Historia Urszulina

...nasza wspólna historia

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki
Email
Ocena użytkowników: / 220
SłabyŚwietny 

Dodaj swój Komentarz

 

Adam Panasiuk

 

 

Śladami zapomnianej historii ….

Wytyczno

 

1. Powstanie wsi i jej losy do 1918 roku

1.1. Geneza i pierwsze wieki w dziejach wsi

Według badań archeologicznych pierwsi Słowianie przywędrowali na obszary dzisiejszego Wytyczna między VII i VIII stuleciem, zakładając swoją osadę na prawym brzegu Włodawki. Pierwsze ślady osadnictwa pochodzić mogły jednak nawet sprzed 9.000 lat. W trakcie prac archeologicznych znaleziono zabytki kultury świderskiej (reprezentujących łowców renifera sprzed 9.000-8.000 lat), komornickiej (8.000 lat przed Chrystusem) i janisławickiej (5.000 lat przed Chrystusem). Podczas badań prowadzonych w 1961 roku w Kolonii Wytyczno wykopano grób skrzynkowy kultury amfor kulistych, z okresu około 3.200-2.200 lat przed Chrystusem. Ludność ta trudniła się głównie hodowlą zwierząt domowych, zwłaszcza bydła i świń. Podczas tych samych badań natknięto się na przedmioty świadczące również o obecności ludności kultury siekier krzemiennych i ceramiki sznurowej, współczesnych lub późniejszych wobec kultury amfor kulistych.

W 1965 roku za dawnym dworem również w Kolonii Wytyczno jeden z mieszkańców, przy kopaniu żwiru na budowę mieszkania, natrafił na grobowiec kamienny. Grobowiec został przewieziony do Włodawy i umieszczony przed budynkiem kina. Do dnia dzisiejszego służy mieszkańcom i turystom jako ekspozycja archeologiczna. Znalezisko potwierdza obecność przedstawicieli kultury łużyckiej z okresu osadnictwa epoki mezolitu i brązu (XIII-VI w. p.n.e.). W trakcie prac archeologicznych z 1997 roku natknięto się na fragmenty ceramiki późniejszej kultury pomorskiej, a inne znaleziska, jak zapinka żelazna, świadczy o kontaktach tutejszej ludności z kręgiem kultury celtyckiej. Od III wieku przed Chrystusem w Wytycznie osiedlała się ludność kultury jastroforskiej, następnie czerniczyńskiej, przeworskiej (o której świadczą pozostałości cmentarzyska) i późnozarubinieckiej.

Osadnictwu niewątpliwie sprzyjał fakt, iż teren ten znajdował się na zawężeniu jednego ze szlaków wiodących z Rusi do ziem polskich, gdzie z jednej strony rozciąga się wielkie jezioro, z drugiej zaś bagna torfowe. Z tych powodów miejsce to miało duże znaczenie strategiczne. Badania archeologiczne potwierdziły istnienie śladów krótkotrwałych obozowisk, rzadziej niewielkich osad i nie dają żadnych podstaw do stwierdzenia ciągłości osadnictwa.

Pierwsza udokumentowana wzmianka o osadzie Wytyczno pojawiła się dopiero w XV wieku. Księgi ziemskie chełmskie Wytyczno (Wytficzno, Wytwiczno) wymieniają pod datą 1450, wieś należała wówczas do rzymskokatolickiej parafii z Sawina. Być może o tej samej wsi pisał słynny polski kronikarz Jan Długosz, żyjący w XV wieku. Wymieniając jeziora Królestwa Polskiego zapisał: J. Płocice, wielkie jezioro ziemi Chełmskiej, blisko wsi Wietli, pół mili wzdłuż i ćwierć wszerz. Podobieństwo nazw Wytficzno i Wietli mogłoby wskazywać na tą samą wieś zwłaszcza, że zostało umieszczone przy jednym z większych jezior Chełmszczyzny. Legenda głosi, że pod wodami jeziora znajdowała się bita droga, jednakże wstępne badania archeologiczne akwenu nie potwierdziły jej.

Jeszcze w XVIII wieku wieś w registrach podatkowych występowała pod nazwą Witwiczno. Stulecia XIV i XV były okresem masowego napływu chłopów polskich na tereny Rusi Halicko-Włodzimierskiej. Pod wypływem miejscowej ludności ruskiej ulegali jednak powolnym przemianom. Za czasów panowania Kazimierza Jagiellończyka, a więc zaraz po powstaniu osady, dokonano przelokowania wsi z prawa polskiego na prawo niemieckie. Lokacja na prawie niemieckim z reguły połączona była z wytyczeniem regularnej zabudowy i przydziałem jednakowych obszarowo działek budowlanych. Jednakże ówczesne Wytwiczno uznawane było za wieś kolokacyjną, czyli bardzo rozdrobnioną na działki różnej wielkości, pozostające we władaniu różnych dziedziców.

Pochodzenie nazwy wsi wyjaśnia pewna legenda, spisana przez księdza Jana Rębisza w kościelnej kronice: Za rzeką nad Krowim Bagnem była wieś. Owa wieś zabezpieczona była od południa bagnem, zaś rzeką od północy. Dziki zwierz z pobliskiego lasu musiałby zmoczyć sobie nogi, zanim by ukradł zwierze domowe. Później, gdy jakaś katastrofa, czy żywioł zniszczył mieszkańcom domostwa, przenieśli się na dzisiejszą wieś. Ze starej wsi pozostało kilka gospodarstw i wówczas naczelnik tej części wsi pewnej pięknej soboty, dobrotliwym głosem, zwrócił się do swojego jedynaka: Wytycz no siedliska pod chałupy wzdłuż drogi. Tam więcej miejsca, każdy będzie miał dostęp do świata. Pobudowali się w Wytycznie wzdłuż drogi i mogli swobodnie przyglądać się w wolnych od pańszczyzny chwilach dziwom szerokiego świata. Legendę uprawdopodobni fakt, iż rzeczywiście do dnia dzisiejszego, na łąkach i polach za rzeką w stronę Krowiego Bagna można bez problemu natrafić na części naczyń glinianych, cegłę, czy żelastwo. Mieszkańcy osiedlali się wzdłuż traktu Lublin-Włodawa dopiero od początku XIX wieku, wcześniej zamieszkiwali kilkaset metrów dalej w stronę bagna. Do dzisiejszego dnia przy bagnie pozostało kilka zabudowań, które są określane nazwą Stara Wieś.

Swoją wersję o pochodzeniu nazwy miejscowości przedstawił także w dziewiętnastowiecznej kronice cerkwi parafialnej ks. Piotr Kapustiański. Pisał, że najprawdopodobniej pochodzi ona od słowa „witaj”. Najstarsi mieszkańcy opowiadali mu, że Wytyczno jest jedną z młodszych miejscowości w okolicy i wcześniej rósł tutaj nie do przebycia las, który kończył się w rejonie Wereszczyna.[1]

 

1.2. Życie wokół folwarku

Według registrów poborowych z 1564 roku ówczesnymi właścicielami dóbr wytyckich byli: Michał i Iwan Andrzejowski, który pełnił godność unickiego władyki chełmsko-bełskiego, Katarzyna Dietiukowa, Jan Andrzej Joskowicz, Jan Chojeński Kostrowicz, Steczko Andrzejowski i Sebastian Chojeński. Wobec bardzo dużego rozdrobnienia dóbr andrzejowskich również włóki w Wytycznie często zmieniały swoich właścicieli, gdyż wieś należała przez długi czas do tychże dóbr. W dalszych latach włości wytyckie utrzymywane były głównie w posiadaniu rodziny Chojeńskich, jednak rozdrobnienie postępowało, sięgając w drugiej połowie XVII stulecia 21 właścicieli. W 1673 roku włości w Witwicznie, jak i w sąsiednim Andrzejowie, zakupił Stanisław Michał Górecki, mający za żonę Mariannę Sosnowską. Pełnił kilka kancelaryjnych urzędów w Chełmie, w tym wicesgerenta (niższy urząd sądowy) grodzkiego (1688-1690), pisarza grodzkiego (1690-1711), podstarosty, a zarazem sędziego grodzkiego (1712-1733). Gdy w 1733 roku zakończył pełnienie funkcji podstarosty i sędziego, wówczas sprzedał także włości wytyckie.

 Pomimo dużego rozdrobnienia zachowały się informacje o istnieniu w Wytycznie dworu, których właścicielami byli Franciszek Antoni Chojeński i Anna Woyniłowska. Dwór był prawdopodobnie wybudowany w I połowie XVII stulecia. Informacje o nim pojawiają się w 1721 roku przy podziale części wytyckiego majątku pomiędzy rodziny Młodziejewskich i Sosnowskich – potomków Franciszka Chojeńskiego. Inwentarz folwarku przedstawiał stan zabudowań następująco: Ganek stary bardzo zły. Sień także stara zła, ściana iedna zatyłkowa przez Pana Sosnowskiego w słup przesypana. Drzwi z przychodu y na zatyłek na zawiasach, Izba wielka do niey drzwi na zawiasach, piec biały, kominek, okien trzy w ołów oprawnych, z teyże izby wielkiey alkierz zatyłkowy, drzwi do niego na zawiasach, okien dwie w drewno oprawnych, podłoga zgniła stara zła, ściana od podwórza zgniła spróchniała, skantowana przez hr. Sosnowskiego słupem zaparta, y sem wszystek alkierz od Izby wielkiey potrzebuie reparacyi. Za izbą z alkierzem izdebka mała, piec biały y kominek które Sosnowski kosztem swoim przesypał y postawił drzwi do niey, z sieni na zawiasach okno iedno w drewno, drugie w drzwi do komory wielkiey także na zawiasach, okno iedno w drewno, z teyże komory drzwi dwoie, iedne do wielkiey izby drugie do alkierza tylnego na zawiasach, to zabudowanie dostaie Sosnowskim. Przy tym budynku Piekarnia na zatyłku, z sienią starą, sień bardzo zła, drzwi do Piekarni na biegunach y w sieni piekarnianey drzwi dwoie na biegunach złe, stare do wspólney wygody tak Młodzieiowskich iako y Sosnowskich. Wszystko to potrzebuie reperacyi, osobnie dach który bardzo stary zły, z dziurami pod snopkami, sień tylko Piekarni pod dranicami bardzo starymi. W teyże stołów wielkich dwa, trzeci mały. Stodółka z dylów niewielka, chlew na bydło pod słomą, chlewek chruściany bardzo stary, zły, obalony. Browar nowopostawiony z tartego drzewa, którego Sosnowski pobił dranicami. Studnia pod tymże Browarem zawalona y druga na podwórzu także zawalona. Karczma nie zła, tylko pod nakryciem starym trzeba odnowy. Ogrody niektóre ogrodzone, niektóre puste.[2]  W akcie dokonującym podziału zapisano: Dwór do wspólnego używania z tą dystynkcją, iż na małżonków Młodziejewskich dostaje się izba wielka i alkierz zatyłkowy, zaś Sosnowskich małżonków dostaje się izdebka mała y komora z teyże izby alias poboczna od wielkiey izby piekarnia. Do wspólnego używania karczma pusta z Browarem. Sosnowskim – stodoła i chlewki dla szczupłości onych, gdyz nie masz się czym dzielić.[3] Ogrody i grunty podzielono po połowie.

Na mapie szczegółowej Karola de Pertheesa, sporządzonej w 1786 roku, folwark nazwany został Dworem Czarnieckim, jednak wydane w następnych latach mapy określają zabudowania dworskie nazwą „Czernik”, a później „Czernikowo”. W latach osiemdziesiątych XVIII stulecia o dworze zapisano, iż zbudowany został na planie prostokąta z bocznym alkierzem, trójdzielny, dwutraktowy z sienią przelotową na osi, a od frontu znajdował się ganek. W jednym z traktów znajdowała się izba czeladnicza. Ogrzewany był 3 piecami kaflowymi, służącymi również do oświetlania izb. Dwór pokryty był słomą i otoczony ostrogami z 2 wrotami.

