – Jakub Wolski.
Część z osadników niemieckich (np. Bielofy, Tarony i Rolofy) przeprowadziło się w latach osiemdziesiątych w okolice Zastawia, zakładając tam osadę o nazwie Józefin. Jeszcze w latach sześćdziesiątych we wsi zamieszkała polska, katolicka rodzina Korzeniowskich, później zaś osiedlili się Baczyńscy. Żyjąc w swoim środowisku Niemcy dość długo utrzymywali własną tożsamość. Od mieszkańców z okolicznych miejscowości dzieliło ich bardzo dużo. Najczęściej mieszkańcy Michelsdorfu byli pisemni, zaś okoliczni Polacy i Rusini w zdecydowanej większości byli analfabetami, posługiwali się swoim językiem, różniła również wiara. Te wszystkie różnice zniechęcały ludzi innej narodowości do osiedlania się w Michelsdorfie.
W latach sześćdziesiątych Aleksnader Karpiński wykupił włości andrzejowskie i wytyckie po Załuskich, w tym grunty znajdujące się również w Michelsdorfie. Przejęcie nastąpiło w okresie uwłaszczania. W samym Michelsdorfie w 1864 roku przyznano na rzecz 15 osad włościańskich aż 1107 morgów ziemi. Już po kilku latach, zamieszkały w Andrzejowie, dziedzic Aleksander Karpiński wybudował w Michelsdorfie przy Jeziorze Długim cegielnię. Inwestycję mógł zrealizować dorabiając się na sprzedaży ryb z Jeziora Wytyckiego i Jeziora Długiego. Do Karpińskich, a wcześniej do Załuskich, należały również lasy porastające tereny Michelsdorfu, dlatego też znaczna część mieszkańców trudniła się pracami przy ich karczowaniu. Te wszystkie inwestycje, a przede wszystkim uwłaszczenie wpłynęły na rozwój wsi, choć do końca dziewiętnastego stulecia liczba zabudowań się nie zmieniała. W 16 osadach zamieszkiwało wówczas 223 mieszkańców. Gospodarzyli na gruntach zajmujących powierzchnię 374 morgi ziemi. Prawie dwa razy więcej zabudowań występowało w 1915 roku, gdyż wieś liczyła wówczas 29 gospodarstw. W południowej części wsi, przy ewangelickim cmentarzu funkcjonował młyn – wiatrak. Pod koniec XIX stulecia wytyczono i utwardzono kamieniem nową trasę Lublin – Włodawa, która omija najstarszą część wsi. Nowa droga nie wypłynęła jednakże znacząco na życie wsi, gdyż w dalszym ciągu Michelsdorf był osadą o charakterze rolniczym, więc zmniejszenie się ruchu nie stanowiło dla osadników większego problemu. Do dnia dzisiejszego większość mieszkańców utrzymuje swoje zabudowania gospodarcze przy starym szlaku.
1.4. Gospodarka, życie we wsi i relacje osadników z miejscową ludnością
Byt szwajcarskich i niemieckich kolonistów w początkowym okresie ich osadnictwa był stosunkowo ciężki. Nabyte grunty na terenie podmokłym i bagiennym, porosłe gęstym lasem wymagały dużo, bardzo ciężkiej pracy, aby je zagospodarować i zamienić w uprawną ziemię. Lokalizacja wsi na zabagnionej ziemi powodowała, iż początkowo koloniści dostosowywali ją raczej do wypasu bydła, niż do produkcji ziarna. W związku z tym pierwsi mennonici i niemieccy koloniści wyspecjalizowali się w hodowli bydła mlecznego, a wyroby w postaci mleka i masła sprzedawali w okolicznych miastach. Osadnicy ci mieszkali w prymitywnych warunkach w pobudowanych naprędce ziemiankach. Karczowali lasy i poręby, z innych terenów oczyszczali ziemię z kamieni, w jeszcze innych kopali rowy i prowadzili prace melioracyjne do Jeziora Sielublie, później zwanym Długim lub Wąskim, oraz do Jeziora Kraśniki, zwanym dzisiaj Karaśnym, lecz prawie całkowicie zarośniętym. Charakterystycznym śladem po kolonialnej ludności są sadzone przy groblach wierzby „płaczące”, które intensywnie wyciągały nadmiar wody z drogi.
Dopiero po uzyskaniu pierwszych, nadających się do uprawy gruntów, osadnicy przystępowali do budowy domów i budynków gospodarczych. Od rządu austriackiego dostali bowiem po 35 akrów ziemi w dzierżawę, podstawowe wyposażenie gospodarstw oraz pomoc finansową na zakup zwierząt gospodarskich. Taki okres zagospodarowania mógł trwać kilka, a nawet kilkanaście lat. Szybko we wsi powstała zwarta zabudowa o charakterze rolniczym. Była to zabudowa typu ulicówki, gdzie budynki mieszkalne znajdowały się po jednej stronie drogi, zaś gospodarcze po stronie drugiej. Przez ambitnych mieszkańców wieś była nazywana Michelsburgiem, czyli miasteczkiem, która to nazwa zachowała się nawet w dokumentach urzędowych. Była to odpowiedź na częste określanie sąsiedniego Urszulina nazwą „Miasteczko”, choć była to wieś w XVIII i XIX stuleciu zdecydowanie mniejsza.
Ciężkie warunki gospodarowania i borykanie się kolonistów z naturą, jaskrawo odzwierciedlają powiedzenia włościan chełmskich:
Gdzie żaba skrzeczy,
Tam Niemiec beczy.
Gdzie bagno i olszyna rośnie,
Tam Niemiec żyje radośnie.
Pierwsze osadnictwo kolonistów w miejscu wykarczowanych lasów i ich byt na ziemiach polskich nie znalazło zbytniego zainteresowania wśród miejscowej ludności. Stąd też nie zmienił się ich sposób życia, tradycyjny od wieków, ani sposób gospodarowania. Nawet ulepszenia rolnicze i bardziej nowoczesne gospodarowanie nie interesowało miejscowych. W mentalności chłopskiej Niemiec był zawsze Niemcem, i przez samo to nie wzbudzał zainteresowania tubylców. Nawet, mieli oni pretensje, że koloniści tępią lasy zakładając swoje osady. Podróżujący po tych stronach Józef Ignacy Kraszewski określił kolonistów niemieckich następująco: są to drobne Niemcy na pustkowiu, wysiadujący nową ojczyznę jak struś jaja na piasku. Tym stwierdzeniem nie tylko wyraził sposób ich osadnictwa, ale zauważył potencjalne niebezpieczeństwo kolejnego etapu wynarodowiania ludności polskiej.
Także koloniści szwajcarscy, jak i później niemieccy, odnosili się z dystansem do ludności tubylczej uważając, iż znajdują się na niższym poziomie rozwoju cywilizacyjnego. Rzadkością było, aby ktoś ze społeczności protestanckiej i manistów wiązał się sakramentem małżeństwa z polskimi lub też ruskimi mieszkańcami okolicznych wsi. W listach mieszkańca Michelsdorfu Jacoba Mullera ukazany został taki oto obraz tutejszego Poleszuka z przełomu XVIII i XIX stulecia: Polacy są biedni. Nie mają stołów, ław i łóżek w domach. Ich odzież jest skromna o niskiej jakości. Ich wygląd jest niezwykły, ze względu na ich duże wąsy i specyficzny typ fryzury, który składa się z jednego poziomu włosów wokół głowy. Ich włosy „nie widziały grzebienia”. Pomimo stawiania dużego nacisku na rozwój duchowy, religijny i kulturowy, co miało wyróżniać szwajcarskich mennonitów i Niemców od okolicznych poleskich chłopów, również część pierwszych kolonistów było niepiśmiennych.
