Historia Urszulina

...nasza wspólna historia

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki
Email
Ocena użytkowników: / 206
SłabyŚwietny 

Dodaj swój Komentarz

 

Adam Panasiuk

 

Śladami zapomnianej historii …

Andrzejów

 


1.                  Andrzejów w okresie przedrozbiorowym

1.1.            Geneza powstania wsi

Jak potwierdzają odkrycia archeologiczne, teren Polesia Lubelskiego był stosunkowo gęsto zasiedlony, począwszy od VII wieku. Zarówno badania archeologiczne, jak i licznie występujące na polach fragmenty naczyń dowodzą, że w tym okresie na gruntach dzisiejszej wsi Andrzejów istniała dość duża osada słowiańska.

Pierwszą wzmiankę o miejscowości Andrzejów zawiera Latopis Hipacki, który wspomina, że w XIII wieku, a dokładnie w 1243 roku, istniał tutaj gród stożkowy. Andrzejów rozlegał się wówczas u stóp wyniosłości panującej nad bagnistą okolicą, którego założenia i fosa pozostały do dzisiaj. Gród położony był dokładnie na północny-zachód od wsi, miał formę czworoboku z zaokrąglonymi rogami i zajmował powierzchnię 10 arów. Istnienie grodu potwierdzają także znalezione w pobliżu fragmenty ceramiki. Latopis wspomina, że w roku tym gród próbowali zdobyć Polacy, ale nie wspomina, czy go ostatecznie zdobyto, na pewno zaś zostały splądrowane przez wojsko okolice Andrzejowa. Gród musiał być jednak zdobyty, skoro w 1245 roku został zajęty przez ruskich kniaziów, braci Daniła (tj. Daniel Halicki) i Wasylka. Kniaziowie wracali wówczas ze zwycięskiej wyprawy przeciwko Rościsławowi Michajłowiczowi, wspieranego przez Bolesława Wstydliwego.

Najprawdopodobniej pięć lat wcześniej gród andrzejowski opanowany został przez Mongołów, gdyż najechali wtenczas teren Chełmszczyzny i Lubelszczyzny. Tatarzy grabili okolice grodu andrzejowskiego, a być może też sam gród, również w latach 1256, 1260, 1261 i 1263. Oprócz Tatarów gród andrzejowski nękany był również przez Jaćwingów, chociażby w 1248 roku, którzy w celach grabieżczych przybywali z kierunku północnego. Najazdy te mogły doprowadzić do upadku grodu i jego kilkusetletniego wyludnienia, skoro następna wzmianka o Andrzejowie pojawiła się dopiero po dwustu latach.

Wieś ponownie została wzmiankowana w 1428 roku w księgach ziemskich sądu chełmskiego. W 1434 roku pisano o Andrzejowie jako o wsi bojarskiej, należącej do parafii z siedzibą w Sawinie. Za czasów panowania Kazimierza Jagielończyka lokację wsi zamieniono z prawa polskiego na prawo niemieckie. Lokacja na prawie niemieckim z reguły połączona była z wytyczeniem regularnej zabudowy i przydziałem jednakowych obszarowo działek budowlanych. Od 1564 roku wieś najczęściej figurowała pod nazwą Jędrzejów. Andrzejów, którego nazwa ma charakter odimienny, stanowił wówczas własność rodziny bojarskiej pochodzenia rusińskiego, pieczętującej się od 1450 roku herbem Nałęcz.

 

1.2.            Dobra andrzejowskie

Pierwszym rodem zamieszkującym wieś byli Andrzejowscy, którzy podobnie jak ich sąsiedzi Wereszczyńscy, byli „szlachtą gniazdową”, czyli wywodzącą się z posiadanej wsi. Poza Andrzejowskimi wieś zamieszkiwały inne rody, skoro z zapisków ziemskich sądu chełmskiego z 1429 roku dowiadujemy się, iż zasiadali w nim bracia Iwaszko i Feodor Tujmowicze, pochodzący właśnie z Andrzejowa. Rok wcześniej ten sąd nałożył na Iwaszka karę zwrotu cielaka lub krowy na rzecz Piotra Owieczka z Ochoży. Najprawdopodobniej Tujmowicze byli skoligaceni z Andrzejowskimi, bądź tak też Andrzejowscy pierwotnie się nazywali. W 1446 roku ci dwaj bracia ustalili przed podkomorzym chełmskim granice swoich dóbr z Wereszczyńskimi i Sosnowskimi.

Podobnie jak dobra wereszczyńskie, dobra andrzejowskie uległy dużemu rozdrobnieniu. Według regestrów poborowych z 1564 roku wieś była w posiadaniu: Daniła Chojeńskiego herbu Korczak, Michała i Iwana Andrzejowskich, rodziny Ditiuków, Jana Andrzeja Joskowicza, familii Rejów, Jana Chojeńskiego Kostrowicza, Steczki i Hieronima Andrzejowskich oraz Sebastiana Chojeńskiego. Rodziny Ditiuków i Joskowiczów stanowiły boczne gałęzie rodu Andrzejowskich, ale rodziny Rejów, czy Chojeńskich nabyły grunty bądź to w wyniku transakcji handlowych lub w drodze spadkowej. Spośród wymienionych dziedziców do najwyższych godności doszedł Iwan Andrzejowski, któremu w 1604 roku wręczono nominację na urząd władyki chełmskiego i bełskiego, ale pod warunkiem „pozostania” przy Unii Brzeskiej. Unia podporządkowywała miejscową Cerkiew prawosławną jurysdykcji papieskiej, jednakże nabożeństwa odprawiano według dotychczasowego porządku. Urząd swój Iwan pełnił aż do śmierci w 1619 roku, przybierając imię Arseniego.

Choć Iwan Andrzejowski pełnił wysoką funkcję w hierarchii unickiej, to większość andrzejowskich posiadaczy ziemskich było wyznania łacińskiego. Przenarodowienie ludu lub państwa zwykle bieże swój początek w klassie wyższej. Bądź światło postępu towarzyskiego, bądź interes partikularny, czynią jich ludźmi świata, kosmopolitami wychodzącymi z zaciśnienia miejscowości i narodowości. Ciągnie jich do tego, ocalenie lub pomnożenie majętności, dostatków, znaczenia, pozyskania przywilejów, któreby jich nad gmin wyniosły, któreby jim udział w rządzeniu krajem zapewniały. Lud pospolicie dłużej przy swojim obyczaju, przy swym języku i wyznaniu obstaje.[1] Tak pisał w 1844 roku Joachim Lelewel o spolszczaniu się szlachty ruskiej. Na zmianę wyznania wpływ miały także przywileje, nadawane szlachcie polskiej, bardziej korzystne niż na Rusi, jak chociażby przywilej w Jedlni, zatwierdzony w 1430 roku przez Władysława Jagiełłę. Przywilej ten gwarantował szlachcie nienaruszalność osobistą przez króla i jego urzędników bez prawomocnego wyroku sądu. Król zobowiązywał się, że neminem captivabimus nisi iure victim, czyli nikt nie będzie uwięziony bez sądu.

Pod koniec XVI wieku swoje włóki w Andrzejowie w dalszym ciągu utrzymywały rodziny Andrzejowskich, Chojeńskich oraz Mikołaj Brodowski, Małgorzata Czerska, Mikołaj Ditiuk Andrzejowski i Janusz Stecki. Rozdrobnienie majątków było w owym czasie dość powszechne, dlatego też rodziny Andrzejowskich, czy Chojeńskich miały swoje włóki także w Wytycznie, w Wołoskiej Woli, jak też w Brusie. W wyniku pomiaru dokonanego w 1596 roku wieś, stawy i młyn podzielono pomiędzy wymienionych dziedziców na kilkadziesiąt części. Określono wówczas zasady korzystania z młyna i ze stawów przez dziedziców oraz poddanych. Jeżeli którykolwiek z Panów albo poddanych ryby łowić będzie, za pracę sobie trzecią część ryb ma wziąć, a dwiema częściami Panowie mają się dzielić według określonych udziałów. Każdy z Panów swej części ma pilnować. A jeżeliby jeden z Panów albo z chłopów łowiąc do młyna najdalej do południa z rybami niedojechał, albo w nich (tj. w stawach) krzywdę czynił zakład przepadać ma, którego każdemu dochodzić wolno – zapisano w księgach donacyjnych kościoła w Wereszczynie. Dbałość o szczegółową regulację zasad korzystania z jezior i stawów wynikała z dochodów, jakie można było wówczas uzyskać z rybołówstwa. Użytkując same jeziora często można było osiągnąć zyski porównywalne dochodom ze średniej wielkości folwarku.

Dziedzice ustalili ponadto zasady wspólnego zarządu nad młynem, opierające się na systemie tygodniowym, czyli każdego tygodnia nadzór, utrzymanie i prawo do mielenia przynależało do kolejnego z dziedziców, według ustalonego porządku. Jedynie popowi andrzejowskiemu przysługiwało prawo korzystania z młyna na własną potrzebę, bez przydzielonej tzw. „miarki”. Podczas fundacji kościoła łacińskiego w Wereszczynie w 1634 roku obciążono go dodatkowo prawem wolnego mlewa bez miary i opłaty. Młyn przed podziałem był własnością Michała Jędrzejowskiego, dlatego też został od niego odkupiony za kwotę 24 złotych polskich, uiszczoną przez każdego dziedzica. Bez względu na kolejność użytkowania przez dziedziców młyna w przypadku gwałtownej wody, albo rwania upustu, albo grobli wszyscy ratować powinni. Określono przy okazji zasady korzystania z łąk, rzeki i stawów. Według nich wodę do sadzawek ze stawu albo rzeki albo z błota wolno każdemu prowadzić rynną i rowami małemi, bez podlewania młyna i tak opatrując, jakoby ryba ze stawu niezszedła. Miejscowa szlachta bardzo dbała o właściwe nawadnianie pól, gdyż w przypadku suszy, takiej jak w 1565 roku, po zboże musiano udawać się do odległych krain, wtenczas aż na Wołyń.

W spisach kolejnych lat XVII stulecia pojawiają się nowi właściciele ziemscy, jak Joanna Steczkowicz Andrzejowska, córka Steczki Andrzejowskiego, Hieronim Fedorowicz, Iwan Bruski, Stanisław, Rafał i Andrzej Michałowicze, Bogumił oraz Jan Andrzejowski, tyle że nie władyka, lecz świecki szlachcic, który był rodzonym bratem Iwana. W roku 1619 większa część gruntów wiejskich przeszła na własność Mikołaja Brodowskiego oraz jego braci Andrzeja i Pawła. Mikołaj Brodowski pełnił urząd pisarza ziemskiego lubelskiego i już od 1610 roku posiadał swoje włóki w sąsiednich dobrach wereszczyńskich. Natomiast 5 lat wcześniej zawarł z dziedzicami andrzejowskimi umowę, w której zobowiązał się do wykopania w Andrzejowie stawu i odnowienia młyna. Za realizację zobowiązania Mikołaj uzyskał włóki w dobrach andrzejowskich na własność.

W 1648 roku Brodowscy sprzedali grunty na rzecz Pawła i Anny Stąkiej Andrzejowskich, które objął następnie brat Anny, Kasper Stąki. W ramach spłaty długu 100 złotych polskich wobec siostry, Kasper był zobowiązany urządzić siostrze przystoyne pochowanie. Podczas rozdzielenia włości w Wereszczynie na 3 dwory, które miało miejsce w 1658 roku, podzielono także dobra andrzejowskie, głównie pomiędzy członków rodziny Uhrowieckich, posiadaczy większej części dóbr wereszczyńskich. W tych też dziesięcioleciach rozdrobnienie dóbr w Andrzejowie sięgnęło najwyższego poziomu, ówczesne rejestry podatkowe zanotowały aż 21 właścicieli. Jednym z nich stał się Stanisław Michał Górecki, mający za żonę Mariannę Sosnowską, który zakupił włości w Andrzejowie, jak i w sąsiednim Wytycznie w 1673 roku. Pełnił kilka kancelaryjnych urzędów w Chełmie, w tym wicesgerenta (niższy urząd sądowy) grodzkiego (1688-1690), pisarza grodzkiego (1690-1711), podstarosty, a zarazem sędziego grodzkiego (1712-1733). Gdy w 1733 roku zakończył pełnienie funkcji podstaorsty i sędziego, wówczas sprzedał także włości andrzejowskie. Dział Franciszka Chojeńskiego podzielono w 1682 roku pomiędzy skarbnika ziemskiego chełmskiego Remigiusza i Ferdynanda oraz Antoniego Porzeckich. W dziale Porzeckich, oprócz budynków, wymieniono sadzawkę i ogród z sadem pod olszyną. Chełmskiego rejestry poborowe z 1690 roku wskazywały, iż Andrzejów podzielony był już tylko na 9 działów.

We wsi znajdowały się najprawdopodobniej 2 dwory, jeden w zwanym później Starym Andrzejowie, a drugi na Łysosze, którą to oznaczano już na mapach z XVIII stulecia. Pod koniec XVII wieku do miejscowych dziedziców z rodziny Uhrowieckich, Góreckich i Andrzejowskich dołączyli także Żytkiewicze oraz cześnik chełmski Andrzej Antoni Bąkowski, czy też Maciej Boniecki, pełniący funkcję skarbnika chełmskiego. Ten ostatni doprowadził do zunifikowania włości andrzejowskich, zapoczątkowując ponad stuletnią obecność rodziny Bonieckich herbu Bończa w Andrzejowie. W ostatnich latach życia w 1717 roku Maciej Boniecki uzyskał prawo organizowania we wsi corocznych jarmarków.

Po śmierci Macieja Bonieckiego włości w 1718 roku przejął jego syn Antoni Ludwik, z pierwszego małżeństwa z Anną ze Strzemesznych. Uzyskał nawet w 1731 roku od Króla Polski Augusta II Mocnego przywilej organizowania we wsi oraz w sąsiednim Wytycznie tygodniowych targów. Organizowane targi przynosiły Bonieckiemu znaczne przychody, ale stały się zarazem obiektem pożądania okolicznych rabusiów. Informacje o jednym rabunku znajdziemy w księgach grodzkich lubelskich. Już w pierwszym roku po uzyskaniu targowego przywileju lubelski Żyd zniszczył znajdujący się w Andrzejowie skarbiec Bonieckiego w celu dokonania kradzieży. Za ten czyn został skazany w Lublinie na publiczne tortury.

Przywilej organizowania targów wpłynął na rozwój wsi. Z zapisów archiwalnych z tych lat dowiadujemy się, że we wsi znajdował się browar oraz części zwane Mogiłą, Potocznym Uhłem, Wąsoszą, a do Wereszczyna prowadziła cześniakowska dróżka. Być może na niej znajdowała się błotnista grobla, przez którą dla uchodu wody most środkiem i inne przeprawy, wynoszące wymiaru łokci 380. Więc płaca od nich od kupców osobną tabelą opisana postanawia się, z ostrzeżeniem, ażeby na wszystkich szlakach oprawa drogi nastąpiła w czasie jesiennym, pod ostrością prawa.[2] Każdy kupiec przejeżdżający groblą winien był dokonać opłaty. W połowie stulecia Antoni Boniecki założył w pobliżu nową miejscowość, którą nazwał od imienia drugiej żony Urszuli Wereszczyńskiej Urszulinem. W 1737 roku nadał na utrzymanie cerkwi unickiej grunty, a wcześniej przekazał łączną kwotę 2.900 polskich złotych. Natomiast w 1769 roku ufundował mieszkańcom Andrzejowa nową świątynię. Antoni Ludwik Boniecki pełnił kilka zaszczytnych funkcji, w tym podstolego chełmskiego, deputata na Trybunał Koronny Lubelski, cześnika i podsędka chełmskiego (od 1763 roku). Zmarł w 1774 roku, a zwłoki jego pochowano na cmentarzu w Wereszczynie, w którym również posiadał swoje włości.

Po Antonim Bonieckim majątek przejęła jego trzecia żona Wiktoria Boniecka ze Stoińskich (zgodnie z regestrem z 1783 roku), a następnie jej synowie Wincenty i Dominik Bonieccy. Dominik otrzymał w 1794 roku tytuł Wojskiego, natomiast Wincenty został podstolim chełmskim, a wcześniej pracował w trzyosobowej Komisji Cywilno-Wojskowej Ziemi Chełmskiej, która zajmowała się sprawami kwaterunku dla wojska, rekwizycjami wojennymi i rozstrzyganiem sporów między ludnością cywilną, a wojskiem. Po wybuchu powstania kościuszkowego został komisarzem cywilno-wojskowym ziemi parczewskiej. Wobec powyższej działalności nie wiadomo natomiast, czy znalazł się on wśród sygnatariuszy haniebnego Listu Obywateli Ziemi Chełmskiey z Seymiku pisanego w 1973 roku do carycy Katarzyny II. Szlachta chełmska poddawała się w nim władzy rosyjskiej, prosząc w zamian o zapewnienie praw: Odgłos zaboru reszty kraiu Państw Rzpltey Polskiey, a ztąd niepewność losu każdego z nas Obywatela wystawuiąca na przyszłość różnych ucisków i przykrości wyobrażenia, daie powód nam Obywatelom Woiewództwa Ruskiego Ziemi Chełmskiey i Ptu Krasnostawskiego udania się do W. Imper. Mci, abyś przez wielkość swoią całemu światu iawnie znaną, potężney swoiey udzieliła protekcyi, abyśmy, ieśliby nam koniecznie od ciała Rzpltey odpadać przyszło, pod słodkim W. Imper. Mci panowaniem swobod wraz z innemi nowo zaiętemi używać mógli. W odpowiedzi caryca zapewniła o moiey przychylności i o skuteczney protekcyi, przez która potrafię w każdym czasie zasłaniac ich (tj. chełmską szlachtę) od przykrych przypadków, których się oni zdaią obawiać.[3]

 

Wincenty Boniecki u swojego boku miał żonę Różę Węglińską. Często przebywający u niego brat Wacław słynął na okolicę ze zgrabności i zręczności. Sąsiad ze Świerszczowa Józef Rulikowski pisał w pamiętnikach, jak na jednym z przyjęć uproszony był przez całe obecne towarzystwo, aby tańczył kozaka. Zadość czyniąc temu żądaniu, zaczął tańczyć z niezrównaną lekkością i zręcznością, cały unosił się w powietrzu, w końcu pośliznął się, czy też zaczepił się o nierówność podłogi i upadł na wznak tak mocno, iż go wyniesiono prawie bez życia. Gospodarze domu zajęli się czule i gorliwie stanem potłuczonego, tańce ustały, biesiadujący nieśmiejąc być przeszkodą w staraniach około słabego, zaczęli się rozjeżdżać (…). Wypadek ten smutny przeraził wszystkich, żal był powszechny i wesołość ustała.[4]

 

1.3.            Feudalne życie włościan

Z siedemnastowiecznych wereszczyńskich dokumentów parafialnych o charakterze donacyjnym dowiadujemy się po raz pierwszy o poddanych z Andrzejowa, wśród których znajdowali się Paweł Mazur gospodarujący na marcinkowskiej włóce, Andrzej Bednarz na bajkowskiej włóce ma wołów dwa, krów dwie, Roman Kozub na włóce, Kos na włóce, Denyr Kopiuk na włóce. Każdy z poddanych zobowiązany był do płacenia podatku gruntowego, jednak podstawowym zobowiązaniem feudalnym pozostawała pańszczyzna. Już w 1477 roku na sejmiku ziemskim w Krasnystawie (tj. statut krasnostawski) ustalono jednolite świadczenia chłopskie dla całej ziemi chełmskiej. W przetłumaczonym przez dziewiętnastowiecznego historyka Adryana Krzyżanowskiego tekście statutu czytamy: Pragnąć dobra i dziedzictwa wszystkich ziemian i braci naszych w ziemi Chełmskiej dźwignąć i do większych przywieść zbiorów pracą kmieciów i osadników stanowimy:

1.      Każdy kmieć, człowiek czy osadnik jakiego bądź stanu nie może wychodzić z dziedzictwa lub posiadłości swego pana przez odkazanie, chyba gdy posiadany przez siebie łan ziemi zasadzi innym kmieciem tak zdatnym jak był sam, albo gdy swoją posiadłość sprzeda za pozwoleniem swego pana.

2.      Każdy kmieć w całej ziemi Chełmskiej z każdego łanu na świętego Marcina (11 listopada) co rok zapłaci swemu panu pół grzywny, przy tem da czworo drobiu na narodzenie Najświętszej Panny, a 4 kapłony i 24 jaj na Wielkanoc.

3.      Każdy człowiek i osadnik o swoim chlebie z dwiema kosami dwa dni w roku, jeden dzień podczas siejby zimowej, jeden podczas letniej pracować i żąć będzie dla swego pana.

4.      Każdy kmieć przywiezie co rok swemu panu cztery fury drew, dwie na narodzenie Pańskie, dwie drugie na Wielkanoc.

5.      Każdy kmieć koleją będzie powoził swego pana w granicach ziemi Chełmskiej.

6.      Każdy kmieć z łanu corocznie da swemu panu cztery korce owsa, a za to nie będzie obowiązany siać do dworu pokładnego (pod skibę).

7.      Tłóki, ile razy się podoba i będzie potrzeba panu, kmiecie na wezwanie i koszt dworu odrabiać będą.

8.      Każdy ogrodnik ze swego ogrodu wypłaci corocznie swemu panu sześć groszy czynszu i odrobi jeden dzień pańszczyzny w tygodniu.

9.      Każdy pan jest mocen osadzić swych ludzi i kmieci na czynszu większym na półgrzywny bez pańszczyzny.

10.  Pod karą trzech grzywien każdy ziemianin, dziedzic lub posiadacz, ma się stosować do powyższych przepisów. Przekraczający stawać będzie przed sądem starościńskim po pierwszym odebranym pozwie.

11.  Pod taką samą karą żaden ziemianin nie może do swych dóbr przyjmować zbiegłych cudzych kmieci, jest zaś obowiązany wydac niezwłocznie takich na właściwe wezwanie, pod zaostrzeniem odpowiedzenia przed sądami i złożeniem przysięgi, jeżeliby zaprzeczał pobytu zbiega.

12.  Kmiecie i osadnicy są zobowiązani naprawiać młyny i tamy swym panom.

13.  Ziemianin nie może umartków, to jest puścizny po zmarłych kmieciach swoich zabierać, ale tylko dzielący się nią spadkobiercy dadzą niezwłocznie panu swemu wieprzka lub jałowicę.[5] 

Te wszystkie działania, zmierzające do całkowitego uzależnienia kmieci, powodowały powstanie w XV wieku antyfeudalnego ruchu, który na Chełmszczyźnie przybrał specyficzny charakter. Do największego sprzeciwu ludności kmieciej doszło latem 1431 roku. Dokładny opis ówczesnych wystąpień antyfeudalnych znajdujemy w pracy badającego dzieje stanu chłopskiego dziewiętnastowiecznego historyka Walerego Przyborowskieg: W Chełmskiem znajdujemy teraz liczne rozwody między kmieciami, porywanie dziewcząt, nieślubne pożycie, gwałcenie kobiet, zbrojny opór władzy szlacheckiej, pijaństwo, któremu przykład dawało ludowi miejscowe duchowieństwo. Nie dość na tem, obok ogólnego upadku moralności w Chełmskiem i Lubelskiem, zjawiają się objawy wyraźnego oporu przeciw ustalającemu się porządkowi rzeczy. Łuny krwawych pożarów, Kazimierzowe „krzesiwo i hubka”, dają znać, że lud bez oporu nie chce ulec. Całe wsie niszczą tam kmiecie, palą uciekają, tłumnie wynosząc się nocą z dobytkiem i wszystkiem, co posiadają, nie uiszczają długów, mordują czasem szlachtę.[6]

Pomimo znaczącego obciążenia warstwy chłopskiej, sytuacja gospodarcza miejscowej szlachty pogorszyła się w połowie XVII stulecia. W okresie wojen szwedzko-kozackich nałożono na chłopów podymne, czyli podatek od domów mieszkalnych, oraz płacone od pojedynczych osób pogłówne. Poprzez zwiększenie obciążeń podatkowych dla warstwy włościańskiej szlachta dążyła do zrekompensowania poniesionych strat, spowodowanych wojnami kozackimi i potopem szwedzkim. Działania te przyniosły odwrotny efekt, gdyż przyczyniły się do masowych buntów włościan. Już w 1649 roku sejmik ziemski w Chełmie podjął decyzję o zaciągu 200 ludzi, by skutecznie stłumić swoich niezadowolonych poddanych. W kolejnych latach wojny doprowadziły do opustoszenia większości uprawianej ziemi, a liczba mieszkańców drastycznie spadła. Walery Przyborowski opisuje przyczyny takiego stanu: Chłopi stawali na mogiłach, wyglądając czy zbrojne, huczące jak fala morska, tłumy Chmielnickiego nie idą spod Zamościa, lub Węgrzy Rakoczego z Lublina. Gdy atoli zamiast tłumów kozackich, ukazały się chorągwie polskie, wszystko co żyło we wsi uciekało do lasów, do bagnistych puszcz podlaskich, ciągnąc ze sobą wozy z żywnością. Straszne to zresztą były czasy – istna „ruina”. Wszyscy gnębili: Tatarzy, Szwedzi, Kozacy, Węgrzy. Tłumy zgłodniałych, zdziczałych w lesnem życiu wieśniaków, włóczyły się od wsi do wsi. Własność, życie, cnota kobiet, nic nie było szanowane. Częstokroć do uciekającej przed gwałtem dziewczyny strzelano.[7] Potwierdzeniem działań wojennych w dobrach andrzejowskich są znaleziska archeologiczne, chociażby używana do dział oblężniczych kamienna kula armatnia, którą znaleziono w sąsiednim Wytycznie. Najstarsi mieszkańcy Andrzejowa wspominają legendę o broniących się na grodzisku Szwedach. Jak byłem dzieckiem to wszyscy starsi opowiadali, że Szwedzi tą górkę usypali swoimi hełmami, by lepiej się bronić przed wrogiem. Może dlatego nazywano ją kurhanem – opowiadają Lucyna i Henryk Śledzińscy.

Na przełomie XVII i XVIII wieku znacznie spadła cena zboża, dlatego też, rekompensując sobie stratę, szlachta prawie całkowicie zastąpiła najemną siłę roboczą pracą pańszczyźnianą chłopów. Zupełnie odwrotnie postępowano 100 lub 200 lat wcześniej, gdy ze względu na częste najazdy tatarskie (chociażby z 1500 roku), obciążenia pańszczyźniano-podatkowe chłopów w tym rejonie był niższe niż w innych regionach kraju. Stąd też, mimo nawały tatarskiej, rejony te przeżywały najbardziej dynamiczną kolonizację ziem.

We wsi dalej funkcjonował młyn, lecz należał już do majątku wereszczyńskiego i został obciążony prawem korzystania przez plebana kościoła łacińskiego w Wereszczynie. W trudnym dla mieszkańców okresie wojen szwedzkich i kozackich został zniszczony (najprawdopodobniej podczas najazdu kozackiego z października-listopada 1648 roku), dlatego też dziedzic, skarbnik chełmski Stanisław Andrzejowski zawarł kontrakt z młynarzem Wojciechem Kozyrą. Zgodnie z umową na wyposażanie owego młyna z upustem i kołami dwiema z tym wszystkim cokolwiek do młyna porządnego dostał wszelkie potrzebne uposażenie. Otrzymał również kontrakt na roczne zaopatrzenie w pożywienie, na które składało się: złotych polskich trzydzieści, żyta korcy trzy, jęczmienia korzec, piwa beczkę, soli szynków trzy, połeć słoniny, sadła, masła kwart dziesięć. Jednakże do roboty pracowników sam doosabiać i najmować powinien, za wyjątkiem prac do ujęcia wody i do palów ubicia. Młynarze nie tylko czerpali dochody z prowadzonej przez siebie działalności, ale podobnie jak chłopi, posiadali również nadziały ziemi, z których zapewniono im swobodne korzystanie. W jednej z umów z pierwszej połowy XVII stulecia uposażenie młynarza andrzejowskiego ustalono następująco: ze młyna miarkę trzecią mieć będzie, ogrody, plac na postawienie chałupy i pola, półtora korca łęczyńskiego na każdy rok i łąki po błota aż pod młyn. Wszyscy chłopi z majątków andrzejowskich byli zobowiązani do przymusowego mielenia zboża w tymże pańskim młynie i uiszczania z tego tytułu opłat w postaci miar zbożowych.

Według pierwszego znanego spisu powszechnego ludności, sporządzonego w 1786 roku, w Andrzejowie znajdowało się 41 domów. Kolejny rejestr objął chrześcijan greckokatolickiej parafii andrzejowskiej. Został sporządzony w 1791 roku i wykazał 29 domów, w której mieszkali wyznawcy tej religii: W kolejności zamieszkania byli nimi:

1.      Miluta Nowosad z: żoną Judiną, bratem Pawłem i bratową Pratudą, braćmi Grzegorzem i Łukaszem;

2.      Grzegorz Chwedczuk z: żoną Zofią, synem Stefanem i synową Anną, siostrą Marianną;

3.      Jędrzej Hordź z: żoną Ewdocją, matką Nastazją, braćmi Grzegorzem i Mikołajem, synami Łukaszem i Grzegorzem;

4.      Łukasz Semenczuk z: żoną Dolimą, synami Demetryuszem i Jakubem, siostrą Marianną, bratem Stefanem;

5.      Stefan Iwaniuk z: żoną Marianną (łacinniczka), synem Grzegorzem i synową Marianną, synami Mikołajem, Andrzejem i Łukaszem, wnukami Pratudą i Teresą;

6.      Łukasz Kowalczuk z: żoną Marianną, synem Nazarem i synową Marianną, siostrami Katarzyną i Anną;

7.      Jan Lewczuk z: żoną Marianną, córkami Jadwigą, Marianną i Katarzyną;

8.      Jędrzej Sitarz z: dziećmi Tomaszem i Katarzyną, bratem Gabrielem;

9.      Piotr Marcyniuk z: żoną Marianną, matką Marianną, synami Janem i Stefanem;

10.  Teodor Marcyniuk z: żoną Anną, matką Pratudą, bratem Stefanem, siostrą Hapą i Teresą;

11.  Jakub Twarduniuk (łacinnik) z: żoną Marianną, córką Anną;

12.  Mikołaj Kucharuk (łacinnik) z: żoną Teodorą, dziećmi Janem, Anną, Marianną, Stefanem i Katarzyną;

13.  Piotr Bedłuszak z: żoną Marianną, dziećmi Nastazją, Praksedą, Marianną, Łukaszem i Milutą;

14.  Jan Kowalczuk z: żoną Anną, matką Anną, synem Grzegorzem i synową Lemią, siostrą synowej Lisznią, wnukami Łukaszem i Milutą;

15.  Rytan Bedłuszak z: żoną Nastazją, synem Teodorem i synową Anną, córkami Anną i Katarzyną;

16.  Jan Dzugaluk z: żoną Tacianną, córkami Anną, Katarzyną i Pelagią, służącym Stefanem;

17.  Panas Dzugaluk z: dziećmi Praksedą i Grzegorzem;

18.  Stefan Dzugaluk z: matką Anną, siostrami Katarzyną i Zofią, braćmi Janem i Łukaszem;

19.  Jakub Wojtaluk (łacinnik) z: żoną Anną, córkami Marianną, Zofią i Katarzyną;

20.  Paweł Dzugaluk z: żoną Anną, synem Dymitrem, służącą Pelagią i jej synem Ignacym;

21.  Teodor Jaroszuk z: żoną Marianną, synem Pawłem;

22.  Stefan Wawryszuk z: synem Janem i synową Anną (łacinniczka), córką Anną, synem Grzegorzem;

23.  Bazyli Dzugała z: żoną Dolimą, synem Damianem i synową Atrafią, wnukiem Łukaszem;

24.  Konrad Dzugaluk z: żoną Anną (łacinniczka);

25.  Panas Trajgrosz z: córką Anną i zięciem Józefem, wnukami Stefanem, Pelagią i Ignacym;

26.  Antoni Bedłuszak z: żoną Marianną, synem Łukaszem, córką Teodorą;

27.  Onufry Lewczuk z: żoną Tacianną, synami Janem, Wasylem i Janem;

28.  Jakub Kuźmierz z: żoną Marianną, synem Chlubnim;

29.  Plebania: Ewa Iwaszkiewiczowa, matka Astazja, syn Onufry, córka Marianna, służący Jędrzej i Marianna.

Spisu dokonał paroch Józef Iwaszkiewicz, naliczając w sumie 76 mężczyzn i 74 kobiet.