Od drugiej połowy XVIII wieku właścicielami większości dóbr w Wytycznie byli Bonieccy. Pierwszym dziedzicem z linii Bonieckich był Maciej, pełniący funkcję skarbnika chełmskiego. Następnie od 1718 roku majątkiem wytyckim rozporządzał jego syn Antoni Ludwik z pierwszego małżeństwa z Anną ze Strzemesznych. Antoni uzyskał w 1731 roku od Króla Polski Augusta II przywilej organizowania we wsi oraz w sąsiednim Andrzejowie tygodniowych targów, co niewątpliwie wpłynęło na rozwój wsi. Przed gościńcem dworskim usypano 2 groble obok sobie idące. W dokumentach lustracyjnych opisano je następująco: Jedna stara, ciągnąca się przez błota, mająca wymiar 250 łokci, druga również na miejscu bagnistym, zwana Perekotem, o wymiarze 675 łokci. W dalszym przeciągu na przeprawach znajdowały się cztery mosty.[4] Dziedzice pobierali od przejeżdżających na targi kupców podatek w wysokości ogólnie ustalonej, a miejsce poboru podatku znajdowało się przed samym gościńcem.

Ludwik Antoni pełnił także kilka zaszczytnych funkcji, w tym podstolego chełmskiego, deputata na Trybunał Koronny Lubelski, cześnika i podsędka chełmskiego. Antoni Ludwik Boniecki był trzykrotnie żonaty. Pierwszą żoną była Teresa Kaniewska, następna Urszula Wereszczyńska, a ostatnia Wiktoria Stoińska. Z 3 małżeństw Antoni Boniecki miał 5 synów: Karola, Kajetana Aleksandra, Wacława, Dominika i Wincentego, których „regestr diecezjów” Franciszka Czajkowskiego z 1783 roku wymienia jako właścicieli Wytwiczna. Właścicielką Czarnieckiego Dworu została ich matka Wiktoria Boniecka ze Stoińskich. Antoni Ludwik Boniecki zmarł w 1774 roku, a zwłoki jego pochowano na cmentarzu w Wereszczynie. Spośród synów do największych godności doszedł Dominik Boniecki, który swoimi tytułami dorównywał ojcu. Od jego imienia nazwę wzięła sąsiednia miejscowość Dominiczyn. Pełnił zaszczytną funkcję szambelana króla Stanisława Augusta, w 1792 roku został chełmskim sędzią ziemskim, a rok później podstolim parczewskim.

Jeszcze pod koniec XVIII stulecia majątek przeszedł w ręce Kunickich. Kuniccy w 1802 roku zakupili majątek w Andrzejowie i w Wytycznie od braci Wincentego (podstoli chełmski i komisarz cywilno-wojskowy ziemi parczewskiej) i Dominika Bonieckich za kwotę 500.000 florenów. Dominik Boniecki zamieszkał w Dominiczynie, w którym zmarł w 1824 roku. Już po 2 latach władania przez Kunickich kolejnymi właścicielami dóbr Andrzejowa i Wytyczna zostali Michał Węgliński i Anna z Borawskich Węglińska, a następnie Stanisław, Wojciech i Bonawentura Węglińscy. W istniejącym w Czernikowie ich folwarku urzędowali szlacheccy ekonomi. Jednym z nich był Józef Staszewski, drugi zaś Tomasz Rutkowski. Od 1815 roku funkcję ekonoma pełnili, posiadający tytuł szlachecki Jan Daciewicz oraz Aleksander Madaliński, funkcję folwarcznego pisarza wykonywał Michał Linkowski, zaś kamerdynerem został Paweł Dawidowski. Poza Węglińskimi część gruntów wytyczańskich znajdowała się w tym czasie w posiadaniu rodziny Dobraczyńskich i Brzezińskich.

W 1824 roku córka Węglińskich – Felicjanna Cyryllia wyszła za mąż za hrabiego Antoniego Załuskiego z Wodyń i to im przypadł folwark w Wytycznie, niestety bardzo zadłużonym. Już w kolejnym roku wytyckie i andrzejowskie dobra zajął Komorni Sądowy przy Trybunale Cywilnym Województwa Podlaskiego i wystawił je do licytacji na trzyletnią dzierżawę. Opisano je – choć z błędami przy nazwach niektórych miejscowości – następująco: Dobra Ziemskie Andrzeiów, z dwóch folwarków złożone, iak to: 1) Folwark Andrzeiów z rezydencyią z wsiami zarobnemi do tegoż Andrzeiowem, Wincencinem, nomenklaturą Łysosze z gruntami dwornemi, z wsiami czynszowemi Michelsdorf, Urszulin; 2) Folwark Wytyczno podobnież z rezydencyią, z wsiami zarobnemi do tegoż Wytyczno, Wólka Wytycka, z nomenklaturą Otruta i wsią czynszową Dominiczyn w Powiecie Włodawskim Obwodzie Radzyńskim Woiewództwie Podlaskiem położone, obfitość pastwisk, łąk, lasów i ieziora znaczne maiące, za dług Sądownie zaięte.[5] Cenę wywoławczą za czynsz dzierżawny ustalono na 6.000 złotych.

Nieznany jest wynik licytacji, lecz właścicielami przez kolejne lata byli w dalszym ciągu Załuscy. W majątku tym mieszkał Kalikst Łaski, ożeniony z Józefą z domu Domańską, który w wieku 20 lat zaczął pełnić funkcję komisarza dóbr andrzejowskich i wytyckich. W zarządzaniu majątkiem Łaskiemu pomagał ekonom Jan Kruszyński. W roku powstania listopadowego majątek został odsprzedany rodzinie Maurycego Kałuskiego, lecz już w latach czterdziestych ponownie znalazł się w posiadaniu hrabiego Antoniego Załuskiego i jego żony Felicji, a następnie dzierżawcy Kaliksta Łaskiego. Kalikst Łaski do zarządzania majątkiem zatrudnił ekonoma Leona Śmieciuszewskiego i gumiennego Ignacego Junga.

Załuscy i Łascy, chociaż wyznania rzymskokatolickiego, dbali o świątynię unicką, przeznaczając pieniądze na jej utrzymanie i remonty. Gdy ich córka Karolina wychodziła w 1845 roku za mąż za Antoniego Karwowskiego, wówczas młodzi przed ślubem, udzielonym w katedrze lubelskiej, zwrócili się do miejscowego kapłana kościoła unickiego o błogosławieństwo. Jednakże po połączeniu parafii andrzejowskiej i wytyckiej w 1848 roku między dworem i cerkwią toczyły się wieloletnie spory o zajmowane „pustki” (tj. opuszczone grunty cerkiewne) oraz nie płacenie z nich czynszu, jak również o uniemożliwianie korzystania z przyrzeczonego połowu ryb, mielenia mąki, używania pastwisk i wyrębu w lasach.

 W latach pięćdziesiątych Łascy, wraz z córką Emilią, przeprowadzili się do pobliskiego Andrzejowa. Po śmierci dziedzica Łaskiego majątek został wydzierżawiony przez Józefa Justyńskiego, a ten jezioro i 4 gospodarstwa w 1856 roku poddzierżawił Michałowi Okuńskiemu. Księgi hipoteczne wskazują, iż po śmierci Łaskiego własność majątku wytyckiego ponownie powróciła do rodziny Załuskich, a właściwie do sióstr Leonii Anny i Heleny Antoniny. Siostry podjęły próbę sprzedaży dóbr, jednak nie znalazły chętnego nabywcy. W prasowym ogłoszeniu o sprzedaży przeczytać można, że dobra położone na trakcie z Włodawy do Łęczny, mające rozległości dziesiatyn około 30,000 czyli morgów 15,000, składające się z czterech folwarków, dogodnie na dwie części podzielić się dające, są do sprzedania z wolnej ręki pod przystępnemi warunkami.[6] W 1864 roku udział Heleny odkupiła Leonia, zamężna z Władysławem Wydżgą. Rok później dwór w Czernikowie i całe grunty andrzejowskie, zostały wykupione przez Aleksandara Karpińskiego. Wówczas Aleksander zmelioryzował łąki wokół folwarku tak, że zwartą budowę okalały rowy. Do dworu dostać się można było 2 kładkami, jedną od strony północnej, a drugą od zachodniej. Z czasem groble zostały obsadzone drzewami, które przybrały widoczny do dnia dzisiejszego charakter alejki. Dość szybko wytycką część swojego majątku Karpiński wydzierżawił na okres 12 lat Marcelemu Roniszowi. Natomiast już na początku 1866 roku umieścił w prasie warszawskiej informację o sprzedaniu, dzierżawie lub rozkolonizowaniu 50 włók w dobrej ziemi z Łąkami i Lasami po cenie od 450 do 750 rs. włóka.[7] Ogłoszenia prasowe nie doprowadziły do znalezienia nabywcy. Kolejne umieszczał już nie Karpiński, lecz Towarzystwo Kredytowe Ziemskie. W 1868 roku zaległości z tytułu niespłaconych rat wynosiły 9.720 rubli, dlatego też dobra Andrzejów wraz z przyległościami Wytyczno i pozostałymi, jako zalegające w ratach Towarzystwu Kredytowemu Ziemskiemu należnych, po spełznięciu sprzedaży przymuszonych dla braku licytantów są wystawione na sprzedaż przymuszoną drugą, czyli ostateczną od zaniżonego szacunku.[8] Również i w tej licytacji nie znaleźli się chętni, wobec powyższego nastąpiło przymusowe wywłaszczenie Karpińskich i przejęcie dóbr przez towarzystwo.

Dopiero w 1870 roku andrzejowski folwark zakupił Wincenty Karpiński – aptekarz i przemysłowiec z Warszawy, będący chociażby właścicielem wytworni wód mineralnych. Zapłacił za niego 80.521 rubli – 13.179 mniej od ceny wywoławczej. Po upływie 2 lat wyodrębnił majątki w Wytycznie, Heleninie i Łowiszowie, do którego należał przysiółek Otruta.

W roku 1884 dobra ziemskie Wytyczno z folwarkiem w Czernikowie, były rozległości 2459 mórg (grunty orne 321 morgi, łąki 650 mórg, pastwiska 71 mórg, lasy 434 morgi, zarośla 91 mórg i jeziora 893 morgi). W folwarku znajdował się 1 budynek murowany (gorzelnia) i 19 drewnianych. Za zabudowaniami gospodarczymi księdza unickiego, nad rzeką Włodawą, stał folwarczny młyn drewniany, którego koło zlewała dzień i noc, latem i zimą woda z jeziora. Jaśnie Pan mełł piękną pszenicę z urodzajnych pól swojego majątku, a czasem i chłopi mogli na święta zetrzeć swoje zboże. Bardziej znane były żarna, gdyż chleb z nich zdrowy, przedłużał życie – pisał Rębisz. Od lat pięćdziesiątych młyn prowadził młynarz Jan Flisowski. Wiadomo, że od początku lat siedemdziesiątych istniała we wschodniej części gorzelnia i browar, jednakże już w 1872 roku Karpiński umieścił w prasie krajowej ogłoszenie o sprzedaży całej aparatury. Następnie, być może już nieczynną gorzelnię, przeniesiono do zachodniej części folwarku, a pozostawiony murowany budynek Wincenty Karpiński zaadaptował na dwór. W pobliskim Michelsdorfie znajdowała się cegielnia, wybudowano ponadto stelmarnię (gdzie wyrabiano wozy i sanie) oraz kuźnię. Te budynki po 1915 roku przebudowano na pomieszczenia mieszkalne. Po wojnie nad jeziorem stał wysoki komin, który prawdopodobnie był pozostałością po folwarcznej fabryce perfum i kropli miętowych. Nie wytwarzano w niej gotowych perfum, czy też kropli, lecz jedynie przetwarzano rośliny oleiste na oleje i ekstrakty pachnące, które z kolei Karpiński transportował do Warszawy. Stąd też okoliczne pola pokryte zostały na wiele lat uprawami mięty. Karpiński sprzedawał ponadto miętę suszoną i olejek miętowy.

W 1892 roku grunty nabył za kwotę 45.000 rubli jego syn Stanisław Karpiński. Według wspomnień najstarszych gospodarzy był człowiekiem dobrym dla miejscowej ludności, wzorowym gospodarzem, wymagającym, ale słowny i wyrobionym społecznie. Udzielał się społecznie, zostając chociażby członkiem Centralnego Towarzystwa Rolniczego w Królestwie Polskim i Włodawskiego Towarzystwa Rolniczego. Niejednokrotnie wspierał włodawskie towarzystwo finansowo lub rzeczowo, przekazując chociażby w 1908 roku na cele konkursowe jałówki holenderskie. W 1910 roku Włodawskie Towarzystwo Rolnicze zostało zamknięte z powodu nie stosowania w prowadzonej dokumentacji języka rosyjskiego.