Przybyli w miejsce mennonickich Szwajcarów niemieccy osadnicy nie należeli do zasobnych, o czym świadczą dane ludnościowe z tego okresu. Według stanu z 1827 roku we wsi, należącej do parafii w Andrzejowie, znajdowało się 8 zabudowań zamieszkałych przez 66 osadników. Ten stan pokazuje, iż ówcześni osadnicy byli w miarę ubodzy, gdyż na jeden budynek mieszkalny przypadało ponad ośmiu domowników, co było w tychże latach w okolicy mało spotykane.
Nowi koloniści, podobnie jak i miejscowi włościanie, główną rolę w gospodarstwie stawiali na uprawę zbóż. Dla poprawienia żyzności gleb jako nawóz zielony siali w poplonie łubin. Poprzez większą staranność w uprawie ziemi, ich plony przekraczały plony uzyskiwane przez miejscowych włościan. Również na wyższym poziomie stało sadownictwo i uprawa warzyw w ogrodach. Zwłaszcza sady kolonistów słynęły z doskonałych śliw. Znaczna ilość łąk i pastwisk sprzyjała rozwojowi hodowli. Koloniści w znacznym stopniu wykorzystywali produkty hodowlane. Mięso, masło, sery, drób i jaja, a także owoce i warzywa sprzedawali na targach i jarmarkach, a uzyskane pieniądze znacznie podnosiły dochód ich gospodarstw. Taki model gospodarowania wzbudzał zarówno zazdrość jak i pewną dozę ironii wśród miejscowych, co również odzwierciedlało się w powiedzeniach:
Niemcy kupują ziemię za masło,
Budynki stawiają za ser,
Ubrania sobie sprawiają za maślankę,
A z serwatki żyją jak z żywności.
Pracy na roli niemieckim kolonistom towarzyszyły szczególne zwyczaje i obrzędy religijne, które miały przynieść urodzaj i dobrobyt. Obchodzono je wspólnie, gdyż odmienność narodowo-kulturowa mieszkańców okolicznych wsi wpływała na wzmacnianie więzów wspólnotowych. Szczególnie starano się celebrować początek i koniec żniw. Proboszcz parafii ewangelickiej w Lublinie Aleksander Schoenich pisał o obrzędowości tutejszych kolonistach niemieckich w jednym z numerów „Zwiastuna Ewangelicznego” z 1901 roku następująco: W pierwszym dniu żniwa kantor o trzeciej lub czwartej godzinie rano odprawia nabożeństwo. Żniwiarze schodzą się do domu modlitwy, zostawiając kosy pod domem, lub razem z kosami i sierpami, wchodzą do modlitewni. Tu czyta kantor odpowiedni ustęp z Pisma Świętego, zwykle psalm 103 lub 104, następnie zmawia modlitwę, prosząc Boga o urodzaj i szczęśliwe zebranie plonu do gumien, lud klęcząc powtarza w cichości modlitwy, a potem wszyscy przy śpiewie odpowiednich pieśni idą raźno w pole do pracy, weseli i ufni, że z Bogiem sprawę zaczynają i z Bogiem ją skończą. (…) Po ukończeniu żniw następuje nabożeństwo dziękczynne, - właściwie święto żniw – które się odbywa we wszystkich domach modlitwy bez wyjątku, albo w jedną z niedziel miesiąca sierpnia, albo w XV p Trójcy (…).
Już w 1825 roku miejscowi protestanci mogli pobudować we wsi swoją kaplicę, skoro w księgach parafii katolickiej w Wereszczynie, będących jednocześnie urzędowymi księgami stanu cywilnego dla katolików i mieszkańców wyznań, które nie posiadały swoich świątyń (protestanci i żydzi), ostatni wpis protestanckiego mieszkańca z Michelsdorfu zanotowano w 1824 roku. Tak więc, albo obowiązki urzędnika stanu cywilnego powierzono miejscowemu kapłanowi protestanckiemu, albo przejął je kapłan z parafii protestanckiej innej miejscowości (np. w Cycowie). Niektórzy jednak już na stałe zostali przy kościele w Wereszczynie, zmieniając wiarę na rzymskokatolicką.
Michelsdorfscy osadnicy należeli do najpierw do Parafii Ewangelicko-Augsburskiej w Lublinie, od 1874 roku do parafii chełmskiej, którą w 1877 roku przeniesiono do Kamienia. Pastor z Kamienia przyjeżdżał do miejscowej kirchy udzielać konfirmacji, czyli dokonać aktu potwierdzenia wyznanej na chrzcie wiary i przynależności do Kościoła, poprzedzonego paroletnim okresem nauki religijnej, zakończonej egzaminem. Jeden z takich egzaminów został zapamiętany na wieczne czasu, co zrelacjonował Kurt Luck, niemiecki badacz dziejów osadników niemieckich na Chełmszczyźnie: W Michelsdorfie pastor egzaminował konfirmantów. Jeden z nich nie wiedział zupełnie nic.
- No dobra, to może przynajmniej wiesz, jaka droga prowadzi do nieba, szeroka, czy wąska?
Chłopak też nie wiedział więc pastor pozostawił go na rok. Następnego dnia pastor musiał przejechać przez kolonię, gdzie chłopiec z kolegami pilnował bydła.
- Dziecko, gdzie tu jest droga do Załucza?
Wtedy konfirmant do pozostałych:
- Nie mówcie mu, nie mówcie mu. Pastor zna drogę do nieba, a nie zna drogi do Załucza!
W kirsze mieszkańcy ewangeliccy zbierali się na modlitwy prowadzone przez miejscowego kantora. Odprawiał on w niedziele i święta nabożeństwa, chrzcił, dawał śluby oraz grzebał zmarłych. Spełniał także funkcje nauczyciela dzieci kolonistów i przygotowywał je do konfirmacji, którą udzielać mógł tylko pastor. Nauka, obejmująca jedynie okres zimowy, ograniczała się do poznania historii kościoła protestanckiego i zasad religii ewangelickiej. Jak już powyżej napisano pierwszy budynek do celów religijnych mógł być wybudowany we wsi już w latach dwudziestych, pewne są natomiast informacje o budowie ewangelickiej świątyni w Michelsdorfie w 1867 roku. W jej miejsce wybudowano kolejną świątynię w 1895 roku. Na początku wieku w gronie wyższych duchownych ewangelickich pojawił się pomysł by rozległą parafię chełmską z siedzibą w Kamieniu podzielić, a siedziba nowej parafii miała znajdować się właśnie w Michelsdorfie. W tym celu w dniu 1 sierpnia 1907 roku do Michelsdorfu przyjechał wikariusz chełmskiego zboru ksiądz Geisler, który do czasu podziału miał zarządzać północną częścią parafii. Na budowę plebani dla wikariusza i przyszłego pastora z kasy chełmskiej parafii przeznaczono 1.000 rubli Plany pokrzyżował wybuch wojny światowej, podczas której dodatkowo w 1915 roku została zniszczona świątynia kantoracka.