 

1.4.            Cerkiew unicka i jej wierni

Na początku XVII stulecia we wsi najprawdopodobniej znajdowała się świątynia unicka, skoro jeden z dziedziców piastował funkcję władyki chełmskiego i bełskiego. Iwan Andrzejewski podjął się zadania rozpowszechnienia w swoim biskupstwie Kościoła unickiego, stąd też domniemanie, iż taki musiał funkcjonować również w Andrzejowie. Tezę potwierdzają zapiski Chełmskiego Konsystorza Greckokatolickiego, które wzmiankują o istnieniu parafii wiejskiej w Andrzejowie z cerkwią prawosławną już od początków XVI stulecia, po raz pierwszy w 1510 roku.

Parafia uzyskała nową świątynię i znaczące wsparcie finansowe w pierwszej połowie XVIII wieku. Akt erekcji dla cerkwi został wydany w dniu 15 czerwca 1731 roku przez Antoniego Ludwika Bonieckiego. Od zapisanej w księgach ziemskich chełmskich przez Bonieckiego w 1731 roku kwoty 1.500 złotych i w 1737 roku kwoty 1.400 złotych oraz przez Petronellę Zwolińską w 1729 roku kwoty 500 złotych parafia pobierała każdego roku procenty w łącznej wysokości 198 złotych (5% lub 7% od wartości zapisanej kwoty). W zamian proboszcz był zobowiązany do odprawiania dwóch Mszy Św. co tydzień za Antoniego Ludwika Bonieckiego i 1 mszę za Petronellę Zwolińską. Ponadto każdego roku ponosił na rzecz skarbu państwa opłatę zwaną charitatuvi, którymi obciążone były wszystkie grunty dworskie i kościelne. W 1791 roku paroch z tego tytułu zapłacił 7 polskich złotych.

Dokładniejsze informacje o unickiej Cerkwi p.w. Przemienienia Pańskiego w Andrzejowie uzyskujemy z powizytacyjnego sprawozdania wspomnianego konsystorza z 1741 roku. Wizytujący Felicjan Filip Wołodkowicz ­o stanie świątyni:
W ścianach i dachach porządna, w tey okien w Cerkwi siedem, w zakrestyi trzy, wszystkie w ołów oprawne. Drzwi w babińcu troie na dwóch zawiasach i zasuwami, do Cerkwi drzwi jedne na trzech zawiasach (…). Drzwi do zakrystyi dwoie malowanych na dwóch zawiasach (…) Dzwonów na dzwonnicy dwa, do elewacyi ieden. W dalszej części sprawozdania dowiadujemy się o stanie wyposażenia: Łyżka iedna srebrna pozłacana, druga cynowa, kielichów srebrnych pozłacanych dwa z patynami, tabliczek srebrnych pozłacanych dwie na obrazie Anny Świętey, tabliczka srebrna na obrazie Najświętszey Panny, sukiennka na Świętey Annie z bogatey materyi z polonem srebrnym, łyżeczka cynowa, miernice cynowe, lampa blaszana, lichtarzyki blaszane, trybularz mosiężny, mszał wileński w srebro oprawny z iedney strony i wiele innych drobniejszych przedmiotów, w tym zbiór kilku szat liturgicznych. Głównym źródłem utrzymania była dziesięcina wynosząca snopów piętnaście oraz dochody z gruntów cerkiewnych. Parochem ówczesnej parafii był Józef Aresztowicz, a w jej skład wchodziło także sąsiednie Wytyczno.

W konsystorze chełmskim zachowało się także sprawozdanie powizytacyjne z 1785 roku, które wskazuje na dobry stan cerkwi. Była to nowa świątynia ufundowana przez Antoniego Ludwika Bonieckiego w 1769 roku. W skład parafii oprócz Andrzejowa wchodziła wieś Wytyczno, a ludzi do spowiedzi sposobnych było 249. Księdza Józefa Aresztowicza na funkcji parocha zastąpił ks. Teodor Birontowicz, a jego w 1789 roku Józef Iwaszkiewicz. Od 1791 roku proboszczem był Maciej Borysiewicz.

 

 

 

 

 

 

2.                  Andrzejów w okresie rozbiorów

2.1.              Folwarki andrzejowskie

Z chwilą śmierci Antoniego Ludwika dobra Bonieckich zostały podzielone na dobra wytyckie, hańskie i andrzejowskie. Po Wincentym i Dominiku Bonieckich nowym właścicielem dóbr Andrzejowa i Wytyczna na początku XIX wieku został Franciszek Kunicki, który obydwa majątek Andrzejewski i wytycki kupili za łączną kwotę 500.000 florenów. Dwa lata później (tj. w 1804 roku) za kwotę 525.000 polskich złotych majątek nabyli Michał Węgliński i Anna z Borawskich Węglińska, która dotychczas zamieszkiwała właśnie w Starym Andrzejowie. Michał Węgliński, jeszcze przed osiedleniem się w Andrzejowie, brał czynny udział w konfederacji chełmskiej z 1793 roku, pełniąc funkcję jej komisarza. Po śmierci Michała w 1807 roku majątek przejął Stanisław Węgliński, a w 1820 roku Anna i córka Felicjanna. Aby zagospodarować tutejsze, gęsto porośnięte lasem tereny, Węglińscy podjęli się sprowadzenia kolonistów do nowo założonej wsi Urszulin.

Posesję w andrzejowskim dworze wynajmowali w tym czasie szlachcice Józef Dunowski oraz Franciszek Brzeziński, późniejszy dziedzic Bełżyc. Zaraz po nabyciu majątku przez Węglińskich w Andrzejowie zamieszkał na kilka lat francuski szlachcic polskiego pochodzenia Jan Jakub Bulie, poślubiając w 1814 roku mieszkankę miasteczka Urszulin Magdalenę Karaszewską. Oprócz stałych rezydentów do dworu zjeżdżała się okoliczna szlachta, a gospodarze wyprawiali im kilkudniowe przyjęcia, zwłaszcza przy okazji ślubów i chrzcin. Podczas jednego z wrześniowych przyjęć w 1814 roku zmarł bawiący się kilka dni w Andrzejowie Jan Rulkiewicz z Siedlec. Padł ofiarą szalejącej we wsi epidemii, co potwierdza fakt, iż w tym samym czasie proboszcz wereszczyński pochował rezydentkę dworu Annę Brzezińską oraz kilkunastu mieszkańców wsi.

W dworze mieszkała także zubożała szlachta, nieposiadająca swoich majątków, chociażby będący do śmierci starym kawalerem Wojciech Orłowski, zmarły w 1815 roku. Przedstawiciele drobnej szlachty zamieszkiwali we dworze, gdyż posiadali różne stanowiska w służbie u dziedziców. Funkcję ekonoma dworskiego sprawował najpierw Tomasz Rutkowski, a następnie Aleksander i Ignacy Żmudzcy, Wojciech Michalski oraz Aleksander Madaliński. Pisarzem dworskim został najpierw Jan Daciewicz, a następnie Jan Secygnowski. Leśniczym lasów andrzejowskich był zaś Maciej Lipski. Po utworzeniu w 1809 roku gminy patrymonialnej w Andrzejowie Jan Secygnowski został zastępcą wójta.

W 1824 roku w wyniku ślubu Felicjanny Cyrylli Węglińskiej, córki Michała i Anny Węglińskich, z hrabią Antonim Załuskim z Wodyń majątek przypadł rodzinie Załuskich, choć formalnie jako właścicielkę w księgach hipotecznych zapisywano Felicjannę. Dożywotnie prawo do połowy własności dóbr miała jej matka Anna, ale prawo te nie mogło być zbywalne i podlegać dziedziczeniu. W 1830 roku dobra Andrzejów i Wytyczno liczyły 11.201 mórg ziemi, z czego 5.349 mórg stanowiły lasy, a 3.509 łąki. Lasy w majątku andrzejowskim były nieurządzone, choć bogate w budulec. Dobra Węglińskich i Załuskich były bardzo zadłużone, gdyż obciążone wierzytelnościami wynoszącymi w 1832 roku 182.500 złotych polskich. Stąd też wierzyciele w osobach chociażby Franciszka Gruszeckiego, Józefa Potockiego, hrabiego Polityło już od kilku lat podejmowali próby egzekucji wierzytelności z majątku. Małżeństwo Felicjanny z Antonim Załuskim pozwoliło na regulowanie wierzytelności, dlatego też wartość długu na majątku zmalała do 42.000 złotych.

W 1846 roku dobra andrzejowskie na licytacji wykupił Kalikst Łaski, ożeniony z Józefą z domu Domańską. Już od czasu przybycia do Andrzejowa Antoniego Załuskiego był komisarzem dóbr, mając jedynie 20 lat, a od 1840 roku dzierżawił je. Po wykupieniu majątku przez Kaliksta Łaskiego, jego część dzierżawił do 1864 roku – czyli do swojego zgonu – Józef Justyński. Po jego śmierci zebrała się w Andrzejowie rada familijna, która wystąpiła do właścicieli majątku, by sukcesorów zwolnić z dzierżawy. Justyński pozostawił bowiem po sobie 7 nieletnich dzieci. Ponadto rada z dzierżawnych przychodów zaspokoiła wierzycieli, a resztę kwoty   zabezpieczyła na utrzymanie dzieci. Jeszcze w latach czterdziestych Łascy zamieszkiwali we dworze w Wytycznie, jednakże na początku lat pięćdziesiątych przenieśli się wraz z córką Emilią do dworu andrzejowskiego. Funkcję rządcy majątku pełnił wówczas Ezachiel Lepiecki.

Księgi hipoteczne wskazują, iż po śmierci Łaskiego w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych własność dóbr andrzejowskich ponownie powróciła do Felicjanny i Antoniego Załuskich, a w 1856 roku po połowie dla córek: Heleny Antoniny i Leonii Anny z Załuskich. Majątek oszacowano wówczas na kwotę 614.000 złotych. Nowe właścicielki nie zamierzały utrzymywać dłużej majątku, dlatego też podali do krajowej prasy ogłoszenie o sprzedaży. W ogłoszeniu przeczytać można, że dobra położone na trakcie z Włodawy do Łęczny, mające rozległości dziesiatyn około 30,000 czyli morgów 15,000, składające się z czterech folwarków, dogodnie na dwie części podzielić się dające, są do sprzedania z wolnej ręki pod przystępnemi warunkami.[8] Majątku w 1856 roku nie sprzedano, jednakże po ślubie Leonii i Władysława Wydżgi nowi małżonkowie wykupili w 1864 roku udział Heleny za kwotę 31.000 rubli. Majątek był już okrojony, gdyż w marcu tego roku we wszystkich miejscowościach dóbr przekazano na cele uwłaszczenia włościan 4.298 mórg ziemi.

W 1865 roku okrojony majątek kupił za kwotę 975.000 polskich złotych (tj. 146.250 rubli) Aleksander Karpiński. Prawdopodobnie podczas transakcji wystąpiły problemy z płatnością za kupiony majątek, skoro już w grudniu tego roku dyrekcja Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego Guberni Siedleckiej podała do publicznej wiadomości informację o przymusowej licytacji, Jako przedmiot aukcji podała: Andrzejów miasto z przyległościami Wytyczno, Wólka Wytycka, Dominiczyn, Urszulin, Wincencin, Maydan Wytycki i nowemi orygowanemi osadami Michelsdorff, Czerników, Otrata. Majątku w tym roku nie zlicytowano, uczyniono to dopiero w 1870 roku. Już w 1868 roku Karpiński próbował sprzedaży z opcją zamiany. Ogłoszenie umieszczone w „Kurjerze Warszawskim” pozwala nam na poznanie osiąganych w majątku dochodów. Aleksander Karpiński określił swoje dobra następująco: przy stacji pocztowej Urszulin, o 21 wiorst (3 mile) od Łęcznej, niedaleko od linii nowo-wytykającej się kolei żelaznej, w glebie po części czysto-pszennej, z lasem wysoko-piennym i towarowym, z kapitałem około 9-ciu tysięcy rubli w depozycie Banku będącym, z Dworem nowym i budowlami gospodarskiemi wielu nowemi, z inwentarzem żywym i martwym, gorzelnią i browarem z aparatami, przy stałych dochodach z dzierżawy propinacji rs 1575 – rybołostwa 900 – z pachtu krów 900 – młyn 90 – stacja pocztowa 75 rs. Siana ukoszono stogów przeszło 400. Ogólnej rozległości dziesiatyn 5250 (włók 350), - z powody ciężkich czasów DOBRA te są do sprzedania po rs. 500 za włókę, lub zamiany na mniejszą bez długów, wiejską lub miejską Nieruchomość. Kapitał do nabycia Dóbr od 50 do 60 tysięcy rubli byłby dostatecznym.[9] Spośród ponad 5.000 dziesiatyn (1 dziesiatyna równała się 2 morgom lub 1/15 włóce) 330 dziesiatyn stanowiły lasy, 240 – łąki, a 480 – grunty orne. 

Karpiński osiadł się na włościach andrzejowskich, ze względu na swoją żonę Julię Dembowską, córkę Edwarda, przywódcy powstania krakowskiego, która już wcześniej przebywała we dworze. Matka Julii, Aniela Dembowska, z domu Chłędowska, przebywała bowiem w Andrzejowie po śmierci swojego męża w powstaniu krakowskim w 1846 roku. Dodać należy, że Aniela nigdy nie mogła pogodzić się ze śmiercią Edwarda. Dziwaczała coraz bardziej, odsuwała się od ludzi i zatapiała się w samotności, stale powracając do lat młodości, młodzieńczych uniesień i czasu walki. Jej ostatnią wolą było, aby pochowana została bez trumny w prostym dole, tak jak wrzucono do wspólnej mogiły jej męża i towarzyszy powstania krakowskiego.[10] Zmarła niezauważenie w dniu 30 listopada 1902 roku. Ciało Anieli Dembowskiej złożono zgodnie z jej życzeniem na wiejskim cmentarzu parafialnym we wsi Wereszczyn.  Przy murze okalającym ową nekropolię znajduje się zapadnięta mogiła z położoną na niej piaskowcową płytą nagrobną, na której i dziś jeszcze odczytać można  słabo widoczne już litery składające się na napis: Śp. z Chłędowskich Aniela Dembowska, żona kasztelanica Edwarda, wierna córka Ojczyzny. Żyła lat 77. Zmarła dnia 30 listopada  1902 roku.

Aleksandra Karpińskiego z Edwardem Dembowskim łączyło nie tylko pokrewieństwo żony, ale także współdziałanie w niepodległościowych organizacjach konspiracyjnych. Aleksander, jako młody adwokat lubelski (patron przy Trybunale Cywilnym Lubelskim), stał na czele lubelskich organizacji młodzieżowych, następnie został jednym z trzech przywódców Związku Narodu Polskiego. Organizacje te dążyły w latach czterdziestych do wywołania ogólnonarodowego powstania. Utrzymywał bliski kontakt z Edwardem Dembowskim, który przygotowywał powstanie w Małopolsce, jednakże w 1843 roku policja carska aresztowała Aleksandra, ukrywającego się u swojej rodziny w Kielcach, a sąd wojenny skazał go karę śmierci przez powieszenie i konfiskatę majątku. Kara śmierci została jednak zamieniona na dożywotnie ciężkie roboty w rosyjskiej kopalni, jednakże i ten wyrok złagodzono, wskutek czego zesłano Aleksandra na Syberię w okolicach Piotrowska. Przez 6 lat pracował w kopalni nerczyńskiej koło Irkucka, a następnie osiadł w tamtejszym okręgu. Tam szybko zajął się działalnością gospodarczą, zakładając z zesłanym Felicjanem Karpińskim fabrykę serów szwajcarskich oraz kampanię przemysłowo-handlową, zajmującą się sprzedażą skór, mięsa, sukna i herbaty. Po ogłoszeniu przez cara amnestii powrócił w 1857 roku do kraju.

Po powrocie z zesłania osiadł się Aleksander Karpiński w Lublinie, a następnie w Warszawie, by w 1865 roku sprowadzić się do Andrzejowa. Już jako młody działacz niepodległościowy Aleksander był zwolennikiem „pracy u podstaw”, czyli polepszenia sytuacji bytowej chłopów, by tym samym zapewnić szeroki udział mas chłopskich w rewolucji niepodległościowej. Mawiał, że rewolucja u nas żadna się nie uda, jeśli chłopi nie będą należeli do niej.[11] Słowa wdrażał w czyn, dlatego też w swoich dobrach wprowadził wiele unowocześnień ułatwiających pracę na roli. W zarządzaniu majątkiem Aleksandrowi pomagał rządca Ludwik Krauze. W 1866 roku wykupił także majątek na Łysosze i wybudował tam nowe obiekty oraz zmodernizował całe gospodarstwo, choć w dalszym ciągu zabudowania folwarczne wyglądały skromnie.

Wobec ogromnego zadłużenia w 1870 roku nastąpiło przymusowe wywłaszczenie Aleksandra Karpińskiego i publiczna licytacja majątku. Nowym właścicielem folwarku został jego krewny, aptekarz i przemysłowiec z Warszawy Wincenty Karpiński, płacąc za niego 80.521 rubli. Do Andrzejowa się nie przeniósł, a w dalszym ciągu zamieszkiwał Aleksander z rodziną. Dwa lata od zakupu wydzielono dobra Wytyczno, Helenin i Łowiszów, natomiast w 1879 roku Andrzejów z Urszulinem, Michałowem i Wincencinem powrócił w posiadanie Aleksandra. Własnością Wincentego pozostał jedynie folwark na Łysosze.

Rejentalne oddzielenie folwarku Łysocha od dóbr andrzejowskich nastąpiło w 1896 roku. Z aktu podziału dóbr dowiadujemy się, iż folwark miał zabudowę zamkniętą z osiowo przebiegającym ciągiem komunikacyjnym. Oprócz właścicieli zamieszkiwało w nim na przełomie wieków kilkanaście osób ze służby, w tym kowal Leon Kozłowski oraz pracownicy folwarczni Michał Wojtaluk i Jakow Józefczuk. Po śmierci Wincentego Karpińskiego w 1910 roku majątek przejął Stanisław Karpiński. Ten z kolei przepisał dla Centralnego Towarzystwa Rolniczego cały majątek w Łysosze, z zastrzeżeniem jednak, by powstała w nim szkoła rolnicza dla włościan.

W Starym Andrzejowie zamieszkiwał do swoje śmierci Aleksander z Julią i dziećmi, w tym ze Stefanem, Feliksem i Czesławem. Jako najstarszy andrzejowski majątek przejął Stefan w 1890 roku. Na początku XX stulecia poślubił Melanię Przeworską. Czesław pobudował nowy folwark w Nowy Andrzejowie, w którym zamieszkał z żoną Michaliną. Pierwsze wzmianki o Nowym Andrzejowie pojawiły się w 1898 roku, wówczas jako własność Feliksa Karpińskiego. Został wydzielony z dóbr andrzejowskich w 1905 roku, już jako własność Czesława. W kolejnych latach wyodrębniano kolejne części, a następnie po zagospodarowaniu sprzedawano je. Powstawały kolejno Andrzejów B, w 1912 roku Andrzejów C – Aleksandrówka i Andrzejów F, rok później Andrzejów G (grunty od Starego Andrzejowa do dzisiejszej ulicy Kwiatowej i grunty przy drodze od strony Zabrodzia). Nowi osadnicy zamieszkali jedynie w Aleksandrówce i w Andrzejowie G. Pierwsze grunty należały do Stefana, drugie do Czesława.

Karpińscy w swoich 3 folwarkach zastosowali wiele nowych rozwiązań produkcyjnych, co powodowało, że były wzorem na okolice. Sam Czesław Karpiński był działaczem tajnych organizacji niepodległościowych, w tym Komitetu Obrony Podlasia, aktywnym politykiem, przedstawicielem Stronnictwa Demokratyczno-Narodowego, posłem rosyjskiej Rady Państwa i funkcjonującego podczas I wojny światowej Komitetu Narodowego Polski. Prezentował pogląd polityki ugodowej wobec Cesarstwa Rosyjskiego. Na jednym bankiecie w Petersburgu w 1912 roku z udziałem cara Mikołaja II wezwał do zaniechania waśni polsko-rosyjskiej i wyraził przekonanie, że z wysokości tronu i w Dumie wykonany zostanie szeroki godny narodu rosyjskiego gest, który natchnie Polaków nadzieją.[12]

Poza polityką Czesław Karpiński – absolwent politechniki ryskiej – aktywnie uczestniczył w podnoszeniu poziomu wiedzy w zakresie rolnictwa, będąc niejednokrotnie wykładowcą na konferencjach i kursach o tej tematyce. Ponadto doradzał rosyjskiemu Ministerstwu Rolnictwa w sprawach leśnictwa, łowiectwa i zadrzewień, był czynnym działaczem Lubelskiego Wydziału Kółek Rolniczych, a w 1907 roku współzakładał Centralne Towarzystwo Rolnicze w Królestwie Polskim i Włodawskie Towarzystwo Rolnicze, którego został prezesem. Był jednym z najbardziej hojnych ofiarodawców tej organizacji. Trzy lata później włodawskie towarzystwo zostało zamknięte z powodu nie stosowania w prowadzonej dokumentacji języka rosyjskiego. W uznaniu za zasługi w sferze rolniczej Czesław Karpiński był kilkakrotnie wybierany do ścisłych władz dyrekcji siedleckiego Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego. Nowoczesny sposób gospodarowania u Karpińskiego przekładał się na zmianę form użytkowania gruntów przez okolicznych chłopów. W ówczesnej lokalnej gazecie „Głos Podlasia” o gospodarstwie rolnym Karpińskich możemy przeczytać, iż prócz starannej uprawy doborowych nasion, hodowla inwentarzy i trzody przynosi pokaźne dochody i budzi z letargu starych i zacofanych hreczkosiejów, zaś najbardziej dodatnio oddziaływa na kolonistów i włościan, którzy i nawozy sztuczne zaczynają stosować i kupują prosięta i cielęta, aby mieć lepsze i korzystniejsze okazy.[13] Również jego brat Wincenty był uznawany za jeden z największych ówczesnych autorytetów w dziedzinie rolniczej. Pełnił funkcję kierownika stacji doświadczalnej w Sobieszynie, Grodzisku i Jeżewie, a potem był profesorem w zakresie nauk o rolnictwie na Politechnice Lwowskiej. Duże zasługi w sferze rolnictwa miał jego wuj, także Wincenty Karpiński, właściciel folwarku w Łowiszowie, Łysosze i w Wytycznie. Aktywnie uczestniczył w pracach Centralnego Towarzystwa Rolniczego oraz Lubelskiego i Włodawskiego Towarzystwa Rolniczego, będąc częstym ofiarodawcą jego działalności.

 

2.2.              Życie we wsi w okresie pańszczyźnianym

Pod sam koniec wieku liczba zagród w Andrzejowie zmalała do 34. Do reformy uwłaszczeniowej w 1865 roku wieś Andrzejów pełniła funkcję administracyjną gminy patrymonialnej, w skład której wchodziły również miejscowości Urszulin, Wincencin i Michelsdorf. Pomimo zniszczeń wojennych z 1811 roku Andrzejów w dalszym ciągu był jedną z większych miejscowości w okolicy, z własną parafią unicką. W 1827 roku we wsi znajdowało się 34 domy, zamieszkałe przez 178 mieszkańców. Aż 24 zagrody były zamieszkane w 1825 roku przez 101 mieszkańców, będących wiernymi unickiej cerkwi. Po 3 latach liczba gospodarstw grekokatolickich wzrosła do 30, a mieszkańców ponad dwukrotnie do 249, lecz po upływie kolejnych 4 lat liczba zagród zmniejszyła się do 20, a unitów do 129. Według relacji sołtysa Piotra Litwaczuka z 1862 roku we wsi znajdowało się 18 gospodarstw włościańskich i tylko 2 z nich było własnością łacinników. W raporcie parafialnym cerkwi unickiej z 1861 roku dowiadujemy się, że w Andrzejowie znajdowało się 10 „pustek” (tj. opuszczonych gruntów, głównie w skutek klęski nieurodzaju), używanych dotychczas przez parafian, a zajętych bezprawnie przez dwór, choć w dalszym ciągu leżały odłogiem. Wymieniono w nim dotychczasowych gospodarzy: Bedłuszaka, Trajgrodza, Ropacia, Panasiuka, Prystupę, Twarduna, Moroziuka, Antoniego Semeniuka, Trocia i Grzegorza Nowosada.

Pełnię władzy policyjno-sądowej i administracyjnej nad chłopami gminie patrymonialnej w Andrzejowie miał wójt, którym faktycznie mógł być tylko właściciel wsi. Posiadał prawo do bezkarnego skazywania chłopów na karę chłosty, aresztu i grzywny. W gminie Andrzejów dziedzic w wykonywaniu powyżej opisanych funkcji wyręczał się najczęściej opłacanym zastępcą, choć gdy w Andrzejowie zamieszkał hrabia Antoni Załuski, sam wykonywał swoje wójtowskie obowiązki. Z ksiąg parafialnych łacińskiego kościoła z Wereszczyna dowiadujemy się, że pierwszym wice-wójtem tejże gminy był dotychczasowy pisarz dworski Jan Secygnowski, a w latach dwudziestych dwudziesto-paroletni Stanisław Krótki, następnie Paweł Wołkowicz i Antoni Traczykiewicz. W ostatnim dziesięcioleciu funkcjonowania gminy patrymonialnej funkcja wójtowska powierzona była kolejno Ludwikowi Krauze, Ludwikowi Benrensowi i Antoniemu Naramowskiemu, który pełnił ją do 1867 roku. W tym też roku utworzono nową samorządowo-administracyjną Gminę Wola Wereszczyńska, a tym samym gminy patrymonialne zlikwidowano.

Pomimo, że w 1807 roku ustawą konstytucyjną Księstwa Warszawskiego zwolniono chłopów z pracy pańszczyźnianej i byli związani już z dworem tylko więzami ekonomicznymi (przynajmniej teoretycznie), to jednak do reformy uwłaszczeniowej w 1864 roku nie mieli przy tym żadnego prawa do uprawianej ziemi. Zniesiono pańszczyznę, lecz praca odrobkowa zostawała formą zapłaty za dzierżawę ziemi, która stanowiła własność dziedzica. Płacono w dalszym ciągu płacono dziesięcinę, wynoszącą 15 snopów żyta od gospodarza, w ostatnich latach przed uwłaszczeniem mniejsi gospodarze płacili połowę jej wartości. Wprowadzono ponadto szereg praw dla dziedziców, mających w gruncie rzeczy jak najsilniej uzależnić chłopów od właścicieli ziemskich. Miedzy innymi chłopi aż do uwłaszczenia bez zgody wójta, czyli dziedzica, nie mogli opuszczać wsi, co więcej wójt miał prawo stosować kary cielesne. Włościanie zobowiązani byli do utrzymywania dróg, grobel i mostów.

Właściciele folwarków stosowali przymus propinacyjny (karczemny) na wytwarzany przez siebie alkohol. Polegał na wyłącznym prawie pana nie tylko do produkcji piwa oraz gorzałki, lecz także do ich sprzedaży w swoich karczmach poddanym i to w ilościach z góry ustalonych. W Andrzejowie w dworze funkcjonowała gorzelnia oraz browar, a na skraju wsi od strony Urszulina znajdowała się drewniana karczma posiadająca patent szynkarski. Miejscowi spotykali się w niej by omawiać ważne kwestie społeczne, ale również szukali zapomnienia swojej nędzy. Chłopi pili przede wszystkim wódkę, gdyż piwo uznawane było za trunek dla dzieci i ludzi chorych. Z czasem konsumpcja wódki stawała się moralnym nakazem opinii publicznej, zgodnie z powiedzeniem: chcesz coś znaczyć dla ludzi, pokaż jak umiesz pić. Z tych też powodów pijaństwo stało się w XIX stuleciu poważnym problemem społecznym, a pili nie tylko mężczyźni, także kobiety. Jedno „pijackie” wydarzenie rozsławiło nawet Andrzejów w całym Królestwie Polskim. Opisane zostało w jednym z numerów „Kurjera Warszawskiego” z 1858 roku: We wsi Andrzejowie Powiecie Radzyńskim, sołtys przechodząc po południu, przez podwórze swoje, spostrzegł, iż pod szopą zbiegło się kilkoro prosiąt i zbite w gromadę, coś chciwie pożerały. Zbliżył się w to miejsce i spostrzegł nałogową pijaczkę Annę Goworczuk, wyrobnicę, którą w stanie największego opilstwa leżała bez czucia, a prosięta wygryzły jej z prawej strony twarz całą, pół nosa, pół brody, ucho całe i oko zupełnie nadwerężyły. Natychmiast udzielono jej pomoc, lecz bez skutku. Żyła jeszcze przez noc całą, zaczęła odzyskiwać przytomność, i wtedy czując boleść z ran twarzy, pytała się kto ją pobił; siły jednak niedługo ją odbiegły, a nim ją odwieziono do Szpitala, zakończyła życie. Anna Goworczuk, była wdową po gospodarzu rolnym, i pozostawiła dwoje nieletnich dzieci. Dziennikarz przytoczył tą niecodzienną historię, gdyż jego zdaniem szczególny wypadek w tym czasie zdarzony, wskazuje, jak ważnym jest obowiązek właścicieli dóbr, czuwać nad tem, aby lud z nałogów pijaństwa, poprawić.[14]

W tak dużej wsi, pełniącej funkcję gminy patrymonialnej, zamieszkiwało w tym czasie dużo rzemieślników, chociażby kowale Kacper Brożek i jego teść Wojciech Zieliński, tkacz Jacek Kozieracki, czy też ewangeliccy magistrzy kunsztu ciesielskiego Jan Jakub Dynffort i Jan Gotleb Rafr. Na dworze andrzejowskim służył starozakonny szewc Lejba Boruchowicz, a lokajem był Andrzej Bąkowski. Księgi hipoteczne wymieniają ponadto dworskiego pachciarza (dzierżawcę) Lejbę Eljera. Młyn wodny na rzece Włodawka w pierwszej połowie XIX stulecia jako pierwszy obsługiwał ewangelik Gotlib Reytowicz, po nim Kajetan Horyszewski, a następnie Szymon Lewtakowski.