W gospodarstwie swoim Stanisław Karpiński zastosował wiele nowych rozwiązań technologicznych, co powodowało, że było ono wzorem na okolice. Nowoczesny sposób gospodarowania przekładał się natomiast na zmianę form użytkowania gruntów przez okolicznych mieszkańców. W ówczesnej lokalnej gazecie „Głos Podlasia” o gospodarstwie rolnym Karpińskiego możemy przeczytać, iż prócz starannej uprawy doborowych nasion, hodowla inwentarzy i trzody przynosi pokaźne dochody i budzi z letargu starych i zacofanych hreczkosiejów, zaś najbardziej dodatnio oddziaływa na kolonistów i włościan, którzy i nawozy sztuczne zaczynają stosować i kupują prosięta i cielęta, aby mieć lepsze i korzystniejsze okazy.[9] W 1900 roku ponownie uruchomił gorzelnię z silnikiem parowym o mocy 10 KM (koni mechanicznych). Po 8 latach przy jej obsłudze pracowało 6 osób, roczny obrót wynosił w granicach 15.000 rubli (kapitał zakładowy wynosił 40.000 rubli). Administrował nią Piotr Ostrowski, za pomocą plenipotenta Franciszka Komorowskiego. W jego majątku znajdował się ponadto młyn o kapitale zakładowym 10.000 rubli, do obsługi którego zatrudniano 4 osoby. Napędzany był również silnikiem parowym o mocy 10 KM. Były to jedne z większych zakładów w okolicy przed wybuchem wojny światowej

W skład majątku wchodziło Jezioro Wytyckie (zwane Wielkim), zajmujące wówczas powierzchnię 450 mórg, które było i jest bardzo zasobne w ryby, stąd też przynosiło panom wysokie dochody. Drugim jeziorem majątku było Jezioro Długie, zwane też „Wąskim”, jednak dziś jest całkowicie zarośnięte, a żaden z mieszkańców nie pamięta, aby jego przodkowie korzystali z dobrodziejstw tego akwenu. Po zakupie majątku przez Wincentego Karpińskiego rozpoczęto przygotowania do prowadzenia gospodarki rybnej. Umieszczając w 1872 roku ogłoszenie o chęci sprzedaży aparatury gorzelnianej i browarnej dodano, że w tym samym majątku wiosną potrzebni będą szlamiarce do kopania rowów.[10] Na początku dwudziestego stulecia Jezioro Wytyckie zostało zarybione węgorzami. Wobec tego, że jezioro jest płytkie, najpowszechniejszym sposobem ich połowu był sposób na „sznura”. Sznury na węgorze to długie na 50 do 100 metrów linki, do których poprzyczepiane były od pół do półtorametrowe sznurki lub żyłki z haczykami. Sznur z jednej strony posiadał pływak, a co parę metrów był obciążony cegłówkami lub kamieniami, lub też leżał na dnie. Sznury używano do połowu węgorzy na Jeziorze Wytyckim jeszcze w latach pięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Innym sposobem połowu węgorzy było połów na „wegornię”. Była to drewniana lub wiklinowa skrzynia, umieszczana przy śluzach. Do pływania po jeziorach miejscowi rybacy używali oprócz łodzi „galery”. Zbudowane były z prostokątnych skrzyń o wymiarach 3 i 1,5 metra, zaopatrzone w tak zwane „kominki” z desek, przez które przekładano drąg. Drąg zwany „śrikiem” wbijano w dno, celem zakotwiczenia galer. Przy wyciąganiu niewodu dwie galery łączono ze sobą i w ten sposób tworzono kwadrat, na którym umieszczano kołowrót, czyli „babę”. Przy nocnych połowach rozpalano na środku galery ognisko, które układano na trzonie, wykonanym z ziemi i darni.

Do dzisiejszego dnia pozostało wiele opowiadań o wzajemnych relacjach i zakładach pomiędzy chłopami a dziedzicami, które zostały spisane w parafialnej kronice. Raz jedne dziedzic położył 4 dukaty w rozpiętości 4 kół od powozu. Furman dziedzica objechał galopem dookoła dworu i nagle zatrzymał powóz na tych dukatach, stając się ich właścicielem. Innym razem bednarz bez cyrkla zrobił dno beczki w kształcie jaja. Jeden z chłopów zaś wygrał parę wołów. Mając dwa woły jednomaściste sochą przeorał pół kilometra prostą linią od początku Starej Wsi aż do jeziora i nie skrzywił ani centymetr.

Dobra Łowiszów Wincenty Karpiński kupił dla brata Franciszka. Powierzchniowo były one największe ze wszystkich zakupionych przez Karpińskiego włości, rozciągały się na 3.497 morgach. Gdy przyszło do spłaty zobowiązań obaj Karpińscy pokłócili się i las zgłoszono do licytacji. Franciszek Karpiński, namówił warszawskich Żydów do udziału w licytacji, obiecując zapłacić później odstępne. Żydzi w osobach Bajora, Zausmanna i Munima Blanka podbili Wincentego Karpińskiego i za 63.000 rubli kupili około 63 włóki lasu. Franciszek Karpiński domagał się od Żydów zwrotu lasu, dając im odstępne, ale Żydzi się nie zgodzili, gdyż wyliczyli, że mogą na lesie zrobić dobry interes. Wzięli się najpierw za uporządkowanie serwitutów, przyznanych chłopom w reformie uwłaszczeniowej, a które ciągle ciążyły na lesie. Chłopi jednak nie pozwolili na wycinkę drzewa, dlatego też Zausmann i jego partnerzy nadali chłopom działki ziemi z lasem. Najpierw w 1910 roku grunty za zrzeknięcie się z prawa serwitutowego otrzymali właściciele 4 osad, 3 lata później kolejnej 1 osady. W latach dwudziestych XX wieku z serwitutów zrzekli się w ten sposób prawie wszyscy właściciele.

Jednym z pierwszych takich osadników był Piotr Serejuk, który w 1911 roku otrzymał 8 mórg ziemi pod lasem w uroczysku Zaprudy.[11] Od strony południowej sąsiadował z gruntami Wojciecha Grzywaczewskiego, od zachodniej z kanałem bagiennym, a od północnej i wschodniej z dworskim lasem. Poza Serejukiem i Grzywaczewskim w uroczysku tym osiedlili się Filip Wołos i Michał Józefczuk, obaj z Wólki Wytyckiej. Warunkiem objęcia działki było wyrzeczenie się z leśnych i pastwiskowych serwitutów. Nie wszyscy chłopi zgodzili się na zrzeczenie z bardzo korzystnych dla nich serwitutów, stąd też do włodawskiego komisarza od spraw włościańskich dość często kierowano skargi. Taką pismo skierował w 1914 roku Michał Klimiuk, uskarżając się, iż żydowscy dzierżawcy uniemożliwiają wydanie drzewa na budulec, a takie prawo przysługuje z serwitutów.[12] Po zaspokojeniu większości chłopów Żydzi wzięli się za eksploatację pozostałej części lasu. Na lesie zrobili niezły interes, gdyż sprzedaż samego drzewa równoważyła im koszty pracy, zysk zaś stanowiły gałęzie, które szły na drzewo opałowe, a przede wszystkim ziemia po wykarczowanym lesie. Następnie spółka Zausmann i partnerzy wybudowała nad jeziorem 2 tartaki parowe i młyn (spłonął w latach dziewięćdziesiątych XX wieku).

 

1.3. Wieś i jej mieszkańcy

Wytyczno, już w XVIII stulecie było jedną z największych wiosek, leżących pomiędzy Włodawą, a Łęczną. Sporządzony w 1786 roku spis powszechny mieszkańców wykazał 59 istniejących wówczas w Wytycznie domów. Pierwszy imienny spis sporządzony został w 1791 roku, jednakże uwzględniał jedynie ludność wyznania greckokatolickiego. Wyznawcy tej religii zamieszkiwali w 45 domach, w następującej kolejności:

1. Stefan Myseczuk z: żoną Ewdocją, szwagrem Bazylim, synem Bazylim;

2. Stefan Kuryluk z: żoną Nastazją, córką Marianną, zięciem Antonim;

3. Józef Szczuryk z: żoną Dolimą synem Ignacym i synową Marianną, dziećmi Demetrym, Marianną i Ewdocją, wnuczką Ewdocją;

4. Andrzej Kuryluk z: żoną Katarzyną, synem Gabrielem i synową Tacianną, wnukami Marianną, Pawłem i Teresą;

5. Myroni Prystupa z: żoną Gryną, synem Ganem i synową Marianną, wnukami Marianną, Tomaszem, Nastazją i Alimą;

6. Stefan Bażajuk z: zięciem Milutą, synową Zinowią, wnukami Maksymem, Kondratem i Bazylim;

7. Jan Lewczuk z: żoną Anną, matką Tacianną, szwagrem Andrzejem, dziećmi Ksenią, Zofią i Stefanem;

8. Stefan Hawryluk z: żoną Heleną, dziećmi Atrafią, Grzegorzem i Magdaleną;

9. Damian Hawryluk z: żoną Katarzyną, bratem Filipem, bratankiem Janem;

10. Jaunty Romaniuk z: córką Anną, zięciem Stanisławem, córka Marianną, wnukiem Janem;

11. Damian Badzajuk z: żoną Katarzyną, matką Marianną, dziećmi Praksedą, Ewdocją i Mikołajem;

12. Jan Tylutiak z: żoną Anną, córką Utafią i zięciem Jędrzejem, wnuczką Magdaleną;

13. Jędrzej Pilipiuk z: żona Anną, dziećmi Ksenią i Leonem;

14. Grzegorz Pikas z: żoną Praksedą, synem Tomaszem i synową Anną, wnukami Stefanem, Zofią, Marianną i Łukaszem;

15. Jan Krywuszak z: żoną Anną, bratem Stefanem, synami Łukaszem i Leonem;

16. Antoni Hawryluk z: żoną Anną, synem Stefanem i synową Ksenią, synem Stefanem i synową Atrafią, wnukami Nastazją, Grzegorzem, Ewdocją, Mikołajem, Janem i Jedrzejem;

17. Teodor Muzyczuk z: żoną Marianną, dziećmi Szymonem, Janem i Ewdocją;

18. Daniel Badzajuk z: synem Antonim i synową Marianną, swatową Nastazją, synem Leonem, wnukami Praksedą i Stanisławem;

19. Wojciech Matyjuszuk z: żoną Zofią, matką Marianną, dziećmi Tacianną, Elimia i Franciszkiem;

20. Grzegorz Jakimiuk z: żoną Teodorą, synem Janem i synową Atrafią, wnukami Ewdocja i Pawłem;

21. Antoni Wasiuczek z: żoną Marianną, matką Nastazją, córkami Meciachią, Marianną i Anną;

22. Bazyli Kurzluk z: żoną Marianną, synami Grzegorzem, Janem i Antonim;

23. Michał Prystupa z; żoną Marianną, synem Filipem i synową Tatianną;

24. Michał Trociuk z: żoną Anną, dziećmi Piotrem, Szymonem, Praksedą, Michałem i Jewdokią;

25. Jan Homyka z: żoną Katarzyną (łacinniczka), synem Demetryuszem;

26. Joachim Wasiuczek z: żoną Nastazją, dziećmi Janem, Jewdokią i Anną;

27. Jan Mychalczuk z; synem Grzegorzem i synową Matrorzą;

28. Pan Wasiuczek z: żoną Katarzyną, córką Marianną i zięciem Wojciechem Myszeczukiem, wnuczką Anną;

29. Gabriel Kucharuk z: żoną Zofią, dziećmi Janem i Ksenią;

30. Andrzej Patruk z: żoną Marianną, synem Janem i synową Barbarą, wnukami Grzegorzem i Józefem;

31. Zachariasz Badzajuk z: żoną Jewdokią, bratem Bazylim i bratową Jadwigą (łacinniczka), synem Tomaszem;

32. Jan Sacharuk z: żoną Marianną, synem Grzegorzem i synową Anną, wnukami Stefanem, Ksenią, Bazylim, Anna i Marianną;

33. Grzegorz Waszuk (łacinnik) z: żoną Anną, siostrą Nastazją, córką Jewdokią;

34. Jan Marcyniuk z: żoną Marianną, ojcem Łukaszem, synem Grzegorzem;

35. Grzegorz Hajdamaszuk z: żoną Katarzyną, siostrą Zenowią, bratem Grzegorzem, dziećmi Mikołajem i Tatianną;

36. Daniel Dudka z: żoną Nastazją, córką Jewdokią;

37. Michał Sertyjuk z: żoną Marianną, synem Eliaszem i synową Praksedą, wnukami Jędrzejem i Heleną;

38. Jędrzej Oleszczuk z: żona Marianną;

39. Michał Sydoruk z: żona Marianną, matką Anną, córkami Pelagia i Anną;

40. Bazyli Pilipczon z: żoną Jewdokią, matką Dokimią, bratem Ignacym, synami Janem, Pawłem i Ignacym;

41. Szymon Kobczuk z: żoną Teodorą, córką Dokimią i zięciem Mikołajem, wnukiem Janem, córką Jewdokią;

42. Grzegorz Kowalczuk z; zona Katarzyną, matką Anną, dziećmi Anną, Stefanem, Tomaszem i Łukaszem;

43. Piotr Pilipczon z: żoną Anną, synem Tomaszem i synową Julianną, wnukami Jacentym, Ksenią, Tatianną i Michałem;

44. Grzegorz Zając z; żoną Atrofią;

45. Wdowa Eufemia Homicha.

Łącznie paroch Józef Iwaszkiewcz spisał w Wytycznie 137 mężczyzn i 117 kobiet, należących do jego parafii.