Życie we wsi układało się spokojnie, dopiero w okresie owstania styczniowego mieszkańcy byli świadkami walk powstańczych. Przez wieś niejednokrotnie przebijali się powstańcy, a w dniu 22 listopada 1863 roku oddziały dowodzone przez Karola Krysińskiego i Kozłowskiego stoczyły pomiędzy Michelsdorfem a Andrzejowem bój z kozakami. Często obecność oddziałów kozackich we wsi kończył się dla niektórych tragicznie. Według rodzinnej historii mój przodek Marcin Belke był ciągnięty sznurem za koniem, a następnie zabity przez kozaków – przekazuje dzieje swojego przodka potomek osadników niemieckich Ted Belke. Choć osadnicy niemieccy nie brali czynnego udziału w powstaniu, to jednak pomoc udzielana rannym w potyczkach, które miały miejsce w okolicy, mogła mieć takie konsekwencje.
Na trwałe zapisała się w pamięci mieszkańców pierwsza wojna światowa. Zaraz po jej wybuchu wielu zostało wcielonych do rosyjskiej armii i wysłanych na front. Taki los spotkał późniejszego kantora Ferdynanda Schulza, który walczył aż w Turcji. Podczas toczonych działań wojennych wieś nie uległa całkowitemu zniszczeniu, jak to było w przypadku pobliskiego Wytyczna, gdyż uciekający przed wojskami niemieckimi Rosjanie okopali się w sierpniu 1915 roku pomiędzy jeziorem a Wytycznem. Jeszcze do 6 sierpnia w Michelsdorfie stacjonował II oddział baterii artyleryjskiej, który miał osłaniać trakt Lublin – Włodawa i groblę prowadzącą z Andrzejowa do Wytyczna. Ostatniego dnia niemiecki ostrzał był jednak na tyle silny, iż drogę i groblę żołnierze rosyjscy pokonywali w niewielkich grupkach.
Przybyłe wojsko niemieckie nie niszczyło zajętych miejscowości zwłaszcza, że Michelsdorf był wioską wybitnie niemiecką. Zastali jednakże wieś prawie całkowicie opuszczoną, gdyż niemieccy mieszkańcy Michelsdorfu znaleźli się pośród tych, którzy zostali wywiezieni w głąb Rosji. Rosjanie postanowili przesiedlić kolonistów niemieckich, gdyż obawiali się, iż będą wspierać zbliżające się wojsko niemieckie. Na początku lipca władze carskie zakomunikowały mieszkańcom, iż mają wyłącznie trzy dni czasu na spakowanie się i podążenie w stronę Brześcia lub Pińska. Następnie wszystkie gospodarstwa były przeszukiwane. Rekwirowano wszelkie przedmioty z metali szlachetnych i inne, nadające się do działań wojennych. Pozostali jedynie ci, którzy uciekli z transportu i schowali się po lasach. Jedynym spalonym budynkiem we wsi była kircha, która znajdowała się przy drodze Włodawa – Lublin. Rosjanie spalili ją, gdyż mogła służyć wojsku przeciwnika za punkt obserwacyjny pobliskiej linii frontu.
2. Michelsdorf w okresie Drugiej Rzeczypospolitej
Wywiezieni do Rosji mieszkańcy zaczęli po rewolucji październikowej wracać do domów. Nie wszystkim się udało, gdyż wielu z nich tam zmarło, chociażby Wilhelm Kruger oraz Lidia, Marta i Olga Schulz. Zdarzało się często, że nie było do czego wracać, gdyż gospodarstwo bądź to było w ruinie, lub też zajęte zostało przez nowych osadników. Większość gospodarstw w Michelsdorfie pozostało jednak niezniszczonych. Kiedy wiosną 1918 roku moja rodzina wróciła zastała gołe pola i budynki. To pomoc polskich i ukraińskich sąsiadów uchroniła ich od głodu – opowiada o losach swoich rodziców Ted Belke. Wobec braku pożywienia za strawę służyła nawet trawa z łąk, o czym opowiada w oparciu o relacje swoich przodków Waltruda Potrawke.
Zgodnie z danymi powszechnego spisu ludności, przeprowadzonego w marcu 1921 roku, w Michelsdorfie w 23 domach i 8 innych budynkach mieszkalnych zamieszkiwało 205 osób, z czego 143 było wyznania ewangelickiego. Poza ewangelikami we wsi zamieszkiwało 45 rzymskokatolików, 12 Żydów i 5 prawosławnych. Według danych spisu 135 ewangelików zadeklarowało narodowość niemiecką, pozostali mieszkańcy polską. Dane narodowościowe były celowo zaniżane dla wszystkich mniejszości narodowych, dlatego też bardziej odzwierciedlającym rzeczywistość są liczby wyznawców poszczególnych wyznań, które niemalże pokrywały się ze strukturą narodowościową. Raport policyjny z 1923 roku wykazał w Michelsdorfie już 284 mieszkańców narodowości niemieckiej, najwięcej w Gminie Wola Wereszczyńska. Tak więc jeszcze po marcu 1921 roku wiele rodzin musiało powracać z Rosji do domów. Raport policyjny mógł też dowodzić, iż część katolików (zadeklarowanych w 1921 roku) było narodowości niemieckiej.
Dopiero w kolejnych latach Drugiej Rzeczypospolitej zaczęli w Michelsdorfie liczniej osiedlać się Polacy, kupując grunty po odchodzących Niemcach. Według stanu z 1929 roku we wsi zamieszkiwało już tylko 25 rodzin niemieckich, stanowiąc tym samym 60% ogólnej liczby mieszkańców. W tym czasie kilka rodzin niemieckich sprzedało swoje gospodarstwa i wyemigrowali do Ameryki Północnej, głównie do Kanady. Wyjechała chociażby jedna rodzina Belków, Wilhelm Wolski z żoną, czy rodzina Juliusza Riewe, który sprzedał swoje gospodarstwo w 1930 roku rodzinie Szwajów.
Przed samym wybuchem wojny światowej we wsi znajdowało się 47 gospodarstw, przy czym 8 z nich tworzyło kolonię zwaną Michelsdorfską Grobelką, położoną na północny-zachód od wsi. Od strony Urszulina do mostu na drodze krajowej mieszkały kolejno rodziny Aleksandra Biela, Reinhalda Krugera, Gustawa Wolskiego, rodziny Karola i Jana Szwajów, Bujaków, Edwarda Tiede, Zidofów, Karola Jahnke, Augusta Lehmana, Rudolfa Wolskiego, trzy rodziny Krugerów (Teodora, Edmunda i Roberta), Emila Willa i Emila Wendlandów. Pomiędzy Urszulinem a kirchą mieszkały rodziny Adolfa Belke, Fryderyka Badkiego, Zygmunta Schulza, Jeskich i Bietofów. Przy rzece mieszkała rodzina Antoniego i Pawła Skrzyńskich oraz Ferdynanda Fruka, natomiast przy drodze na Grobelkach od strony wsi mieszkały kolejno rodziny: kantora Ferdynanda Schulza, Emila Wolskiego, Reimerów, Hirsekornów, Wilhelma i Samuela Taronów, Zabelów, Henkelów, August Belkego i Bietofów.