Wieś Andrzejów zamieszkiwali głównie Rusini wyznania unickiego, później prawosławnego. Charakterystyczne dla tej etnicznej grupy mieszkańców, o czym pisał Oskar Kolberg, było podgalanie głowy dookoła, zostawiając na wierzchu pewną część włosów, którą spuszczano równo na wszystkie strony głowy, jedynie przycinając nieco nad oczami. W drugiej połowie XIX stulecia tej ludności z czasem przypisywano narodowość ukraińską. Rusini zajmowali się przede wszystkim rolnictwem. Najczęściej nie mieli swoich gospodarstw, lecz użytkowali grunty cerkiewne i dworskie. Zamieszkujący we wsi na początku wieku licznie Polacy byli zazwyczaj wyznania łacińskiego (np. Twardowscy, Zające, Brzezińscy, Grodzińscy, Jungi, Goworki, Mazury), ale też unickiego. Z czasem ich udział w strukturze narodowościowej znacząco malał. We wsi występowali także ewangeliccy osadnicy niemieccy (głównie rzemieślnicy) oraz nielicznie Żydzi, osadzający się dopiero w połowie stulecia.

Wobec dużej ilości mieszkańców wyznania prawosławnego i rzymskokatolickiego, zdarzały się małżeństwa mieszane, chociażby zawarte w kościele rzymskokatolickim w Wereszczynie pomiędzy Stefanem Jaroszukiem obrządku starocerkiewnego (unickiego) i Magdaleną Iwaniukówną obrządku łacińskiego, a także unity Pawła Marcyniuka z łacinniczką Katarzyną Wojtalukową. Dziennikarz „Głosu Podlasia” zauważył, że do powstania styczniowego religia nie stanowiła narodowości. Często katolicy chrzcili się i śluby brali w cerkwiach unickich, jeżeli te bliżej były od kościołów, - nie uznając w tem żadnej różnicy. Duchowieństwo unickie nie tworzyło kasty i wywodziło się ze świeckich tak katolicko, jak i unitów (…).[15] Z racji przewagi liczebnej nad pozostałymi grupami wyznaniowymi unitom powierzano najczęściej pełnienie funkcji sołtysa. W latach trzydziestych pełnił ją Paweł Marcyniuk, a w latach sześćdziesiątym Piotr Litwaczuk.

 

2.3.            Losy cerkwi unickiej

Unicka Cerkiew p.w. Przemienienia Pańskiego funkcjonowała oficjalnie do 1848 roku. Parafia andrzejowska była niedużą, obejmowała wiernych Andrzejowa, a następnie Wincencina. Liczbę wiernych w poszczególnych latach w XIX wieku aż do jej zamknięcia przedstawia poniższa tabela:

Rok

Liczba wiernych

Rok

Liczba wiernych

Rok

Liczba wiernych

Rok

Liczba wiernych

1791

150

1821

148

1836

192

1841

273

1808

141

1825

148

1837

187

1846

327

1816

180

1828

296

1838

187

 

 

1819

194

1832

187

1839

187

 

 

1820

154

1835

208

1840

185

 

 

 

Liczba wiernych dynamicznie wzrosła w drugiej połowie lat dwudziestych, gdy zaczęli coraz liczniej sprowadzać się nowi osadnicy nie tylko do Majdanu Wincencin, ale przede wszystkim do samego Andrzejowa. Jednakże w kolejnych latach liczba parafian znacząco się zmniejszyła, by ponownie wzrosnąć w ostatnich latach swojego istnienia. Najwięcej, bo ponad 300 wiernych, cerkiew miała w tym roku, w którym formalnie podjęto decyzję o jej włączeniu do wytyckiej parafii.

Od czasu ostatniego zaboru, aż do zamknięcia andrzejowskiej parafii unickiej funkcję parocha lub administratora pełnili w kolejności:

·        Maciej Borysiewicz – 1791-1800;

·        Jan Wasilewicz – 1800-1806;

·        Symeon Górski – 1806-1811;

·        Józef Dębkowski – 1811-1816;

·        Grzegorz Dębkowski – 1816-1825;

·        Tomasz Kalinowski – 1825-1827;

·        Józef Dębkowski – 1827-1833;

·        Tomasz Kalinowski – 1833-1834;

·        Paweł Górski– 1834-1839;

·        Jan Bielawski (późniejszy dziekan lubelski) – 1839-1841;

·        Longin Ulanicki – 1841-1844;

·        Hilary Panasiński – 1844-1845;

·        Paweł Górski – 1845;

·        Symeon Zienkiewicz – 1845;

  • Michał Zatkalik – 1845-1848.

Po śmierci parocha Symeona Górskiego w 1811 roku jego następcy pełnili funkcje jedynie administratorów parafii. W odróżnieniu od parocha administrator nie mógł chociażby samodzielnie dysponować funduszem kościelnym. Funkcja administratora parafii w Andrzejowie była najczęściej łączona z taką samą funkcją dla parafii ościennych. Grzegorz Dębkowski, Paweł Górski, Longin Ulanicki oraz Hilary Panasiński zarządzali również parafią wytycką i wereszczyńską, Tomasz Kalinowski wereszczyńską, wytycką i tarnowską, zaś Jan Bielawski wytycką, świerszczowską i wereszczyńską. Grzegorz Dębkowski pełnił ponadto funkcję administratora w wereszczyńskiej parafii rzymskokatolickiej. Łączenie funkcji administratora dla kilku placówek było sposobem na ratowanie funduszy parafii, gdyż znacznie ograniczono środki na utrzymanie duchownych, a posiadane grunty, ze względu na słabą jakość gleb i prymitywne formy ich uprawy, nie przynosiły spodziewanych dochodów. Zarządzanie andrzejowską parafią było tym bardziej utrudnione, gdyż w ostatnich dziesięcioleciach swojego istnienia nie miała ani plebani, ani budynków gospodarczych. Ale od 1822 roku do końca lat trzydziestych to właśnie cerkiew w Andrzejowie stanowiła siedzibę połączonych trzech parafii (wereszczyńskiej, wytyckiej i andrzejowskiej), choć po kilku latach parafie rozdzielono. Pomimo rozdzielenia administrator dla powyższych parafii był wspólny i mieszkał najczęściej w pobliskim Wereszczynie, następnie w Wytycznie, a nawet w Świerszczowie.

Parafia miała charakter prywatny, świątynia była więc własnością dziedziców ze Starego Andrzejowa, zwanych kolokatorami. Pełniąc nad cerkwią patronat, byli odpowiedzialni za jej stan oraz remonty budynków gospodarczych. Od zapisanej na cerkiew łącznej kwoty 3.400 złotych proboszcz pobierał co roku prawie 200 złotych procentu, dopiero w 1833 roku zapis ten został z ksiąg wieczystych wykreślony. Jednakże Bonnieccy, jak zapisano w dokumentach greckokatolickiego synodu diecezjalnego chełmskiego w 1793 roku, przestali procenty płacić, zagarnęli fundusz cerkiewny, grunta zasiewa i krescencją zabiera, a iednak podatków należnych nie opłaca. Zapoczątkowało to kilkudziesięcioletnie spory cerkwi z dworem. Znaczna część gruntów cerkiewnych (tj. Dratowskie Pole) została parafii odebrana za życia parocha Symeona Górskiego i nadana osadnikom w założonym Majdanie Wincencin. Po kilku latach toczonych sporów roszczenie zostało uznane przez Wojciecha i Bonawenturę Węglińskich ugodą w 1813 roku. Zobowiązali się powierzyć parafii grunty zastępcze, ale tego nigdy nie uczynili.

Zapisy kolokatorów uzupełniały inne źródła dochodu, jakimi były dziesięcina, datki wiernych i darowizny, dochody iura stolae (opłaty za usługi kościelne, jak śluby, chrzciny, pogrzeby i wydawanie aktów metrykalnych), dotacje chełmskiego konsystorza oraz przychody z gruntów cerkiewnych. Łącznie w 1828 roku grunty cerkiewne składały się z 21 mórg gruntów ornych i 15 mórg łąk. Były to grunty, na którym znajdowała się plebania, ogrody i przyległa łąka; w Łanie Skarbowym; w Lasach Jasieńszczyzną zwane; pole Dratowska, czyli obszar z łąką zabrany przez Dwór i oddane Maydancom; za Kaczanowem na Zagrodziach zwane; przy Granicy Kulczyńskiey; Łąka Horodyska zwana; Pole w Płotyczu dziś zarosłe Popowe zwane.

Wymiar płaconej na rzecz cerkwi dziesięciny poznajemy dzięki złożonemu do władz konsystorza w 1842 roku sprawozdaniu administratora Longina Ulanickiego: W Parafii Andrzejowskiey zwyczajem od dawna istniejącym mieszkańcy wsi Andrzejów oddają dziesięciny po snopów 15, a obrządku łacińskiego po snopów 7. Ogółem dziesięcina snopowa z całey wsi wynosi kóp 4 i snopów 20 żyta. W 1815 roku paroch dziesięciny z całej wsi uzbierał 6 kop, 3 lata później już 5 kop i 15 snopów. W 1861 roku przekazano tylko 3 kopy i 13 snopów, ale już na rzecz wytyckiej cerkwi. Na 16 unickich gospodarzy dziesięcinę w pełnym wymarzę płaciło wówczas jedenastu, pozostałych pięciu połowę jej wartości, natomiast łacinnicy (2 gospodarzy) nie płacili jej wcale. Znaczący spadek wartości daniny w ramach dziesięciny wynikał z niepłacenia jej z obsiewanych przez dwór „pustek”. Sołtys Paweł Marcyniuk zeznawał podczas sądowego postępowania, że za czasów Dzierżawcy Pana Łaskiego, to jest przed kilkunastu laty, utworzyło się we wsi Andrzejowie dziesięć pustek. Pan Łaski zrobiwszy sobie natenczas sam regulację gruntów, czyli ich grunta wsadził w jednem miejscu przez złączenie wszystkich do kupy, a na to miejsce dziesięć osad bliższych gruntu dworskiego do swych łanów wcielił. Dziesięciny jednak o ile mi wiadomo Dwór Kościołowi nie uiszcza, podatki zaś rządowe od siebie opłaca. Oprócz dziesięciny administratorowi przysługiwało prawa wolnego wręba w lasach na opał i budowlę oraz korzystania z pastwisk, choć i one były często ograniczane.

W 1820 roku fundusz cerkiewny wynosił 175 polskich złotych, poza tym parafia otrzymała pięćdziesięciozłotową dotację z chełmskiego konsystorza z przeznaczeniem na remonty. W ciągu 4 kolejnych lat wartość funduszu wzrosła do kwoty 207 złotych. Była to kwota zdecydowanie niewystarczająca na generalne remonty, które chociażby w 1821 roku kosztowały parafię 1.860 złotych. Parafia oprócz wydatków na utrzymanie budynków i zakupu wyposażenia płaciła podatki, chociażby podymne, które każdego roku zmniejszały stan funduszu o 7 złotych. Nad prawidłowością w zarządzaniu funduszem czuwał dozór cerkiewny, w skład którego wchodzili parafianie. Taką funkcję w latach dwudziestych pełnił chociażby Symeon Zając, a w kolejnym dziesięcioleciu Grzegorz i Hryć Nowosady, Teodor Zając, sołtys Paweł Marcyniuk, Bartosz Pradiuk, Tomasz Iwaniuk i Maciej Król. W skład dozoru cerkiewnego, ale już wytyckiej parafii, wchodzili Piotr Litwaczuk i Bartłomiej Pradziuk.

Troszkę więcej o cerkwi i andrzejowskich parafianach dowiadujemy się z protokołów powizytacyjnych wspomnianego Chełmskiego Konsystorza Greckokatolickiego. W 1804 roku wizytator pisał, iż sprzęt cerkiewny acz ubogi ten w całości i przyzwoicie utrzymie się. Naprawy wymagały podwaliny, drzwi, okna, kopuła i dach cerkiewny. Jednakże ani Paroch żadnego na to nie ma funduszu, ani gromada w małey liczbie zastaiąca, stąd też wizytator zalecił parochowi zwrócenie się z parafianami o pomoc do dziedzica Michała Węglińskiego, aby Imże dał wsparcie i pomoc w sporządzeniu teyże Świątyni i by światłem też Świątynię opatrywali, gdyż żadnego pewnego i stałego na to nie ma funduszu, a Świątynia Pańska nie może się bez tego obeyść.

Wizytacja miała miejsce również w 1808 roku, podczas której wskazywano już na poważne kłopoty finansowe cerkwi i parocha Symeona Górskiego: Dostrzegłszy, iż ani w roku 1808, ani w roku 1806, w czasie Wizyty Dekanalnej w tych latach konieczna i nieunikniona tey Cerkwi reparacyi była potrzebna i przez Wizytuiącego zakona, a dotąd naymnieiszego skutku nieotrzymana, tym bardziey w tym roku, widząc też ruinie podupadaiącą i postrzegając, że żadnego Funduszu ani Paroch miejscowy nie posiada, z którego iakożkolwiek mógł dać pomoc, iako też szczupła i nader uboga Parochia. Cerkiew nie otrzymywała wsparcia miejscowych dziedziców, dlatego też ks. Symeon Górski otrzymał polecenie zwrócenia się o pomoc rządową. Ale ieżeli w przeciągu sześciu miesięcy od daty nienieyszego niedoboru swoiego skutku w reparacji, w tychże Cerkwi dla niebezpieczeństwa nabożeństwo i administracja sakramentów ma ustać po upłynięciu tego czasu. Gdyby Paroch miejscowy poważył się w tey Cerkwi nieszporowaney nabożeństwa i sakramenta administrować popadłyby w suspensę, a zaś Paroch w naibliższey boczney Świątyni dla Parochian swoich nabożeństwo odprawiać i administrować sakramenta winien będzie. Nie tylko cerkiew była w stanie opłakanym, również budynki parafialne i dom plebalny wymagały natychmiastowego remontu. Do kolejnej wizyty stan techniczny świątyni uległ poprawie, choć ciągle występowały braki. W dachu słomą poszyto, w ścianach i opalowaniu tarcicami, w suficie i podłodze, prócz okien przez złodziejów poodłączonych, iest dobra i wewnątrz porzędnemi ołtarzami i różnemi malowidłami przysposobiona.

Więcej szczegółów o cerkwi i budynkach cerkiewnych dowiadujemy się ze spisanych w latach 1816, 1825, 1828 i 1832 protokołów. W pierwszym z nich opisano układ przestrzenny zabudowań. Gościniec był otoczony rowem o długości 100 sążni. Wejście znajdowało się od strony południowej, zaś od strony zachodniej znajdowały się drzwi do przylegającego cmentarza. Cmentarz otoczony był wymagającym naprawy drewnianym płotem. Cerkiew skierowana była ołtarzem w kierunku wschodnim. W kolejnych sprawozdaniach o świątyni pisano, że ta z drzewa na kostkę oprawnego ku Wschodowi postawiona, po opadnieniu gontów słomą pokryta, dla wiatrów gwałtownych w niektórych miejscach z tychże obdarta. Taż była cała oszalowana tarcicami, ale dziś znacznie iest zdezelowana. Weyście duże do Tey iest od Zachodu z drzwiami podwuynemi, bez żadnego zamku, drągiem tylko drewnianym ze środka w klamry żelazne wchodzącym opatrzone. Drugie weyście od Południa do Zakrystyi z drzwiami poiedyńczymi na zawiasach żelaznych zamkiem wewnętrznym umocowane, obok Wielkiego Ołtarza drzwi dwoie na zawiasach żelaznych bez zamków. W tey Cerkwi podłoga z tarcic i sufit. Okien większych iest sześć i małych formy okrągłey w Zakrystyi dwie. Na dachu znajdowała się kopuła dobra z krzyżem żelaznym, oprócz tego dwa krzyże żelazne na dachu, ieden nad faciatą, a drugi nad prezbiterium. W wewnątrz był ołtarz wielki roboty snycerskiey starocerkiewney, w tym ołtarzu obraz Przemienienia Pańskiego. W bocznych ołtarzach umieszczono obrazy Matki Boskiej i św. Łukasza Ewangelisty. Na wyposażeniu świątyni były alby, chorągwie, kielich srebrny, trybularz mosiężny oraz inne cynowe i miedziane przedmioty liturgiczne. Dzwonnica słomą pokryta położona była za facyatą cerkiewną od południa we cztery słupy zbudowana. Cmentarz był natomiast zapuszczony, tarniną i innymi chrustami zarośnięty. Miał obwodu sążni 100, fosą znacznie głęboko na około okopany. Obok tego cmentarza są mogiłki parkanem z drzewa bitego ogrodzone w odległości bardzo małey, na których chowaią się ciała zmarłych. Pośrodku mogiłek stoi krzyż drewniany. Plebania o dwóch izbach pod iednym dachem z drzewa od lat nie była zamieszkana, stąd też nawet nie nadawała się do reparacji, potrzeba była budowa nowej. Po budynkach gospodarczych ślady tylko na ziemi, że kiedyś były.

Tak zły stan samej cerkwi, cmentarza i budynku plebańskich wynikało ze zniszczeń z okresu wojen napoleońskich. Funduszów na większe inwestycje brakowało, gdyż główny fundator w postaci miejscowego dziedzica „wykosztował się” na urządzenie majdanu Wincencin. W 1828 roku dziedziczka Felicjanna Załuska wystąpiła do Komisji Województwa Podlaskiego o połączenie jej z cerkwią wytycką i wybudowanie nowej świątyni, plebani oraz budynków gospodarczych w Urszulinie. Urszulin był miejscowością najlepiej uporządkowaną, a wszystkie te miejscowości należały do tych samych dóbr andrzejowskich. Sprzeciw wyraził jednak Chełmski Konsystorz Greckokatolicki, uzasadniając swoją decyzję tym, że grunta funduszowe Cerkwi Andrzejowskiey i Wytyczańskiey, będąc w drobnych częściach porozrzucane bez rozmiaru jeometrycznego, w iedną połączyć na sam rzut oka bez krzywdy funduszu nie podobna. Zły był stan cerkwi w Wytycznie, dlatego już kilkanaście lat wcześniej pojawił się pomysł jej rozebrania i przeznaczenia materiałów na poprawę świątyni Andrzejowie, jednak do tego nie doszło.

Z upływem kolejnych lat cerkiew jeszcze bardziej podupadała. W 1837 roku Rząd Gubernialny Podlaski pisał do konsystorza, że Cerkiew znayduie się w złym stanie tak dalece, że zreperowana być nie może, i zażądał włączenie jej wraz z gruntami i funduszem do wytyckiej parafii. Tak też się stało w 1840 roku, choć formalnie parafia w Andrzejowie funkcjonowała jeszcze przez 8 lat. Kasację parafii uzasadniano również problemami duchownego w odwiedzaniu swoich wiernych, gdyż maiąc cztery parafije pod swoią administracją nie iest w stanie żadnej dogodzić i obowiązkom swoim zadość uczynić. Obok tego z powodu upadkiem grożącej Cerkwi, opuszczonego gospodarstwa i braku zabudowań ekonomicznych nie ma stosownego wynagrodzenia za podejmowane trudy, albowiem intratą iaką może mieć z gruntów nieuprawnych, a po większej części opuszczonych, zaledwie iest wystarczaiącą na zaspokojenie podatków monarchycznych.

Świątynię pomimo kilkakrotnych wcześniejszych decyzji wyłączono całkowicie z użytkowania dopiero w 1845 roku, a wyposażenie ruchome przeniesiono do Wytyczna. Ksiądz Paweł Górski zwracając się w tym roku do władz konsystorza z prośbą opieczętowania świątyni pisał o niej, że tak wewnątrz iak zewnątrz obnażona ze wszelkich przyzwoitości razi oko przychodnia, iż nie podobnym zezwolić na odprawianie w tem mieyscu Nabożeństwa zwłaszcza, że i Wójt Gminy mieyscowy osobiście chciał dopełnić opieczętowania. Pismo poskutkowało, gdyż świątynię opieczętowano, jednak stała się celem okolicznych rabusiów. Już pierwszego roku młodzież rozpustna, wlazłszy oknem do Cerkwi, a nie mogąc na powrót wyleźć, drzwi od środka odtworzyła i pieczęć oderwała.

Opieczętowana cerkiew stała jeszcze przez kilkanaście lat. W protokole w 1854 roku zapisano, iż we wsi Andrzejowie cerkiew opieczętowana, cmentarz grzebalny tamże należycie opatrzony. W kolejnych latach budynek rozebrano materiał sprzedano dla Eydziatowiczów z Wereszczyna. Ten z kolei odsprzedał budulec dla kowala z Kozubaty, który przeznaczył go na budowę domu, kuźni i części budynków gospodarczych. Z relacji uczestnika powstania styczniowego z niedalekiej Zawadówki – Jana Rostworowskiego dowiadujemy się natomiast, że w okresie powstania styczniowego w Andrzejowie znajdowały się już tylko ruiny świątyni. Jednakże opis z prawosławnej gazety diecezji chełmsko-warszawskiej z 1890 roku wspomina o zachowanych 2 dzwonach, chroniących się pod słomianym dachem na czterech słupach.[16] Na początku XX stulecia na miejscowym cmentarzu zbudowano drewnianą kaplicę, która podobnie jak sam cmentarz służyła mieszkańcom już prawosławnym aż do wybuchu II wojny światowej. Do dzisiejszego dnia zachowała się kapliczka oraz kilka prawosławnych nagrobków (np. członków rodziny Gordyciuków, Szawułów, Dżugaliuków, Bekieszów, Mareczków, Kaliszów, Pilipczuków, czy też Stepaniuków).

 

2.4.            Uwłaszczenie włościan i jego wpływ na układ przestrzenny wsi

Na życie i układ przestrzenny wsi znaczący wpływ miał carski ukaz uwłaszczeniowy z 1864 roku. W samym Andrzejowie odebrano wówczas siostrom Załuskim 763 morgi, które rozdysponowano pomiędzy 27 osad:

·        Paweł Wojtaluk – 16 mórg;

·        Paweł Zacharuk – 16 mórg;

·        Wociech Wojtaluk – 37 mórg;

·        Jakow Matyjczuk – 39 mórg;

·        Mateusz Śledziński – 36 mórg;

·        Adam Marcyniuk – 34 morgi;

·        Hryć Sacharuk – 32 morgi;

·        Dmitrij Jaroszuk – 34 morgi;

·        Paweł Marcyniuk – 35 mórg;

·        Iwan Harasimiuk – 30 mórg;

·        Mateusz Wojtaluk – 33 morgi;

·        Lew Troć – 34 morgi;

·        Hryć Król – 18 mórg;

·        Iwan Król – 18 mórg;

·        nieletni Maksim Zgjera, syn Iwana – 33 morgi;

·        Stefan Dorosz – 33 morgi;

·        Osip Hawryluk – 35 mórg;

·        Piotr Litwaczuk – 36 mórg;

·        Iwan Stepaniuk – 37 mórg;

·        Ignacy Wołosiuk – 39 mórg;

·        Bartłomiej Pradziuk – 42 morgi;

·        Wawrzyniec Grudziński – 19 mórg;

·        Wojciech Grudziński – 19 mórg;

·        Piotr Stepaniuk – 22 morgi;

·        Piotr Zan – 22 morgi;

·        Hryć Prejgrosz – 7 mórg;

·        Jankiel Szuchman – 2 morgi

·        Josel Orzech – 1 morga.

W ramach służebności serwitutowych andrzejowscy włościanie otrzymali prawo do użytkowania 387 mórg gruntów, w tym 268 należących do majątku Andrzejów i Łysocha oraz 119 mórg majątku Łowiszów.

Na podstawie umowy w następnym roku, zawartej pomiędzy nowym właścicielem andrzejowskiego folwarku Aleksandrem Karpińskim i chłopami, zaproponowano przeniesienie osad włościańskich na nowe miejsce w kierunku Wincencina. Lokalizacji nie zmieniał folwark, choć grunty wokół niego skomasowano. Wytyczono nową drogę w kierunku wschód-zachód. Na przeniesienie budowli dziedzic zobowiązał się oddać tyle drzewa w gatunku, jak obecnie praktykuje się, ile w uznaniu wójta gminy, ławnika i biegłego, wyznaczonego ze strony dziedzica, okaże się potrzebna – zapisano w umowie. Włościanie otrzymali nadziały ziemi w siedliskach i ogrodach warzywnych po morgów jeden prętów sto, w gruntach ornych po morgów piętnaście. Grunty orne były wydzielone od wschodniego skraju wsi, aż do granic Wincencina. Poza gruntami ornymi każdy włościanin otrzymał 12 mórg łąki, przy czym łąki wyznacza się naprzeciw nowych gruntów, w tej samej kolejności, jak będą osady. Pomiędzy wyodrębnionymi częściami gruntów ornych wprowadza się wygon o szerokości pięciu prętów. Nadziały ziemskie oddano włościanom w drodze losowania. Pomimo nowego ich rozmieszczenia zagrody włościańskie pozostały faktycznie w tych samych miejscach. W umowie nie zapomniano o osadzie szkolnej, której nadano 3 morgi, w tym 2 morgi gruntów ornych i 1 morgę łąki.

W 1869 roku zapisem w księgach hipotecznych doprecyzowano uprawnienia serwitutowe względem dworskich lasów: Do wjeżdżania do lasu wyznacza się dni w tygodniu: piątek i sobota, jeżeli zaś w te dnie włościanie będą zajęci do robót stanowiących powinności ogółu – to uprzedziwszy w tem Własciciela mogą jechać w poniedziałek i wtorek następnego tygodnia. Włościanie obowiązani są wjeżdżać do lasu jedną drogą i powinni ukazywać Leśniczym asygnacyi, wyjeżdżać z lasu powinni drugą drogą. Włościanom przyznano prawo po furze karpiny co rok, przytem powinni kopać pnie w miejscach przez Dwór wskazanych i po kopaniu pni zaorywać. Określono także zakres serwitutów pastwiskowych. Włościanie mogli paść swoje bydło w liczbie 90 koni, 225 głów bydła rogatego i 237 owiec razem z Dworem i włościanami wsi Wincencin, w uroczyskach Kiczypowo, Sosnowe błoto, Bieleckie błoto, Grycewo błoto, Krzywa niwa, w lesie Brzezina i zaroślach, po dworskich ugorach i na polach po zebraniu zboża, a także na Dworskich łąkach od ich zatknięcia i po pierwszym skoszeniu, na Dworskich zaś łąkach Kanewszczyzna i Pauczenpo po drugim skoszeniu. Zabrania się włościanom wypuszczać świnie, kury, gęsi i kaczki na ogólne Dworskie pastwiska. W 1896 roku andrzejowscy włościanie zbyli uprawnienia serwitutowe do 2-8 mórg każdy w uroczyskach Łozy i Kriwa Niwa w Wincencinie, jak również do osad serwitutowych w Andrzejowie i uroczyskach Przymiarki, Łan, Nadan, Łanok, Masteriska, Zakaczanowo.

Po nowym urządzeniu przestrzennym wsi liczba zagród zmniejszyła się w stosunku do spisu z 1827 roku. Według danych z 1885 roku w Andrzejowie znajdowało się 28 zagród, rozciągających się na 2.074 morgach ziemi, przy czym grunty chłopskie stanowiły jedynie 181 mórg. Liczba osad faktycznie nie zmieniała się, choć osiedlali się nowi mieszkańcy. W 1866 roku Kacper Kędzierski z Urszulina nabył notarialnie połowę osady od Bartosza Pradziuka, czyli piętnaście morgów ziemi od osady Ignacego Wołosiuka (…), z połową domu mieszkalnego po tejże stronie, z połową stodoły (…), z wolnością używania wspólnie klepiska, z całą obórką wszystko od strony Wołosiuka, z zasiewem który nabywca sam wprowadził, z połową ogrodzenia, z połową łąk i wszelkich służebności co do brania drzewa i pastwiska na przestrzeni dworskiej, zgoła połową jednej osady z takiemi prawami, jakie jemu służą i służyć mogą.

Andrzejów w tym okresie miał charakter zabudowy zwartej za wyjątkiem czworaków dworskich w Starym Andrzejowie i na Łysosze. Na północny-zachód od zabudowań stał wiatrak drewniany, niewiadomo czyjej własności, a przy drodze do Urszulina wspomniana karczma. Tak duża wieś miała również swoją jednoklasową szkołę powszechną, jedną z czterech w gminie (obok Wytyczna, Wereszczyna i Starego Załucza). Do 1882 roku nauczał w niej unicki, później prawosławny duchowny z Wytyczna Paweł Łącki, a przed samym wybuchem wojny światowej Stepan Daciuk. Choć zagroda szkolna wydzielona była w 1864 roku, to budynek szkolny postawiono dopiero w 1905 roku, a drzewo na jej budowę zwożono wołami z oddalonego około 30 kilometrów lasu koło wsi Luta. Wieś otaczały przede wszystkim bagna i lasy. Od strony Michelsdorfu okalały Wysoki Grąd i podmokłe łąki Płotycze, Łanok i Masteriska, od północy łąki Czetwertyna i Krowie Błoto, od zachodu łąki Kanewszczyna, a od Wincencina Kiczypowo, Zakaczanowo, Sosnowe Błoto, Bieleckie Błoto, Grycewo Błoto, a od południa Kaczanowo. W 1878 roku dziedzic Karpiński założył osadę Aleksandrówkę Andrzejowską, która na przełomie wieków wyodrębniła się w oddzielną miejscowość.