U wejścia rzeki do jeziora mapa szczegółowa Karola de Pertheesa z końca XVIII stulecia wskazywała na istnienie młyna wodnego, a mapy już z I połowy XIX stulecia wskazywały, że kilka wiorst na wschód od wsi znajdowała się cegielnia. „Dziennik Urzędowy Guberni Lubelskiey” dowodzi natomiast istnienia w 1845 roku karczmy z patentem szynkarskim. Wytyczno rozwijało się, gdyż przez wieś i folwark przebiegał stary trakt handlowy, łączący Kijów z Warszawą, Lublin z Włodawą. Trakt ten wiódł od Dominiczyna, przez Wytyczno, a następnie w stronę folwarku i Michelsdorfu. Traktatem tym pędzono stada owiec z Polesia, koni, bydła rogatego, nawet świń. W połowie XIX stulecia przez wieś z Włodawy do Łęcznej przepędzano rocznie około 30.000 sztuk bydła rosyjskiego. Głównym celem tych podróży był jarmark łęczyński, który trwał nawet miesiąc. Gdy bywalcy jarmarku wracali jadąc przez wieś, sprzedawali świecidełka, tkaniny i inne wyroby rzemieślnicze. W 1829 roku pojawił się w kręgach rządowych pomysł budowy kanału przebiegającego właśnie przez Wytyczno, który miał na celu skrócenie drogi statkom rzecznym płynącym z górnej części Bugu do Warszawy, ożywienie handlu zbożowego, polepszenie warunków transportu drzewnego, a przede wszystkim osuszenie wielkich okolicznych bagien. Planu jednak nie zrealizowano ze względu na wysokie koszty całej inwestycji.

Wytyczno leżące na tak ruchliwym trakcie rozwijało się znakomicie, dlatego obok Polaków i Rusinów osiedlili się tu chętnie Niemcy i Żydzi. Przy tej drodze budowali kowale kuźnie (np. kuźnia Miąszkiewiczów, kuźnia Kacpra Brożka z trzema kowalami, kuźnia Macieja Albolewskiego, kuźnia Jana Klaudy), bo pracy nikomu nie brakowało, a szynkarze żydowscy i polscy (np. Grzegorz Kiełczewski, a następnie Szczepan Hawrysiewicz w pierwszej połowie XIX stulecia) stawiali karczmy do obsługi wszystkich ludzi organizujących transport. Miejscowa karczma była nie tylko miejscem, w której chłopi szukali zapomnienia swej nędzy, ale także stanowiła centrum życia kulturalno-społecznego mieszkańców. To w niej zamieszkiwali przybyli do wsi rzemieślnicy, do czasu wybudowania własnego domu (np. przez wiele lat po przybyciu do Wytyczna w karczmie zamieszkiwał kowal Kacper Brożek z rodziną). W drugiej połowie XIX wieku we wsi w dalszym ciągu znajdował się młyn wodny, obsługiwany przez młynarza Lisowskiego, a nawet gorzelnia, prowadzona przez Antoniego Żebrowskiego. Andrzejowskie księgi hipoteczne jako jednego z wierzycieli właścicieli dóbr wymieniają wytyckiego pachciarza (dzierżawcę) Berka Pomarańczę.  Prawdopodobnie istniała także fabryka mydła własności Zabłockiego, a hipotezę tą uprawdopodobniałaby ziemia naprzeciwko zabudowań Prucnala, zwana zabłotniakiem. Z opowiadania nieżyjącego już mieszkańca Teodora Muzyczuka dowiadujemy się, iż cały swój majątek Zabłocki zakopał w błocie Krowiego Bagna.

Dopiero na przełomie XIX i XX wieku wybudowano obecną drogę na trasie Lublin-Włodawa. Budowali ją głównie Żydzi, co opisał w kronice kościelnej ksiądz Rębisz: Jednego dnia wyszła ciężka chmura, a za nią błyskawice. Żyd bał się piorunów. Wiedział, że do lasu nie można się schronić, bo pioruny najchętniej biją w wysokie drzewa. Szkoda było mu życia, ale przede wszystkim pieniędzy, które mu jako kasjerowi wspólnicy bezpiecznie powierzyli. Wylać każe wodę z wału, a sam wchodzi do środka. Nie długo cieszył się bezpiecznym miejscem. Piorun uderzył w wał, zabił Żyda, a robotnicy długie lata mają to zdarzenie w pamięci.

Na życie wsi znacząco wpływało okoliczne jezioro, dlatego też wokół niego powstało wiele opowiadań i legend. Według kroniki parafialnej parafii rzymskokatolickiej w Wytycznie w miejscu jeziora miało być miasteczko Witulin. Raz jedna dziewczyna szła z bielizną do prania do kryniczki. W drodze potknęła się o kamień, skaleczyła bosą nogę i siarczyście zaklęła mówiąc: bodaj się zapadło to miasto. Wtedy miasto miało się zapaść i zostało zalane wodą. W tejże kronice zanotowano legendę, że w czasie wielkiej posuchy, gdy woda opadła, widziano jak z wody wystawał krzyż. Innym razem na wierzch jeziora wyszedł dzwon. Dźwiękiem swoim zwołał ludność ze wsi, a głos jego wyraźnie mówił: kto zgadnie jak ten dzwon się nazywa? Zgadywali ludziska, bo każdy ciekaw, co będzie dalej, ale nikt nie potrafił odgadnąć nazwy dzwonu. Dzwon miał powiedzieć: dzwon Lewan, dzwon Lewan, na sto lat idzie na dno jeziora i zadzwoniwszy utonął.

Ludzie we wsi byli bardzo religijni, uczęszczali do kościoła unickiego, stawiali również krzyże i kapliczki we wsi. Jan Sacharuk postawił krzyż unicki, a później w tym miejscu Bolesław Myć postawił kapliczkę maryjną. Koło zabudowań Miąszkiewiczów postawiony został przez Władysława Chołomieja krzyż unicki. Zdecydowana większość mieszkańców zajmowała się rolnictwem i była wyznania greckokatolickiego, a później prawosławnego, natomiast wśród chłopów tzw. „łacinników” było niewielu. W latach osiemdziesiątych XIX stulecia ks. Piotr Kapustiański pisał iż stosunki wyznaniowe na obszarze prawosławnej parafii przedstawiały się następująco: prawosławni – około 650 dorosłych dusz, luteranie –250, łacinnicy – 130, a izraelici – 60. Wobec przeważającej w gminie większości mieszkańców narodowości ruskiej uzyskiwali oni niekiedy urzędy, cieszące się dużym autorytetem. W 1914 roku prawosławny chłop z Wytyczna Iwan Serejuk został wybrany w gminie na bardzo zaszczytne stanowisko zastępcy sędziego. Także funkcja sołtysa powierzana była Rusinom, w latach sześćdziesiątych pełnił ją Daniło Muzyczuk.

Łacinnikami w Wytycznie zawsze byli dziedzice, także rzemieślnicy i handlowcy, chociażby Jan Ziółkowski, żyjący w pierwszej połowie XIX wieku, który trudnił się kunsztem bednarskim, czyli wyrobem beczek, Teodor Paskiewicz – magister tkactwa, kowale Maciej Albolewski, Kacper Brożek oraz jego teść Wojciech Zieliński i szwagier Grzegorz Zieliński. W połowie stulecia handlem i rzemiosłem we wsi zajmowali się wspomniani szynkarze (karczmarze) Grzegorz Kiełczewski oraz Szczepan Hawrysiewicz, młynarz Jan Flisowski, stolarz Stefan Hawrysiewicz, kowal Konstanty Przychodzki, rymarz Jan Papużyński i szewc Józef Małachowski. Kolejna fala osadników, w tym rzemieślników, nastąpiła po uwłaszczeniu w 1864 roku. Na przełomie wieków kuźnię prowadził Jan Klauda. Pod koniec wieku w Wytycznie najczęściej występowali rzemieślnicy bednarstwa i kowalstwa.

Bardzo często przy rzymskokatolickich obrządkach religijnych świadkami byli mieszkańcy uniccy, zdarzały się również mieszane małżeństwa (np. unity Jana Petruchy z Anastazją Pastuchówną, unity Filipa Rychtyka z Katarzyną Pełczyńską, czy też unity Bazylego Hawryluka z Anną Matysiukówną), co świadczyło o dobrym współżyciu przedstawicieli 2 narodowości i 2 wyznań w Wytycznie. Dziennikarz „Głosu Podlasia” zauważył, że do powstania styczniowego religia nie stanowiła narodowości. Często katolicy chrzcili się i śluby brali w cerkwiach unickich, jeżeli te bliżej były od kościołów, - nie uznając w tem żadnej różnicy. Duchowieństwo unickie nie tworzyło kasty i wywodziło się ze świeckich tak katolicko, jak i unitów (…).[13] Stosunki między Polakami i Rusinami pogorszyły się dopiero pod koniec XX wieku, a najgorsze były w okresie zawieruch wojennych.

Choć wytycki lud był pobożny, to również i zabobonny. W 1886 roku okoliczne lasy od strony Wołoskowoli i Pieszowoli zaroiły się od wilków. Ofiar wśród ludzi nie zanotowano, ginęły owce, a nawet konie. Korespondent „Gazety Toruńskiej” pisał, iż lud widzi w nich „wilkołaków” i nie stara się bynajmniej o ich tępienie, ponieważ według rozpowszechnionego między ludem naszym przesądu „wilkołakami” mają być ludzie zamienieni mocą czarów w wilki, a dowodem ma być to, że w dzień nie było wypadków szkody, a zawsze w nocy.[14] W „Kurjerze Warszawskim” zapisano, iż z tych zabobonnych powodów lud z własnej inicjatywy nie może zdobyć się na urządzenie obławy.[15]

Do kongresu wiedeńskiego, mającego miejsce w 1815 roku, Wytyczno należało do austriackiego zaboru, później zaś przeszło pod jurysdykcję Guberni Lubelskiej, a następnie Podlaskiej, będących jednostkami administracyjnymi rosyjskiego zaboru. Według stanu z 1827 roku Wytyczno dzieliło się na wieś i folwark. W odległej o 21 wiorst od Włodawy wsi znajdowało 41 domów, w których zamieszkiwało 261 mieszkańców. Osada Czerników z folwarkiem została erygowana w 1804 roku przez Michała Węglińskiego. W 1825 roku w 30 domach mieszkało 185 grekokatolików, a 3 lata później już w 40 domach – 191 unitów, ale do 1832 roku liczba unickich domów zmniejszyła się do 32, a mieszkańców do 180. Przez kolejne kilkanaście lat do 1846 roku łączna liczba gospodarstw wzrosła do 46, jednakże wskutek klęsk nieurodzaju i chorób liczebność wsi w połowie stulecia zmniejszyła się kilkakrotnie. W sporze dworu z cerkwią z 1862 roku, o niepłacenie dziesięciny, mieszkaniec Demko Kowalczuk zeznał przed urzędnikiem Chełmskiego Konsystorza Greckokatolickiego, iż przed kilkunastu laty we wsi Wytycznie było gospodarzy wolnych 35. Skutkiem jednak klęsk nieurodzaju obniżyło się tychże po dzień dzisiejszy znacznie, bo liczy się tylko w tej wsi 9-ciu, z których 8-miu posiadają całe osady, a 9-ty pół. Z utworzonemi pustkami Dwór tak postąpił, iż 4 oddał w dzierżawę Panu Okuńskiemu, 10 Niemcom, a 12 ½ sam obsiewa. Kolejny znaczniejszy nieurodzaj wystąpił w 1893 roku. Wpis w kronice parafialnej tego roku ksiądz Kapustiański rozpoczął od informacji o pomorze bydła we wsi.