Koloniści niemieccy mieli swoją szkołę z gruntami, która znajdowała się przy dzisiejszych zabudowaniach Szwaja. Mieściła się w budynku mieszkalnym Jeski, władze polskie bowiem nigdy nie wyraziły zgody na budowę budynku przeznaczonego wyłącznie na cele szkolne. Jako że szkoła była akceptowana przez władze polskie do południa zajęcia prowadzone były w języku polskim, zaś po południu już w języku niemieckim. Nauczał w niej miejscowy ewangelik Henryk Schulz. Do dwujęzycznej szkoły w 1923 roku zapisanych było tylko czworo polskich dzieci i około 40 dzieci niemieckich, choć policjanci z posterunku z Wereszczyna w raporcie do komendy powiatowej zapisali, że polskich dzieci chodzi więcej, lecz jeszcze do obecnej chwili nie są zapisane. Szkoła niemiecka funkcjonowała do lat trzydziestych. Starali się wybudować, ale władze państwowe nigdy nie wyraziły na to zgody. Mieli za to żal do nas, zwłaszcza podczas wojny nam wypominali – wspomina Stanisław Szwaj. Po zlikwidowaniu szkoły dzieci chodziły najpierw do Andrzejowa, a od 1934 roku do Urszulina. Ja to do szkoły w drewniakach chodziłem. Zimą, jak bagno było zamarznięte, to chodziliśmy na skróty, a tak to koło młyna Krebsów. Często do nich zachodziłem, tam był Fryderyk w moim wieku, dobrzy ludzie byli – powraca pamięcią Stanisław Szwaj. Część rodzin niemieckich nie posyłało jednak swoich dzieci do szkół polskich.
Niemcy znaczącą wagę przywiązywali do edukacji religijnej. Tuż przed wybuchem II wojny światowej, do miejscowej kirchy w roku szkolnym 1937-38 uczęszczało siedemdziesięcioro ośmioro ewangelickich dzieci, w której dwa razy w tygodniu religii nauczał Gustaw Zinn. W Michelsdorfie uczyły się niemieckie dzieci z osad okolicznych, chociażby z Urszulina, czy też Józefina. Do dzisiaj zachował się ich stary cmentarz, niemy świadek pobytu kolonistów w Michelsdorfie, który istnieje od czasów ich przybycia. Na cmentarzu pochowanych zostało również kilku poległych w 1915 roku w żołnierzy niemieckich (głównie Bawarczycy).
Do 1924 roku koloniści zbierali się w budynku szkolnym na modlitwę, a po tym roku ceremoniały religijne miały miejsce w nowo wybudowanej w zachodniej części wsi kirsze. Msze oczywiście odprawiane były w języku niemieckim, a kantorem został mieszkaniec wsi Ferdynard Schulz. Dobry był z niego człowiek, jako że był nauczycielem mógł uprawiać wspólnotowe grunty. Czasami kury nasze, czy bydło, wchodziły na to pole i robiły szkody, ale nigdy z tego powodu problemów nie robił – wspomina sąsiada Stanisław Szwaj. Przed samą wojną zastąpił go Heinrich Schulz. W 1924 roku przyporządkowano Michelsdorf do nowo utworzonej Parafii Ewangelicko-Augsburskiej w Cycowie. Po wojnie kirchę przeniesiono do Wytyczna, a tam została rozbudowana i służy do dnia dzisiejszego za kościół rzymskokatolicki.
Wokół kirchy skupiała się działalność kulturowa niemieckiej mniejszości, głównie poprzez orkiestrę dętą. Ich sąsiad Stanisław Szwaj wspomina, iż grali głównie podczas nabożeństw, na uroczystościach, ale także i na pogrzebach. Ładne ich pogrzeby były. Na Wielkanoc chodzili i grali po całej wsi, od chałupy do chałupy, i Polaków nie mijali. Nawet w wojnę Polaków nie mijali. Każdy gospodarz coś im dawał.
Niemcy mieli również swój młyn parowy własności Krugera (w okolicy zabudowań Kamińskich), służący mieszkańcom, jednak został spalony jeszcze przed wojną przez opuszczających Michałów swoich rodaków. Znani ze swej gospodarności Niemcy nie należeli do bogatych osadników, najbogatszymi we wsi były rodziny polskie, utrzymujące się z dużych, jak na okoliczne warunki, gospodarstw rolnych. Do końca swojego pobytu Niemcy przestrzegali zasadę ze starej legendy, aby w sobotę nie wywożono na pole gnoju. I faktycznie nigdy gradu tu przed wojną nie było. Był w Wytycznie, w Urszulinie, ale u nas nie. Ale nigdy w soboty nie pracowali – wspomina Stanisław Szwaj. Niewielka powierzchnia gospodarstw przymuszała niektórych gospodarzy do poszukiwania dodatkowych źródeł dochodu. Przykładowo Niemiec Edward Tiede, mający siedmioro dzieci, dorabiał przy stawianiu studni. Karolina Schulz dorabiała wyrabianiem tkanin oraz służbą w pobliskich dworach. Na służbę często posyłano również kilkunastoletnie dzieci, które, aby wspomóc finansowo rodziców, musiały przerywać swoją edukację. Taki los spotkał chociażby dziesięcioletnią Wandę Wendland, czy ośmioletnią Olgę Taron.
Do wybuchu wojny Niemcy żyli zgodnie z Polakami (Zegarki, Jamielniacy, Skrzyńscy, Szutowie, Czekierdowie, Ofiarscy, Szwaje), Ukraińcami, których było cztery rodziny (Świszcze, Kinachy, Zarczuki i Hołody), jak też z trzema rodzinami żydowskimi (np. Orzechy, którzy przed wojną przeprowadzili się do Urszulina). Jedna z rodzin żydowskich miała jedyny we wsi sklep. Żyliśmy zgodnie, ale Polacy trzymali z Polakami, a Niemcy z Niemcami, młodzież raczej osobno się bawiła i osobno obchodzono święta. Między sobą po niemiecku rozmawiali, ale do nas po polsku mówili. Byli bardzo pracowici uczynni. Ich największe święto na Marcina było, bardzo pobożni byli i nie pili tak jak Polacy – powraca pamięcią Stanisław Szwaj. W tak zróżnicowanej narodowościowo zdarzały się jednak incydenty, jak chociażby podczas zimy w 1926 roku kradzież wozu z uprzężą ze stodoły Ferdynanda Fruka. Dzięki szybkiemu pościgowi, zorganizowanego przez miejscowych mieszkańców, złodzieje porzucili wóz z koniem i uciekli.
Ludność niemiecka w pierwszych latach po odzyskaniu niepodległości w stosunku do państwa polskiego zachowywała się lojalnie, a swojej odrębności nie akcentowała w sposób zdecydowany, czy demonstracyjny. Miejscowa policja, ściśle nadzorująca aktywność ludności niemieckiej, na początku lat dwudziestych nie zauważała niepokojących oznak antypaństwowej działalności. W policyjnym rejestrze dla niemieckich aktywistów z 1923 roku widnieje zapis: takowych nie wyśledzono i prawdopodobnie nie ma na terenie tutejszego posterunku (tj. w Wereszczynie). Zanotowano jedynie ośmiu niemieckich mieszkańców (August Kryger, Aleksander Biel, Gustaw Cilka, Julian Lejman, Edward Herka, Maria Jeszod, Ernest Hapke i Karol Wolski), którzy utrzymywali stałe kontakty z Niemcami z państwa niemieckiego i ze Śląska, lecz były to jedynie kontakty rodzinne. W poprzednim roku zanotowano, iż mieszkańcy niemieccy prenumerowali gazetę niemiecką „Fridn Bud”, jednak w wyniku zarekwirowania 13 egzemplarzy w kolejnych latach do Michelsdorfu niemieckie gazety już nie dochodziły.