Liczba mieszkańców Andrzejowa znacząco wzrosła na początku XX stulecia. Poza wsią powstały 5 zagród na tzw. Przysiółku, 3 zagrody przy drodze do Starego Andrzejowa i kilka zagród we wschodniej części wsi od strony Wincencina. Były to najprawdopodobniej baraki dla robotników rolnych w 3 andrzejowskich folwarkach, którzy z upływem czasu stanowili coraz większą grupę mieszkańców Andrzejowa. Ich sytuacja finansowa była bardzo trudna. Właściciel ziemski zawierając umowę z robotnikiem rolnym dyktował swoje warunki. Powszechnie żądano przy zawarciu umowy, by miał ze sobą chłopca lub dziewczynę zdolnych do pracy, tzw. „posyłkę”, a ich obowiązkiem była praca na polu właściciela bez dodatkowego wynagrodzenia. Również warunki mieszkaniowe były bardzo ciężkie. Robotnicy często mieszkali w czworakach po kilka rodzin w izbie. Nie mieli żadnej opieki zdrowotnej, otrzymywali niewystarczającą ilość opału.

W 1908 roku w Andrzejowie miały miejsce 2 pożary. Pierwszy strawił połowę zabudowań, jej przyczyna nie była znana. Drugi wybuchł od uderzenia pioruna, spłonęła stodoła i spichlerz w Nowym Andrzejowie p. Cz. Karpińskiego. Dzięki tylko energicznej pomocy tłumu sąsiadów włościan, którzy z całej życzliwości podążyli z ratunkiem, skończyło się tylko na tych 2 budynkach[17] – relacjonowała „Nowa Jutrzenka”.  Pomimo pożarów populacja do 1915 roku znacząco wzrosła, wieś liczyła 44 gospodarstwa i ustępowała liczebnością Wereszczynowi, Wytycznu, Woli Wereszczyńskiej oraz Załuczu. Pod względem wyznaniowym przeważała ludność rzymskokatolicka (około 190 mieszkańców), niewiele mniej było prawosławnych (około 160 osób). Stosunki wyznaniowe do 1905 roku wykazywały przewagę prawosławnych, jednak wskutek wydania ukazu tolerancyjnego już w 1905 roku aż 30 prawosławnych zmieniło wyznanie na rzymskokatolicyzm. Byli to dawni unici, zmuszeni w 1875 roku do porzucenia religii swoich ojców i przyjęcia prawosławia.

Andrzejów przed wojną światową administracyjnie był miejscowością dość rozdrobnioną, gdyż dzielił się na Stary Andrzejów, Nowy Andrzejów z zabudowaniami folwarku Karpińskich, Łysochę i wspomniane już części Andrzejów B, Andrzejów F i Andrzejów Kolonia G. Dziedzice sprzedawali parcele celem spłaty długów obciążających hipotekę. W Nowym Andrzejowie grunty dworskie kupili Paweł, Osyp i Mikołaj Wojtaluki, Piotr Hordejczuk, Antoni Tymoszczuk, Iwan Mapcewicz, Jan, Iwan oraz Filip Śmietaniuki, czy Paweł Maciuk. Nabywcami parceli w Starym Andrzejowie zostali: Fiedor Kucharuk, Antoni Jarzębski, Jan Malczewski, Mikołaj Wojtaluk, Jan Raliecki, Tomasz Zaprzaluk, Kacper i Paweł Kędzierscy, Józef Solecki, Nikołaj Maciuk, Ulas Szpiciuk, Konstanty Krzowski, Adam Hordejczuk i Dawid z Chawą Klejtanowie. W Andrzejowie B grunty kupili Mikołaj Wojtaluk i Abram Klejtan, w Aleksandrówce Andrzejowskiej – Józef Solecki, August Bilke, Moszik Kuncman, Anna i Daniel Szeflery, Adolf Bill, Leon Kroszcz, Stefan Jung oraz Michał i Władysław Krygierowie, w Andrzejowie F – Herman Hakbart, natomiast w Andrzejowie Kolonia G – Jan i Józef Kozłowscy, Feliks, Stanisław i Piotr Kędzierscy, Jan i Marian Kaszewscy, Franciszek i Józef Jungowie, Jan Mendel, Paulina Bąk, Wiktor Gonerowski, Feliks Żak, Józef Kloc, Adam Rosa, Iwan Wołosiuk, Bronisław Drożgowski, Władysław Biernacki i Józef Zabłuda. Ze względu na bliskie położenie Aleksandrówkę i Andrzejów Kolonię włączono w okresie dwudziestolecia międzywojennego do granic administracyjnych Urszulina.

 

2.5.              Bitwy, potyczki, rewolucje

W długiej historii wsi zachowały się dowody na to, iż mieszkańcy Andrzejowa byli świadkami wydarzeń powstania styczniowego, choć już wcześniej mogli być obserwować przemarsz uciekających przed Rosjanami wojsk napoleońskich. Dzięki relacjom zapisanym w pamiętnikach Jana Rostworowskiego dowiadujemy się, że w dniu 23 listopada mieszkańcy mieli okazję obserwować zmagania powstańców: Stanęliśmy przed wieczorem w Michelsdorfie. Krysiński polecił mi dojechać z moją komendą do Andrzejowa, gdzie stało kilkadziesiąt koni jazdy tarnogrodzkiej, aby im zawieźć rozkaz połączenia się z nami jutro rano. Tu dowiedziałem się, że w Wereszczynie stoi jeden nasz pluton, nie wiem w jakim celu podczas marszu oddzielony. Dojechałem więc tam, przenocowałem i skoro świt jechałem z nimi do Andrzejowa. Wyprzedzając z mą bandą na kilkadziesiąt kroków pluton, wjeżdżałem właśnie na dziedziniec andrzejowski, gdy z przeciwnej strony wpadli tam kozacy. Tarnogrodzcy byli zupełnie nieprzygotowani, konie rozsiodłane biegały po gościńcu, jeźdźcy uganiali się za nimi, słowem zamęt niesłychany. Kilka moich strzałów z rewolweru było hasłem do jadącego za mną plutonu, aby przyśpieszył kroku. Daliśmy ognia, jeden kozak wpadł w krzaki, jeden nasz był ranny, kozacy uciekli, lecz w parę minut byli z powrotem razem z dragonami. Chwila ta dała jednak czas Tarnogrodcom do uszykowania się. Opuściliśmy Andrzejów i ostrzeliwując się cofali przez las na Zawadówkę i Wolę Wereszczyńską. Do Michelsdorfu już nie można było dostać się. Ze wzgórza, gdzie ruiny starej cerkwi, grzmiały armaty, a liczna jazda spuszczała się ku Urszulinowi.[18]

W okolicy Andrzejowa potyczka powstańców z Moskalami miała miejsce także w dniu 31 grudnia. W ten ostatni dzień grudniowy miała miejsce wymiana ognia między uciekającymi powstańcami, a ścigającymi ich wojskami rosyjskimi. litewska jazda Wróblewskiego uciekała przed konnicą moskiewską (podobno w liczbie 1.100 ludzi) spod Osowy przez Hańsk, Andrzejów, podążając w kierunku Woli Wereszczyńskiej. Pościg trwał od godziny szóstej rano do czwartej popołudnio, a jego opis znajdujemy w „Kurjerze Warszawskim”: Powstańcy ścigani byli przez Osowę, Gdańsk, do folwarku Pirogowa. Z tego punktu rzucili się w bezdroże i manowce w błotnistych lasach koło Kulczyna i Andrzejowa. Ułani i kozacy ścigali ich rąbiąc, lecz w Andrzejowie część koni ułańskich skutkiem strudzenia nie mogła iść dalej, - mimo to, sztabs-rotmistrz Zjatchanow i Seweryn tudzież Kornet Drużyłowski z komendą mieszaną ułanów i kozaków, niezaprzestawali razić powstańców i zapędzili ich za Wolę Wereszczyńską. Była już godzina 4ta, zmrok zapadł, gdy Podpułkownik Fedorowski rozkazał dać sygnał do apelu, - wskutek czego szwadrony i secina zebrały się w Andrzejowie, skąd już późno wieczorem udały się na nocleg do Pirogowa. W wojsku ciężko raniony ułan 1 i kozak 1, lekko ranionych ułanów 2 i kozaków 2.[19] O stratach powstańców dowiadujemy się z księgi zgonów wereszczyńskiej parafii. Proboszcz ks. Józefa Wnorowskiego na przykościelnym cmentarzu pochował 2 dni po potyczce 6 powstańców. Potyczki w okolicach Andrzejowa toczyć się mogły już od kilku dni, gdyż 3 dni wcześniej proboszcz wereszczyński pochował kapitana wojsk polskich Franciszka Nowickiego. Mógł też Nowicki umrzeć z przyczyn naturalnych. Obecność na dworze Nowickiego mogłaby wskazywać na koncentrację w pobliżu wojsk polskich. Miejscowe dwory były bowiem dogodnym miejscem dla stacjonowania wojsk obu walczących stron powstania, wcześniej odpoczywały tutaj chociażby kolumny wojsk carskich płk Szelkinga i mjr Ostachewicza.

Władze powstańcze oprócz walki z wojskami carskimi pełniły również funkcje policyjno-sądowe. Właśnie w Andrzejowie w dniu 4 sierpnia 1863 roku odbyło się śledztwo i proces nad trzema mieszkańcami okolic. Sąd w składzie trzyosobowym przeprowadził postępowanie wobec Samulskiego, który obrabował monastyr pod Sławatyczami, eks-podoficera wojska carskiego Berkowskiego oraz Charłampowicza z Rudna, który dotkliwie pobił w swojej wsi powracającego polskiego zesłańca z Sybiru.

Kolejnym okresem walk i zamieszek w Andrzejowie były czasy rewolucji z 1905 roku. Nędza, ciężka praca, złe warunki mieszkaniowe, przy coraz szerzej rozpowszechnianej ideologii komunistycznej, wywołały niezadowolenie i masowe protesty pracowników folwarcznych. Również w Andrzejowie odbyły się grupowe pochody robotników, formowane przez samorodnych przywódców i organizatorów strajków. Wiosną przybyła do andrzejowskich folwarków około dwustuosobowa grupa z folwarku Ostrówek (koło Puchaczowa), której przewodzili Aleksander Jaworski, Jan Wróblewski, Antoni Czaiła i Walenty Horeczny. Z reguły strajkujący w zamian za odstąpienie od rozruchów żądali od właścicieli folwarków po 30 kopiejek na każdego. Przy przerywaniu pracy rygorystycznie przestrzegano, by wszyscy robotnicy porzucili swe zajęcie, a w stosunku do opornych lub łamistrajków stosowano przemoc fizyczną. Miejscowi chłopi, a przede wszystkim pracownicy folwarczni, okazywali manifestantom sympatię i poparcie, jednocześnie wyrażali czynne niezadowolenie z istniejącego porządku publicznego, masowo wyrąbując lasy państwowe i pańskie, niszcząc zasiewy i okazując wrogą postawę wobec dziedziców. Żywiołowy zryw rewolucyjny jednak upadł, być może na wskutek przybycia Kozaków, wezwanych do tłumienia strajków.

Postulaty rewolucyjne skierowane były nie tylko przeciw właścicielom ziemskim, zawierały również hasła niepodległościowe i żądania wolności wyznania. Stąd też jednym z efektów rewolucji było wydanie przez cara ukazu tolerancyjnego. Wdzięczni mieszkańcy wyznania rzymskokatolickiego stawiali wówczas w dość dużej ilości kapliczki przydrożne, a 2 z nich zostały postawione również w Andrzejowie, przy drodze z Wereszczyna do Urszulina w 1905 roku i rok później przy drodze ze wsi do Urszulina. W tej drugiej kapliczce po kilkunastu latach wstawiono obraz, namalowany przez Józefa Klaudę z Wytyczna.

Pomimo upadku rewolucji w 1907 roku grabieże, nielegalna wycinka lasów i kłusownictwo rozpowszechniło się i trwało niemal do wybuchu wojny światowej. Sytuacja z tamtych lat opisana została w ówczesnej gazecie regionalnej „Głos Podlasia”: Kłusownicy przez cały rok, nawet w okresie mnożenia, polują, jak również nocami „na wychodnego” zasadzają się i jeżeli gajowy ich napotka, to jeżeli go nie zabiją, pobiją. Kłusownictwu u nas dali początek niemieccy koloniści, a teraz i włościanie to samo uprawiają i chociaż policji wiadomo o nich, ale według prawa, jeżeli strażnik nie odbierze broni, to winowajca nie może być karanym. Kłusowników podtrzymują głównie Żydzi, siedzący po wsiach, którzy nabywają od nich zwierzynę za bezcen i z tego źródła mają ogromny dochód.[20] W dniu 10 września 1911 roku w Nowym Andrzejowie dokonano jednej z największych grabieży w ówczesnym Powiecie Włodawskim. Kilkudziesięcioosobowa grupa, której przewodził Feliks Piła z Lubartowskiego, okradła folwark Czesława Karpińskiego.

Kolejne lata nie przyniosły mieszkańcom spokoju, gdyż wybuchła I wojna światowa. Wielu mężczyzn wcielono do wojska rosyjskiego (np. Jana Kędzierskiego), a po 1915 roku do austriackiego (np. kowala Wacława Wojtaluka) i niemieckiego. W sierpniu 1915 roku na linii od Kulczyna, przez Andrzejów do Woli Wereszczyńskiej przebiegał front rosyjsko-niemiecki. Już kilka tygodni przed frontowymi walkami Rosjanie wysiedlali ludność, a zabudowania palili, aby nic nie znalazło się w rękach wroga. Nasi zebrali pieniądze i zapłacili rosyjskim oficerom. Wieś ocalała – opowiada Kazimiera Radomska. Zniszczona została jedynie świątynia prawosławna na wzgórku, choć i tak już znajdowała się w ruinie, a także stara drewniana karczma z kilkoma tylko zagrodami. Głównym powodem oszczędzenia od pożaru w większości ruskiego przecież Andrzejowa mógł być fakt, że w pobliżu wsi znajdował się folwark Czesława Karpińskiego, posła do rosyjskiej Rady Państwa, który szansę na odzyskanie niepodległość widział w walce „przy boku” carskiej Rosji.

Wieś ocalała, jednakże ludności nakazano zapakowanie na furmanki najpotrzebniejszych rzeczy i pod obstawą Kozaków wysiedlono w głąb Rosji. W Andrzejowie pozostali jedynie ci, którzy zawczasu pochowali się w lasach i na okolicznych bagnach, przeczekując wysiedlenia i kilkudniowe walki frontowe. Wysiedlono rodzinę Kędzierskich, o czym opowiada urodzona już po wojnie Maria Kadela: Moją całą rodzinę wygoniono pod Kobryń. Rok tam byli. Gdy zmarła prababcia, to Kozacy pozwolili na pochówek. Owinęli w prześcieradło i zbili 4 deski, tak pochówek wyglądał. Wykorzystali jednak okazję i wtedy wszyscy ruszyli z powrotem do Andrzejowa. Gdy wrócili to wszystko było poniszczone, meble, domy, ale wieś nie była spalona. Wcielony do wojska carskiego Jan Kędzierski w listach do rodziny wspomina o Andrzejowcach w miejscowości Bienazowice koło Woroneża, do którego trafić miało bardzo dużo osób z naszej guberni. Od spotkanych uzyskał taką informację o swoim krewnym Mikołaju Kędzierskim i jego rodzinie, że nikt od Kobrynia nie wiedział gdzie się podział. Potwierdzałaby historię rodziny, opowiedzianą przez Marię Kadelę.

Andrzejów w okresie letnim 1915 roku miał strategiczne znaczenie, zarówno dla Rosjan, jak i Niemców. Znajdował się na początku lubelsko-włodawskiego traktu i dużej grobli, pozwalających na przejście przez Krowie i Durne bagna. Na wzniesieniu znajdującym się od południowej strony folwarku Stary Andrzejów została umieszczona rosyjska bateria ciężkiej artylerii, która miała osłaniać dużą liczbę piechoty umieszczonej pierwotnie w Zagórzu, a następnie w Wereszczynie. Pomiędzy tymi 2 punktami znajdowało się wielkie drzewa, na którym ulokowani zostali zwiadowcy. Celem baterii miał być ostrzał każdej jednostki nieprzyjaciela, posuwającej się traktem Lublin-Włodawa. W dniu 6 sierpnia zadano duże szkody niemieckiej piechocie, przebywającej w Zabrodziu, dlatego też przeciwnik zmuszony został do wycofania się ze wsi.

W wyniku wzajemnego ostrzeliwania front rosyjski został przełamany i rozpoczęła się ponad trzyletnia niemiecka okupacja. Po walkach frontowych pozostało kilkaset ciał zabitych żołnierzy, zarówno niemieckich, jak i rosyjskich. Ciała pozostawione zostały w całej okolicy, dlatego też kierując się względami religijnymi, a przede wszystkim przeciwdziałając pojawieniu się epidemii, mieszkańcy zebrali wszystkie leżące w pobliżu wsi zwłoki i wraz z ubiorem i uzbrojeniem ułożyli na stosie w pobliżu cmentarza prawosławnego. Ciał było tak dużo, że kopiec widać było ze wsi. Na szczycie kopca wtoczono wielki kamień, na którym wyryto napis wskazujący, kim są polegli – przekazuje opowieści zasłyszane od swojego ojca Kazimiera Radomska i dodaje – jeden  z popów i nasi Rusini zabrali później te ciała i pochowali na swoich cmentarzach.

Okupacja niemiecka opierała się na polityce eksploatacji wszelkich miejscowych zasobów, tak więc mieszkańcy zobowiązani byli do dostarczania różnorakich produktów (np. płody rolne, odzież) dla walczącego z Rosjanami wojska. Eksploatowano także zasoby ludzkie, wcielając mężczyzn do wojska, bądź też wysyłając na przymusowe roboty do Cesarstwa Niemieckiego. Taki los spotkał chociażby Piotra Siwika, który powrócił do swoich rodzinnych stron dopiero w 1932 roku. Gdy w lutym 1918 roku okupanci austriacko-niemieccy wyodrębnili Chełmszczyznę, powierzając jej administrowanie Centralnej Radzie Ukraińskiej, wówczas utworzono we wsi szkołę z językiem ukraińskim jako podstawowym. Pomimo zdecydowanej większości Ukraińców w strukturze ludnościowej Powiatu Włodawskiego szkoły ukraińskie należały jednak do rzadkości, było ich kilkanaście, a uczyło w nich tylko 10 nauczycieli. Tworzenie ukraińskich szkół miało na celu uzyskanie poparcia ludności ukraińskiej dla działań okupanta. Gdy Niemcy zaczęli opuszczać te tereny, w ich miejscu pojawiały się lokalne ukraińskie oddziały partyzanckie, które dążyły do utrzymania młodej administracji ukraińskiej. Wyparte z terenów Chełmszczyzny zostały dopiero na początku 1919 roku przez szybko uformowany w tym celu dwutysięczny oddział wojska polskiego.

Podczas I wojny światowej szczególną aktywność wykazywali dziedzice Karpińscy. Dali dowód, iż potrafią aktywnie uczestniczyć nie tylko w sferze rolnictwa, ale także na polu społeczno-politycznym. Po wybuchu wojny, w listopadzie 1914 roku, Czesław Karpiński znalazł się wśród inicjatorów utworzenia Komitetu Narodowego Polski, organizacji uchodzącej za głównego przedstawiciela społeczeństwa polskiego wobec Rosji i jej sojuszników. Organizacji przewodniczył Zygmunt Wielkopolski, a członkami jej ścisłych władz, obok Karpińskiego, byli m.in. Maurycy Zamojski, późniejszy prezydent Stanisław Wojciechowski, Roman Dmowski, czy Władysław Grabski. Pełniąc tyle zaszczytnych funkcji niejednokrotnie rozmawiał z przedstawicielami rządu carskiej Rosji, ubiegając się o uznanie interesów narodu polskiego. Poza „wielką” polityką Karpiński podejmował działania doraźne, gdy przebywając w Rosji, pracował w polskich organizacjach opiekuńczych. Po powrocie do swojego rodzinnego domu został jednym z pełnomocników powiatowego oddziału Polskiego Komitetu Pomocy Sanitarnej, którego głównym zadaniem było zbieranie środków i utrzymywanie lazaretów (szpitali) dla rannych żołnierzy. Późniejszy sukcesor majątku w Nowym Andrzejowie Edward Karpiński brał natomiast u schyłku wojny czynny udział w tworzeniu struktur niepodległościowych, takich jak Straż Kresowa, czy Polska Organizacja Wojskowa. Po przejęciu w dniu 10 listopada 1918 roku władzy we Włodawie przez Radę Regencyjną Edward Karpiński, mający wówczas wojskowy stopień porucznika, został powiatowym komendantem policji.

 

 

3.                  Andrzejów w dwudziestoleciu międzywojennym

3.1.            Wojna polsko-bolszewicka

Pierwsze dni i lata mieszkańców Andrzejowa w niepodległej Polsce nie należały do pokojowych. Na gruntach wsi miała miejsce bitwa polskiej kawalerii z wojskami bolszewickimi, zaliczana do tzw. „bitwy cycowskiej”. W potyczce tej uczestniczyła kompania batalionu łódzkiego pod dowództwem porucznika Hrynkiewicza. Miała ona rozkaz dokonania wywiadu w okolicach wsi Zastawie, Wereszczyn i Andrzejów. O świcie, w dniu 15 sierpnia 1920 roku, kompania
por. Hrynkiewicza, na rozkaz kapitana Zajchowskiego, zwinęła stanowisko w Zabrodziu i skierowała się na Wereszczyn. W czasie marszu została zaatakowana w Andrzejowie przez silny oddział bolszewicki, który przebywał we wsi już od poprzedniego dnia. Kompania por. Hrynkiewicza poniosła duże straty, głównie spowodowane ogniem karabinów maszynowych i wpadła w panikę. Ostatni akt tej potyczki zakończył się w Starym Andrzejowie. Tam też poległ por. Hrynkiewicz. Właściciel majątku w Starym Andrzejowie Stefan Karpiński pozwolił na pochowanie zabitych w oddzielnym grobie koło figury, niedaleko miejsca, w którym zginęli.

Według relacji naocznego świadka wydarzenia te przebiegały następująco: Otóż w okresie poprzedzającym walki, jakie miały wystąpić na tym terenie ojciec mój przebywał we wsi Sęków u swego stryjecznego brata, właściciela dziewięćdziesięcio-morgowego gospodarstwa Franciszka Arasimowicza. W związku z zagrożeniem bolszewickim dowództwo Armii Polskiej ogłosiło apel do mieszkańców o udzielenie armii wsparcia w postaci dostarczenia jej taborów konnych, które służyłyby walczącej armii do transportu sprzętu wojskowego oraz rannych żołnierzy. W odpowiedzi na apel Franciszek Arasimowicz skompletował zaprzęg i przekazał je memu ojcu, który postanowił wziąć udział w tejże kampanii wojennej. Włączając się do akcji pomocy armii postanowił udać się w kierunku Andrzejowa Starego, gdyż stamtąd dochodziły odgłosy toczących się walk. Kiedy dojechał do majątku Stary Andrzejów tam zgłosił swój transport gotowy do współpracy na rzecz napotkanym oficerom. W sadzie obok dworu Karpińskich załadowano mu dwa karabiny maszynowe na wóz i polecono jechać w kierunku Wereszczyna zbierając rannych żołnierzy, gdyż w tym kierunku wycofywała się armia polska. Widział wycofujących się żołnierzy biegnących grupami przez sad przed nacierającymi bolszewikami. Z jedną z grup na jej czele biegł młody oficer, porucznik z ręką uniesioną do góry, w której tkwił pistolet z okrzykiem: chłopcy za mną! Lecz za chwilę padł trafiony wrogą kulą. Ojciec zaś, wycofując się w kierunku Wereszczyna, nie mógł jechać drogą, gdyż opanowali ją już bolszewicy. Pojechał zatem przez pola i łąki. Przeszkoda, jaka go czekała to rów graniczny z wodą pomiędzy Andrzejowem a Zastawiem. W trakcie jego forsowania wóz się wywrócił, a ładunek wpadł do wody. Pod wpływem silnej emocji chwycił za kłonicę i w tym momencie wóz stanął na koła. Szybko włożył ładunek i ruszył w kierunku Wereszczyna zbierając po drodze rannych żołnierzy. Przez cały czas będąc ostrzeliwany przez atakujących bolszewików, mając na wozie sześciu rannych żołnierzy, dotarł do wsi Wereszczyn w okolicach kościoła. Jechał dalej przez wieś w kierunku Świerszczowa, a następnie Cycowa i Bark, gdzie spotkał znaczne siły wojsk polskich, które miały zluzować cofające się oddziały i przejąć ciężar walk. Było to duże zgrupowanie kawalerii oraz artyleria z działami, które transportem kolejowym przybyły do Trawnik, a następnie przyjechały do Bark. Kiedy oddziały te wkroczyły do walk losy frontu się odmieniły. Nawała bolszewicka została zatrzymana i w przeciągu kilku dni została odrzucona, aż za rzekę Bóg. Tata zaś w Barkach przekazał rannych żołnierzy, zwolniony wraz z taborem wrócił do domu. Interesował go natomiast los żołnierzy i oficera, których widział jak padli w rejonie sadu w Andrzejowie.  Mówił, że rozmawiał z mieszkańcami Andrzejowa, którzy dokonali pochówku oficera – porucznika i jego 4 lub 5 żołnierzy w mogile obok „czerwonej kapliczki" na drodze z Wereszczyna do Andrzejowa w majątku Stary Andrzejów.[21]

 

3.2.            Stosunki ludnościowe

Andrzejów po odzyskaniu niepodległości w dalszym ciągu był miejscowością ruską, czyli z przeważającą liczbą prawosławnych mieszkańców narodowości ukraińskiej. Zgodnie z pierwszym powojennym spisem powszechnym ludności, sporządzonym w 1921 roku, we wsi zamieszkiwało 353 osoby w 68 domach, zaś w nowym i w starym folwarku mieszkało po 29 osób, a w folwarku na Łysosze 42 osoby. Mieszkańców wyznania prawosławnego było 190 we wsi oraz 2 w nowym i 15 w starym folwarku, a także 16 na Łysosze. We wsi zamieszkiwało 137 rzymskokatolików, 27 w nowym folwarku, 14 w starym folwarku i 26 na Łysosze. Poza prawosławnymi i rzymskokatolikami we wsi zamieszkiwało 26 osób wyznania mojżeszowego. Jedyny andrzejowski Niemiec Herman Hakbart wyprowadził się ze wsi w 1920 roku, sprzedając swoje siedmiomorgowe gospodarstwo Tymiejczukom i Kozłowskim. Narodowość polską w 1921 roku zadeklarowało 137 mieszkańców wsi, rusińską – 182 osoby, a żydowską – 26 osób. Tak więc 8 prawosławnych zadeklarowało polską narodowość. Przed samym wybuchem wojny w Andrzejowie znajdowało się 84 gospodarstwa, w połowie ukraińskie. Liczną grupą narodowościową byli Polacy, we wsi żyło także około 40 mieszkańców żydowskich. Na południe od wsi znajdował się przysiółek Siedziączki

Mieszkańców prawosławnych, których nie wywieziono do Rosji, przyporządkowano parafii w Syczynie, choć w Andrzejowie pobudowali na grodzisku swoją cmentarną kapliczkę. Helena Werner wspomina, jak co jakiś czas przyjeżdżał z Wytyczna pop i odprawiał nabożeństwa w kapliczce, tam odbywały się pogrzeby, a raz w roku prawosławny odpust. Z ciekawości chodziliśmy tam, ale nie było kramarzy. Diakiem, czyli ceremonialnym pomocnikiem popa, został Radziej. Polskie władze nie zezwoliły po wojnie na funkcjonowanie utworzonej podczas wojny światowej szkoły ukraińskiej, choć w wyniku powrotów Ukraińców, wysiedlonych w 1915 roku, ta grupa narodowościowa stała się najbardziej liczną we wsi.

Przewaga ludności prawosławnej przekładała się na duże poparcie ukraińskich organizacji społeczno-politycznych. We wsi powstała w dniu 21 listopada 1927 roku filia ukraińskiego Stowarzyszenia „Ridna Chata” („Ojczysty Dom”), która działała do 1930 roku, a mężem zaufania organizacji został Jan Kucharuk. To stowarzyszenie ukraińskie stało się największą i najważniejszą organizacją oświatową tejże mniejszości narodowej w Polsce. Skupiało się na kolportażu prasy ukraińskiej, czy na organizowaniu ukraińskiego życia kulturalnego. Sukcesem stowarzyszenia było chociażby wprowadzenie ukraińskiego nauczyciela do miejscowej szkoły, wobec czego kilka rodzin polskich na znak protestu przestało posyłać do niej swoje dzieci. W większe święta w kaplicy cmentarnej odprawiano prawosławne nabożeństwa. Marianna Zabłuda wspomina, że chodzili na nie czasami też Polacy, nawet Żyd jeden taki. Ja też na Spasa byłam, podobało mi się.

W latach trzydziestych w Andrzejowie powstały struktury Komunistycznej Partii Polskiej, skupiające w swych szeregach głównie ludność ukraińską. Największy wzrost antagonizmu polsko-ukraińskiego nastąpił przed wybuchem wojny i w pierwszym miesiącu jej trwania. Jeszcze przed wkroczeniem wojsk sowieckich na porządku dziennym zdarzały się pobicia, kończące się nawet użyciem broni palnej. Wcześniej to polscy i ruscy sąsiedzi często na święta prosili się do siebie, nikt nikomu nie szkodził, ale przed wojną to pogorszyło się. Zwłaszcza młodsi, oni swojej Ukrainy chcieli. Zakładali czerwone opaski, karabiny nosili i nas straszyli. Ale starsi to nie zaczepiali, spokojni byli – powraca pamięcią Marianna Zabłuda.

We wsi osiedlało się coraz więcej Polaków, a niektórzy z nich osiągali znaczące funkcje publiczne. Oprócz dziedzica Edwarda Karpińskiego osobą poważaną i szanowaną był Stanisław Kędzierski, który przez bardzo długi okres pełnił funkcję sołtysa. Przez kilka kadencji był radnym gminy, przewodniczył gminnym strukturom kółek rolniczych, wchodził także w skład dozoru szkolnego, zarządu Kasy Stefczyka w Wereszczynie i trzyosobowej rady parafialnej parafii rzymskokatolickiej w Wereszczynie. Stąd też, podczas trzeciej wizyty kanonicznej w Wereszczynie, biskup podlaski ks. Henryk Przeździecki odwiedził dom Stanisława Kędzierskiego osobiście. Natomiast podczas wizyty kanonicznej w maju 1934 roku Kędzierski witał, w imieniu wszystkich rolników parafii, biskupa Czesława Sokołomskiego.