Impulsem do dalszego rozwoju była reforma uwłaszczeniowa z 1864 roku. Wtedy z dóbr andrzejowskich, do których należało Wytyczno, wydzielono na rzecz 45 osad włościańskich:

1. Andriej Sidorczuk i Stepan Trześniak – 25 mórg;

2. Iwan Zacharuk (I) – 26 mórg;

3. Danił Muzyczuk – 28 mórg;

4. Semen Pilipczuk i Wojciech Pilipczuk – 31 mórg;

5. Martin Sidorczuk i Iwan Szczur – 26 mórg;

6. Demko Kowalczuk, Michaił Zieliński, Stepan Mantej – 26 mórg;

7. Igantij Somojluk i Maksim Semenczuk – 23 morgi;

8. Klim Bodzajuk i Konstantyn Karoljuk – 23 morgi;

9. Anton Bodzajuk i Iwan Zacharuk (II) – 22 morgi;

10. Danił Klimiuk, Nikita Pikus i Jan Papużyński – 27 mórg;

11. Iwan Zacharuk (III) i Iwan Zacharuk (IV) – 31 mórg;

12. Konrad Petruk i Demian Petruk – 23 morgi;

13. Stepan Poliszuk i Marks August – 21 morgi;

14. Iwan Horn, Jan Kliner i Karol Eszner – 32 morgi;

15. Jan Muzyczuk, Jan Jeske (I) i Jan Jeske (II) – 27 mórg;

16. Iwan Horn, Jan Muzyczuk, Wołko Szawuła – 29 mórg;

17. Oleksa Pilipczuk i Iwan Misiejczuk – 29 mórg;

18. Andrej Krzywuszak – 30 mórg;

19. Daniło Pikus – 26 mórg;

20. Paweł Gawerczuk i Michaił Palieszuk – 24

21. Andriej Bodzajuk – 32 morgi;

22. Martin Zieliński i Michaił Klian – 26 mórg;

23. Friderich Wicke – 29 mórg;

24. Paweł Serejuk, Krzysztof Fege, Wołko Szawuła – 26 mórg;

25. Krzysztof Riewe – 30 mórg;

26. Jan Redel i Iwan Horn – 29 mórg;

27. Demko Kowalczuk i Michał Zieliński – 3 morgi;

28. Iwan Horn i Jan Redel – 6 mórg;

29. Jan Jeske – 6 mórg;

30. Andriej Misiejczuk – 26 mórg;

31. Josil Fridman – 10 mórg;

32. Igantiuj Jakimczuk – 160 prętów;

33. Maciej Kloc – 184 prętów;

34. Daniło Pikus – 297 prętów;

35. Krzysztof Fege – 22 mórg;

36. Michaił Klian – 6 mórg;

37. Stepan Mantej – 20 mórg;

38. August Marks– 8 mórg;

39. Karol Eszner - 8 mórg;

40. Jan Jeske – 4 morgi;

41. Michał Zieliński – 4 morgi;

42. Szkoła;

43. Chaim Michel Sztejnber – 2 morgi;

44. Moszko Rejs i Ajzyk Rejs – 4 morgi;

45. Benjamin Rejs i Elio Rejs – 4 morgi.

Nabywcy osad kilkudziesięciohektarowych byli zobowiązani do wpłaty do 20 rubli. Oprócz nadań gruntów wytyccy włościanie otrzymali prawo serwitutowe, zezwalające na korzystanie z dworskich lasów oraz na wypas rogacizny na łąkach i pastwiskach. Prawem serwitutowym objęte zostało jedynie pastwisko Kowalany Grunt i lasy Zawiercze oraz Brzezina.

Po przejęciu przez włościan ziemi na własność powszechne stały się spory o miedzę, a sprawy takie kierowane były do Komisarza do Spraw Włościańskich Powiatu Włodawskiego. Taką skargę w 1915 roku skierował Franciszek Muzyczuk na wspominanego Iwana Serejuka i jego brata Józefa. Muzyczuk, który grunty we wsi nabył rok wcześniej od kolonisty niemieckiego Augusta Riewe skarżył się, iż Iwan i Józef Serejuki rozorali to pole i postawili granicę tak, że granica zajęła większość mojego pola. Nie mogę uzgodnić spraw z wymienionymi Serejukami, stąd zwracam się z prośbą o przysłanie mierniczego, by prawidłowo postawił granicę pól.[16]

Stosunkowo duża wieś, jaką w XIX wieku było Wytyczno, długo nie miała swojej szkoły. Jeszcze w I połowie XIX wieku prawie wszyscy chłopi, czy też uboga szlachta byli analfabetami, co dokumentują zapisy w księgach parafialnych. Starania mieszkańców o jej utworzenie pojawiły się po upadku powstania styczniowego, niestety władze carskie nie znalazły środków na stworzenie szkoły rządowej. Choć tabela likwidacyjna z 1864 roku wyszczególniła osadę szkolną, ale nie określono powierzchni. Uczyniono to dopiero w 1876 roku, przydzielając 5 morgów gruntów, ale szkoła państwowa w dalszym ciągu nie powstała. W tej sytuacji z inicjatywy samych mieszkańców założono w 1865 roku szkołę prywatną, a kilka lat później zbudowano dla niej drewniany budynek (w miejscu zabudowań Klaudów). W okresie prześladowania unitów wprowadzono język rosyjski jako obowiązkowy. W 1885 roku siedlecki rząd gubernialny postanowił utworzyć w Wytycznie państwową szkołę elementarną, nakładając na ludność obowiązek posyłania do niej swoich dzieci. Wybudowany wtenczas budynek szkolny przetrwał do dnia dzisiejszego. W 1908 roku kierował nią Kozakowicz. Przed wybuchem wojny światowej w szkole mieściły się 3 oddziały. Na początku XX wieku za zrzeczenie się z prawa do serwitutów leśnych i pastwiskowych właściciele dóbr Wytyczno, Helenin i Łowiszów przyznali osadzie szkolnej 11 ha gruntów, w tym 8 ha pastwisk.

Pod koniec XIX wieku prawosławny duchowny Aleksander Iwacewicz wybudował we wsi dla swej córki (nauczycielki) religijną szkołę dla dziewcząt. Nauczała w niej Elena Naumowicz, a następnie Anastazja Pawluczuk, po niej Anna Uzłowska. Szkoła żeńska została spalona jednak przez wycofujących się w 1915 roku Rosjan. Przy cerkwi funkcjonowała ponadto szkoła dla ministrantów, w której uczono czytania ewangelii i pisania. Uczyli w niej miejscowi proboszczowie. Już w 1867 roku funkcjonowała w Wytycznie ewangelicka szkoła przykantoralna. Uczyło się w niej wówczas 29 uczniów, a pensja nauczyciela wynosiła 29 rubli.

Do gruntów dzisiejszej wsi Wytyczno należy uroczysko Łowiszów, które już przed wojną światową było osobnym sołectwem. Nazwa uroczyska pochodzi najprawdopodobniej od łowów, gdyż teren ten do dzisiaj pokrywają lasy. Osiedlali się w nim początkowo głównie chłopi czynszowi, zbiegli z dóbr szlacheckich z powodu nadmiernego obciążenia pieniężnego. Po koniec wieku przybywali pracownicy folwarczni. W Łowiszowie żyli nędznie, mieszkając w czworakach po kilka rodzin w jednej izbie, z niewystarczającą ilość opału, bez opieki zdrowotnej. Pracowali w zakładach przemysłowych Karpińskich, później będących własności żydowskiej.

W połowie XIX stulecia w Wytycznie zaczęli osiedlać się koloniści niemieccy (rodziny Christofa i Johana Riewów, Augusta i Karla Esznerów, Christof i Gustaw Knopfów, Augusta i Fridricha Marksów, Johana Horna, Johana Erichsona, Christofa Fege, Johana Jeske, Michaela Kliana, Christofa Manteja, Martina i Gotliba Redelów, Gotliba Scheinke, Andreasa Schultza, Karla Speika, Georga Wicke, Neumanów, Fajgów i Libertów). Wydzierżawili od dworu w 1853 roku 10 osad, tzw. „pustki”, czyli opuszczone przez dotychczasowych użytkowników gospodarstwa, przede wszystkim w wyniku klęski nieurodzaju, jaka miała miejsce w Wytycznie kilka lat wcześniej. Powodem ich przyjazdu była panująca na obszarze Prus i innych księstw niemieckich bieda, przeludnienie na wsiach, jak i wieloletnie obciążenie chłopów służbą wojskową. Jednak najbardziej pragnęli wolności, co dawało im osadnictwo na terenach polskich zaboru rosyjskiego. Po reformie uwłaszczeniowej z 1864 roku przybywali kolejni – August Benke, Gotlib Fechner, Johan Kliner, Johan Krause, Henrich Milbrat, Josef Radke.

Koloniści niemieccy wybudowali w Wytycznie kaplicę kantoralną i cmentarz, niestety kaplica spalona została w 1915 roku. Życiem religijnym w kantoracie kierował kantor, wybierany wśród inteligentnej części mieszkańców. Odprawiał on w niedziele i święta nabożeństwa, chrzcił, dawał śluby oraz grzebał zmarłych. Spełniał także funkcje nauczyciela dzieci kolonistów i przygotowywał je do konfirmacji, którą udzielać mógł tylko pastor. Funkcję kantorów do wybuchu wojny światowej pełnili:

· Julius Daffe – 1890;

· Stefan Fanbrich – 1891;

· Julius Weitz – 1892;

· Julius Schulz – 1894;

· Henrich Kruger – 1896-1898;

· Rudolf Schilberg – 1900-1901;

· Albert Wuzke – 1902-1904;

· Rudolf Lindner – 1906;

· Herman Hette – 1906-1907;

· Sigismund Priebie – 1909-1912;

· Zinn – od 1912.

Jak donosi „Gazeta Toruńska” w 1885 roku Wincenty Karpiński sprowadził do swojego majątku w Wytycznie 5 austriackich rodzin robotniczych. Byli oni wygnańcami przeprowadzonego w Cesarstwie Niemieckim masowego wysiedlenia obywateli austriackich. Być może pośród tych 5 rodzin byli czescy Klaudowie, czy z holenderskimi korzeniami rodzina Bytofów.