Po dojściu Hitlera do władzy coraz większe wpływy wśród osadników niemieckich miały organizacje nacjonalistyczne, zwłaszcza Niemiecki Związek Ludowy. Związek ten był nie tylko entuzjastą niemieckiego nacjonalizmu, ale podejmował działania zmierzające do rozbudzenia dążeń separatystycznych. Na początku 1939 roku zawiązał się we wsi pięcioosobowy oddział związku, choć na tak licznych niemieckich mieszkańców w Michelsdorfie była to jedna z mniejszych w okolicy oddziałów. Najgorsi byli młodzi, bo starsi szanowali nas, nawet gdy wojna wybuchła – opowiada o nastawieniu swoich sąsiadów Stanisław Szwaj. Z początkiem 1938 roku wśród kolonistów rozpoczęto akcję agitacyjną, mającą na celu skłonienie rolników do sprzedaży swoich gospodarstw i wyjazdu na ziemie zachodnie i do Niemiec. Akcja ta szybko znalazła wielu zwolenników. Nie chcieli bowiem, aby ich synowie służyli w wojsku polskim, która gotowała się na wojnę z Niemcami. Na jesieni 1938 roku zaobserwowano w Powiecie Włodawskim, że koloniści niemieccy wyzbywają się gospodarstw rolnych i przenoszą się w Poznańskie, gdzie mają wykupywać z rąk polskich większe gospodarstwa. W ramach działalności Niemieckiego Związku Ludowego część mieszkańców Michelsdorfu wyjeżdżało do Niemiec pod pozorem werbunku na roboty rolne, a faktycznie poddawani byli przeszkoleniu wojskowemu.
3. Losy wsi i mieszkańców podczas II wojny światowej
W pierwszych dniach po wybuchu wojny, a przed wkroczeniem wojsk niemieckich, polska młodzież zaczęła prześladować mniejszość niemiecką. W wielu okolicznych wsiach (np. w Kulczynie) prześladowania te kończyły się morderstwami, w Michelsdorfie działania polskich nacjonalistów kończyły się grabieżą chociażby rowerów. Rower był wtedy deficytowym towarem. Po co to było, później nas za to bardziej nienawidzili, a rowery i tak odebrali, gdy tylko „Hitler” wszedł do nas – wspomina Stanisław Szwaj.
Gdy wojska niemieckie wkroczyły na Chełmszczyznę wiele tutejszych Niemców pojechało do Cycowa celem ich przywitania. Stanisław Szwaj opowiada, że tam urządzono bramę przywitalną i bawiono się do rana. Po tym wydarzeniu niemiecka mniejszość w większości ujawniła swoje profaszystowskie poglądy, zarówno w słowie, jak i w czynie. Na okiennicach często wywieszali flagi ze swastyką. Jak żołnierze niemieccy weszli, to okazało się, że prawie każdy z miejscowych Niemców posiadał swój karabin – wspomina kilkuletni wówczas Marian Kapała z Wiązowca. W stodole niemieckiego sołtysa Rudolfa Bloha przetrzymywano i przesłuchiwano, a przy tym bito wielu mieszkańców wsi i okolic. W pierwszej kolejności przetrzymywano i bito tych, którzy prześladowali Niemców we wrześniu 1939 roku. W późniejszym czasie w tym prowizorycznym niemieckim areszcie maltretowano ks. Kazimierza Szlędaka z Wytyczna, ks. Mikołaja Filipowicza z Wereszczyna, kierownika szkoły w Wereszczynie Józefa Chibowskiego, Stanisława Soleckiego z Wereszczyna oraz wielu innych miejscowych mieszkańców pochodzenia polskiego i żydowskiego. Umieszczono w nim również młodego dziedzica z Nowego Andrzejowa Jana Karpińskiego, ale po wstawiennictwie matki Janiny został wypuszczony.
Najbardziej aktywnym mieszkańcom niemieckim (np. wspominani Edward Tiede i Rudolf Bloh) okupant dał broń i to oni strzegli „porządku” we wsi. Ich komendantem został Aleksander Steinke z Wiązowca, a Ferdynandowi Frukowi powierzono funkcję komendanta posterunku w Wereszczynie. To na podstawie jego wywiadu zatrzymano wszystkich trzech z Wereszczyna. Zabel z Grobelek został wójtem we włodawskim Opolu.
Często zganiali wszystkich nieniemieckich mieszkańców wsi na drogę i przetrzymywali, jednocześnie obrzucając obelgami oraz bijąc. Organizowano łapanki, a tych w „kwiecie” wieku wysyłano na roboty do III Rzeszy. Raz wybrano nas kilkunastu do obozu, ale Drygalski poświadczył, że robimy w jego majątku. W Cycowie kolejnych puścili, trochę w Trawnikach, ale Kosacki trafił na Majdanek – wspomina Stanisław Szwaj. Latem 1940 roku zamordowali Leona Drygalskiego, samego zarządcę folwarku w Czernikowie. Szwaj wspomina, jak zaciągnęli zarządcę do Bloha, tam go przez jakiś czas przetrzymali, a następnie zaprowadzili w las i zastrzelili. Zwłoki Drygalskiego pochowano na cmentarzu w Świerszczowie. Z tego powodu doszło do sporu między Niemcami, gdyż Drygalski był zarządcą ustanowionym przez niemieckiego inspektora rolnego na Powiat Włodawski Selinghera z Adampola.
Dość szybko na Grobelkach utworzyli szkołę niemiecką, choć chodzić mogły, ale w zdecydowanej większości nie chodziły, także dzieci innych narodowości. Mój ojciec murarzem był, więc wzięli by kuchnię tam wybudował. Widział, jak zwozili furami polskie książki i nimi palili. Ojciec chciał jedną wziąć, ale nie dali – wspomina Stanisław Szwaj. Szkoła w Michelsdorfie była największą szkołą niemiecką w okolicy, gdyż w 1940 roku na zajęcia szkolne uczęszczało aż 96 uczniów. Lekcje prowadził nauczyciel Edward Nerynberg.
W maju 1940 roku, podczas wizytacji dystryktu lubelskiego, Himmler wydał dyrektywę, w myśl której koloniści niemieccy, bądź chłopi „krwi niemieckiej”, muszą być przesiedleni po żniwach w tymże roku do opuszczonych przez Polaków gospodarstw w tak zwanym Warthegau – Kraj Warty. W związku z tym w Chełmie i Cycowie powołano organizacje przesiedleńcze, które wydawały decyzje w trybie bezwzględnym. Najwięcej w regionie za Niemców uznano właśnie mieszkańców gmin: Cyców i Wola Wereszczyńska. Wyjazd z Michałowa odbył się w dniu 8 września 1940 roku. Wyjeżdżający koloniści mogli zabrać ze sobą cały majątek ruchomy. We wsi uformował się rząd gdzieś z 50 żelaźniaków, gdyż trzeba było ich odwieść do Trawnik, bo tam czekał na nich pociąg. Mnie Zabel kazał prowadzić jego ogiera, taki niespokojny był, ale udało mi się go ujeździć. Moskwie kazali odprowadzić dwa źrebaki, ale one spokojne były – opowiada Stanisław Szwaj. Na miejscu koloniści niemieccy otrzymali zabrane Polakom gospodarstwa z pełnym wyposażeniem. Mężczyzn młodych wcielono do wojska, wielu z nich (np. trzech synów Ferdynanda Schulza) zginęło na froncie rosyjskim. Po zakończeniu wojny michelsdorfskie rodziny przesiedliły się na terytorium Niemiec, głównie w okolice miasteczka Halle.