Dużą liczebnie grupą narodowościową we wsi byli Żydzi, którzy zajmowali się wiejskim handlem, choć nie był tak rozwinięty, jak w sąsiednim Urszulinie. W Andrzejowie funkcjonowały jedynie 2 sklepy właścicieli żydowskich A. Szulca i Uszera Wendera, a jeszcze w latach dwudziestych funkcjonowała żydowska karczma. Sklep Wendera znajdował się w dużym drewnianym budynku, w którym oprócz Wenderów mieszkały jeszcze 3 rodziny żydowskie. Był to duży sklep i wszystko tam było, bo w drugim to niewiele – powraca pamięcią Marianna Zabłuda. Usługi krawieckie świadczył Halyna, a szewskie Boruh Rubinsztejn, który sprowadził się do wsi w 1922 roku, kupując parcelę wraz z nieruchomościami od Filipa Wojtaluka. Rodzina żydowska mieszkała ponadto w czworakach dworskich na Łysosze.

Szczególnym dniem dla Żydów była sobota. Już w piątek wszystko przygotowywali, garnki czyścili, jedzenie robili i całą sobotę się modlili – przywołuje wspomnienia Marianna Zabłuda. Już Jak mieli święto to najmowali nas do pilnowania swoich dzieci, czy do podpalania ognia – wspomina Helena Werner i dodaje – a na kuczki, gdy październik nie był deszczowy, stawiali szopy stawiali szopki i wieszali dynie. Ale Polacy im ciągle dokuczali, to w okna stukali, to czymś rzucali. O złośliwym zachowaniu polskiej młodzieży mówi też Marianna Zabłuda: To wodę im w te szopki leli, to zdechłą wronę wrzucili. Podobnie wspomina o relacjach Żydów z sąsiadami Alfred Jung: Trochę im dokuczaliśmy. Jak krowy przez wieś przeganialiśmy to się kamieniem w drzwi rzuciło. Wtedy Żyd wyskakiwał i gonił nas.

Pomimo dużego zróżnicowania narodowościowego mieszkańcy żyli na ogół zgodnie. Do wojny między Polakami i Ukraińcami zgoda była, młodzież się spotykała wieczorami, ale chłopcy po polsku nie chcieli mówić, trzeba było po ukraińsku do nich – przywołuje wspomnienia Marianna Zabłuda. Antagonizmów nie było również wśród dzieci i młodzieży. Przed wojną to zawsze razem krowy paśliśmy, nie było między nami konfliktów – wspomina Alfred Jung. Po I wojnie światowej mieszkańcy wybudowali remizę wiejską, w której się spotykali, zwłaszcza kobiety w ramach Koła Gospodyń Wiejskich. Mieszkańcy posiadali swój wspólny samorząd, jakim było zebranie gromadzkie, w którym uczestniczyć mogli wszyscy zameldowani mieszkańcy wsi. Głównym zadaniem samorządu gromadzkiego było zarządzanie majątkiem wspólnym, na który składały się gromadzkie lasy i pastwiska, wydzielone w wyniku parcelacji majątków. Zebranie gromadzkie odbywało się raz na kilka miesięcy, chociażby w 1926 roku, kiedy to ograniczono prawo użytkowania gruntów gromadzkich. Wzbroniono na wspólnym pastwisku paść gęsi, wycinania krzaków, kopania pniaków, zajmowania miejsca pod skład drzewa lub stogi siana, a nawet grabienia liści. Tak liczne zakazy wynikały z troski mieszkańców o wspólne dobro. Postanowiono ponadto wzbronić wyrąbywania drzewa z lasu na swój użytek, gdyż miało być przeznaczone na remont okolicznych mostów.

Wielu utrzymywało się z rzemiosła. Poza żydowskimi szewcami i krawcami zawody rzemieślnicze wykonywali Polacy i Ukraińcy. Karbowaniem skór zajmował się Stanisław Jung z Nowego Andrzejowa, rymarstwem, a także garbarstwem – Szymon Stefaniuk, zaś stolarką Ludwik Kaus. Swoją kuźnię we wsi (miał również kuźnię w Sękowie) posiadał Bronisław Kozłowski. Po ojcu warsztat przejął syn Władysław, który z kolei do kowalstwa przyuczył swojego zięcia Wacława Wojtaluka. Znaczna część mieszkańców zatrudniała się jako wyrobnicy w pobliskich folwarkach, w Starym i Nowym Andrzejowie oraz na Łysosze. Mój mąż poszedł na służbę ja miał sześć lat. Zarobkowało całe jego rodzeństwo, a jedenastu ich było. Początkowo jako pastuch, później przy cięższych pracach robił. A płacili zbożem, ale miał czym rodzinę nakarmić – rozpamiętuje Helena Werner. Pozostali mieszkańcy zajmowali się rolnictwem na własnych gospodarstwach rolnych. Do najbogatszych gospodarzy należeli bracia Stanisław, Mikołaj i Paweł Kędzierscy oraz rodzina Kuberskich. Nadzieje na lepsze gospodarowanie pojawiły się wraz z planami melioryzacji Krowiego Bagna, jednakże wojna nie pozwoliła na ich realizację. Już w 1930 roku Sejmik Włodawski przygotował dokumentację na meliorację przepływającej przez wieś rzeki Włodawka, a w 1936 roku na Krowim Bagnie wykopano duży ciek wodny, zwany Więziennym Rowem.

Przy pracach polowych używano najprostszych narzędzi. Helena Werner wspomina, jak przy żniwach używano kosy, a nawet sierpy, a potem cepami młócono. Ziemniaki to tylko motykami kopano. Codziennie tak przez prawie dwa miesiące tak pracowaliśmy. Słaby stopień mechanizacji powodował, iż do prac na roli zatrudniano ludzi, a przy tym nie przestrzegano podstawowych zasad bezpieczeństwa. Stąd liczne wypadki, również z udziałem dzieci, kończące się często śmiercią. Jeden z takich wypadków miał miejsce w sierpniu 1924 roku. W dniu tym jechała na naładowanym zbożem wozie Marianna Skibek z Andrzejowa. W zboże były wetknięte widły. Podczas jazdy wóz się przewrócił, a widły wybiły oko jadącej na wozie Mariannie[22]relacjonował lokalny dwutygodnik „Ziemia Włodawska”. Wobec braku we wsi i w pobliskim Wereszczynie, czy Urszulinie lekarza, pierwsza pomoc dla poszkodowanej została udzielona dopiero w Cycowie.

 

3.3.            Szkolnictwo

Wzrastająca liczba Polaków, a także starania wymienionych osób spowodowały, że władze gminne w Woli Wereszczyńskiej z dniem 1 września 1919 roku zdecydowały się na utworzenie dwuklasowej szkoły powszechnej. Prestiżową funkcję dozorcy szkolnego w Andrzejowie pełnił sekretarz gminy Ignacy Smotrycki. Samorządowa funkcja dozorcy polegała na nadzorze nad szkołą, kreowaniu polityki kadrowej i prowadzeniu finansów szkoły. Szkoła w Andrzejowie istniała do wybuchu wojny. Do końca roku szkolnego w 1932 roku matematyki uczył Włodzimierz Pruski, który dzieci nieznających tabliczki mnożenia przetrzymywał w ciemnej komórce – wspomina Urszula Wiczuk i dodaje, że z tego powodu wszyscy wychowankowie – tabliczkę mnożenia znali jak pacierz. Po odejściu Pruskiego do Andrzejowa przyszło małżeństwo Kazimiery i Kazimierza Chmielewskich, a przed wybuchem wojny uczyła Wyczałkowa i Jan Szydłowski z żoną.

Szkoła w Andrzejowie już w latach dwudziestych przekształcono w czteroklasową i oprócz dzieci z Andrzejowa uczęszczały do niej także dzieci z Łysochy, Wincencina, Urszulina i Michelsdorfu. Według stanu z 1928 roku w szkole uczyło się 64 uczniów. Pomimo 4 oddziałów nauka trwała 6 lat, gdyż nauka w trzeciej i czwartej klasie trwała po 2 lata. Dzieci z bogatszych domów rodzice posyłali do Wereszczyna, ale tylko kilku tam chodziło – wspomina Helena Werner. Z mojej klasy to nas tylko czworo do Wereszczyna chodziło. Ja, dwóch Kędzierskich i Ukrainiec Hordejczuk – dodaje Marianna Zabłuda. W szkole prowadzono nauczanie lekcji religii, choć ten obowiązek spoczywał początkowo na nauczycielach. Dopiero wraz z pojawieniem się w Wereszczynie w 1931 roku wikariusza Juliana Borkowskiego obowiązek ten przesunięto na osobę duchowną, a w połowie lat trzydziestych religii nauczał proboszcz Mikołaj Filipowicz. W latach trzydziestych raz w tygodniu do szkoły przyjeżdżał lekarz. Dawał nam witaminy, a mi kazał tran pić, bo blada byłam – przywołuje wspomnienia Helena Werner.

Po utworzeniu w 1934 roku szkoły w Urszulinie rejon szkolny zmniejszył się do Andrzejowa, Wincencina i Łysochy. Do szkoły uczęszczały zarówno dzieci katolickie, jak i prawosławne, w 1939 roku stanowiły po połowie ogólnej liczby uczniów. Łącznie w roku tym do szkoły uczęszczało 81 dzieci. Brak zezwolenia na otwarcie szkoły ukraińskiej, przeważający odsetek dzieci tejże narodowości, także wycofanie nauczyciela ukraińskiego z miejscowej szkoły,  powodowało częste konflikty. Ofiarami stawały się najczęściej polskie dzieci z Urszulina i Michelsdorfu, które w drodze powrotnej były przez swoich ukraińskich rówieśników bite i wyzywane. Jedna z ówczesnych uczennic, zamieszkała w Urszulinie Urszula Wiczuk, po latach wspomina, jak tylko zaczynała się modlitwa to oni uciekli do domu, rzucali pod drzwi swoje drewniane skrzynki (tj. plecaki) i biegli do kapliczki. Tam leżeli w rowie, a gdy wracaliśmy wyskakiwali, by nas bić. Musieliśmy chodzić poza stodołami, by nas nie spotkali.

Warunki lokalowe były złe, brakowało podręczników i innych pomocy naukowych. Zimą sale były słabo ogrzewane, dlatego też uczniowie siedzieli w kożuchach. Za to latem i jesienią zawodziła frekwencja, gdyż w tym okresie dzieci często pomagały rodzicom w pracach polowych. Jak wybierały się do szkoły, to najczęściej boso, w porwanych ubraniach i wygłodzone. Były jednak dni, w których obraz szkoły i dzieci wyglądał zgoła inaczej, co dowodzi jedna z korespondencji z czerwca 1925 roku, zamieszczona na łamach samorządowego dwutygodnika „Ziemia Włodawska”. Na zakończenie roku szkolnego izby szkolne należycie przyozdobione zielenią, dzieci odziane czysto, lepiej jak zawsze się odziewają, co zaznaczało uroczystość dnia. Dzieci odśpiewały kilka pieśni, przeplatanych bardzo ładnymi deklamacjami w duchu patriotycznym.[23] Korespondent szczególną uwagę zwrócił na recytację hymnu Słowackiego pt. „Smutno mi Boże”, wykonaną przez Itka Wendera oraz wiersza „Powrót taty w wykonaniu Kazi Kozłowskiej. Popularne w szkole były teatry dziecięce, a z przedstawieniami nauczyciele z dziećmi objeżdżali okoliczne miejscowości. Szkoła służyła nie tylko dzieciom, gdyż podczas majówek umieszczano w niej obraz Matki Boskiej, by tłumnie przed nim się modlić.

 

3.4.            Folwarki andrzejowskie

Po wojnie światowej w dalszym ciągu funkcjonowały w Andrzejowie 3 folwarki. W uroczysku zwanym Łysocha, oprócz zabudowań chłopskich, znajdowała się posiadłość o powierzchni 411 mórg, należąca w pierwszych latach po wojnie do Centralnego Towarzystwa Rolniczego. Majątek wykupił od towarzystwa Konstanty Czupryński, a ten z kolei w 1930 roku swoją zadłużoną już posiadłość sprzedał dziedzicowi pochodzenia włoskiego Witoldowi Borettiemu, urodzonemu w pobliskim Kulczynie. Tam jego ojciec – Józef Mikołaj Boretti, miał swój rodzinny dworek (dworek dotrwał do dzisiejszych czasów). Zarządem gospodarstwa zajmował się Stefan Kozłowski, przyjmując przestarzałą już funkcję gumiennego, czyli osobę odpowiedzialną za zbiory i ich przetrzymywanie. W folwarku zatrudnienie znalazło wielu robotników, w tym młynarz Aleksander Warchał. Wraz z przejęciem majątku przez Borettich znacząco poprawiła się sytuacja finansowa, w efekcie czego oddalono groźbę licytacji majątku przez głównego wierzyciela, jakim było Towarzystwo Kredytowe Ziemskie.  Wobec braku męskiego potomstwa Witold cały majątek przepisał w testamencie na sierociniec i jeszcze przed kolejną wojną wyjechał wraz z żoną Ireną (z domu Jacuńska) oraz córką Witosławą[24] do majątku w Brzostowicy na Grodzieńszczyźnie. Niestety już w 1939 roku w Brzostowicy został zamordowany przez komunistów żydowskich i białoruskich. Od 1938 roku dobra były dzierżawione przez rodzinę Jankowskich, a zarządzał Mazalon. Podczas II wojny światowej w majątku na Łysosze na krótki okres swoją siedzibę ulokował niemiecki inspektor rolny Selinhger.

Czesław Karpiński – dziedzic Nowego Andrzejowa - zmarł w 1917 roku, więc majątek przejął jego syn Edward. Własność formalnie uległa zmianie dopiero 4 lata później, ponadto została okrojona o 82 morgi na rzecz Stefana Karpińskiego (wuja Edwarda), gdyż takim zobowiązaniem obciążono hipotekę jeszcze w 1913 roku, jako poręczenie pożyczki 5.000 rubli. Hipoteka obciążona była także wieloma innymi kredytami, zaś na rzecz wytyckiej parafii prawosławnej prawem wolnego wyrębu wolnego mlewa oraz prawem otrzymywania 60 zł corocznie. Z upływem lat sytuacja finansowa folwarku poprawiała się. W 1931 roku został łącznie z sąsiednią Łysochą wykreślony z wykazu hipotecznych ostrzeżeń o wystawieniu na sprzedaż Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego, na którym znajdował się od zakończenia wojny. Jednakże po 2 latach towarzystwo podjęło decyzję o wystawieniu majątku na licytację, która nie doszła do skutku. Majątek był wówczas zadłużony na około 20.000 złotych i 5.500 dolarów amerykańskich.

Posiadłość Edwarda i Janiny Karpińskich z Nowego Andrzejowa obejmowała w 1928 roku 280 mórg ziemi. Na północ od dworu, przy rzece Włodawka, funkcjonował młyn wodny. Folwark Edwarda Karpińskiego był posiadłością zadbaną i bardzo dobrze zorganizowaną, w której stosowano nowe technologie upraw. W ostatnich latach swojego życia wyposażył folwark w jedyny w Andrzejowie i jeden z pierwszych w gminie aparat telefoniczny. Sam Edward Karpiński, wzorem ojca, był częstym gościem konferencji rolniczych, na których miał odczyty na temat właściwego użytkowania gruntów[25]. Jego szeroka wiedza z zakresu rolnictwa wpłynęła na objęcie stanowiska delegata na Krajowy Zjazd Kółek Rolniczych i prezesa Okręgowego Towarzystwa Rolniczego we Włodawie (pełnił funkcję do 1924 roku). O podnoszeniu poziomu wiedzy w zakresie rolnictwa nie zapomniał w obliczu śmierci, która nastąpiła w 1934 roku z powodu choroby nowotworowej. W pozostawionym testamencie zapisał pewną kwotę na otwarcie szkoły rolniczej w folwarku na Łysosze, a prowadzić je miało Towarzystwo Rolne.

Aktywnie udzielał się również w innych sferach życia publicznego, zostając chociażby członkiem Wydziału Powiatu we Włodawie (odpowiednik dzisiejszej rady powiatu), a także dozorcą szkolnym i jednocześnie jednym z trzech w gminie delegatów do Rady Szkolnej Powiatowej we Włodawie, która rozpatrywała wszelkie sprawy dotyczące szkolnictwa w powiecie. Pochodzenie, wiedza i posiadany majątek czyniły, iż Edward Karpiński miał bardzo duży autorytet wśród mieszkańców oraz wysoki status. Rodzina Karpińskich była jedyną w parafii, która posiadała swoją ławę kościelną. To Edward Karpiński stał na czele delegacji wiernych parafii w Wereszczynie, witającej w maju 1924 i 1930 roku Biskupa Podlaskiego Henryka Przeździeckiego, który przybył na drugą i trzecią wizytę kanoniczną. W dniu 19 maja 1924 roku on, jak i jego wuj Stefan Karpiński, gościli biskupa w swoich dworkach. Aktywność społeczna Edwarda przejawiała się również w niesieniu pomocy potrzebującym sąsiadom, chociażby w 1928 roku, gdy w Urszulinie pożar strawił budynki gospodarstwa Piotra Kędzierskiego. Córka Kędzierskiego – Urszula Wiczuk wspomina te chwile: Pożaru nie pamiętam, bo miałam wtedy rok, ale tatuś opowiadał, że zaraz przyjechał Karpiński i zaoferował pomoc. Załatwił i poręczył kredyt oraz znalazł w Wytycznie dom do kupna. Mało tego, u nas w domu były same małe dzieci, więc na czas postawienia budynku przyjął nas do siebie. Podobnie dziedzica zapamiętał Henryk Śledziński: Lubił z chłopami gadać. Raz na palach chłopi ogrzewali się przy ognisku. Edward przyjechał, pogadał z nimi, ziemniaków pojadł i poprosił, by następnego dnia też zrobili, bo chciał przyjechać z żoną. I przyjechał, masło do ziemniaków też przywiózł.

Po śmierci Edwarda majątkiem zarządzała jego żona Janina, która wychowywała kilkuletniego syna Ludwika. Wobec braku gospodarza i dużego zadłużenia dziedziczka sprzedawała grunty miejscowym rolnikom. Ponadto pojawiali się coraz to nowi wierzyciele, chociażby Związek Izb i Organizacji Rolniczych Rzeczypospolitej Polskiej, który przed sądem udowodnił sukcesorom Edwarda istnienie długu w wysokości 18.669 złotych. Karpińska żyła zgodnie z mieszkańcami, dlatego też w swoim majątku wybudowała niewielką kapliczkę, by mogli zbierać się na modlitwy. Oni się ciągle gościli. Mieli taką bryczkę linijkę, a woził ich Adam Prystupa. I ciągle gdzieś ich woził – opowiada Henryk Śledziński. W zarządzaniu majątkiem dziedziczce pomagał kamerdyner Dawid Szypułowski oraz służba (np. kucharz Czesław Jung i karbowy Stanisław Jung).

Mniejszym autorytetem cieszył się dziedzic Starego Andrzejowa – Stefan Karpiński. Po śmierci swojego bratanka to jednak on, w imieniu wszystkich parafian, witał przybywającego w maju 1934 roku z wizytą kanoniczną biskupa podlaskiego Czesława Sokołomskiego. W ostatnich latach życia popadł w alkoholizm i zmarł w 1936 roku, pozostawiając żonę Marię. O jego uzależnieniu opowiada Eugenia Jung: Kiedy mój ojciec (tj. Seweryn Sochaczewski, furman Konstantego Czupryńskiego) jechał razu jednego do folwarku na Łysosze, wówczas spotkał na drodze Karpińskiego, który schował się przed żoną. Ten rozpoznając ojca rzekł do niego: Sewerku przywieź mi pół litra. Ojciec ruszył więc do sklepu Kozłowskich w Urszulinie i po kilku minutach zjawił się na miejscu. Karpiński jak tylko dostał butelkę przychylił ją i jednym tchem wypił do dna. Stanisława Sidorowska dodaje, że jak zmarł to znaleziono w jednym ze stawów pełno butelek po wódce. Był chory na raka, więc w ten sposób łagodził bóle. Po śmierci Stefana majątek w Starym Andrzejowie podupadł, gdyż jego żona, ze względu na zaawansowany wiek, nie zajmowała się gospodarstwem. W latach trzydziestych całe zaniedbane gospodarstwo wydzierżawiło 3 okolicznych mieszkańców. Do mojego ojca przyszedł dworski fornal i prosił, by przyłączyć się z Sironiem do jego spółki, by wydzierżawić folwark. Ojciec nie chciał, bo tak było zarośnięte, że ziele wyższe od człowieka. Ala ja przystąpiłem – wspominał Eugeniusz Lewandowski. Pod koniec okresu Drugiej Rzeczypospolitej i w latach wojenny Karpińska nędzniała, a z czasem widoczne były objawy towarzyszące starości i utraty zmysłów. Pomagał jej finansowo Przybyszewski, zatrudniając do lżejszych prac – wspomina Stanisława Sidorowska. W jej dworku pokoiki wynajmowali dzierżawcy majątku. Często się zdarzało, że pod moją nieobecność stawiała w moim pokoiku kwiaty. Lubiła nas – powracał pamięcią jeden z dzierżawców Eugeniusz Lewandowski.

 

4.                  II wojna światowa

4.1.            Okupacja niemiecka

            Po pierwszych tygodniach kampanii wrześniowej do Andrzejowa wkroczyły wojska radzieckie. W tym czasie faktyczną władzę przejęli miejscowi komuniści, zwłaszcza ukraińskiej narodowości. Stefaniuk z Wereszczyna zarządził akcję rabowania folwarku na Łysosze. Tam były 2 kobiety, rozebrano je prawie do naga. Zabierali żywność, zwierzęta, ubrania, wszystko, co się dało – wspomina Marianna Zabłuda. Kazimiera Kruk, ówczesna mieszkanka Wincencina, wspomina, że dziedziczce to nawet buty z nóg Ukrainka próbowała zabrać, ale dziedziczka drobna była i buty nie pasowały. W grabieży brali udział także miejscowi Polacy. Nie wszyscy przyjęli antypolską postawę. Kalisz to służył w polskim wojsku, nawet w Katyniu był, ale przeżył – opowiada Klementyna Kozłowska. Grabieże ukraińskich komunistów ustały po wkroczeniu wojsk niemieckich. Jak Niemcy wkroczyli, to zrabowane naczynia, talerze i inne rzeczy wszystko pod dwór zwrócili – powraca pamięcią Kazimiera Kruk. Kilku Ukraińców i Itek Wender podążyli do Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich (ZSRR) za wycofującą się Armią Czerwoną.

Pierwsze lata II wojny światowej nie były aż tak tragiczne dla mieszkańców wsi Andrzejów. W opuszczonym folwarku na Łysosze utworzono niemiecki posterunek, w którym przebywali niemieccy policjanci (volksdeutche Tomasz Wygiera z Wiązowca i Robert Wegner z Woli Wereszczyńskiej) oraz zarządca rolny. Oprócz pojedynczych aresztowań i konieczności dostarczania przez rolników przymusowych kontyngentów nie były przeprowadzane we wsi akcje pacyfikacyjne na większą skalę. Po kilku miesiącach od wybuchu wojny młody dziedzic Ludwik Karpiński został zatrzymany przez niemieckich mieszkańców Michelsdorfu i przetrzymywany w stodole Rudolfa Bloha. Ale, że dziedziczka miała kontakty i dobrze znała niemiecki, to zaraz wypuścili jej syna – wspomina Stanisław Szwaj z Michałowa. Natomiast wiosną 1941 roku przeprowadzono we wsi łapankę na roboty do III Rzeszy, w wyniku której zginęło 4 mieszkańców. Wyjazd na roboty do Niemiec w pierwszych miesiącach okupacji był dobrowolny, w licznych odezwach zachęcano mieszkańców wsi, „gwarantując” dobre warunki płacowe i mieszkaniowe. Wobec braku spodziewanych rezultatów wiosną 1940 roku wyjazdy do Niemiec przybrały charakter przymusowy. Z samego Andrzejowa do przymusowej pracy wywieziono w tym czasie 11 osób. Od połowy 1942 roku władze okupacyjne zaczęły masowo stosować metodę przymusowego naboru, polegającą na przypisywaniu gminie kontyngentów ludzkich.

Zaraz po rozpoczęciu okupacji władze niemieckie postanowiły przeciwstawić Ukraińców Polakom, by tym sposobem lepiej kontrolować obydwa narody. Sam Generalny Gubernator Hans Frank w pierwszych latach wojny przyznawał, że należy w zamian za lojalność wobec Fuhrera i Rzeszy utrzymać Ukraińców w jakimś nastroju zadowolenia pod względem politycznym.[26] Wobec tego otoczono opieką ukraińską kulturę, cerkiew i oświatę. Pierwszym działaniem była likwidacja szkoły polskiej, w jej miejscu utworzono szkołę ukraińską. Na zajęcia, prowadzone przez miejscowego nauczyciela Jana Hordejczuka, uczęszczało w 1940 roku 48 uczniów. Choć polskie dzieci mogły chodzić do szkoły ukraińskiej, to prawie nikt ich nie posyłał. W remizie wiejskiej Ukraińcy urządzili cerkiew. Zabranie szkoły i remizy niewątpliwie wpłynęło na wzrost nastrojów nacjonalistycznych Ukraińców, faworyzowanych przez niemieckie władze okupacyjne, oraz antagonizmów między tą narodowością, a Polakami. Do większych konfliktów jednakże nie dochodziło, a w razie potrzeby wzajemnie sobie pomagano. Jak tyfus panował to przez wiele dni chodziłem do jednych Ukraińców i krowy im obrządzałem – wspomina Alfred Jung. W wyniku zachorowań na tyfus kilka osób umarło. Alfred Jung przypomina sobie pogrzeb jednej Ukrainki, która koło sklepu mieszkała. Była młoda i bardzo ładna.

Sytuacja uległa zmianie po agresji Niemiec na ZSRR w 1941 roku. Wybuch wojny niemiecko-radzieckiej Ukraińcy przyjęli jako zapowiedź niepodległości, stąd też ich działania partyzanckie uległy intensyfikacji. Niemcy podjęli wówczas czynności zmierzające do rozbicia ukraińskich struktur partyzanckich, co wywołane było utworzeniem we Lwowie przez banderowców ukraińskiego rządu Jarosława Stećki. Była to inicjatywa nieuzgodniona z władzami okupacyjnymi, stąd też po kilku dniach jego funkcjonowania rząd został rozpędzony, a jego inicjatorzy aresztowani. Niemcom bardzo zależało, aby na zachód od rzeki Bug nie rozwinęła się działalność nacjonalistycznych organizacji ukraińskich, takich jak OUN (Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów), czy jej militarna przybudówka UPA (Ukraińska Powstańcza Armia).

Działania skierowane na wczesne wykrycie powstających struktur tych organizacji polegały na tym, iż żołnierze wywiadu niemieckiego, bądź też kolaborujący z nimi Ukraińcy, w przebraniu sowieckich dezerterów z niemiecko-radzieckiego frontu, chodzili po okolicznych miejscowościach prosząc o strawę czy schronienie. Ich celem było przeniknięcie do struktur tworzących się nacjonalistycznych organizacji ukraińskich oraz wyłapanie tych mieszkańców, którzy byli najbardziej skorzy do niesienia pomocy. Henryk Śledziński wspomina, że wszyscy mieli zegarki, a w nich aparaty. Kto pomagał, to temu robili zdjęcia. Znaczna część osób z nieufnością odnosiła się do tego rodzaju gości, nazywanych „plennymi”. Zdradzały ich drobne szczegóły. Pod starymi łachmanami ci plenni mieli czyste koszule, byli ogoleni i ładnie ostrzyżeni, mieli często złote zęby – wspomina Regina Woźnica. Niektórzy mieszkańcy twierdzą nawet, że spod przebrania widać było niemiecki mundur. „Dezerterzy” ci zdecydowanie lepiej się prezentowali od pojawiających się wcześniej, czyli zapchlonych, wychudzonych i brudnych. Te działania wywiadu niemieckiego doprowadziły do przeprowadzenia wielkiej pacyfikacji aktywnej ludności ukraińskiej, jednakże postanowiono, iż przy okazji zostanie „rozwiązany problem” miejscowej ludności żydowskiej.

            Ten tragiczny dzień miał miejsce we wtorek w Zielone Świątki, w dniu 26 maja 1942 roku. Pacyfikacją objęte zostały 3 miejscowości w gminie, zaczynając od Andrzejowa, później Zastawia, aż po najtragiczniejszy koniec w Wereszczynie. Żydzi w Urszulinie byli mordowani 2 dni później. Sposób działania był we wszystkich miejscowościach bardzo podobny. W Andrzejowie żołnierze niemieccy, a także funkcjonariusze ukraińskiej policji pomocniczej (charakteryzujący się tym, iż na otoku czapki mieli symbol „trupiej czaszki”), pojawili się wczesnym rankiem. Myśmy wtedy rano gonili krowy. Gdy dochodziliśmy do mostku od strony Zastawia zobaczyliśmy, jak co 50 metrów leżeli Niemcy z rkm-ami skierowanymi w stronę wsi. Kazali nam się zawrócić. Jak doszliśmy do wsi tam już wszyscy Żydzi byli zegnani, a trzech trzymało łopaty. Pognali ich za Doroszów kopać doły – opisuje początek dnia Alfred Jung. Następnie pod szkołą zebrano pozostałych mieszkańców, czyli Polaków i Ukraińców. Ja miałem chorego brata, więc matka wzięła go na plecy. Później Niemcy pozwolili matce i bratu wrócić do domu, a jak matka wskazała na mnie, to poszedłem z nimi – dodaje Jung. W tym czasie wybrano 2 Ukraińców (Gorgol i Jan Hordejczuk), którzy pomagali „plennym” i na oczach pozostałych dotkliwie pobito. Alfred Jung opowiada jak jednego wzięli za nogi i w studni topiono, a później bito. Helena Werner wspomina: Myślałam, że wszystkich będą mordować, ale tylko Żydów zabijali, a nas puścili.