W stosunku do innych narodowości, czyli Polaków i Ukraińców, osadnicy niemieccy i austriaccy przeważali zdecydowanie wyższą kulturą rolną i produktywnością. Przykładowo rodzina Neumanów posiadała 22-morgowe gospodarstwo, w skład którego wchodził las i sad owocowy, a także prawo do serwitutów dworskich. Koloniści nie ograniczali się tylko do uprawy zbóż, ale również dużą wagę przywiązywali do ogrodnictwa, sadownictwa, a także do hodowli zwierząt. Część uzyskanych płodów rolnych wykorzystywali na własne potrzeby, pozostałe sprzedawali, co pozwalało im na unowocześnianie własnych gospodarstw. Siłą rzeczy koloniści stopniowo wchodzili w różnorodne kontakty: gospodarcze, handlowe i niekiedy też rodzinne z otoczeniem. Jednak nadal używali języka ojczystego, a polski znali raczej słabo i niechętnie się nim posługiwali. Jako jedna z grup ludności chłopskiej podlegali feudalnemu wyzyskowi na takich samych zasadach, co inne narodowości. Na tym tle dochodziło do licznych konfliktów z dworem. Jako czynszownikom dwór próbował narzucić pańszczyznę, co spotykało się z biernym oporem. Właśnie w Wytycznie dochodziło nawet do bicia kijami kolonistów przez właściciela i jego służbę. Jeden przypadek z Wytyczna opisał niemiecki historyk z okresu dwudziestolecia międzywojennego Kurt Luck: Pewien sługa uderzył Niemca, a ten w obronie własnej zabił go. Gdy Niemiec miał być ukarany przez pana, to wtedy przybyli Niemcy i nie pozwolili, aby ich przyjaciel został skazany na chłostę.[17]

Znaczny odsetek stanowili Żydzi. W Wytycznie zamieszkały jeszcze przed uwłaszczeniem rodziny Szteiberów, Rajsów, Frydmanów, z czasem przybywały kolejne. Kilka rodzin pracowało w majątkach dworskich. Opisując swoja parafię ksiądz Kapustiański wspominał, iż ludność żydowska miała w Wytycznie swoją bożnicę.

W wyniku napływu kolonistów, jak też osiedlania się okolicznych mieszkańców, wieś Wytyczno stała się jedną z największych w okolicy. Pomimo, iż siedziba gminy znajdowała się w Woli Wereszczyńskiej, to w Wytycznie utworzono posterunek straży ziemskiej, która na ziemiach polskich funkcjonowała od 1866 roku. W Powiecie Włodawskim takich posterunków, pełniących funkcje policyjne, było jeszcze tylko osiem. Tak więc posterunek w Wytycznie swoim zasięgiem obejmował obszar gmin Wola Wereszczyńska i Hańsk.

Według danych z 1873 roku we wsi znajdowało się 44 domów mieszkalnych, natomiast już w 1885 roku znajdowało się 47 domostw z 432 mieszkańcami. Księgi ludności stałej wsi Wytyczno z 1901 roku wymieniają członków rodzin z nazwiskami: Badtanek, Berger, Benke, Bażajuk, Wicke, Waga, Wojtaluk, Wundzber, Hawryluk, Gimoszej, Garoszuk, Hordejczuk, Garaszuk, Garbiczuk, Chołomiej, Chołoszej, Gicel, Gorzauska, Dochojda, Zacharczuk, Zieliński, Nechig, Kucharczuk, Krikutak, Kiec, Kljuk, Kniper, Klimiuk, Kowalczuk, Knopf, Kalinka, Kriwugiak, Kalisowski, Kalinowski, Lewczuk, Libert, Lemosi, Muzyczuk, Michalczuk, Mindeo, Mantej, Marks, Mincha, Neuman, Niszke, Piwko, Pilipczuk, Pikus, Pietruczuk, Pilipczon, Pakuła, Rajs, Rycak, Riewe, Rede, Radko, Radok, Rabczewski, Sidorczuk, Semenczuk, Serejuk, Sudarczuk, Sokaljuk, Sokoł, Trojanowski, Taron, Fejge, Fribtan, Fehcher, Fege, Frydman, Chwedczuk, Cukierman, Cap, Czekierda, Szawuła, Stanberg, Szczur, Jeske, Jeszper, Jeginer, Józefczuk i Jarmoszuk.

Według stanu z 1915 roku we wsi znajdowało się łącznie 61 osad. Przed wojną światową zamieszkiwało 180 prawosławnych i 120 rzymsko-katolików. Już w pierwszym roku po wydaniu ukazu tolerancyjnego z 1905 roku z prawosławia na rzymsko-katolicyzm wiarę zmieniło 30 osób. Byli to dawni unici, zmuszeni po 1875 roku do przyjęcia prawosławia. Liczbę mieszkańców wsi zwiększali liczni pracownicy folwarczni, zamieszkujący w osadzie Czerników, spośród których aż 20 było wyznawcami prawosławia. W 1915 roku nastąpiło znaczne zmniejszenie się liczby ludności, co było efektem pobytu wojsk rosyjskich, którzy uciekając przed Niemcami zabierali w głąb Rosji także mieszkańców, przede wszystkim prawosławnych. Część z nich już nigdy do swoich rodzinnych wsi nie wróciła. Jeszcze przed wybuchem wojny światowej wielu młodych wyjechało na Zachód (głównie do Ameryki Północnej) w poszukiwaniu lepszych warunków życia. W ostatnim dniu grudnia 1913 roku na liście imigrantów w Nowym Jorku zapisano chociażby 2 mieszkańców Wytyczna – Franciszka Pajączkowskiego i Piotra Rapatiuka.

 

1.4. Bitwy i potyczki

Mieszkańcy wsi Wytyczno byli często świadkami wojen, walk i powstań narodowych. Uczestniczący w wojnie polsko-rosyjskiej z 1792 roku chorąży Mikułowski wspominał, że w Wytycznie przebywało około 700 Kozaków, którzy rozpytywali się o leśną drogę na Łęczną. Natomiast pagórek, znajdujący się za rzeką, a przed starym unickim cmentarzem, jest zbiorową mogiłą 1.500 żołnierzy napoleońskich. Istnienie tej mogiły świadczy o dużej bitwie wojsk napoleońskich z carskimi w okolicy wsi Wytyczno, zwłaszcza, jak zapisano w „Gazecie Korrespondenta Warszawskiego y Zagranicznego”, w 1812 roku obywatele Powiatu Włodawskiego musieli szukać schronienia w innych częściach kraiu przed licznym nieprzyiacielem, który ich domy i niwy na krótki czas zaiął i naszedł.[18] Prawdopodobnie rok później wracające z wyprawy na Moskwę wojska napoleońskie zostały zaatakowane przez oddziały pościgowe wojsk rosyjskich. W listopadzie 1812 roku w pobliskim Urszulinie dowództwo wojsk napoleońskich utworzyło jeden z posterunków, w którym stacjonował oddział piechoty, tak więc mogiła mogłaby być pozostałością obecności tych wojsk. Inne źródła podają, iż w mogile tej mogą być pochowani uczestnicy konfederacji barskiej z 1764 roku.

W Wytycznie miały również miejsce potyczki powstańców styczniowych z kozakami. Już w dniu 6 marca 1863 roku pięćdziesięcioosobowy odział kozaków pod dowództwem mjr Jałoszyna ścigał powstańców z oddziału Marcina Borelowskiego „Lelewela”. Do starcia doszło pod Adamkami. Do pierwszej utarczki w Wytycznie doszło w dniu 7 lipca, kiedy to wojska carskie majora Ostachewicza ścigały powstańców będących pod dowództwem Karola Krysińskiego. Krysiński nie podjął jednak bitwy i pod osłoną jazdy udał się w kierunku Urszulina, gdzie z Moskalami walczyły już oddziały Jankowskiego i Zielińskiego.

Przebieg największej powstańczej potyczki w Wytycznie barwnie opisuje w swoich wspomnieniach dowodzący oddziałem Jan Nałęcz Rostworowski, mający swój majątek w pobliskiej Zawodówce. Otóż na wieść, że w Wytycznie stacjonują kozacy, dowódca obozu powstańczego na Lipniaku Karol Krysiński wysłał w dniu 11 listopada 1863 roku kilka swoich hufców jazdy konnej. Jego podkomendny Jan Rostworowski ze swoim oddziałem konnym miał uderzyć od strony Włodawy. Idąc cicho w ciemnościach ujrzał przed świtem pikietę kozacką. Wyprawił dwóch swoich, aby ją zaskoczyli, bo wydawało mu się, że drzemią. I tak się udało, że kozak bez strzału został sprzątnięty. Wpadli wówczas do wsi, gdzie zrobił się straszny rwetes, kozacy wprędce dosiadali koni i uciekali ku dworowi.[19] Powstańców było około 15, kozaków zaś z 50. Rostworowski był świadomy, że jak kozacy zorientują się co do liczby wroga, to losy potyczki odwrócą się zwłaszcza, że innych oddziałów powstańczych nie było widać. Wtenczas jeden z kozaków zawołał: postojtie mołodcy, lachów nie mnogo! Uciekający i goniący zamienili się zatem rolami. Szczęśliwie na trasie ucieczki powstańców znajdowała się karczma, do której powstańcy się udali: Z okien i przez szpary w ścianach zaczęliśmy strzelać. Trwało to kilka minut, kozacy jednak przynieśli słomy, aby nas upiec żywcem, gdy nareszcie jeden od strony dworu, drugi zaś od strony cerkwi, ukazały się dwa nasze oddziały i kozacy pomknęli ku Włodawie.[20]

Wytyczno w okresie powstania styczniowego miało strategiczne znaczenie, między innymi ze względu na położenie przy trasie Lublin-Włodawa. Dlatego też już w lipcu 1863 roku we wsi został utworzony punkt obserwacyjno-wywiadowczy o numerze 58. Potyczka z udziałem Jana Roztworowskiego była efektem działalności wywiadowczej tego punktu. Każdy obywatel, który utrzymywał stację pocztową, zobowiązany był wiedzieć o wszystkich ruchach wojsk rosyjskich na podległym mu trenie, pomiędzy jego stacją a sąsiednimi. W wypadku pojawienia się takowych wojsk miał niezwłocznie meldować o tym najbliższemu urzędnikowi cywilnej administracji powiatowej. O ile obóz powstańczy znajdował się w pobliżu, wszystkie dokładne wiadomości osobiście przekazywano dowódcy obozującego oddziału. W innym wypadku należało jak najszybciej zawiadomić sąsiednie stacje pocztowe o sile, uzbrojeniu i rodzaju wojsk przechodzących przez terytorium powierzone obserwacji z zaznaczeniem kierunku, w jakim te wojska się przemieszczają. Sąsiednie stacje, po otrzymaniu takiej wiadomości, zobowiązane były niezwłocznie przekazać ją do dalszych stacji pocztowych. Celem uniknięcia pomyłek wiadomości przekazywane były na piśmie z zaznaczoną datą oraz godziną przyjęcia i wysłania oraz numerem stacji pocztowej.

Po koniec XIX wieku (na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych) w okolicach Wytyczna odbywały się wielkie manewry carskie, którym dowodził generał – gubernator warszawski Hurko. Ich celem było zamanifestowanie siły rosyjskiego wojska. Dla mieszkańców manewry stanowiły niewątpliwie niezwykłe widowisko, ale też dużą uciążliwość – ze względu na obowiązek podwód. Na osoby od nich uchylających się nakładano kary, choć okazało się, że bezprawnie. Jeden z mieszkańców anonimowo (K.) wystąpił do „Gazety Sądowej Warszawskiej” o interpretację, ci zaś odpisali, że choć istnieje obowiązek dostarczania podwód obywatelskich dla wojska, to jednak w rzędzie kar (…) nie przewidziano kary za odmówienie dostarczenia podwody.[21] Po wojsku w Wytycznie i okolicy pozostały okopy i wiele niezużytego materiału. Na zakręcie w wiosce (gdzie obecnie stoją zabudowania po Klaudach) wspominany kowal Konstanty Przychodzki miał kuźnię, w której praktykował kilkunastoletni Jan Klauda. Kowal wysłał więc Jasia, by zagrabił słomę po wojsku, ale zobaczył to proboszcz unicki Piotr Kopytyński Podszedł więc, usiadł na nagrabionej przez Jasia słomie, wziął go między kolana, popatrzył w oczy i rzekł: Powiedz Jasiu dzieciom swoim, to co ci powiem. Są takie rzeczy – rzekł pop – że dziś bierzemy ruskie pieniądze i modlimy się po rusku, a jak będziemy brać polskie pieniądze, to będziemy modlić się po polsku – opisywał w kronice ksiądz Rebisz.