Pod koniec roku 1940 roku przybyli do wsi wysiedleńcy z tzw. Kraju Warty (np. Salscy, Nowacy, głównie z Poznańskiego, choć też z okolic Pomorza i Kujaw), osiedlając się w pozostawionych przez kolonistów wsiach. Do Gminy Wola Wereszczyńska przybyło około 100 takich rodzin. Przyjeżdżali do wsi mając często jedynie to co na sobie, ewentualnie z niewielkimi walizkami. Zajmowali opustoszałe poniemieckie domy, dlatego też ich los podczas wojny był najcięższy. W pierwszym roku ich pobytu nie mieli żadnych wykonanych zasiewów, zapasów żywności, stąd powszechna była nędza i głód wśród tej grupy mieszkańców.
W 1942 roku okolicznych żydowskich mieszkańców wywieziono do okolicznych gett, pozostałych zaś wymordowano na miejscu. Jedyny Żyd zamieszkały przed wojną w Michelsdorfie, właściciel miejscowego sklepu Abram Orzech, opuścił wieś i udał się do Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich (ZSRR) już podczas wycofywania się wojsk sowieckich za linię Bugu. Wskazał Rosjanom drogę do obejścia Jeziora Wytyckiego, celem zaatakowania tułów dzielnie broniących się w 1939 roku w Wytycznie wojsk Korpusu Ochrony Pogranicza, dlatego też uznał, iż jego zdrada nie pozwoli na dalszą obecność we wsi. W Michałowie zastrzelono i pochowano Żyda oraz Żydówkę, odstawionych z Łysochy na posterunek do folwarku Karpińskich w Czernikowie. Ich zwłoki zakopywał Stanisław Szwaj: Zatrzymali nas Niemcy i kazali iść ze sobą do drogi. Ja wtedy z Moskwą pełniliśmy wartę, każdy musiał, po dwóch na każdą noc. Gdy szliśmy nocą przez wieś nagle z bzu wyskoczyło dwóch Niemców. Oni już nas szukali i pod lufą karabinów poszliśmy z nimi. Już szpadle przygotowane mieli. Tam stała furmanka, przy niej człowiek i dwóch zabitych Żydów było, a my musieliśmy dół wykopać. Ciężko, bo glina była. W tym czasie szedł Poznaniak Polaszek, jak nas usłyszał to skierował się w naszą stronę. Ale gdy posłyszał Niemców to dał susa w pole i tyle go widzieliśmy.
Początkowo mała liczba Polaków, a następnie przesiedlenia, wpłynęły na brak dobrze zorganizowanych w Michelsdorfie polskich struktur partyzanckich. Dlatego też najaktywniejsi wstępowali do struktur Armii Krajowej, która najbliższą placówkę miała w Urszulnie. Wśród nich był Edward Nowakowski.
Wobec braku Niemców okupanci zaczęli faworyzować Ukraińców, powierzając Dmytrowi Zarczukowi funkcję sołtysa. Początkowo nie dochodziło we wsi do konfliktów na tle narodowościowym, a sołtys sam przez pewien okres przetrzymywał u siebie w domu dziecko żydowskie. Te Kinachy i sołtys dobre ludzie byli. – wspomina ich sąsiad Stanisław Szwaj – Gdy kosiliśmy na Kraśniku to Kinach słodził nam wodę miodem, bo swoją pasiekę miał. Ale ojce tych Ukraińców zaangażowani byli, w każdą sobotę jeździli do Trawnik, tam mieli swoją wojskową szkołę. Tam było getto i wielu z nich było strażnikami. Gdy woziłem do Trawnik kartofle to widziałem tam jednego z Wincencina, jednego z Andrzejowa. Jednakże w dniu 23 maja 1943 roku nieznani sprawcy zamordowali sołtysa i jego zastępcę Pawła Kinacha. O morderstwo niektórzy podejrzewali polskich partyzantów, inni zaś partyzantów radzieckich. Ci partyzanci po rusku ze sobą rozmawiali, ale po rusku gadać to i Polak potrafił – dodaje Szwaj. Morderstwo spowodowane mogło być wydarzeniem z 1942 roku, kiedy to znaleziono w Michelsdorfskich Grobelkach dwóch sowieckich dezerterów i to właśnie Kinach z Zarczukiem poinformowali niemieckie władze o ich obecności. Polscy granatowi policjanci rozprawili się z jeńcami, mordując i grzebiąc ich na miejscu.
Podczas gdy w maju 1942 roku okupanci pacyfikowali Wereszczyn, Andrzejów i Zastawie, wówczas w Michałowie wszystkich mieszkańców zgoniono na drogę i oznajmiono, iż w przypadku jakiejkolwiek pomocy dla dezerterów radzieckich wieś zostanie spalona, a mieszkańcy zabici. Do pacyfikacji wsi jednak nie doszło. Niektórzy mieszkańcy Michałowa ucierpieli natomiast w kwietniu 1944 roku, kiedy to Niemcy pacyfikowali mieszkańców Urszulina i okolic przy kopcach kartofli. Wśród zabitych byli także mieszkańcy Michałowa, w tym dwunastoletnia dziewczynka Helena Hołod i Kosacki. Od tego czasu w Michałowie pojawiali się coraz częściej partyzanci polscy. Pomimo pobytu we wsi wojsk niemieckich i rosyjskich nigdy nie podjęli z nimi walki.
4. Michałów w Polsce Ludowej
Michałów, bo tak po wojnie, aż do dni dzisiejszych zaczęto oficjalnie nazywać wieś, został zasiedlony przez okolicznych mieszkańców, np. z pobliskiej wsi Olszowo, jak również przez mieszkańców zza Bugu. Po wojnie na stałe pozostały także niektóre rodziny przesiedlonych Poznaniaków (np. Adamczyki, Leszczyńscy). Jeszcze w 1943 roku we wsi zamieszkiwało aż 312 mieszkańców, jednakże do marca 1945 roku liczba ta zmalała do 202 osób. Wśród nich znajdowały się 42 rodziny polskie i 7 rodzin ukraińskich (29 osób), które w kolejnych miesiącach wyjechały do ZSRR. W Michałowie pozostałe jedynie jedno ukraińskie małżeństwo.