Żydów podzielono na 2 grupy, składające się z kobiet i mężczyzn, po czym w miejscu niewidocznym dla pozostałych została wykonana ich egzekucja. Helena Werner rozpamiętuje: Gdy naszych zagnano, aby ich zakopali, to później mówili, że ziemia jeszcze się przez jakiś czas ruszała. Kobiety i dzieci wymordowano za ostatnimi zabudowaniami w kierunku Wincencina, mężczyzn kilkaset metrów dalej. Alfred Jung wspomina, że byli przysypani tylko na kilkanaście centymetrów, więc zaraz psy wszystko rozgrzebali. Ponownie ich musieliśmy zasypać. Marianna Zabłuda opowiada, że na mogiłach trawa przez wiele lat wiecznie zielona była, aż jak melioracja przyszła, to już nie było znać po nich. Ale mężczyzn pod Łysochą ktoś odkopał, złota szukali. Henryk Śledziński opowiada, że przez wiele lat krowy się tam nie chciały paść. Jak tylko się je tam zaprowadziło, to zaraz w ryk, nogami zaczęły ryć, pewnie czuły smród zakopanych. Według danych, zebranych przez Główną Komisję Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce Instytutu Pamięci Narodowej, tego dnia zamordowano w sumie 38 miejscowych mieszkańców, głównie żydowskich. Razem z Żydami zamordowano mężczyzn z ukraińskiej rodziny Maciuchów. Wśród pomordowanych znalazł się przez przypadek również niemy ukraiński pastuch Sieroga i pomimo próśb matki został w grupie z Żydami. Pochowano go w razem z dziećmi i kobietami.

Kilku Żydom udało się tego dnia uniknąć śmierci, choć ostatecznie podzielili los swoich współwyznawców. Rodzina szewca Boruha zdołała się schować w pobliżu Wincencina, jednak ich kryjówkę zdradził płacz dziecka. Najpierw przyszli do nas, ale w około byli Niemcy więc tato wysłał ich w Łozy. Była tam taka duża zarośnięta dolina. Tam się ukryli i Niemcy pewnie by ich nie znaleźli, ale dziecko zaczęło płakać i ich zobaczyli. Zabili wszystkich – wspomina Marianna Zabłuda. Oni chyba przeczuwali, że ich wymordują. Już wcześniej Boruch wykopał dół i chował buty, pantofle. Natomiast krawiec Halyna co cenniejszego, czyli futra i płaszcze wywoził do znajomych. Może liczyli, że jakoś się uratują – dodaje Helena Werner. Zaraz po zbrodni przyjechali Niemcy i z domu Boruha wynieśli całą ciężarówkę obuwia – powraca pamięcią Henryk Śledziński. Ickowi Boruhowi udało się uciec do Wincencina i na kilka dni znalazł tam schronienie jako pastuch. Niedługo jednak żył, gdyż został odstawiony do Urszulina i tam najprawdopodobniej zginął. Uciekł też Ideł i dopiero wieczorem do wsi przyszedł. Przez 3 dni ukrywał się u Osieleńców, ale i jego do włodawskiego getta odwieźli – opowiada o losie chłopca Alfred Jung. W pobliżu budynków dworskich na Łysosze przez wiele miesięcy ukrywała się w stogu siana pracująca w folwarku rodzina żydowska. Los rodziny opowiada Kazimiera Kruk: Tam ukrywał się Boruh z Estrą, 2 dzieci i matką. Oni by przeżyli, ale śnieg napadał i wszyscy zamarzli. Do tego czasu dobrze sobie radzili, na bagnach gotowali, dużo pomagał rządca Mazalon, ale jak śnieg napadał bali się wychodzić, by śladów nie robić. Jak zmarli to w tym sianie jeszcze słonina i chleb był. Ukrywający wspomina także Henryk Śledziński: Jak się zimniej zrobiło to przychodzili do nas i ukrywali się na wyszkach obory. Ale tak się głośno zachowywali, że mój brat ich przegonił, przecież Niemcy mogli wymordować za to całą naszą rodzinę. Wielu Żydów szukało schronienia na rozlegającym się od północy wsi Krowim Bagnie. Pamiętam wysokiego Żyda, który był tłumaczem w majątku Helenin. Mieszkał z żoną, dzieckiem i siostrą żony. Już przed 1942 rokiem przeczuwał zagładę swoich rodaków, dlatego też pod Łysochą zaczął przygotowywać schron. Gdy Żydów wywieźli to tam się schował z żoną, dzieckiem i jej siostrą. Okoliczni ludzie byli przychylni i dawali mu chleb. Zimą, gdy wyszedł ze schronu, zauważył go Niemiec. Gdyby uciekł w las to może by uratował pozostałych, ale uciekł do schronu. Tam Niemiec wszystkich zastrzelił – wspomina jego były współpracownik z helenińskiego majątku Edmund Brożek.

Spośród polskiej i ukraińskiej ludności nikogo, poza wspomnianym niemym pastuchem, tego dnia nie zabito. Zabrano jednak kilkunastu młodych mężczyzn polskiej i ukraińskiej narodowości (m.in. Jan Śledziński, Jan Hordejczuk, Zieliński, Gorgol). To im Niemcy nakazali wykopanie dołu i pogrzebanie zamordowanych Żydów. Wśród nich znajdował się Jan Kędzierski, za którym podążyła zdesperowana matka ze swoją córką. Gdy pobiegłyśmy do miejsca, gdzie mordowali Żydów to zatrzymał nas Niemiec. Po polsku powiedział nam, że ich już nic nie uratuje i żebyśmy uciekali stąd, bo spotka nas taki sam los. Wtedy złapałam się za płot i mocno trzymałam matkę, by tam nie poszła – wspomina świadek wydarzeń Kazimiera Radomska. Ukraińców i Polaków nie zabito, lecz zabrano ich na Zastawie, a później do Wereszczyna, gdzie również kopali doły dla mordowanych Żydów. Jana Kędzierskiego po prośbach matki Niemcy wypuścili, gdy ten na koniec, wraz z pozostałymi zatrzymanymi, był zamknięty w stodole u Emiliana Kędzierskiego w Urszulinie. Pozostałych wywieziono do obozu na Majdanku, a 11 wysłano na roboty publiczne do III Rzeszy. Pierwszego dnia pobytu na Majdanku strażnicy zastrzelili ukraińskiego nauczyciela Jana Hordejczuka. W czasie zaganiania nas do baraków chciał on uciec. Nie odszedł 5 kroków, jak został zastrzelony – wspomina towarzysz obozowej niedoli Gabriel Trubaj z Wereszczyna. W kolejnych dniach zastrzelono Gorgola, w obozie zmarł też Zieliński, pozostali wrócili po kilku tygodniach pobytu. Jak wrócił to był wychudzony i zawszawiony. Od razu wszystkie ubrania spaliliśmy w piecu. Matka kilka razy próbowała go myć, ale wszy później wychodziły. Wielu, jak wróciło, to się najadło do syta i zaczęli umierać. Nasz Janek przeżył – wspomina brata po powrocie Henryk Śledziński.

Podczas wojny we wsi częste były denuncjacje. Ich ofiarą padł chociażby Stanisław Wojtaluk, wysłano go do obozu na Majdanku, z którego już nie wrócił. We włodawskim więzieniu zmarł z wycięczenia Kić. Okazało się, iż o działalności konspiracyjnej mieszkańców Niemców informował miejscowy Ukrainiec Czartarow. Dowództwo Armii Krajowej (AK) wydało na niego wyrok śmierci, a zadania podjęli się partyzanci z oddziału Stanisława Parzebudzkiego ps. „Mars”. Edmund Brożek po latach wspomina: Jak przybyliśmy do jego domu to była jedynie jego matka, która leżała na łóżku. Okazało się, że Czartarow miał schowek pod tym łóżkiem. Po przeszukaniu domu znaleźliśmy listę, na której znajdowały się nazwiska wielu naszych towarzyszy.

Wielu mieszkańców działało w strukturach AK (np. Eleonora Flisiuk), również syn dziedziców Ludwik Karpiński, który został zaprzysiężony jako jeden z pierwszych w gminie. Oficjalnie Karpińscy utrzymywali bardzo dobre stosunki z Niemcami, chociażby z inspektorem rolnym na cały Powiat Włodawski Selingherem, do nich często przyjeżdżali inni przedstawiciele władz gminnych i powiatowych. Spotkaniom tym towarzyszył alkohol, zaś Karpiński miał za zadanie wykupywanie od Niemców broni. Może w ten sposób uzyskał informacje, które posłużyły do rozbicia przez partyzantów Liegenschaftu Andrzejów, znajdującego się w majątku na Łysosze. Wiosną 1943 roku osiemnastoosobowy oddział dywersyjny AK Stanisława Pryla ps. „Parys” dokonał zbrojnego napadu na silnie strzeżony posterunek. Celem tej akcji było zdobycie broni, żywności, koni i taboru dla potrzeb partyzanckich. Akcja w zasadzie była udana, gdyż rozbito i zlikwidowano posterunek niemiecki, zabijając czterech wartowników i raniąc dwóch oraz zdobyto automaty MP i rkm, 3 pistolety ręczne i amunicję. Z majątku zabrano: 6 koni i 3 wozy taborowe, na które załadowano żywność (tj. chleb, słoninę, mięso wieprzowe, mąkę, parę worków pszenicy i owsa). W akcji tej został ranny sam dowódca, to jest plut. pdch. rez. „Parys”, którego przewieziono zaraz do Włodawy na kwaterę[27] – wspominał w swoich pamiętnikach pierwszy komendant obwodu AK na Powiat Włodawski Romuald Kompf. Majątek na Łysosze grabiono kilkakrotnie w roku następnym. W dniu 13 stycznia 15 partyzantów zrabowali całe zapasy zboża, a 29 stycznia 11 partyzantów zabrali 3 krowy. Ofiarą grabieży partyzanckiej padł także majątek samych Karpińskich. W dniu 17 kwietnia 1944 roku partyzanci dowodzeni przez Daniela Głogowskiego z prosowieckiego oddziału im. Józefa Stalina, stacjonującego w Woli Wereszczyńskiej rozbili niemiecką straż, ochraniającą majątek, a 2 dni później zrabowali 11 furmanek zboża, 10 q. mąki, 5 krów i 2 cielaki. Część zrabowanego zboża rozdano mieszkańcom.

 

4.2.            Sowieckie „wyzwolenie” i przesiedlenia

Chwile grozy mieszkańcy przeżyli w ostatnich dniach okupacji niemieckiej. Wśród nich rozeszła się pogłoska, że wycofując się Niemcy będą wszystko palić, by tym samym opóźnić marsz wojsk sowieckich. Kobiety i dzieci chowały się po okolicznych lasach, zostawali jedynie mężczyźni by pilnować dobytku. My wszyscy poszliśmy w krzaki na Krowim Bagnie, pozostał mój tato i babcia, gdyż nie dałaby rady. Gdyby Niemcy palili wieś tata miał z babcią uciekać. Cała wioska była w krzakach, Polacy z Ukraińcami. Jedną całą noc tam przesiedzieliśmy. Nad nami latały samoloty. Baliśmy się, że nas zobaczą i zrzucą bombę. Nad ranem zobaczyliśmy jak od Wytyczna jechały czołgi. Ludzie powychodzili z krzaków i zauważyli nas Sowiecie. Zaczęli nas wołać i krzyczeć: „wojny niet! Niemca niet!”. Gdy ludzie to usłyszeli to wszyscy na hura zaczęli biec do wsi – opowiada Helena Werner.

Po wkroczeniu wojsk sowieckich w dniu 22 lipca 1944 roku zaostrzyły się relacje polsko-ukraińskie. Wielu było lepszych niż Polacy, ale niektórzy z nich zaczęli opaski czerwone nosić, spółdzielnie produkcyjne zakładać – wspomina Marianna Zabłuda. Słyszeliśmy co się dzieje na Wołyniu, do nas uciekli stamtąd Gorzelaki i Mućki – opowiada Henryk Zbłuda. Coraz częściej dochodziło do konfliktów z użyciem broni. O jednym zbrojnym zdarzeniu wspominał w listopadowym (1944 roku) raporcie do włodawskiego dziekana wereszczyński pop Arseni Myszkowski. Wymieniał Andrzejów, pisząc, że w nocy 12 XI banda polskich terrorystów napadła na wieś i powybijała 12 gospodarzom okna z ramami oraz zabiła strzałem Józefa Stelmaszuka lat 35.[28] O motywach zabójstwa Stelmaszuka wspominają najstarsi polscy mieszkańcy. Nazywali go Linec. Latał ten Linec z Lejna do Andrzejowa i Wincencina, o wszystkim donosił. Złapał go Marian Brzeziński z Sękowa i sprawił mu lanie porządnie. Ale ten Liniec dalej o wszystkim donosił. Wtedy nasi zastrzelili go we własnym domu – wspomina Alfred Jung i dodaje – Następnego dnia najechało sporo ruskich i wszystkich zegnali koło zabudowań Śledzińskiego. Wtedy ich komendant wziął Mikołaja Kędzierskiego i zaczął straszyć, myśleliśmy, że jego zabiją. Wstawiła się za nim żona Linca i ukraiński sołtys Hordejczuk. Powiedzieli, że to nikt z Andrzejowa. Z rąk Polaków zginął także Waśko Grek, jeden z tutejszych liderów ukraińskich nacjonalistów. W odwecie Ukraińcy palili polskie gospodarstwa, chociażby zabudowania Kuberskich i Krzowskich. Takie akcje przyśpieszyły przesiedlenie, które miało miejsce w latem 1945 roku.

Niektórzy decydowali się na przesiedlenie dobrowolnie, będąc kuszeni wizją utopijnego państwa. Był we wsi Paweł Juszczuk, Chrula go nazywali. Jak Ukraińców wywozili to zabrał jedynie pajerki z pieca i z 2 garnki. Gdy wyjeżdżali ze wsi to ciężarówka z Ukraińcami mijała mojego brata (tj. Kazimierza Pajurka) i wtedy ten Chrula do niego: Widzisz do czego doszło? Jaj jadę, a ty idziesz piechotą! Oni myśleli, że tam raj będą mieli. A miał tyle ziemi i wszystko zostawił – powraca pamięcią Lucyna Śledzińska. Większość Ukraińców rozstawało się jednak ze swoim rodzinnym dobytkiem pod przymusem, a często w wyniku stosowanych gróźb przez polskich sąsiadów. Ukraińcy w ciągu kilku godzin spakowali się, zabierając na furmanki najbardziej niezbędne rzeczy i pozostawiając puste swoje domostwa. Zostawili domy, pola zbożem pozasiewane, mało kto się spodziewał, że wyjadą – wspomina Helena Werner i dodaje – Byli często lepsi niż Polacy. Po kilku dniach przybyło sowieckie wojsko i rozpoczęło organizować zbiór płodów rolnych z pozostawionych ukraińskich gospodarstw. Byli tu kilka tygodni i przez ten czas zwozili siano, kartofle, zboże. Później wszystko wywieźli. Jedni nawet dobrzy byli, ale często wódę pili, a wtedy kazali nam garnki w górę rzucać i do nich strzelali. Co chcieli to kradli. Jak był Niemiec, to nic z domu nie zabrał – wspomina Alfred Jung. W miejsce Ukraińców przeprowadzali się niektórzy miejscowi Polacy, a po parę tygodniach przybyło kilka rodzin repatriantów zza Bugu (np. Szczepaniki, Grzelaki). Z Ukraińców we wsi pozostali jedynie potomkowie rodzin mieszanych (chociażby Aleksander Kucharuk, Władysław i Mikołaj Kalisze, Jan Jaroszuk, Wołczyki). Jeszcze przez wiele lat Ukraińcy przyjeżdżali odwiedzać swoją rodzinną wieś, jednakże z upływem lat wizyt było coraz mniej. Alfred Jung opowiada, jak dwóch uciekło z Zaporoża i tutaj się ukrywali. Jednego złapali, ale drugiemu wójt Ochal wyrobił mu polskie papiery i został na stałe. Kilku udało się na Zachód uciec.

 

4.3.            Powojenne represje

Przybyli w lipcu okupanci sowieccy szybko rozbudowali lokalne instytucje represji, które poddawały szykanom członków miejscowych struktur podziemia.
W listopadzie 1944 roku funkcjonariusze NKWD (Ludowy Komisariat Spraw Wewnętrznych ZSRR) aresztowały zamieszkałego w Andrzejowie członka AK i BCh (Batalionów Chłopskich) Szymona Stefaniuka. Został wywieziony do ZSRR i umieszczony w obozie w Borowiczach, tam w kwietniu następnego roku zmarł. Taki sam los spotkał Mieczysława Ostasza (przebywał w obozie w Jegolsku) i Stanisława Dorosza. W obozie w Borowiczach i Jegolsku umieszczeni zostali ponadto Antoni i Aleksander Krzowscy, Bronisław, Ignacy i Mikołaj Kuberscy, Konstanty Osieleniec, Bronisław Szelewicki oraz kowal Wacław Wojtaluk, jednakże oni wrócili do Andrzejowa w lutym 1946 roku. Na porządku dziennym były aresztowania (chociażby za posiadanie broni), głównie wskutek donosu miejscowych mieszkańców. Marianna Zabłuda wspomina, że jak męża we Włodawie trzymali to poszłam na wieś i każdy poświadczył, że on niewinny. Podpisał nawet ten, co wydał. Wskutek donosu we Włodawie więziono także Ignacego Józefczuka i Arciszewskiego.

Zmiana okupanta spowodowała przeobrażenie partyzantki, gdyż po rozwiązaniu AK powstały lokalne oddziały WiN-u („Wolność i Niezawisłość”), stawiające za główny cel walkę z nowym aparatem władzy. Komendantem placówki w Andrzejowie, jak i całej struktury gminnej WiN, został Franciszek Bedłuszak ps. „Kmieć”. Członkami tejże organizacji zostali ponadto Władysław Bedłuszak, Ludwik Józefczuk, Franciszek Werner i Stanisław Szczepański ps. „Gołąb”. Do dzisiejszego dnia ocena działalności miejscowych partyzantów budzi wśród najstarszych mieszkańców skrajne emocje. Często się zdarzało, że niektórzy z nich  wykorzystywali panujący ówcześnie chaos do załatwiania partykularnych interesów, sprzecznych z prawem i dobrosąsiedzkimi zasadami współżycia.

Już w lutym 1945 roku oddział WiN Leona Taraszkiewicza, ps. „Jastrząb” stoczył w okolicach wsi walkę z oddziałami Ludowego Wojska Polskiego (LWP).
W wyniku wzajemnego ostrzału kilku partyzantów zginęło. Wobec istniejącego zakazu dopiero nocą Mikołaj Dorosz i Mikołaj Kędzierski pozbierali zabitych oraz pochowali ciała obok prawosławnego cmentarza znajdującego się na górce andrzejowskiej. W miejscu pochówku postawiono krzyż, który stoi do czasów dzisiejszych.

W zabudowaniach Karpińskich w Starym Andrzejowie władze komunistyczne utworzyły posterunek Milicji Obywatelskiej (MO) oraz areszt dla przeciwników władzy ludowej. Pierwszym komendantem został Sutryk, a jednym z milicjantów Jerzy Badurowicz. Więźniowie byli tygodniami przetrzymywani w pomieszczeniach służącymi wcześniej za magazyny zbożowe, a bicie i głodzenie było powszechną formą znęcania się nad więzionymi. Już w dniu 9 kwietnia 1946 roku posterunek MO został rozbity przez oddział „Jastrzębia”. Partyzanci rozbroili milicjantów, a następnie zarekwirowali 2 automaty, 4 karabiny, 2 pistolety, 4 granaty, amunicję i 3 płaszcze wojskowe, zostawiając pokwitowanie za zrabowaną broń. Wiosną 1947 roku na posterunku był przetrzymywany członek UPA Jan Rynkowski, mieszkaniec wsi Krzywowierzba. Wobec próby ucieczki został w dniu 28 kwietnia zastrzelony.

Wskutek wzmożonej represji władz bezpieczeństwa partyzanci miejscowej placówki ujawnili się na początku 1947 roku, choć już wcześniej bezskutecznie podejmowano próby ich aresztowania. Podczas rewizji zabudowań komendanta placówki Franciszka Bedłuszaka, mającej miejsce we wrześniu 1946 roku, agentom służb bezpieczeństwa uciekł zatrzymany Eugeniusz Jarecki z Piaseczna, którego zmuszono do wskazania miejsca i rozpoznania Bedłuszaka. Po wskazaniu zabudowań Jarecki został odprowadzony do stojących dalej samochodów, a tam, wykorzystując fakt, iż był chroniony tylko przez jednego funkcjonariusza o nazwisku Giemza, uciekł w nieznane miejsce.

 W pierwszych latach po wojnie cierpieli nie tylko miejscowi partyzanci oraz ich rodziny, ale także mieszkańcy, którzy musieli znosić zarówno represje stosowane przez nowe władze, ale także rabunki dokonywane przez samych polskich i ukraińskich partyzantów, czy też liczniej przez powszechne tzw. „leśne bandy”, podszywające się często pod partyzantów. Najczęściej przedmiotem rabunków były pieniądze, konie i trzoda, czego przykładem była grabież dokonana u mieszkanki Anieli Szwaj. W sierpniu 1945 nieznani sprawcy uzbrojeni w broń maszynową ukradli dla niej konia. Dwa konie zrabowano rodzinie Dorszów. Do największego bandytyzmu doszło w 1947 roku, kiedy to nieznani sprawcy spalili 8 gospodarstw z budynkami mieszkalnymi i 20 budynkami gospodarczymi.

 

5.                  Andrzejów w Polsce Ludowej

5.1.            Ludność i infrastruktura

Mord na ludności żydowskiej, przesiedlenie Ukraińców i przybycie nowych mieszkańców zza Buga spowodowało spadek ludności. Jeszcze w marcu 1945 roku we wsi zamieszkiwało 63 rodziny ukraińskie, wobec 54 rodzin polskich. Łącznie wieś liczyła 448 mieszkańców (228 Ukraińców i 120 Polaków). Wszystkie poukraińskie majątki zostały przejęte przez państwo uchwałą Powiatowej Rady Narodowej we Włodawie, a następnie przekazano je przybywającym Polakom, tzw. zabużanom. Przesiedlenia spowodowały spadek liczby mieszkańców o ponad połowę, gdyż w kwietniu 1947 roku w Andrzejowie było tylko 208 osób zameldowanych.

Majątek Nowy Andrzejów rozparcelowano pod nieobecność byłych właścicieli. Karpińska z Ludwikiem i jego narzeczoną Kolcią wyjechali gdzieś ze 2 dni przed wejściem sowietów. Jak Sowieci przyjechali, to wszystko pozabierali, także takie 2 konie, które były tylko do wożenia dziedziców – wspomina Alfred Jung. Później kilka razy Ludwik przyjeżdżał do Andrzejowa. Zawsze odwiedzał kamerdynera Szypułowskiego i modlił się przy kapliczce. Ci w PGR bali się, że chce on majątek odebrać i nie będą mieli gdzie mieszkać – opowiada Henryk Śledziński. Własność Karpińskich w Nowym Andrzejowie przeniesiono na Skarb Państwa w dniu 16 grudnia 1946 roku. W tym czasie zajmował powierzchnię 241 ha, w tym 44 ha stanowiły grunty orne, 185 ha – łąki, 5 ha – pastwiska, 1,25 ha – sad, 1,25 ha – park i 4,5 ha – zabudowania oraz podwórza. Przed wyjazdem z Andrzejowa Karpińscy zapisali na hipotece oświadczenie o woli przekształcenia majątku w szkołę rolniczą. Kilka miesięcy przed upaństwowieniem władze Powiatowej Rady Narodowej (PRN) we Włodawie zajęły stanowisko w tej sprawie: Ze względu na to, że Powiatowy Komitet Szkół Rolniczych we Włodawie nie zorganizował szkoły rolniczej, przeto Prezydium Pow. Rady Narodowej wyraża zgodę aby w maj. Andrzejów Nowy, gm. Wola Wereszczyńska Powiatowy Urząd Ziemski we Włodawie zorganizował ośrodek kultury rolnej. Zalecono jednocześnie, by taka szkoła powstała w majątku Łysocha. Na kolejnym posiedzeniu, stwierdzono: PUZ projektuje zorganizować Ośrodek Kultury Rolnej z majątku Andrzejów Nowy, ponieważ w powiecie Włodawskim jest tylko jeden ośrodek Uhrusk, który nie wystarczy i nie pokryje zapotrzebowania na zboże siewne, jak też na hodowlę zwierzęcą. Andrzejów Nowy aczkolwiek posiada ziemi ornej tylko 44 ha, jednak są to ziemie zwięzłe na podglebiu wapiennym, w związku z czym o wysokiej wydajności zbóż, które mogą pokryć zapotrzebowania własne jak też zewnętrzne w drodze wymiany. Projektu nie zrealizowano.

Maria Karpińska pozostała w Starym Andrzejowie jeszcze kilka lat po wojnie. Po jej śmierci w latach pięćdziesiątych majątek zakupiły rodziny Kubajków, Świechów, Żelaźniaków i Kaniewskich. Większość gospodarstwa przejęło państwo i umiejscowiło w nim areszt dla przeciwników nowego ustroju oraz członków ich rodzin. Trzymali mnie tam ponad tydzień, za brata, który był w podziemiu. Zamknęli w pomieszczeniu ze zbożem. Bili, bo chcieli wiedzieć, gdzie się brat ukrywa – opowiada Helena Brzezina.

Na Łysosze planowano – zgodnie z oświadczeniem woli Borettich jeszcze sprzed wojny – umieszczenie w majątku szkoły rolniczej. W protokole sierpniowego posiedzenia PRN z 1946 roku czytamy: Biorąc pod uwagę doniosłość znaczenia i konieczność organizowania szkół rolniczych Prezydium Powiatowej Rady Narodowej zaleca zorganizowanie szkoły rolniczej w maj. Łysocha z wydzieleniem 10 ha ziemi dla tejże szkoły dla jej utrzymania, a tym samym uczynić zadość testamentowi Karpińskich, którzy to przekazali maj. Łysocha na fundację szkół rolniczych. Planów nie zrealizowano, a prawa własności do gruntów majątku na Łysosze przyznano rodzinie Kruków i Klepackich. Budynki folwarczne, choć znajdowały się w dobrym stanie, zostały rozebrane na polecenie lokalnych władz, a uzyskany materiał sprzedano okolicznym mieszkańcom.

Przesiedlenia i trudne warunki gospodarowania spowodowały spadek liczby zaludnienia, gdyż mapa z 1965 roku wskazywała już 88 gospodarstw, choć stanowiło to 4 gospodarstw więcej niż przed wojną. Zamieszkiwało je 359 osób. W samej wsi znajdowało się 64 gospodarstwa, ponadto w Starym Andrzejowie 10, a w PGR Nowym Andrzejowie 8 gospodarstw. Nieliczne zabudowania z Łysochy (6 gospodarstw) zostały włączone do sołectwa Wincencin. W kolejnych latach liczba ludności utrzymywała się, z tymże pustoszał Stary Andrzejów i Łysocha, w której zlokalizowano wysypisko śmieci i zakład przemysłowy. W latach osiemdziesiątych  liczbę mieszkańców samej wsi szacowano na około 240 osób. Wyodrębniony został Nowy Andrzejów PGR, w którym w ówczesnym czasie zamieszkiwało około 100 osób. Łącznie w Andrzejowie przebywała podobna liczba ludności, co w pierwszych latach niepodległego państwa polskiego. Kilka lat po wojnie otwarto we wsi sklep spółdzielczy. W 1962 roku dokonano zelektryfikowania wsi, a 7 lat później wybudowano wzdłuż wsi drogę asfaltową. W latach osiemdziesiątych na miejscu czworaków dworskich na Łysosze wybudowano wytwórnię asfaltu, zaś z drugiej strony drogi w 1988 roku rozpoczęto budowę jednohektarowego wysypiska śmieci, oddanego do użytku 2 lata później.

Pierwszym powojennym sołtysem na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych był Ignacy Józefczuk. W latach sześćdziesiątych funkcję tą pełnił Józef Kędzierski. Niektórzy mieszkańcy Andrzejowa sprawowali wysokie funkcje w administracji gminnej i ponadgminnej. Hieronim Radomski został wybrany w sierpniu 1947 roku wójtem gminy, do tego czasu był przedstawicielem gromady w Gminnej Radzie Narodowej (GRN) w Woli Wereszczyńskiej. Dwa lata później przewodniczącym GRN wybrano z poparcia Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (PZPR) Jerzego Sitko, a drugim członkiem rady, również reprezentującym PZPR, został Władysław Bedłuszak. Od kwietnia 1950 roku wieś w GRN reprezentował Wacław Wojtaluk. Jego obecność w radzie przypadła na okres największej indoktrynacji komunistycznej. Już pod koniec roku zwolniono z obowiązku radnego kilku osób (oficjalnie za nieuczęszczanie na sesję), w tym Wojtaluka. Skład rady uzupełnił wówczas Hieronim Radomski.

Na początku lat siedemdziesiątych Jerzy Sitański został pierwszym naczelnikiem utworzonej w 1973 roku Gminy Urszulin. Józef Grenda był jednym z pierwszych prezesów Banku Spółdzielczego w Urszulinie, przeniesionego z Wereszczyna w 1950 roku, natomiast Danuta Śledzińska na początku lat osiemdziesiątych czynnie uczestniczyła w wojewódzkim zjeździe Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej. W trakcie obrad domagała się przyśpieszenia prac nad budową w Urszulinie nowoczesnej szkoły i ośrodka zdrowia.

Sprawa, która bardzo mobilizowała mieszkańców do wspólnego działania, była walka o przebieg drogi. Andrzejów tonął w błocie. Jesienią i wiosną byle jaki koń woza nie dałby rady przeciągnąć. Przypominam sobie zdarzenie, jak pewnego razu dzieci przyszły do szkoły i mówią mi, że Romek Kaniewski koło Prystupy wlazł w błoto i nie może wyjść. Ja tam pobiegłem, ale jak go wyciągnąłem to buty zostały w tym błocie. To było ogromne utrudnienie – opisuje sytuację ówczesny nauczyciel Czesław Chudzik. Drogę do końca lat sześćdziesiątych utrzymywano w ramach publicznego obowiązku, zwanym szarwarkiem. Alfred Jung wspomina, że każdy musiał kilka dni w roku pracować nad drogą, sołtys tego pilnował. Gdy powstawały doły, to jeździliśmy w krzaki, cięliśmy i układaliśmy je na drogę, a następnie przysypywaliśmy piaskiem. A na wsi taki bełt był, że koło Osieleńców, czy Stefaniuków, to konie po brzuchy się zapadały.   