Wytyczna nie ominęły także wydarzenia rewolucji z 1905 roku. W tym bowiem roku odbywały się grupowe pochody fornali formowane przez samorodnych przywódców i organizatorów strajków. Liczna grupa robotników rolnych z Ostrówka (koło Puchaczowa), zasilona robotnikami z Garbatówki, Świerszczowa, Wereszczyna, czy Andrzejowa, wtargnęła wiosną do majątku wytyckiego. Przywódcami takich pochodów byli Aleksander Jaworski, Jan Wróblewski, Antoni Czaiła i Walenty Horeczny. Z reguły strajkujący w zamian za odstąpienie od rozruchów żądali od właścicieli folwarków po 30 kopiejek na każdego. Przy przerywaniu pracy rygorystycznie przestrzegano, by wszyscy robotnicy porzucili swe zajęcie, a w stosunku do opornych lub łamistrajków stosowano przemoc fizyczną. Wyrazem manifestacji swoich poglądów komunistycznych było wywieszenie przez młodych fornali czerwonej flagi na wieży cerkiewnej. Miejscowi chłopi okazywali manifestantom sympatię i poparcie, jednocześnie wyrażali czynne niezadowolenie z istniejącego porządku publicznego, masowo wyrąbując lasy państwowe i pańskie, niszcząc zasiewy i okazując wrogą postawę wobec dziedziców. Żywiołowy zryw rewolucyjny jednak upadł, być może na wskutek przybycia Kozaków, wezwanych do tłumienia strajków.

Również działania pierwszej wojny światowej obserwowali mieszkańcy Wytyczna, lecz te dotknęły ich najbardziej dotkliwie. Już w 1914 roku wielu mężczyzn wcielono do carskiej armii (np. Jan Staszewski) i rekwirowano konie z zaprzęgami. Gdy nadciągała austriacko-niemiecka armia von Linsingena, wówczas wojska rosyjskie okopały się od Siedliszcza, poprzez Uhrusk i Hańsk, aż do Wytyczna i Wolę Wereszczyńską. Rosjanom bardzo zależało na utrzymaniu nowego traktu Lublin-Włodawa i właśnie w Wytycznie postanowili się okopać. Ze względu na warunki naturalne było to miejsce dobre do obrony, a zarazem do ostrzału. Od strony zachodniej znajdowało się bowiem duże jezioro, zaś od strony wschodniej wielkie Krowie Bagno. Tak więc jedynym przejściem w stronę wschodnią był trakt Lublin-Włodawa. W tym celu już wcześniej wybudowano z kamienia polnego i cementu blindarze. Były to piwnice betonowe, w których żołnierze mieli schronienie od pocisków. Blindarze otoczone były głębokimi okopami. Dwa stanęły od strony jeziora, na polu Sokołowskiego i Romaniuka, cztery zaś na polu Pleszczyńskiego i Kuca ze Starej Wsi. Dwa z nich, choć mocno zniszczone, dotrwały do czasów współczesnych. Na linii pomiędzy tymi blindarzami wykopano głęboki rów, w który wrzucono drut kolczasty i zalano wodą. Do prac nad okopami zaganiano miejscową i okoliczną ludność, zarówno mężczyzn, jak i kobiety. Na kopanie odcinka od Wytyczna do Krychowa musiała jeździć moja ciotka – wspomina Regina Woźnica z Zastawia. Wzmocnienia te oglądał sam car Rosji Mikołaj II dokonując przeglądu sprawności swoich wojsk. Uznał je za solidnie wykonane. Na cerkiewnej wieży Rosjanie zdjęli blachę, robiąc tam swój punkt obserwacyjny oraz miejsce kierowania ogniem artyleryjskim.

Starcia wojsk rozpoczęły się w dniu 1 sierpnia 1915 roku, jednak już po 8 dniach majątki Karpińskich w Andrzejowie i w Czernikowie (Wytycznie) zostały zajęte przez Niemców. Jeszcze w dniu 10 sierpnia ze wzgórz na Kochanowskim skutecznie ostrzeliwano pozycje niemieckie. Gdy jednak Niemcy przypuścili atak, wówczas Rosjanie uciekli za jezioro. W folwarku i w kolonii Kochanowskie doszło do najbardziej zaciętych walk. Uciekający w popłochu Rosjanie zostawili kasę pułkową, którą zakopano gdzieś na kolonii. Jeden z żołnierzy rosyjskich po latach wspominał dla księdza Rębisza, że było tam bardzo dużo złotych monet, bo musiało ją zakopywać kilka osób.

Od pocisku artyleryjskiego z kierunku Łysochy mieszkańcy Wytyczna stracili to, co kochali najbardziej. Świątynia Boża, budowana przez unitów i czekająca na wolną Polskę, spłonęła. Ksiądz Jan Rębisz w kronice parafialnej tą stratę opisał następująco: Na wzgórzu wytyckim płonęła jak świeca, bo była prawosławna, carska, świeciła tyranowi, który za nią miał wkrótce przepaść za krew polskich unitów, za zsyłkę polskich kapłanów, za hańbę polskich niewiast, za płacz polskich dzieci. Z budynków parafialnych pozostała tylko plebania i krzyż.

Znaczną część mieszkańców Rosjanie wywieźli z początkiem czerwca do swojego kraju. W jednym z prasowych felietonów „Gazety Kieleckiej” została zobrazowana taka akcja: Od wsi do wsi pędzili Kozacy i podpalali wsie i osady, dając ludności zaledwie tyle czasu, ile trzeba było na ujście żywcem z płomieni. Raz po raz ludność wybiegać musiała ze wsi na drogę i ciągnąć za innymi niewiadomo dokąd. Zamożniejsi końmi z garstką naprędce uratowanego z płomieni dobytku. Ubożsi pieszo, dźwigając dzieci, podtrzymując starców.[22] Ci, którzy pozostali (zwłaszcza Polacy), ukryli się w okolicznych lasach, by uniknąć przymusowej ewakuacji. Gdy wyszli z kryjówek ujrzeli tylko zgliszcza swojej wsi. Spłonęło wszystko, nienaruszony pozostał jedynie budynek szkoły oraz jedno gospodarstwo pośrodku wsi, z 4 budynkami gospodarczymi i domem mieszkalnym. Rosjanie bezlitośnie stosowali strategię „spalonej ziemi”, aby nadciągający wróg nie zastał nic i niczym nie mógł się posilić. O reakcji jednej z ocalałych pisał ks. Jan Rebisz. Młoda panna Katarzyna Misiejczuk, widząc co pozostało z jej wsi usiadła i zapłakała. A gdy stanęła na zgliszczach cerkwi posypała uzbierane zioła gorącym jeszcze popiołem. Podwaliny jeszcze dymiły, ale cerkwi nie było. Nie zastając nic poszła do Holi, gdzie wyszła za mąż i osiadła.

Przebywający na miejscu bitwy korespondent „Gazety Kieleckiej” najdobitniej opisał sytuację w tak zniszczonych przez Rosjan wioskach: Nastała straszna nędza, bo zapasy zabrali uchodźcy i wojska. Nędzarze zaczęli żywić się resztkami pozostawionymi, korzeniami i grzybami. Z głodu, chłodu i brudu wywiązały się choroby, które szerząc się epidemicznie, kładły ludzi pokotem. Wielu poległych nie było jeszcze pogrzebanych, a również zdechłe krowy, konie nieuprzątnięte, zatruwały powietrze zgnilizną. Tylko koty i psy wałęsające się napełniały powietrze przeraźliwym wyciem i miauczeniem. Straszliwe owady i muchy roznosiły cholerę, tyfus i krwawą dyzenterię z izby do izby. W jakiś czas później zaczęli napływać ludzie obcy, którzy zajmowali nie całkiem spalone budynki wiejskie. W pogoni za chlebem poczęli kopać i szukać. Ludzie znajdowali w lasach karabiny i naboje, a po nocach słychać było strzały. Zapanowała zupełna anarchia. Czyż w takich warunkach można było myśleć o zasiewach i gospodarstwie? Pola i ogrody porujnowane, poorane wozami i armatami przechodzących wojsk i pokryte działowymi pociskami leżały odłogiem. Również sytuacja społeczna i polityczna ludności była tutaj trudniejsza, zarządzenia niemieckich władz etapowych były surowsze i z większym okrucieństwem egzekwowane.[23]

 

2. Cerkiew i jej wierni do 1918 roku

2.1. Cerkiew greckokatolicka

Centrum życia wsi stanowiła cerkiew greckokatolicka. Już w 1531 roku w księgach odnotowano istnienie Cerkwi p.w. Podwyższenia Krzyża Świętego. Następna wzmiankowana świątynia, to filialna Cerkiew p.w. Świętego Krzyża, ufundowana przez Antoniego Ludwika Bonieckiego, a była budowana w latach 1766 – 1769 roku. Budowę rozpoczęto w 1766 roku w dniu św. Tekli. W akcie erekcyjnym z dnia 24 września 1769 roku znajdującym się w zbiorach Chełmskiego Konsystorz Greckokatolickiego czytamy: Antoni Ludwik z Bończy Boniecki Podsędek Ziemi Chełmskiey Dóbr Wsi Andrzejowa y Witwiczna w Ziemi Chełmskiey a Województwie Ruskim leżących Dziedzic, maiąc niezliczonych dobrodziejstw od Wszechmocnego Boga wszech rzeczy dla mnie łaskliwie udzielonych, na zawdzięczenie tych darów, pragnąc usilnie Pomnożenia Chwały Boskiey i zbawienia dusz poddaństwa we wsi moiey dziedziczney Witwiczno nazwaney, ile od wsi Andrzejowa y Cerkwi tamże będącey odległey, Cerkiew Filialną funduię (…).

Na uposażenie cerkwi Boniecki nadał wszerz zagonów dwadzieścia, cztery wzdłuż, zawierające w sobie Lasek Trzysiążniowych dwanaście (…), tudzież ogrody warzywne przy Plebanij y tenże sam Plac, na którym Plebania, ze wszelkim gospodarskim zabudowaniem. W dalszej części aktu czytamy, iż fundator na rzecz cerkwi i przez siebie wskazanego wikarego Pawła Limeńskiego Grunta, które wydzielone będą, zasiać obowiązuię się, to jest jeden Politek ziarnem ozimym, drugi jarym (…). Mliwo wolne w młynach Witwickim jako y Andrzejowie bez brania miarki y czerki, tudzież wolny wyrąb w Lasach na opał y potrzebną budowę dla wyżey wyrażonego Wikarego y Następców jego otrzymuje się. Hipoteka andrzejowska wymienia te grunty: Pole Zboisk, Pole Czerkiesz, Łąka za Młynem, czyli za Przymiarkami, Łąka zadma Ogrody nazwane, Pole nad drogą Wołoska Wola, Pole Zarośle tera Pasieka zwane. Oprócz nadań gruntowych i prawa korzystania z przywilejów dworskich Antoni Boniecki zapisał na cerkiew kwotę 2.000 złotych polskich, od którego corocznie duchowny pobierać miał procenty. Pomimo, że cerkiew była obrządku greckokatolickiego, to fundator zobowiązał, aby Wikary Witwicki z Swojemi Następcami w Cerkwi Witwickiey w każdą Niedzielę y każde Święto, tak Rzymskie jako y Ruskie, odprawował katechizmy y nauki Duchowne dla ludzi mawiał y inne powinności Kapłańskie pilnie sprawował.

Dzięki staraniom Dominika Bonieckiego cerkiew miała od dnia 4 października 1794 roku charakter parafialny. Nastąpiło wówczas ponowne wydanie aktu erekcyjnego, w którym czytamy: Z mocą Erekcyi pod dniem 24 września 1769 roku zdziałaney przez Antoniego Ludwika z Bończy Bonieckiego podsędka Ziemi Chełmskiey. Późniey Dominik z Bończy Boniecki dziedzic dóbr Wytyczno celem uznania Cerkwi w Wytycznie parafialną i od Andrzeiowskiey oddzielną, nową czyli dodatkową Erekcyią pod dniem 4 listopada 1794 roku uczynioną i oblatowaną w Ziemi Chełmskiey. Przy okazji ponownej erekcji cerkwi przyznano nowe grunty.