Zniszczenia wojenne, restrykcje kontyngentowe i przesiedlenia przyczyniły się do powojennej biedy. Wszystkiego brakowało, w sklepach nic nie było, nawet nafty brakowało. Zimą to do chodziliśmy do radzieckich sołdatów i za jajka i masło benzynę nam sprzedawali – wspomina Stanisław Szwaj. Pozostawione przez Ukraińców majątki państwo nacjonalizowało, natomiast majątki poniemieckie przejmowano drogą sądową. Wiele z nich weszło w skład utworzonego Państwowego Gospodarstwa Rolnego (PGR) w Andrzejowie. Z powodu powszechnie panującej biedy wyjeżdżali także Polacy, głównie na ziemie zachodnie, a nawet za granicę. Kilka lat po wojnie władze powiatowe zorganizowały dla ochotników wyjazd na roboty rolne do Czechosłowacji. Z takiej oferty skorzystał Józef Wegiera. Pomimo emigracji zarobkowej i wyjazdu Ukraińców dane ludnościowe z kwietnia 1947 roku wykazały w Michałowie niezmiennie 200 mieszkańców.
We wsi wciąż silne wsparcie mieli przedstawiciele zakonspirowanych organizacji antykomunistycznych. W tajnym raporcie Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego (PUBP) we Włodawie z grudnia 1944 roku wymieniano Michelsdorf wśród kilku w gminie miejscowości, opanowanych przez konspiracyjne organizacje. Już w październiku 1944 roku został zatrzymany partyzant AK (Armii Krajowej) Edward Nowakowski. Oskarżono go za nielegalne posiadanie broni i wywieziono do ZSRR, skąd powrócił dopiero w 1946 roku.
Na Grobelkach partyzantom pomocy udzielała Helena Ostaszówna, dostarczając żywność i informacje dla osób ukrywających się w urszulińskim młynie Dobrowolskich. Proboszcz parafii wytyckiej ks. Jan Rębisz w swoich wspomnieniach pisał: Hela Ostaszówna kontaktowała się ze mną i co trzeba przekazywała z terenu, ostrzegała, przynosiła aktualia, bym wiedział „co w trawie piszczy”. Chodziło czasem o „przyjaciół”, przed którymi mnie przestrzegała, bo znali ich Ludzie Lasu od podszewki. Dzięki Ci dziewczyno za odwagę, gdy nosiłaś wiadra ze strawą, by z głodu nie zginęli, gdy dostarczałaś listy, lekarstwa i chemikalia na wszy.
Po pierwszych niespokojnych powojennych latach wieś zaczęła się rozwijać. Coraz więcej mieszkańców osiedlało się z drugiej strony drogi Lublin – Włodawa, którą to część wsi jeszcze przed wojną zaczęto określać nazwą Grobelki. Według danych mapy topograficznej z 1965 roku w Michałowskich Grobelkach znajdowało się 23 gospodarstwa i było to o jedno więcej od gospodarstw znajdujących się w samej wsi. Wszystkie te gospodarstwa zamieszkiwało 242 osoby. W kolejnych latach liczba gospodarstw w Grobelkach wzrosła do 25 w stosunku do 21 gospodarstw położonych we wsi. W latach osiemdziesiątych w Michałowie zamieszkiwało około 230 osób, była to więc jedna z największych wsi w gminie.
Powojenne osadnictwo wymieszało światopoglądowo mieszkańców, nie było zadawnionych zatargów i urazów, ale i w pierwszych latach współżycie wspólnoty wiejskiej praktycznie nie istniało. Ludzie byli bardzo religijni, a proboszcz parafii wytyckiej Jan Rębisz niejednokrotnie chwalił ich ofiarność. Jako wyraz swojej religijności mieszkańcy postawili w 1951 roku od strony Urszulina murowaną kapliczkę, a w 1953 roku aktywnie uczestniczyli w budowie kościelnego ogrodzenia. Zbijaniem sztachet zajęli się Jan i Karol Szwajowie, a pocięciem drzewa na deski Walenty Ofiarski i Adam Serafin. Bracia Szwajowie wymurowali dla księdza Eugeniusza Matyski również piwnicę parafialną. W Michałowie miało też miejsce pierwsze w parafii bezalkoholowe wesele urządzone po ślubie Marianny Skrzyńskiej i Franciszka Kamińskiego.
Mieszkańcy byli również aktywni w sferze administracyjnej, delegując swoich przedstawicieli w gminnych organach. Przedstawicielem w Gromadzkiej Radzie Narodowej w Urszulinie na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych został Józef Kafarski.
Największym problemem dla mieszkańców były trudne warunki do gospodarowania, które przecież sprawiły prawie 200 lat temu, iż ze wsi wyprowadzili się pierwsi osadnicy. W przeprowadzonej w 1975 roku w tych okolicach relacji dziennikarskiej „Sztandaru Ludu” przytoczono słowa jednego z mieszkańców, który narzekał na panujące warunki: Każdej wiosny i w mokre lata nasze łąki są zalane wodą i upodabniają się do wielkiego jeziora, nad którym unoszą się stada dzikich kaczek. Łąki są bagniste, jednokośne, nieodwodnione, o lichej jakości i małej wydajności niskowartościowego siana. Większość rolników zwozi siano zimą, ciągnąc samemu po wodzie wóz lub sanie, bo topiele rzadko zamarzają i nie raz konie się topiły. Hodowla stawała się nie opłacalna, nie było czym karmić bydła, stąd też jego pogłowie spadało. Produkcja roślinna również nie przynosiła spodziewanych plonów, gdyż gleby są słabej jakości, a do lat siedemdziesiątych tutejsi rolnicy nie stosowali jeszcze nawozów sztucznych. Tragedia dla mieszkańców przyszła na przełomie 1974 i 1975 roku. Jesienna wielka woda zaskoczyła wszystkich. Podczas długotrwałych nawałnic deszczu, na każdy metr kwadratowy lały się z nieba hektolitry wody. Kierowcy przejeżdżający włodawską drogą mogli oglądać niezwykły widok – od Cycowa, aż do Kołacz, po obu stronach drogi, aż po horyzont sięgało lustro wody, upstrzone tysiącami stogów siana. W żaden sposób nie można go było przywieść do obór. Straty były ogromne. Zima nie poprawiła sytuacji. Nie było mrozu, chimeryczne zimowe słońce nie osuszyło bagien – zapisano w dziennikarskiej relacji Stanisława Jadczaka.
Ta sytuacja przyśpieszyła plany melioryzacji Krowiego Bagna. Miejscowy Marian Kapała mówił wówczas, że bez melioracji nie ma szans na intensyfikację produkcji rolnej w gminie. Prace melioracyjne ruszyły wiosną 1975 roku, czyli zaraz po najgorszej od wielu lat jesieni i zimie. W pracy uczestniczyli nie tylko wykwalifikowani robotnicy, ale także junacy w liczbie 600 osób. Przez dwa letnie miesiące uczniowie szkół średnich i zawodowych pracowali fizycznie nad infrastrukturą melioracyjną.
5. Michałów współczesny
Obecnie zaludnienie wsi maleje w szybkim tempie, gdyż na początku milenium wieś zamieszkiwało 114 osób, będących wiernymi katolickiej parafii w Wytycznie. Według danych z 2007 roku w Michałowie zamieszkiwało 160 osób, jednak nie objęto mieszkańców Wiązowca, należącego administracyjnie do Michałowa. Stan zaludnienia z ostatniego dnia 2009 roku wskazywał łącznie z mieszkańcami Wiązowca 221 zameldowanych. Średnia wielkość wsi nie przeszkadza w tym, by mieszkańcy w każdych wyborach samorządowych mieli swoich przedstawicieli w gminnej radzie. Przedstawicielami w Radzie Gminy w Urszulinie zostawali: Czesław Skurak (w 1998 i 2002 roku) i Stefan Szwaj (w 2006 roku). Funkcję sołtysa pełni Zbigniew Polit.