Plany budowy drogi asfaltowej pojawiły się w drugiej połowie lat sześćdziesiątych. Pierwotnie planowana droga miała przebiegać od kapliczki do starego cmentarza, a następnie prosto na Kulczyn. Tym samym ominęłaby wieś, jednak dzięki interwencji cytowanego Czesława Chudzika przyjęła przebieg istniejący do dnia dzisiejszego. Przyszła do mnie delegacja mieszkańców, bym pomógł w tym, aby nowa droga nie ominęła wsi. Postanowiłem się tym zająć zwłaszcza, że miałem szerokie znajomości w tych kręgach. Byłem w tej sprawie w Powiatowym Zarządzie Dróg Lokalnych we Włodawie, jak też w kierownictwie Zjednoczenia Państwowych Gospodarstw Rolnych, gdyż to oni finansowali budowę drogi – wspomina Czesław Chudzik. Interwencje w tychże instytucjach spowodowały zatrzymanie prac i wysłanie do Andrzejowa projektantów, celem ponownego przeanalizowania przebiegu drogi. Przyjęcie pięcioosobowej delegacji miało specjalny charakter, co również opisuje Chudzik: Wtedy mieszkańcy, pod kierownictwem Stefana Siwika, zrobili szybko zrzutkę i przygotowali przyjęcie dość suto zakrapiane. Podczas przyjęcia w domu Hieronima Radomskiego, w rozmowie z inżynierami, pozwoliłem sobie na dość odważny gest, czyli poprosiłem o projekt drogi i czerwonym długopisem narysowałem przebieg drogi, mówiąc im: tędy ma iść droga panowie! Po namysłach projektanci zgodzili się na zmianę planów, stawiając jednak kilka warunków. Jednym z nich było przesunięcie kapliczki, która znajdowała się na wytyczonej drodze. Wobec oporu mieszkańców grożono nawet zaprzestaniem robót, wobec czego zdecydowali się przesunąć o kilka metrów. Mieszkańcy zobowiązali się ponadto do wyrównania drogi piachem oraz do wpłaty określonej kwoty od każdego gospodarstwa. Przez 4 dni nawozili piach i równali drogę tak, że sołtys Józef Kędzierski powiedział, iż takiej równej drogi to on nie pamięta – dodaje Chudzik, który w ramach podziękowań wręczył dla wyjeżdżających z Andrzejowa gości z delegacji upolowanego zająca dla każdego z nich: Cały dzień polowałem, ale tylko jednego ustrzeliłem. Musiałem więc dwa pożyczyć, a dwa kupiłem od innych myśliwych.

Otwarcie drogi w Andrzejowie miało bardzo uroczysty charakter, co również opisuje cytowany kilkakrotnie Czesław Chudzik: Wstęga pierwsza przecinana była przy szkole w Kulczynie, a my dołożyliśmy starań, by po raz drugi przecięto ją koło szkoły w Andrzejowie. Stąd też zorganizowaliśmy orkiestrę, załatwiłem autobus dla oficjeli i gdy uroczystości w Kulczynie się zakończyły to my ich przywieźliśmy do nas. Przywitaliśmy ich muzyką graną przez orkiestrę i oklaskami. Po części oficjalnej zaprosiliśmy gości na część nieoficjalną, którą przygotowali mieszkańcy.

 

5.2.            Wieś wobec kolektywizacji rolnictwa

Po znacjonalizowaniu majątku w Nowym Andrzejowie utworzono w nim Państwowe Gospodarstwo Rolne (PGR), jedno z większych w okolicy. W tych latach, z powodu braku pracowników do prac polowych, wykorzystywano wojsko, a przede wszystkim konie wojskowe. Na początku wszystko wykonywano ręcznie, dopiero po kilku latach dostali takiego „kolucha”, traktora dostali. Mieszkali w dworskich czworakach. Oni mieli lepiej niż my, bo i przy pracy każdy cos dla siebie wziął – wspomina Alfred Jung. Zaraz po wojnie drogę do majątku wybrukowano.

W następnych latach umiejscowiono w Andrzejewskim PGR siedzibę Kombinatu Rolnego PGR w Urszulinie, ze względu na plany wykorzystania rolniczego rozległego Krowiego Bagna. W napisanej w latach pięćdziesiątych propagandowej broszurze wybudowanie kanału Wieprz-Krzna i planowane osuszenie Krowiego Bagna uznawano za kompleksowe przedsięwzięcie, mające na celu przyczynienie się do poprawy struktury rolnej okolicznych gospodarstw: Do tej pory kilkutysięczne obszary odłogów i bagien w rejonie Krowiego Bagna wykorzystywane były zaledwie w niewielkim stopniu przez miejscową ludność – na pastwiska. Po te obszary sięgnęły państwowe gospodarstwa rolne. Po zmelioryzowaniu, doprowadzeniu wody z kanału i zagospodarowaniu będzie to baza hodowlana sąsiadujących gospodarstw: Hańsk, Kulczyn, Łysocha, Nowy Andrzejów. Wykarmimy tu 4500 sztuk rogacizny – będzie mleko, mięso i wiele rogacizny.[29] Urszuliński kombinat rolny miał stanowić, wraz z sąsiadującymi państwowymi gospodarstwami, żywnościowe zaplecze dla rozbudowującego się Lubelskiego Zagłębia Węglowego. Siedzibę kombinatu umieszczono w zabudowaniach dworskich, które przejęły urzędową nazwę Andrzejów PGR. Jedynie malutką część majątku o powierzchni 15,5 ha wyłączono spod PGR i przeznaczono na ośrodek kultury rolnej. W andrzejowskim PGR podjęto się upraw roślin wszelkiego gatunku, w latach pięćdziesiątych przez około 20 lat prowadzono wielką kilkudziesięciohektarową plantację chmielu.

Pierwsze powojenne lata życia w Andrzejowie przebiegały w atmosferze walki chłopów z kolektywizacją rolnictwa. Celem zlikwidowania indywidualnych gospodarstw wprowadzono wysokie podatki, przymusowy skup zbóż i innych produktów, podjęto próbę założenia spółdzielni produkcyjnej. Przyjechali tacy z Włodawy, zegnali nas do szkoły, jeden położył pistolet na stole i powiedział, że żaden nie wyjdzie stąd, zanim nie podpiszemy. I tak siedzieliśmy kilka godzin. Zmuszali sołtysa Józefczuka, ale on odpowiedział, że jak wieś, to i on podpisze. Później zwrócili się do radnego Radomskiego, ale on to samo. Nękali nas z tydzień czasu, ale nikt nie podpisał – wspomina o próbach zakładania „ludowej” spółdzielczości w Andrzejowie Henryk Zabłuda. Alfred Jung opowiada o kolejnej formie walki z indywidualnymi gospodarzami: Na każdego chłopa nałożono obowiązek dostarczania zbóż, kartofli, mleka, czy mięsa, taki przymusowy kontyngent liczony od hektara. Ale dużo osób składało podania o zwolnienia i dla biedniejszych umarzano. Wszystkie ziemie obciążono podatkiem, nie patrzyli na ich klasę. Wmawiali nam, że to na odbudowę państwa. W pierwszym roku (1951) przymusowych kontyngentów zbożowych w Andrzejowie zrealizowano 88% zakładanego planu. Z obowiązku skupu kontyngentowego zrezygnowano dopiero w połowie lat sześćdziesiątych.

W latach 1975-1983 zrealizowano plany z lat trzydziestych, meliorując okalające wieś od strony północnej Krowie Bagno z 3.000 hektarów użytków zielonych. Oprócz wykopania rowów odwadniających (ok. 18 km) i ułożenia dróg z płyt betonowych (ok. 80 km) zasiano na kwaterach nowe gatunki traw i roślin motylkowych. Potrzeba melioracji tej dużej połaci łąk bagiennych wynikała z problemów hodowlanych mieszkańców. Jeżeli na 1 sztukę bydła z PGR przypadało 5,7 ha użytków zielonych to rolnik indywidualny dysponował średnio 0,33 ha. W przeprowadzonej w 1975 roku w tych okolicach relacji dziennikarskiej „Sztandaru Ludu” przytoczono słowa jednego z mieszkańców, który narzekał na panujące warunki: Każdej wiosny i w mokre lata nasze łąki są zalane wodą i upodabniają się do wielkiego jeziora, nad którym unoszą się stada dzikich kaczek. Łąki są bagniste, jednokośne, nieodwodnione, o lichej jakości i małej wydajności niskowartościowego siana. Większość rolników zwozi siano zimą, ciągnąc samemu po wodzie wóz lub sanie, bo topiele rzadka zamarzają i nie raz konie się topiły.[30] Relacje dziennikarskie potwierdzają współcześnie starsi mieszkańcy. Alfred Jung powraca pamięcią, jak normalnie to koń by na lód nie wszedł, bo zaraz upadał. Niektórzy specjalnie kuli konie tak, że się trzymał. Pogłowie bydła w latach siedemdziesiątych spadło 20%, gdyż rolnicy nie mieli czym ich karmić. Był to ostatni tak trudny dla mieszkańców wsi rok, gdyż już wiosną 1975 roku ruszyły prace melioracyjne na Krowim Bagnie. W pracy uczestniczyli nie tylko wykwalifikowani robotnicy, ale także junacy w liczbie 600 osób. Przez 2 letnie miesiące uczniowie szkół średnich i zawodowych pracowali fizycznie nad infrastrukturą melioracyjną.

Uprawa roli stanowiła podstawowe zajęciem i źródło utrzymania. Wielu pracowało w PGR oraz w gminnej spółdzielni. Początkowo funkcjonowała we wsi zlewnia mleka (u Jungów i Kaniewskich), jednak po kilku latach zaczęto wozić je do Urszulina. Trochę Redzik woził, później Brzozowiec z Wincencina – opowiada Alfred Jung. W latach siedemdziesiątych powstało kółko rolnicze, jednak nie posiadało swojej bazy maszynowej. Sprzęt nam pożyczano z Urszulina, ale niewiele. Nieraz siewnik dali, ale jak wszyscy użytkowali to często się psuł – wspomina Alfred Jung. Rzemieślnictwo upadło zaraz po wojnie, wskutek obciążenia wysokimi podatkami. We wsi utrzymała się jedynie kuźnia Wacława Wojtaluka, który wykonywał swój zawód jeszcze przez kilkadziesiąt lat. Specjalizował się w wykonywaniu metalowych części wozów.

 

 

5.3.            Szkolnictwo i życie kulturalne we wsi

W Andrzejowie jeszcze przez prawie 30 lat po wojnie funkcjonowała cztero-oddziałowa szkoła powszechna. Pomimo, że w szkole były 4 oddziały, to ze względu na małą liczbę dzieci (do szkoły uczęszczały jedynie dzieci z Andrzejowa, a do 1950 roku również dzieci z Wincencina) lekcje odbywały się w ramach 1 klasy. Łącznie w 1950 roku do szkoły uczęszczało 28 uczniów. Do 1952 roku uczyła jedynie Helena Kozłowska, następnie zastąpiła ją Zofia Piskorska. Dzięki raportowi inspektora powiatowego Stefana Sarleja możemy zapoznać się z warunkami, jakie występowały w 1950 roku: Szkoła zajmuje budynek własny, drewniany – o 1 Sali szkolnej i mieszkanie kier. Sala szkolna jest duża, czysta, widna. Umeblowanie 6 ławek szkol. Jest 4 osobowych. (…) Frekwencja obecnie mocno kuleje. (…) Jako czyn 1 Majowy szkoła uporządkowała klomby, posadziła drzewka 12 wiśni, 5 jabłoni oraz wybudowała skocznię. Inspektor skarżył się ponadto na słabą ortografię, opóźnienia w nauce historii, źle prowadzoną kancelarię i na brak gazetki ściennej. Ponadto zalecił silne dokształcanie się ideologiczne. Po upływie 2 lat inspektor dokonał kolejnej wizyty, w trakcie której zarzucił: Słabe potraktowane jest wychow. w duchu ludowego patriotyzmu i internacjonalizmu. Przy zaleceniach wobec stworzenia gazetki ściennej zalecał, iż powinna dominować tematyka spółdzielczości produkcyjnej, walki o pokój i o ZSRR.

W 1954 roku nie było nauczycieli do obsady stanowisk szkolnych, stąd też z Urszulina została oddelegowana Leokadia Borys, a po 3 latach zastąpiła ją Irena Nurska. Udało się jej w 1958 roku wyremontować budynek szkolny, a 3 lata później ogrodzić siatką cały plac. Podczas inspekcji, podobnie jak poprzedniczce, zarzucano Nurskiej brak przygotowanych dzienników, słabą ortografię i nieznajomość przez dzieci tabliczki mnożenia, jak również słabe upoglądowianie lekcji.

W 1966 roku Irenę Nurską na stanowisku nauczyciela zastąpił Czesław Chudzik. W tym czasie uczyło się 26 dzieci, a na wyposażeniu szkoły z droższych pomocy naukowych znajdowały się: rzutnik, telewizor, radioodbiornik i mikroskop. Po zlikwidowaniu szkoły w Wincencinie część dzieci przeniosła się do Andrzejowa i w 1967 roku szkoła liczyła 35 uczniów. Placówka została zlikwidowana w 1972 roku, a dzieci przeniesiono do szkoły w Urszulinie. Była to najdłużej funkcjonująca czteroklasowa szkoła w Gminie Urszulin. Pomimo, że szkoła w Urszulinie posiadała swoje auto do dowożenia uczniów, to dzieci z Andrzejowa musiały, ze względu na bliższą odległość, chodzić na piechotę.

W pierwszych latach po wojnie zezwolono na nauczanie religii w szkole, jednakże w latach pięćdziesiątych przeniesiono nauczanie do punktu katechetycznego. Wcześniej to zapraszaliśmy księdza do domów, każdy rodzic kolejno – wspomina Marianna Zabłuda. W okresie kilku lat (1956-1961) ponownie zezwolono ks. Władysławowo Urbańczykowi na nauczanie religii w szkolę. Po odejściu księdza z wereszczyńskiej parafii katechezę prowadziła Anna Zalewska.

W dniu 16 lutego 1959 roku założono we wsi jednostkę Ochotniczej Straży Pożarnej (OSP). Jak wróciłem z wojska to znałem się trochę na mechanice. Postanowiliśmy z Ludwikiem Józefczukiem, Jankiem i Hipkiem Kędzierskimi założyć we wsi straż – wspomina o początkach OSP Alfred Jung. Przez kilka pierwszych lat sprzęt strażacki przechowywano w gospodarstwie Hipolita Kędzierskiego. Ojciec przekazał szopę. Razem z Arsciszewskim, Karpiński, Fredkiem Jungiem i kilkoma chłopakami trochę ją podreperowali i tym sposobem mieli strażnicę – wspomina Zbigniew Kędzierski. Po kilku latach strażacy wybudowali nową remizę, na tzw. „mur pruski”. Chłopi wycieli drzewo na remizę bez pozwolenia i przywieźli do Andrzejowa. Nawet milicja przyjechał, ale nikt do tego drzewa się nie przyznał. Jak remizę budowali, to już nikt się o te drzewo nie czepiał – opowiada o budowie Zbigniew Kędzierski. W podstawowy sprzęt jednostkę wyposażyła Komenda Powiatowa Państwowej Straży Pożarnej we Włodawie. Podczas akcji bojowych pompy i motorówki przewożono wozem konnym. Na pierwszego prezesa wybrano Wacława Wojtaluka, następnie funkcję tą sprawował Jan Kędzierski, natomiast Hipolita Kędzierskiego wybrano sekretarzem. W późniejszych latach naczelnikiem został Ludwik Józefczuk, a jego zastępcą Stanisław Flisiuk. Pierwszym mechanikiem był wspomniany Alfred Jung, a następnie Ludwik Arciszewski i Lucjan Szczepanik. Na początku lat siedemdziesiątych jednostka liczyła 30 ochotników (Władysław Badocha, Tadeusz i Marian Brzozowce, Stanisław i Jan Iwaniuki, Kazimierz Jung, Zdzisław Kaniewski, Stanisław Kuberski, Bolesław Kuder, Franciszek Majewski, Józef Prystupa, Stanisław Romaniuk, Marian i Lucjan Szczepniki, Marian Stefański, Henryk i Stanisław Śledzińscy, Kazimierz Werner, Zbigniew, Edward i Jan Kędzierscy, Józef Szczepański, Marek Karpiński, Aleksander Stefaniuk, Wacław Arciszewski), ponadto w PGR Andrzejów funkcjonowała 12-osobowa sekcja strażacka (Paweł Bedłuszak, Władysław Kapica, Klemens Kostecki, Kazimierz Król, Jan Piętka, Stanisław Rabaniuk, Jerzy Rachmankiewicz, Stefan Siwik, Józef i Paweł Szmidt, Ryszard Trościańczyk, Ryszard Tymoszuk). Jeszcze w latach siedemdziesiątych do OSP wstąpili Marian Grzywaczewska oraz Jerzy i Tadeusz Józefczuki. W latach osiemdziesiątych w czynie społecznym wybudowano świetlicę wiejską, pełniącą funkcję również remizy strażackiej. Pomieszczenie na świetlicę zaadaptowali w 1987 roku członkowie miejscowego koła Związku Młodzieży Wiejskiej, pracując przy tym zadaniu społecznie 725 godzin.

Po wojnie nie udało się mieszkańcom przywrócić przedwojennych form życia społecznego i kulturalnego. Nie powstały stowarzyszenia, ani też koło gospodyń wiejskich, a życie mieszkańców koncentrowało się w pierwszym powojennym trzydziestoleciu jedynie na szkole i OSP. Przybycie do Andrzejowa nauczyciela Czesława Chudzika odmieniło oblicze kulturowe wsi. Organizowano dla młodzieży szkolnej i pozaszkolnej uroczystości z okazji choinki, dnia dziecka, a przede wszystkim z jego inicjatywy zaczęto organizować zawody sportowe. Z czasem imprezy sportowo-sprawnościowe zyskały na rozgłosie tak, że przybywali na nie tylko mieszkańcy Andrzejowa, ale także okolicznych miejscowości.

Ulubionym miejscem zabaw dzieci stał się cmentarz na grodzisku, zwłaszcza zimą, gdyż strome stoki grodziska wykorzystywano do zjazdów na sankach. Latem młodzież chodziła tam na gruszki, stara już grusza rośnie do dnia dzisiejszego. Jeszcze przez kilkanaście lat po wojnie był użytkowany w celach religijnych. Tam tak ładnie było. I obrazy, chorągwie, obrusy, tak jak w kościele. Ale po wojnie najpierw partyzanci na strychu się chowali, bo stamtąd wszystko było widać, a później z PGR ludzie chodzili (Bartosiewicz). Wtedy to i tkaniny pozabierali, deski z podłogi pozrywali i szyby wybili – wspominają Lucyna i Henryk Śledzińscy. Z upływem czasu także cmentarz ulegał zapomnieniu i degradacji, a ostatni pochówek miał miejsce w 1966 roku. Tuż za grodziskiem znajduje się cmentarz, na którym pochowano poległych partyzantów, choć i on „przegrywa” z czasem. Dzieci chodziły również do starego parku podworskiego w Starym Andrzejowie, w którym znajdował się zasadzony jeszcze przed wojną sad, z dużą liczbą drzewek orzechów włoskich.

 

6.     Andrzejów współczesny

Jeszcze na początku nowego milenium w Andrzejowie zamieszkiwało 235 osób, w 2007 roku liczba ta spadła do 220 mieszkańców, którzy zamieszkiwali w 47 gospodarstwach. Z dniem 1 stycznia 2009 roku wydzielił jako odrębną miejscowość Andrzejów-Osadę. W przeciągu ostatnich trzech lat liczba w obu miejscowościach wzrosła, gdyż na dzień 31 grudnia 2009 roku w Andrzejowie zameldowanych było 213 osób, a w Andrzejowie-Osadzie 46 osób.

Jako że Andrzejów jest jedną z liczebniejszych wsi w gminie po wszystkich wyborach samorządowych ma swojego przedstawiciela w gminnych władzach. W pierwszych wyborach z 1990 roku na przedstawicieli wsi w nowoutworzonej samorządnej Radzie Gminy Urszulin wybrano Andrzeja Śledzińskiego i Ryszarda Traościańczyka. W 1994 roku na radnego gminy mieszkańcy wybrali Ryszarda Trościańczyka, któremu powierzono funkcję przewodniczącego. W 1998 roku radnym został Zbigniew Kędzierski, w 2002 roku Marian Szczepanik, a w 2006 roku wspomniany Adam Dorosz. Po czteroletniej kadencji zastąpił go Stanisław Józefczuk. Obecnym sołtysem wsi jest Stefan Jung.

Łąki na południowy-wschód od wsi nazywane są Kaczanowem, gdyż każdej wiosny zalewa je woda Włodawki, co powoduje przylot dużej ilości ptactwa, w tym kaczek. Na południu znajdują się pola Podstawie, a za nimi łąki Stawiska. Na północny-wschód od wsi znajdują się pola zwane Łanem, zaś na wschód od strony Wincencina i Zastawia znajdują się uroczyska Brzezina i Sosnowo. Od strony północnej rozlega się zmelioryzowane Krowie Bagno (łąki Puszcza i Olszyna), na którym wydobywa się na dużą skale pokłady torfu. Łączne pokłady torfu szacuje się na ponad 40 tyś. m3. W 2008 roku w Andrzejowie władze Powiatu Włodawskiego rozpoczęły zakrojone na szeroką skalę prace scaleniowe. Ma być poprawiona struktura działek rolnych i zapewniony do nich dojazd publiczny, a w ramach prac poscaleniowych dokonana zostanie poprawa jakościowa dróg gruntowych i urządzeń wodno-melioracyjnych. Największą korzyścią będzie wybudowanie 4 odcinków drogi o nawierzchni asfaltowej, w tym cały odcinek od wsi do kapliczki w Starym Andrzejowie.

Wykonane prace scaleniowe być może zapobiegną w przyszłości tragediom, jaka miała miejsce w czerwcu 2009 roku, kiedy Włodawka na kilka tygodni zalała kaczanowskie łąki, podtapiając także wiele wiejskich gospodarstw. Relacje z akcji strażaków umieścił na swoich stronach „Dziennik Wschodni”: Pracowaliśmy przez całą noc, aby zatrzymać wodę spływającą z pól i okolicznych miejscowości – mówi Tomasz Szawuła z Ochotniczej Straży Pożarnej w Wereszczynie. – Gdyby nie to, że zdążyliśmy ułożyć tamę z worków z piaskiem, woda mogłaby zalać Urszulin. Ta groźba byłaby bardzo realna.[31] W skutek powodzi poważnemu uszkodzeniu uległ znajdujący się na powiatowej drodze między Urszulinem i Andrzejowie przepust. Koniecznością było zamknięcie drogi i budowa nowego przepustu, który wytrzyma napór kolejnej powodzi.

We wsi znajduje się świetlica wiejska, w której organizowane są spotkania mieszkańców, choć często wykorzystywana jest w celu organizacji uroczystości rodzinnych, takich jak chrzciny i wesela. Świetlica jest także miejscem, w którym znajduje się siedziba Ochotniczej Straży Pożarnej (OSP) w Andrzejowie, jedynej wiejskiej instytucji o charakterze publiczno-społecznym. Braki w sprzęcie bojowym uniemożliwiają aktywną działalność, dlatego też w latach trzeciego tysiąclecia OSP Andrzejów notuje jedynie po kilka interwencji w skali roku. Bywają też lata (np. 2008 rok), w których nie zarejestrowano ani jednej akcji. Bardzo pracowity był natomiast kolejny rok, w którym interweniowano aż 12 razy, głównie do opisanych powyżej podtopień budynków mieszkalnych i gospodarczych. Do OSP należy większość mężczyzn, a strukturami organizacyjnymi kieruje prezes Stanisław Flisiuk. W pełnieniu funkcji prezesowi pomagają skarbnik Stefan Jung, gospodarz Stanisław Kaniewski, naczelnik Jan Adam Dorosz oraz sekretarz Jan Czarnecki.

Głównym źródłem utrzymania dla mieszkańców są tradycyjnie dochody z rolnictwa. Na tle sąsiednich miejscowości Andrzejów wyróżnia się dużą ilością hodowanego bydła, a sprzyja temu bardzo duża ilość dostępnych łąk i pastwisk. Hodowlą zajmuje się nie tylko firma „Agromarina”, ale także wielu miejscowych rolników. Poleska przyroda, jak i pozostałości śladów historii sprzyja rozwojowi turystyki wiejskiej. Gospodarstwo agroturystyczne Jolanty i Romana Kaniowskich od wielu lat przyciąga do Andrzejowa turystów, pragnących ciszę, spokój i bliski kontakt z przyrodą.

Pozostałym pomnikiem bogatej historii Andrzejowa jest wpisane do rejestru zabytków grodzisko otoczone głębokim rowem, ze znajdującą się na nim drewnianą kapliczką z 1903 roku i prawosławnym cmentarzem. Każdym rokiem coraz bardziej niszczał i zarastał, dopiero w 2008 roku młodzież polska, ukraińska, białoruska i niemiecka, stowarzyszona w Towarzystwie dla Natury i Człowieka, odrestaurowała ocalałe nagrobki. Uroczystemu podsumowaniu projektu, które odbyło się na cmentarzu, towarzyszyło odśpiewanie przez uczestników starych polskich i ukraińskich pieśni.

Po majątkach w Starym i Nowym Andrzejowie pozostały jedynie parki dworskie. Dwór i budynki gospodarcze w Starym Andrzejowie, do którego prowadzi droga gruntowa przez jedyny pozostały w gminie most drewniany, zostały rozebrane. Pozostała jedynie wybudowana na początku wieku murowana obora. W Nowym Andrzejowie dwór został zaadaptowany na dom mieszkalny przez wieloletniego kierownika tutejszego rolnego kombinatu Tadeusza Stadnika. W biurowych zabudowaniach po zlikwidowanym PGR umieszczona została siedziba lubelskiego oddziału Agencji Nieruchomości Rolnych, a budynki gospodarcze zostały nabyte przez prywatną firmę „Agromarina”, która podjęła się hodowli bydła. Wśród nich znajduje się murowana obora i kuźnia z lat 30-tych ubiegłego wieku. Natomiast nie widoczne są ślady majątku na Łysosze. Poza kilkoma budynkami mieszkalnymi w przysiółku znajduje się zamknięte w 2010 roku gminne wysypisko śmieci i opustoszałe budynki zakładowe, zwane przez wszystkich „piekiełkiem”.

Również w samej wsi znajdują się budynki pamiętające czasy przedwojenne. Wśród nich najwięcej lat mają wybudowane na początku ubiegłego wieku chaty po kowalu Wacławie Wojtaluku i Bronisławie Jaroszuku. Prawie 100 lat mają niektóre spichlerze, czy stodoły. 

 

Źródła i literatura:

Źródła:

a)     Prasa:

  • „Cholmsko-Varsavskij Eparchialnyj Vestnik”, Warszawa, nr 2 z 1890 roku, nr 10 z 1903 roku, www.cyfrowa.chdp.chelm.pl;
  • „Dziennik Wschodni”, Lublin, z dnia 28 czerwca 2009 roku, www.dziennikwschodni.pl;
  • „Gazeta Kraiowa”, Warszawa, nr 3 z 1794 roku, www.ebuw.uw.edu.pl;
  • „Głos Podlasia. Tygodnik społeczno-literacki”, Siedlce, nr 1 z 1910 roku, nr 4 i 6 z 1911 roku, nr 8 z 1913 roku, www.ebuw.uw.edu.pl;
  • „Goniec Polski”, Poznań, nr 258 z 1851 roku, www.wbc.poznan.pl;
  • „Korrespondent Kraiowy y Zagraniczny”, Warszawa, nr 58 i 61 z 1793 roku, www.ebuw.uw.edu.pl;
  • „Kurjer Warszawski”, Warszawa, nr 29 z 1856 roku, nr 335 z 1858 roku, nr 13 z 1864 roku, nr 14 i 273 z 1868 roku, www.ebuw.uw.edu.pl;
  • „Nowa Jutrzenka. Tygodniowe pismo obrazkowe”, Lublin, nr 18 z 1908 roku, www.dilibra.umcs.lublin.pl;
  • „Sztandar Ludu”, Lublin, nr 65 z 1975 roku, artykuł Stanisława Jadczaka pt. „Dajcie helikopter!”;
  • „Tygodnik Chełmski”, Chełm, nr 13, 17 i 22 z 1982 roku, nr 17 z 1984 roku, nr 3 z 1988 roku, nr 33 z 1989 roku, nr 13 i 23 z 1990 roku, www.cyfrowa.chbp.chelm.pl;
  • „Wieś Ilustrowana”, Warszawa, nr 3 z 1913 roku, www.dilibra.umcs.lublin.pl;
  • „Ziemia Włodawska”, Włodawa, nr 14 i 16 z 1924 roku, nr 3 i 15 z 1925 roku, nr 4 i 21 z 1926 roku, nr 13-14 z 1927 roku, nr 12-13 z 1928 roku;

 

b)    Archiwa państwowe:

  • Akta gminy Wola Wereszczyńska w Urszulinie (nr zespołu 74/0), Archiwum Państwowe w Lublinie Oddział w Chełmie;
  • Chełmski Konsystorz Grekokatolicki (nr zespołu: 35/95/0/5; 35/95/0/9.1/221), Archiwum Państwowe w Lublinie; www.szukajwarchiwach.pl;
  • Dziennik Urzędowy Guberni Lubelskiey, nr 24 z 1845 roku, www.dlibra.umcs.lublin.pl;
  • Hipoteka we Włodawie (nr zespołu 118/0), Archiwum Państwowe w Lublinie Oddział w Chełmie;
  • Kraczkowski Julian, Benedykt Płoszczański (red.:), Zbiór Aktów Dawnych wydanych przez Wileńską Komisję, Tom XXIII – Akty Chełmskiego Sądu Ziemskiego, Wilno 1896;
  • Prezydium Powiatowej Rady Narodowej i Urząd Powiatowy we Włodawie (nr zespołu 79/0), Archiwum Państwowe w Lublinie Oddział w Chełmie;
  • Regestr Ludności Chrześcianskiey w Parafij Andrzeiowskiey – Komisja Cywilno-Wojskowa Województwa Ruskiego Ziemi Chełmskiej Powiatu Krasnostawskiego (nr zespołu 18/0), Archiwum Państwowe w Lublinie;
  • Tabele likwidacyjne (nr zespołu 168/0), Archiwum Państwowe w Lublinie;
  • Urząd Gubernialny Siedlecki ds. Włościańskich (nr zespołu 144/0/17), Archiwum Państwowe w Lublinie;
  • Wojewódzki Urząd Spraw Wewnętrznych w Lublinie – materiały administracyjne. PUBP Włodawa 1944-1964. Instytut Pamięci Narodowej o/Lublin;
  • Zarząd Powiatowy we Włodawie (nr zespołu: 137/6 – zbiór szczątków zespołu z lat 1858-1917), Archiwum Państwowe w Lublinie.