Wieś niemal każdego roku odwiedzają potomkowie przedwojennych mieszkańców. W okresie Polski ludowej do wsi często przyjeżdżali z Niemieckiej Republiki Demokratycznej dawni mieszkańcy. Ich przewodnikiem najczęściej zostawał Stanisław Szwaj, ich przedwojenny sąsiad: A przyjeżdżali, stare swoje domy oglądali, cmentarz, zdjęć dużo robili, ale pomnik pomordowanych w Urszulinie Polaków też im pokazałem. Dziwili się dlaczego takich młodych ludzi zabijano. Niemym świadkiem ich dziejów jest zarastając cmentarz, na którym do dnia dzisiejszego pozostał stary drewniany krzyż i 9 nagrobków.
Źródła i literatura:
Źródła:
- „Sztandar Ludu” nr 65 (9564) z 1975 roku, artykuł Stanisława Jadczaka
pt. „Dajcie helikopter!”; - „Ziemia. Dwutygodnik Krajoznawczy Ilustrowany”, nr 22 z 1926 roku, www.wbc.poznan.pl;
- „Ziemia Włodawska”, nr 22 z 1926 roku;
- „Zwiastun Ewangeliczny” nr 9 z 1907 roku, www.wbc.poznan.pl;
- Dokumenty w zbiorach Edmunda Brożka z Włodawy;
- Dokumenty w zbiorach własnych autora;
- Dzienniki szkolne Szkoły Powszechnej w Urszulinie z lat 1935 - 1946, zebrane w Zespole Szkół w Urszulinie;
- Hucał Michał, Kantoraty i osady ewangelickie w Parafii Cyców na 1 II 1929;
- Komenda Powiatowa Policji Państwowej we Włodawie (nr zespołu: 467), Archiwum Państwowe w Lublinie;
- Kronika Parafii Rzymskokatolickiej p.w. Św. Andrzeja Boboli w Wytycznie, spisana przez ks. Jana Rębisza i późniejszych proboszczów parafii;
- Księgi hipoteczne Sądu Rejonowego we Włodawie;
- Księgi urodzeń, ślubów i zgonów Parafii Rzymsko-Katolickiej p.w. Św. Stanisława Biskupa Męczennika w Wereszczynie;
- Mapa topograficzna Polski, Warszawa 1965, www.geoportal.gov.pl;
- Mapa topograficzna Polski, Warszawa 1992, www.geoportal.gov.pl;
- Mapa Wojskowego Instytutu Geograficznego, Warszawa 1938;
- Metryki obwodu szkolnego w Urszulinie z 1939 roku, zebrane w Zespole Szkół w Urszulinie;
- Pierwszy Powszechny Spis Ludności z dnia 30 września 1921 roku. Główny Urząd Statystyczny Rzeczypospolitej Polskiej, Warszawa 1923, Tom IV – Województwo Lubelskie;
- Relacja świadków i członków ich rodzin: Waltruda Potrawke z Niemiec; Ted Belke z Devon (Kanada);
- Schoeneich Aleksander, Święto żniw, [w:] „Zwiastun Ewangeliczny”, nr 9 z 1901 roku;
- Sulimierski Filip, Wawelski Władysław, Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich, 1880-1914, www.dir.icm.edu.pl;
- Tabela miast, wsi, osad Królestwa Polskiego z wyrażeniem ich położenia i ludności, alfabetycznie ułożona w Biurze Komisji Rządowej Spraw Wewnętrznych i Policji, Warszawa 1827, www.wbc.poznan.pl;
- Topograficzna Karta Królestwa Polskiego z 1839 roku;
- Ubersichtsblatt der Karte des westlichen Russlands z lat 1911 – 1915;
- Wojewódzki Urząd Spraw Wewnętrznych w Lublinie – materiały administracyjne. PUBP Włodawa 1944 – 1964. Instytut Pamięci Narodowej o/Lublin;
- Wspomnienia mieszkańców: Stanisław Szwaj z Michałowa, Józefa Serafin
(z domu Szwaj) z Michałowa, Henryk Arasimowicz z Wereszczyna; Jan Panasiuk z Urszulina; Marian Kapała z Wiązowca; Jerzy Zygmuntowicz z Wiązowca; - Wywiady etnograficzne w zbiorach Agaty Grzywaczewskiej;
- www.kaufmandna.info;
- www.swissmennonite.org;
Literatura:
- Barsukow Jewgienij., Artyleria rosyjskiej armii (1900 – 1907 r.), ZSRR 1949, www.militera.lib.ru;
- Doroszewski Jerzy, Mniejszość niemiecka na Chełmszczyźnie w latach 1918-1939 [w:] Rocznik Chełmski, Tom 3 z 1997 roku;
- Dzieje Włodawy, pod red. Olszewskiego Edwarda i Szczygła Ryszarda, Lublin-Włodawa 1991;
- Giemza Zbigniew; Historia miejscowości Gminy Urszulin [w:] „Liderzy Polesia” nr 3 z 2007 roku;
- Janik Michał, Menonici w Galicji, [w:] „Lud. Kwartalnik etnograficzny”, t. XV, Lwów 1909, www.wbc.poznan.pl;
- Jerold Stahly, The Montbéliard Polish Move to Poland In 1791. Mennonite Family History, 1989, http://freepages.genealogy.rootsweb.ancestry.com;
- Jeske Adolf, Meine Reise in die Vergangenheit nach Kulczyn und Wojciechow im Cholmer Land, Neustadt – Diedesfeld 2005;
- Kołacz Małgorzata, Tarasiuk Dariusz, Dzieje Gminy Sosnowica. Analiza potencjału historycznego, www.sosnowica.pl;
- Kraszewski Józef Ignacy, Pan major: Na wschodzie, Kraków 1960, www.books.google.com;
- Makus Grzegorz, Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa we Włodawie w walce z polskim podziemiem niepodległościowym w latach 1944 – 1947, Włodawa 2009;
- Piotrkowski Wiesław, Zarys historii okolic Poleskiego Parku Narodowego, [w:] Zeszyty Muzealne, Tom X, Włodawa 2002;
- Ratajczyk Leonard, Nadzieja Jadwiga, Polska wojna partyzancka, 1863 – 1864: Okres dyktatury Romualda Traugutta, wyd. Ministerstwo Obrony Narodowej 1966, www.books.google.com;
- Schrag Martin, Historia Europejskiej Konfederacji Szwajcarsko-Wołynskiej, niepublikowane, 1956;
- Sobiecki Leonard, Z dziejów szkolnictwa podstawowego Powiatu Włodawskiego w okresie okupacji z uwzględnieniem tajnego nauczania, Lublin 1974;
- Śladkowski Wiesław, Kolonizacja niemiecka w południowo – wschodniej części Królestwa Polskiego w latach 1815-1915, Lublin 1969;
- Wawryniuk Andrzej, Encyklopedia Euroregionu Bug, powiat włodawski (Polska), Łuck 2009.
| Komentarze |
|
|
||||||||
|
||||||||
|
||||||||
|
||||||||
|
||||||||
|
||||||||
|
||||||||
3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved."
| < Poprzednia |
|---|