 

c)      Dokumenty w zbiorach lokalnych:

  • Dokumenty w zbiorach własnych autora;
  • Dokumenty w zbiorach Romana Kaniewskiego z Andrzejowa, Edwarda Siwika z Andrzejowa, Edmunda Brożka z Włodawy, Edwarda Kędzierskiego z Andrzejowa, Pawła Józefczuka z Andrzejowa, Zbigniewa Kędzierskiego z Andrzejowa i Henryka Śledzińskiego z Andrzejowa;
  • Księgi donacyjne Parafii Rzymskokatolickiej p.w. św. Stanisława Biskupa Męczennika w Wereszczynie;
  • Księgi urodzeń, ślubów i zgonów Parafii Rzymskokatolickiej p.w. św. Stanisława Biskupa Męczennika w Wereszczynie;
  • Księga wizyt kanonicznych Parafii Rzymskokatolickiej p.w. św. Stanisława Biskupa Męczennika w Wereszczynie;
  • Spis strażaków jednostek OSP Powiatu Włodawskiego, dokonany przez Komendę Powiatową Straży Pożarnej we Włodawie około 1970 roku.

 

d)    Encyklopedie, spisy, rejestry i herbarze:

·        Boniecki Adam, Herbarz Polski, Warszawa 1911, www.ebuw.uw.edu.pl;

·        Busching Anton Friedrich (red.), Magazin fur die neue Historie und Geographie Angelegt, Volume 22, Halle 1788, www.books.google.com;

·        Górzyński Sławomir i Chłapowski Krzysztof (wstęp i przypisy), „Regestr Diecezjów” Franciszka Czaykowskiego, czyli Właściciele ziemscy w Koronie 1783-1784, Warszawa 2006;

·        Jabłonowski Aleksander, Polska XVI wieku pod względem geograficzno-statystycznym, Tom VII: Ziemie ruskie. Ruś Czerwona, część I i II, Warszawa 1903, www.wbc.poznan.pl;

·        Księga adresowa Polski (wraz z W.M Gdańsk) dla handlu, przemysłu, rzemiosł i rolnictwa, 1928, www.wbc.poznan.pl;

·        Pierwszy Powszechny Spis Ludności z dnia 30 września 1921 roku. Główny Urząd Statystyczny Rzeczypospolitej Polskiej, Tom IV – Województwo Lubelskie, Warszawa 1923,;

·        Rejestr miejsc i faktów zbrodni popełnionych przez okupanta hitlerowskiego na Ziemiach Polskich w latach 1939-1945, oprac.: Główna Komisja Badania zbrodni hitlerowskich w Polsce Instytutu Pamięci Narodowej, Warszawa 1986;

·        Spis Abonentów Sieci Telefonicznych Dyrekcji Okręgu Poczt i Telegrafów w Lublinie i Polskiej Akcyjnej Spółki Telefonicznej w Mieście Lublinie na 1937 i 1939 r., www.dilibra.umcs.lublin.pl;

·        Sulimierski Filip, Wawelski Władysław, Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich, 1880-1914, www.dir.icm.edu.pl;

·        Tabela miast, wsi, osad Królestwa Polskiego z wyrażeniem ich położenia i ludności, alfabetycznie ułożona w Biurze Komisji Rządowej Spraw Wewnętrznych i Policji, Warszawa 1827, www.wbc.poznan.pl;

·        Uruski Seweryn, Rodzina. Herbarz szlachty polskiej, Warszawa 1907; www.wbc.poznan.pl;

 

e)     Wspomnienia:

·        Barsukow E., Artilerjia ruskoj armii (1900-1907), ZSRR 1949, www.militera.lib.ru;

·        Bartoszewicz Julian, Urywek wspomnień Józefa Rulikowskiego, Warszawa 1862, www.books.google.com;

·        Dzierzbicki Stanisław, Pamiętnik z lat wojny 1915-1918, Warszawa 1983;

·        Kwapiszeski J., Budujemy Kanał Wieprz-Krzna, Warszawa 1956, www.bbc.mbp.org.pl;

·        Liniewski Józef Seweryn. Pamiętnik, wstęp i opracowanie Józefa Tomczyka, Lublin 1966;

·        Nadbużański Zryw. Wspomnienia z lat okupacji hitlerowskiej majora Romualda Kompfa ps. „Rokicz”, byłego D-cy III Bat. 7 pp. AK, [w:] Zeszyty Muzealne, Tom XV, Włodawa 2008; Mapa topograficzna Polski, Warszawa 1965;

·        Rostworowski Jan Nałęcz, Wspomnienia z 1863 i 1864 roku, Kraków 1900;

·        Wspomnienia świadków: Marianna Zabłuda (z domu Dorosz) z Andrzejowa; Eugenia Jung (z domu Sochaczewska) z Dębowca; Helena Brzezina (z domu Parulska) z Babska; Henryk Arasimowicz z Wereszczyna; Kazimiera i Eugeniusz Lewandowscy z Urszulina; Urszula Wiczuk (z domu Kedzierska); Kazimiera Radomska (z domu Kędzierska) z Andrzejowa; Janina Chrzaniuk (z domu Ryszkowska) z Urszulina; Edward Siwik z Andrzejowa; Jan Panasiuk z Urszulina, Czesław Chudzik z Urszulina; Stanisław Szwaj z Michałowa; Edmund Brożek z Włodawy; Stanisława Sidorowska (z domu Arasimowicz) z Zabrodzia; Maria Kadela (z domu Osieleniec) z Babska; Helena Werner (z domu Grzywaczewska) z Andrzejowa; Gabriel Trubaj z Andrzejowa; Klementyna Kozłowska (z domu Jung) z Urszulina; Alfred Jung z Andrzejowa; Kazimiera Kruk (z domu Misińska) z Zastawia; Regina Woźnica (z domu Kuźmicz) z Zastawia; Irena Stefańska z Andrzejowa; Lucyna Śledzińska (z domu Pajurek) z Andrzejowa; Henryk Śledziński z Andrzejowa; Zbigniew Kędzierski z Andrzejowa;

 

f)      Mapy:

·        Mapa topograficzna Polski, Warszawa, układ 1965 i 1992, www.geoportal.gov.pl;

·        Mapa Wojskowego Instytutu Geograficznego, Warszawa 1938;

·        Topograficzna Karta Królestwa Polskiego z 1839 roku;

·        Ubersichtsblatt der Karte des westlichen Russlands z lat 1911-1915;

 

g)     Inne:

·        Cholmskaja Gubernia 1914 g., Chełm 1914, www.cyfrowa.chdp.chelm.pl;

·        Kwartalnik historii kultury materialnej, wolumen 15, wyd. PWN, 1967, www.books.google.com;

·        Materiały źródłowe do dziejów Żydów w księgach grodzkich lubelskich za panowania Augusta II Sasa 1697-1733, www.tnn.pl;

·        Latopis Hipacki, www.litopys.org.ua;

·        Likowski Edward biskup, Synody diecezyi Chełmskiej ob. Wsch., [w:] „Przegląd Kościelny”, tom I, nr 4, Poznań 1902, www.wbc.poznan.pl;

·        Sprawozdanie Centralnego Towarzystwa Rolniczego w Królestwie Polskim za rok 1908 i za rok 1910, Warszawa, www.dilibra.umcs.lublin.pl;

·        Sprawozdanie Związku Kółek Rolniczych Województwa Lubelskiego i Wołynia za 1920 rok, Lublin 1921, www.dlibra.umcs.lublin.pl;

·        Walawender Antoni, Kronika klęsk elementarnych w Polsce i w krajach sąsiednich w latach 1450–1586, Tom I – Zjawiska meteorologiczne i pomory i Tom II – Zniszczenia wojenne i pożary, Lwów 1932-5; www.pbc.biaman.pl;

 

h)    Strony WWW:

·        www.nadbuhom.free.ngo.pl;

·        Z ziemi włoskiej do Polski, www.boretti-home.eu;

 

Literatura:

·        Barsukow Jewgienij., Artyleria rosyjskiej armii (1900-1907 r.), ZSRR 1949, http:/militera.lib.ru;

·        Borysiuk Bolesław, Lata walki. PPR, GL i AL. na północnej Lubelszczyźnie 1942-1944, Warszawa 1981;

·        Czarnecki Włodzimierz, Sieć osadnictwa ziemi chełmskiej od połowy XIV do połowy XV wieku, [w:] „Rocznik Chełmski”, Tom III, Chełm 1997;

·        Diakow W. A., Kieniewicz S., Śliwowska W. (pod red.), Rewolucyjna konspiracja w Królestwie Polskim w latach 1840-1845, Wrocław 1981, www.books.google.com;  

·        Doroszewski Jerzy, Oświata i życie kulturalne społeczności ukraińskiej na Lubelszczyźnie w latach 1918-1939, Lublin 2000;

·        Dyszewski Jan, Z dziejów Świerszczowa – Wieś i dobra na przełomie XIX i XX wieku, [w:] „Z Życia Polesia. Kwartalnik Stowarzyszenia LGD „Polesie””, Cyców, nr 5 z 2011 roku;

·        Giemza Zbigniew; Historia miejscowości Gminy Urszulin, [w:] „Liderzy Polesia”, Cyców, nr 3 z 2007 roku;

·        Giemza Zbigniew, Piotrowski Wiesław, Historia rejonu Poleskiego Parku Narodowego, www.poleskipn.pl;

·        Góra Stanisław, Partyzantka na Podlasiu 1863-1864, Warszawa 1976;

·        Inglot Stefan (pod red.), Historia chłopów polskich, Wrocław 1992;

·        Jop Robert, Środowisko urzędnicze kancelarii grodzkich w Chełmie, Lublinie i Krasnymstawie w drugiej połowie XVII wieku, Lublin 2003;

·        Kolberg Oskar, Chełmskie. Obraz etnograficzny, Tom I-II, Kraków 1890-1891, www.polona.pl;

·        Kołacz Małgorzata, Tarasiuk Dariusz, Dzieje Gminy Sosnowica. Analiza potencjału historycznego, Sosnowica 2007;

·        Kończal Małgorzata, Konwersje 1905-1957 w Wereszczynie, Lublin 2008;

·        Krzyżanowski Adrian, Dawna Polska ze stanowiska jej udziału w dziejach postępującej ludzkości skreślona w jubileuszowym Mikołaja Kopernika Roku 1843, Warszawa 1844, www.books.google.com;

·        Kucharek Hieronim, Przemiany ekonomiczno-społeczne na wsi w Powiecie Włodawskim w latach 1944-1969 roku, Lublin 1973;

·        Lelewel Joachim, Dzieje Litwy i Rusi aż do unii z Polską w Lublinie 1569 zawartej, Poznań 1844, www.kpbc.umk.pl;

·        Łukasiewicz Bogdan Jerzy, Zbrodnie okupanta hitlerowskiego w Powiecie Włodawskim 1939-1944, Lublin 1973;

·        Mądzik Marek, Z Lublina na Kaukaz, Lublin 1985, www.tnn.pl;

·        Mencel Tadeusz, Lublin przedkapitalistyczny, [w:] Dzieje Lublina. Próba syntezy, pod red.: Jana Dobrzańskiego i Józefa Mazurkiewicza, www.tnn.pl;

·        Olszewski Edward i Szczygieł Ryszard (pod red.) Dzieje Włodawy, Lublin-Włodawa 1991;

·        Pelica Jacek Grzegorz, Ślady zapomnianego piękna. Włodawa i okolice, Włodawa 2009;

·        Piotrkowski Wiesław, Giemza Zbigniew, Historia rejonu Poleskiego Parku Narodowego, www.poleskipn.pl;

·        Piotrkowski Wiesław, Zarys historii okolic Poleskiego Parku Narodowego, [w:] „Zeszyty muzealne”, Tom X, Włodawa 2002;

·        Polacy – Ukraińcy 1939-1947, Instytut Pamięci Narodowej Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, www.ipn.gov.pl;

·        Przyborowski Walery, Włościanie u nas i gdzie indziej. Szkice historyczne, Wilno 1881, www.bc.mbcradom.pl;

·        Rola-Stężycki Andrzej Zygmunt, Opowieści grójeckie, Włocławek 2002, www.instytut-genealogii.com.pl;

·        Rybak Andrzej, Dzieje Ziemi Chełmskiej. Kalendarium, Chełm 1998;

·        Siemion Leszek, Rajdy partyzanckie w Lubelskiem 1943-1944, Lublin 1983;

·        Sobczak Jan, Mikołaj II – ostatni car Rosji, Warszawa 2009, www.books.google.com;

·        Wawryniuk Andrzej, Powiat Włodawski. Historia, geografia, gospodarka, polityka. Monografia miejscowości, Włodawa 2010;

·        Wilkowski Eugeniusz, O wymiar Solidarności. Artykuły, informacje, dokumenty, Chełm 2008, www.cyfrowa.chbp.chelm.pl;

·        Witusik Adam, Skarbek Jan, Radzik Tadeusz (pod red.), Słownik biograficzny miasta Lublina, www.tnn.pl;

·        Wojtas Marian, Słownik biograficzny żołnierzy Batalionów Chłopskich. IV Okręg Lublin. Tom III, Lublin 2005;

·        Wójcikowski Włodzimierz, Polesia czar. Knieje i mszary, miasta i wioski, Lublin 2006;

·        Zieliński Stanisław, Bitwy i potyczki 1863-1864, Rapperswil 1913.



[1] Joachim Lelewel, Dzieje Litwy i Rusi aż do unii z Polską w Lublinie 1569 zawartej, s. 128-129.

[2] Kwartalnik historii kultury materialnej, wolumen 15, s. 336.

[3] „Korrespondent Kraiowy y Zagraniczny”, nr 58 z 1793 roku, s. 1187-1188.

[4] Julian Bartoszewicz, Urywek wspomnień Józefa Rulikowskiego, s. 123.

[5] Adryan Krzyżanowski, Dawna Polska ze stanowiska jej udziału w dziejach postępującej ludzkości skreślona w jubileuszowym Mikołaja Kopernika Roku 1843, s. 452-454.

[6] Walery Przyborowski, Włościanie u nas i gdzie indziej. Szkice historyczne, s 83.

[7] Tenże, s. 145.

[8] „Kurjer Warszawski”, nr 29 z 1856 roku, s. 146.

[9] „Kurjer Warszawski”, nr 273 z 1686 roku, s. VI.

[10] Andrzej Zygmunt Rola-Stężycki, Opowieści grójeckie, Włocławek 2002, www.instytut-genealogii.com.pl.

 

[11] W. A. Diakow, S. Kieniewicz, W. Śliwowska (pod red.), Rewolucyjna konspiracja w Królestwie Polskim w latach 1840-1845, s. 297.

[12] Jan Sobczak, Mikołaj II – ostatni car Rosji, s. 449.

[13] „Głos Podlasia”, nr 4 z 1911 roku, s. 7.

[14] „Kurjer Warszawski”, nr 335 z 1858 roku, s. 1761.

[15] „Głos Podlasia”, nr 1 z 1910 roku, s. 9.

[16] „Cholmsko-Varsavskij Eparchialnyj Vestnik”, nr 2 z 1890 roku, s. 24.

[17] „Nowa Jutrzenka. Tygodniowe pismo obrazkowe”, nr 18 z 1908 roku, s. 140.

[18] Jan Nałęcz Rostworowski, Wspomnienia z 1863 i 1864 roku, s 69-70.

[19] „Kurjer Warszawski”, nr 13 z 1864 roku, s. 75.

[20] „Głos Podlasia”, nr 6 z 1911 roku, s. 7.

[21] Zbigniew Giemza, Wiesław Piotrowski, Historia rejonu Poleskiego Parku Narodowego, www.poleskipn.pl.

[22] „Ziemia Włodawska”, nr 16 z 1924 roku.

[23] „Ziemia Włodawska”, nr 15 z 1925 roku.

[24] Zginęła po wojnie podczas badania jaskini, jej mężem był Janusz Onyszkiewicz.

[25] Np. „Ugorowa i bezugorowa uprawa ziemi” na walnym zebraniu Włodawskiego Towarzystwa Rolniczego w 1910 roku.

[26] Polacy – Ukraińcy 1939-1947, Instytut Pamięci Narodowej Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu; www.ipn.gov.pl.

[27] Nadbużański Zryw. Wspomnienia z lat okupacji hitlerowskiej majora Romualda Kompfa ps. „Rokicz”, byłego D-cy III Bat. 7 pp. AK, [w:] Zeszyty Muzealne, Tom XV, s. 66.

[28] Urban Kazimierz, Materiały do powojennych dziejów cerkwi prawosławnej na Podlasiu, Część II, www.nadbuhom.free.ngo.pl. Tłumaczył Adam Panasiuk.

[29] J. Kwapiszeski, Budujemy Kanał Wieprz-Krzna, s. 25.

[30] „Sztandar Ludu”, nr 65 z 1975 roku, s. 6.

[31] „Dziennik Wschodni”, wydanie z dnia 28 czerwca 2009 roku, www.dziennikwschodni.pl.

 

Komentarze
Dodaj nowy
Andrzej  - Podziękowania   |2016-10-09 12:21:07
Serdecznie dziękuję za bardzo ciekawy materiał. Jestem prawnukiem Kędzierskiego i wnukiem Grendy.
Izabela  - moje korzenie   |2015-02-04 00:06:29
Nigdy nie byłam w Andrzejowie a to tam są moje korzenie. Chciałabym poszukać informacji o mojej rodzinie. Pochodzę z rodziny Józefczuków. Mój tata Edward ur. sie w 1925 roku w Andrzejowie.
posiadam świadectwo szkolne z roku 1932/33 z opisywanej powyżej dwu-letniej szkoły. Wśród dokumentów zachował sie akt zgonu Karola Malczewskiego 17.10.1891 wydany w 1923 roku. Kim był? nie
wiem? może jest ktoś kto mi pomoże poznać moje korzenie. czy w Andrzejowie mieszka dzisiaj ktoś z rodziny mojego Taty. proszę o kontakt.
z poważaniem
Izabela Pękalska z d. Józefczuk
Administrator   |2015-02-10 17:47:56
Witam

Jeśli nie byłoby problemem to czy mogę prosić o skan świadectwa? Rodzina Józefczuków jest w Andrzejowie, jeżeli Pani poda telefon to przekażę
im.
Pozdrawiam
panasiuk.adam80@gmail.com
Hehryk  - Andrzejów   |2012-07-23 13:11:15
Z całego serca dziękuję Panu za tak piękny prezent o Andrzejowie,jaki Pan mi ofiarował w postaci książki.Wychowałem się w Andrzejowie w latach 50-tych chodziłem do szkoły w Andrzejowie i
Urszulinie,po zdobyciu zawodu w Z.S.Zawodowej we Włodawie, wyjechałem za pracą w 1965roku do Ozimka k/Opola i odwiedzam moją najukochańszą mamusie Helenę Werner bo śp. tatuś już nie
żyje.Doczekałem się emerytury,troje wnuków. Pozdrawiam gorąco-Henryk Werner z Ozimka
altika   |2012-01-08 09:04:22
Witam. Książkę przeczytałam jednych tchem:). Babcia Helena Werner opowiadała mi urywki swoich wspomnień, cieszę się, że wykorzystał je Pan w swojej książce. Mimo, że w Andrzejowie się
wychowałam od urodzenia to tak naprawdę niewiele o tej miejscowości wiedziałam a jest o czym opowiadać :).
Życzę wytrwałości i pozdrawiam.

Katarzyna
Administrator  - ksiazka   |2012-01-09 16:51:03
Witam.
Cieszę się, że ksiażka się podoba. A i Panią Helenę miło wspominam, szkoda tylko że tak krótko rozmawiałem, ale niestety czas mnie gonił. A Pani dowodzi, że książkę warto
było pisać.
Pozdrawiam
babcia  - p.s.   |2011-12-02 23:48:11
Z wielką, wielką uwagą przeczytałam to o czym opowiadała mi moja babcia Kazimiera Radomska z domu Kędzierska. Zrealzował Pan moje mrzenie o tym aby kolejne pokolenia mogły poznać swoje
korzenie. Dzisiaj sama jestem babcią. Gratuluję, dziękuję.
P.s. W domu babci wisiały oprawine w obraz zdjęcia z okresu przedwojennego, mam nadzeję że mógłyby Pan wykorzystać jakieś we
wspomnianym projekcie.
Pozdrawiam
Danuta Wójciak
Anonimowy   |2011-04-02 20:49:24
Gratuluje,bardzo ciekawe wiadomości.Jestem urodzoną w Andrzejowie,często tam bywałam.Dużo wiadomości słyszałam od mojej mamy.Podziwiam Pana za takie zaangażowanie .Moja mama wiele razy
wspominała swoje młode lata.Bardzo dużo wiadomości jest dla mnie znane.Miło było przeczytać wzmianki o moich dziadkach.Pozdrawiam Danuta Dajnowska Szelewicka
admin  - szelewicka   |2011-04-04 19:06:56
Witam
Ciszę się z takich słów, co oznacza, że moja praca ma sens. Ale mam gorącą prośbę do Pani. Od niedawna realizuję projekt unijny, którego celem jest opracowanie monografii wsi
Andrzejów i wydanie książkowe. Książka ma być wydana w listopadzie i będzie przekazana mieszkańcom. Dlatego bardzo pilnie poszukuję potrzebnych materiałów, wspomnień, zdjęć, czy innych
ciekawych dokumentów, korekt w tekście. Byłbym bardzo wdzięczny za pomoc. Cenne będą dla mnie także wspomnienia powojenne, dotyczące szkoły, codziennych zabawa, życia we wsi, pomocy w
gospodarstwie, itp. W tym tygodniu umieszczę uzupełnioną monografię wsi, właśnie staram się wzbogacić część powojenną, bo na razie jest uboga.
Mój kontakt: adam.panasiuk@interia.pl
Za
pomoc nie tylko dziękuję, ale po wydaniu książki deklaruję się do wysłania jednego egzepmlarza
Anonimowy  - Ciąg dalszy z Tomu IV   |2011-02-06 16:01:42
9. ZABŁUDA Henryk ur. 1925 r. syn Jana, archiwalna teczka personalna zespołu 461/p-178042, wyjechał do kraju transportem nr 2 - 12 lutego 1946 r. teczka nr 65, karta 278-350, K1-1286, I-1621;
B.
10. ZABŁUDA Stanisław ur. 1919 r. syn Jana, archiwalna teczka personalna zespołu 461/p-178041, wyjechał do kraju transportem nr 3 - 22 lutego 1946 r. teczka nr 195, karta 44-213; K3-216,
P1-310, I-1621; B.
Wpisał te nazwiska z tomu IV > Jerzy Marek WAKUŁA tel. 77-455 75 20 / 601 929 980.
Anonimowy  - Uwięzieni w Borowiczach (1944-1946) r.   |2011-02-06 15:53:11
W tomie IV - Uwięzieni w Borowiczach są wymienieni mieszkańcy wsi Andrzejów, którzy po aresztowaniu przez Armię Czerwoną jesienią 1944 r. wywiezieni byli w dniu 26 listopada 1944 r.
transportem nr 43 FPPŁ /frontowoj prijomnopieriesylnyj łagier/ z Lublina do obozu jenieckiego nr 270 NKWD ZSRR w Borowiczach, w tym:
1. OSTASZ Mieczysław ur. 1912 r. syn Jana, archiwalna teczka
personalna zespołu 466/p-83725, zmarł w podobozie nr 2 w Ust'je zapis w teczce ksiąg cmentarnych 1695-11.5-248; B.
2. STEFANIUK Szymon ur. 1895 r. syn Stefana, archiwalna teczka personalna zespołu
465/p-321552, zmarł w szpitalu specjalnym nr 3810 w Borowiczach, lista zmarłych 47-89-74; I-22672, książka cmentarna 1709-13-367; P3-45, B.
3. KRZOWSKI Antoni ur. 1908 r. syn Michała,
archiwalna teczka personalna zespołu 461/p-182600, wyjechał do kraju transportem nr 2 - 12 lutego 1946 r. teczka nr 65, karta 313.5-596, K2-128, I1-477; B.
4. KUBERSKI Bronisław ur. 1903 r. syn
Adama, archiwalna teczka personalna zespołu 461/p-178705, wyjechał do kraju transportem nr 3 - 22 lutego 1946 r. teczka nr 195, karta 47.5-345, K3-126, I-22688; B.
5. KUBERSKI Mikołaj ur. 1912 r.
syn Adama, archiwalna teczka personalna zespołu 461/p-178906, wyjechał do kraju transportem nr 3 - 22 lutego 1946 r. teczka nr 195, karta 47.5-346, K3-124, I-22688; B.
6. OSIELENIEC Konstanty ur.
1907 r. syn Pawła, archiwalna teczka personalna zespołu 461/p-165571, wyjechał do kraju transportem nr 2 - 12 lutego 1946 r. teczka nr 65, karta 317-839, K2-876, I-36497; B.
7. SZELEWICKI
Bronisław ur. 1903 syn Jana, archiwalna teczka personalna zespołu 461/p-184500, wyjechał do kraju transportem nr 3 - 22 lutego 1946 r. teczka nr 195, karta 64.5-1091 K3-177, P1-215, I-22672; B.
8.
WOJTALUK Wacław ur. 1911 r. syn Ludwika, archiwalna teczka personalna zespołu 461/p-178179, wyjechał do kraju transportem nr 2 - 12 lutego 1946 r. teczka nr 65, karta 307-191 K2-14...
Ryszard Andrzejowski   |2010-12-21 22:25:53
Gratuluję, bardzo ciekawa strona. Muszę kiedyś odwiedzić Andrzejów, choćby z racji swego nazwiska. Może stąd właśnie wywodzi się mój ród.

Pozdrawiam
Ryszard Andrzejowski
admin   |2010-12-23 18:13:56
Cieszę się bardzo, że strona się podoba, a i do Andrzejowa w imieniu mieszkańców zapraszam.
Choć to już wieś niezbyt duża, to kilka ciekawych miejsc, przypominających o bogatej historii,
pozostało.
Pozdrawiam
adam.panasiuk@interia.p l
Anonimowy   |2010-07-18 16:01:08
W rodzinie męża/matka z domu Dębicka zamieszkała we wsi Stróża blisko Piaski Lubelszczyzna/krąży wieść o pochodzeniu od hrabiego Polityło.Z tym nazwiskiem łączy wieś Dz`winiacz Górny/w
roku 1907kupił wieś Franciszek hrabia Polityło/.W jakich żródłach szukać odpowiedzi?Pozdrowienia,serdeczne gratulacje za ciekawie opracowanąstronęOdpowiedz.
administrator   |2010-07-26 20:45:22
Trudno mi coś doradzić, ale myślę że powinien Pan zacząć od ksiąg hipotecznych dóbr Dzwiniacz Górny, być może w innych aktach Pan jakies informacje znajdzie. Księgi hipoteczne powinny
znajdować się w Archiwum Państwowym w Lublinie.
Pozdrawiam
Anonimowy  - Rodzina Przeździeckich   |2010-06-13 07:24:29
Zbieram materiały do książki o rodzinie Przeździeckich. Może spotkał się Pan z pochodzącą z tej rodziny po kądzieli Kornelią Załuski (Załuska?) Jeśli posiada Pan jakiekolwiek informacje
na temat tej osoby będę bardzo wdzięczny za odpowiedź. Pozdrawiam Jan Żdżarski, dziennikarz
adam.panasiuk  - załuscy   |2010-06-14 16:01:59
Niestety o Kornelii nic nie wiem. Praktycznie wszystkie informacje jakie posiadam są w tej monografii. Czyli z rodziny Załuskich to pojawia się Leonia Anna i Felicjanna. Przyznam jednak, że
dokładnie nie badałem tego tematu, są jeszcze dokumenty w APL, których nie widziałem.
Pozdrawiam
adam.panasiuk@interia.p l
duszek  - dzien dobry   |2010-02-13 09:04:22
dzien dobry ja mam prosbe jesli mozna to prosil bym o taka notatke o Andrzejowie Łódzkim :P
administrator   |2010-02-14 19:44:22
Niestety, ale Andrzejów Łódzki znajduje się poza kręgiem moich zainteresowań, a nie piszę o rzeczach, o których nic nie wiem.
Pozdrawiam
Jerzy  - Witold Boretti   |2010-01-18 15:17:58
Bardzo ciekawa historia, tereny przepiękne - byłem tam kilka lat temu zwiedzając rodzinny Kulczyn.
W dziale 3.3 Folwarki Andrzejowskie w tekście... "Niestety już w 1939 roku w Brzostowicy
zostali on i jego żona zamordowani" wkradł się drobny błąd jego żona zmarła po wojnie w 1987 roku w Warszawie, a wtedy we wrześniu 1939 roku przebywała wraz z córką w Kulczynie w
majatku teścia.
Administrator  - Boretti   |2010-01-18 16:39:46
Witam
Bardzo się ciesze z komentarza od Pana. Oczywiście błąd już poprawiłem, być może wkradł się z mojego nieuwaznego zczytania informacji, umieszczonych na stronie rodziny Borettich. Mam
dużą prośbę do Pana. Jezeli posiadałby Pan zdjęcia rodziny Witolda, lub zdjęcia wykonane na Łysosze to czy byłaby możliwość wykorzystania w galerii strony?
Prosze się skontaktować na
mój adres adam.panasiuk@interia.pl to prześlę Panu monografię Andrzejowa ze zdjęciami i spisem treści w pliku pdf.
Pozdrawiam
Adam Panasiuk
Anonimowy   |2009-05-21 21:29:27
Wybieram się na urlop do Andrzejowa. Głownym celem będą obserwacje przyrodnicze.
Historia miejscowości bardzo ciekawa. Postaram się zobaczyć opisywane miejsca.
Pozdrawiam autora.
Leszek
Kokoszka
administrator   |2009-06-08 21:52:47
Zapraszam w Nasze strony. Piękna dziewicza przyroda, cisza, spokój, a w przerwie obserwacji przyrodniczych można oglądać istniejące liczne ślady mieszkających przed wojną mieszkańców
różnych wyznań i kultur. A Andrzejów pod tym względem się wyróżnia.
Życzę więc miłego odpoczynku i pozytywnych wrażeń.
Pozdrawiam
Adam Panasiuk
administrator   |2009-04-23 21:30:48
Dziękuje bardzo za miłe słowa. Ale liczę też na Was, gdyż wiem, że w każdym domu coś ciekawego się kryje, czy to opowiadania starszych ludzie, zdjęcia, dokumenty.
Pozdrawiam
Anonimowy   |2009-04-23 20:26:13
Gratuluję,włożył pan dużo pracy w tą stronę.Podziwiam, że dotarł pan do tylu źródeł!!!
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Tytuł:

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved."

Zmieniony: Czwartek, 20 Grudzień 2012 09:49