Ufundowanie świątyni unickiej było odpowiedzią na zapotrzebowanie duchowe ówczesnych mieszkańców Wytyczna. Wnioskować więc można, iż byli oni w przeważającej większości Rusinami. Unicka parafia w Wytycznie był w pierwszej połowie XIX stulecia jedną z mniejszych. Początkowo obejmowała jedynie wiernych z Wytyczna, następnie Wólki Wytyckiej i Dominiczyna, a dopiero po zamknięciu cerkwi w Andrzejowie wiernych z Wincencina, Andrzejowa i Urszulina oraz z założonego za Wytycznem Lubowierza. Liczbę wiernych w poszczególnych latach, aż do czasu kasacji cerkwi unickiej przedstawia poniższa tabela:

Rok

Liczba wiernych

Rok

Liczba wiernych

Rok

Liczba wiernych

Rok

Liczba wiernych

1791

250

1828

242

1841

328

1855

492

1808

237

1832

210

1846

391

1856

485

1815

205

1835

245

1849

581

1857

471

1816

230

1836

213

1850

573

1858

489

1819

239

1837

210

1851

573

1859

493

1820

233

1838

210

1852

575

1862

535

1821

309

1839

210

1853

550

1863

515

1825

252

1840

212

1854

550

1864

540

 Największy wzrost liczby wiernych nastąpił w latach czterdziestych, najpierw w ramach samej wytyckiej parafii w dawnych granicach, a następnie w wyniku połączenia z andrzejowską parafią. Znaczące spadki w ilości wiernych, występujące chociażby w 1832, 1836 i 1855 roku to efekt głodu, czy też powszechnie występujących epidemii i chorób cholery, ospy, szkarlatyny, suchot, odry, czy kokluszu. Księgi zgonów wymieniają w 1851 roku 7 osób zmarłych na odrę i 6 na szkarlatynę, w 1854 roku 8 osób na ospę, zaś w 1862 i 1864 roku łącznie 12 zmarło na szkarlatynę. Epidemia wystąpiła bez wątpienia w 1855 roku, gdyż na cholerę zmarło aż 40 osób, większość pochowanych w tym roku na greckokatolickim cmentarzu. Duży wzrost liczby wiernych na początku lat czterdziestych to efekt zesłania z Guberni Grodzieńskiej unitów, którzy nie chcieli pogodzić się z likwidacją ich kościoła. Na obszarze Rosji i Litwy likwidacja Unii nastąpiła już w 1836 roku. Pomimo, że parafia wytycka nie należała do dużych, to odbywały się w niej jedne z bardziej powszechnych na okolicę odpusty greckokatolickie.

Od czasu założenia parafii, aż do jej kasacji funkcję parochów wytyckiej parafii unickiej pełnili w kolejności:

· wikary Paweł Limeński – od 1768 r.;

· Teodor Birontowicz – do 1789 r.;

· Józef Iwaszkiewicz – 1789-1791;

· Mateusz Borysewicz – 1791-1793;

· Andrzej Skalski – 1793-1794;

· Teodor Birontowicz – 1794-1802;

· Józef Andrzej Aresztowicz – 1802-1807;

· Grzegorz Dębkowski – 1807-1810;

· Łukasz Masiukiewicz – 1810-1815;

· Jan Bobrykowicz – 1816;

· Jan Gierasimowicz- 1817;

· Jan Sierkowski – 1817;

· Józef Dybowski – 1818-1820;

· Grzegorz Dębkowski – 1820-1826;

· Tomasz Kalinowski – 1826-1827;

· Jan Dębkowski – 1827-1833;

· Tomasz Kalinowski – 1833-1835;

· Paweł Górski– 1835-1839;

· Jan Bielawski (późniejszy dziekan lubelski) – 1839-1841;

· Longin Ulanicki – 1841-1844;

· Hilary Panasiński – 1844-1845;

· Paweł Górski – 1845;

· Symeon Zienkiewicz – 1845;

· Michał Zatkalik – 1846-1853;

· Andrzej Żypowski – 1853-1855;

· Ludwik Zatkalik – 1855-1865;

· Paweł Łącki – 1865-1866;

· Ludwik Zatkalik – 1866-1867;

· Antoni Zagorowicz – 1867-1868;

· Grzegorz Steguła – 1868-1869;

· Michał Somik – 1869-1871;

· Grzegorz Łazarkiewicz – 1871-1875;

  • Antoni Telichowski – 1875-1876.

Po śmierci parocha Józefa Andrzeja Aresztowicza w 1807 roku jego następcy pełnili funkcje jedynie administratorów parafii. W odróżnieniu od parocha administrator nie mógł chociażby samodzielnie dysponować funduszem kościelnym. Funkcja administratora parafii w Wytycznie była najczęściej łączona z taką funkcją parafii ościennych. Grzegorz i Józef Dębkowscy, Jan Bielawski, Paweł Górski, Longin Ulanicki, Hilary Panasiński oraz Symeon Zienkiewicz zarządzali również parafią wereszczyńską i andrzejowską, Antoni Telichowski, Michał Zatkalik i Andrzej Żypowski wołoskowolską, zaś Paweł Łącki świerszczowską, wereszczyńską i holańską. Grzegorz Dębkowski pełnił ponadto funkcję administratora w wereszczyńskiej parafii rzymskokatolickiej. Łączenie funkcji administratora dla kilku placówek było sposobem na ratowanie funduszy parafii, gdyż znacznie ograniczono środki na utrzymanie duchownych, a posiadane grunty, ze względu na słabą jakość gleb i prymitywne formy ich uprawy, nie przynosiły spodziewanych dochodów. W 1822 roku połączono nawet trzy parafie (wereszczyńską, wytycką i andrzejowską) w jedną z siedzibą w Andrzejowie, jednak po kilku latach je rozdzielono. Dopiero w 1849 roku na stałe włączono Andrzejewską cerkiew, grunty i fundusze do parafii wytyckiej. Do Wytyczna duchowni najczęściej dojeżdżali jedynie na nabożeństwa. Nie mieli daleko, gdyż zamieszkiwali głównie w Holi (np. ks. Ludwik Zatkalik), Wereszczynie, Świerszczowie (np. ks. Jan Bielawski) czy w Wołoskiej Woli.

Parafia miała charakter prywatny, świątynia była więc własnością dziedziców z Czernikowa, zwanych kolokatorami. Z tego tytułu na nich spoczywał obowiązek utrzymania parafii, a przede wszystkim ponoszenia nakładów na utrzymanie zabudowań. Paroch każdego roku był zobowiązany do ponoszenia opłat zwanych charitatuvi, którymi obciążone były wszystkie grunty dworskie i kościelne. W 1791 roku Mateusz Borysewicz z tego tytułu musiał odprowadzić do państwowego skarbu 5 polskich złotych.  

W 1816 roku jako kolokatorów zapisywano w Wojciecha i Bonawenturę Węglińskich, w 1841 roku hrabiego Andrzeja Załuskiego, a w 1855 roku Felicję Załuską. Pełniąc nad cerkwią patronat, byli odpowiedzialni za jej stan oraz remonty budynków gospodarczych. W 1856 roku hrabina Felicja Załuska przeznaczyła na remont cerkwi i plebani aż 774 rubli. Wymieniono wtedy bale i podwaliny. Nie zawsze utrzymywały się dobre relacje, bo choćby w 1819 roku paroch Grzegorz Dębkowski uskarżał się władzom konsystorialnym, że posesor teraźnieyszy wsi Wytyczno parkan murowany około Cerkwi będący samowładnie rozebrać, do folwarku przywieźć i na swój użytek użyć ważył się.

Zapisy kolokatorów uzupełniały inne źródła dochodu, jakimi były dziesięcina, datki wiernych i darowizny, dochody iura stolae (opłaty za usługi kościelne, jak śluby, chrzciny, pogrzeby i wydawanie aktów metrykalnych), dotacje chełmskiego konsystorza oraz przychody z gruntów cerkiewnych. Dochodami najbardziej zasilającymi fundusz była dziesięcina, której wymiar w Wytycznie w 1815 roku kształtował się następująco: Osad gospodarskich trzydzieści, a dawniey czterdzieści od których od każdego snopów 15. Łącznie zbierano ze wsi 7 kop i 30 snopów żyta. Kolejny opis dziesięcin pojawia się w sprawozdaniu z 1842 roku: dotychczas mieszkańcy wsi Wytyczno tak obrządku łacińskiego jako i greckiego oddają dziesięcinę snopową Administratorowi, z tą tylko różnicą, że Rusini dają po snopów 15, a obrządku Łacińskiego po snopów 7 żyta. W ogóle zatem z całey pobiera Administrator dziesięcinę kóp 6 żyta. Prócz tego wiele znajduje się pustek, z którey dawniey proboszczowie pobierali dziesięcinę, lecz teraz zasiewane przez Dwór i żadney Administratorowi nie czynią korzyści. Podobną w treści skargę o niepłacenie dziesięcin przez dzierżawcę dóbr Justyńskiego z tzw. „pustek” wystosował ks. Ludwik Zatkalik w 1859 roku. Dwa lata później informował, iż samych pustek było 30, w tym 16 obsiewanych przez dwór, 4 wydzierżawionych dla Michała Okuńskiego, a w 10 wpuszczono w czynsze Niemców. Spowodowało to, iż z całej wsi proboszcz zbierał już tylko 2 kopy i 8 snopów żyta dziesięciny, a zaległość dworu wobec cerkwi wynosiła ponad 67 kop dziesięciny.

Duże korzyści przynosiły także dochody z gruntów, które również szczegółowo zostały opisane w 1815 roku: Pole nazwane Zboiska zaczyna się od drogi idącey do Włoskowolskiey, a kończy się na miedzy Stepana Hordyjuka i o miedzę drogi do Szychuty i rzeki płynącey do Młynka na końcu wsi. Pole na uroczysku Cierczaczyn z iedney strony droga z Wytyczna do Wołoskiey Woli, z drugiey przypiera do Błota Wierzchowiska zwanego, trzeciey do miedzy Jędruka Oleszczuka. Pole Pasieka zwane zarosłe krzewiną nieużytkowane. Łąka za przymiarką, czyli za Młynem, dawną erekcyą oznaczoną i przed Młynem od Jeziora drogi do Plebani z łąką dworską styka się po rów drugi, który idzie z pola pańskiego do Jeziora. Łąka w Lesie Ładnym zwana, która przypiera u Widły, gdyby nie zarosła byłaby na kosarzów 12, a teraz na 8. Łąka na Zboiskiem za polem na kosarzów trzy. Łąka w Kordonie na kosarzów dwa. Ogród przeciwko Cerkwi przy drodze łączy się z łąką cerkiewną. Ogródki około Plebani i sadek szczupły. Łącznie grunty cerkiewne zajmowały wówczas powierzchnię 15 morgów pól i 14 morgów łąk.

Po włączeniu do parafii andrzejowskiej cerkwi w 1848 roku ilość gruntów zwiększyła się aż do 195 morgów (w tym 1 morga ogrodów – jeden we wsi, a drugi przy cerkwi, 62 morgi roli, 39 morgów łąk i 20 morgów pastwisk). Ponadto 3 morgami obdarowano diaka. Były to grunty nie tylko w większej ilości, ale nadto w miejscach bliższych, bo obok domu mieszkalnego i zabudowań plebańskich. W skład gruntów cerkiewnych wchodziły Miarka od cmentarza zagonów 18, grunty orne zwane Zboiskiem, Małachem, Siedzibą Oksyna (za cerkwią) i Wioską oraz łąki Pastewnik (położona przy jeziorze) i Zadnia (położona na błotach niedaleko folwarku Helenin). Pola orne zasiewano głównie żytem (15 korców w 1860 roku), pszenicą (1 korzec), grochem (1 korzec), jęczmieniem (2 korcy), owies (10 korców), gryką (5 korców) oraz sadzono kartofle (10 korców). Oprócz zasiewów paroch utrzymywał inwentarz, na który w 1860 roku składały się 3 konie, 2 pary wołów, 10 krów i 5 świń. Do tak dużego gospodarstwa zatrudniał do pomocy parobków 2-óch, dziewek 3-ch, chłopców 2-óch i pastucha 1-go, którzy utrzymywani są na stole proboszcza. Gospodarstwo obrabiane bywa zwykle w części najemnie, a w części utrzymywaną czeladzią. Dzięki szczegółowo spisanemu protokołowi poznajemy stawki dzienne za prace najemników: od kosy i sierpa po 35 kop., od cepa i grabi po 20 kop.

W lasach dworskich paroch miał prawo wolnego wrębu na tak na opał iako i na budowle, a w latach czterdziestych zezwolono na łapanie ryb na swoią tylko potrzebę, (…) po rowach i bagnach w terytoryum tuteyszych Dóbr, na bezpłatne korzystanie z młyna bez miarki i opłaty oraz z dworskich pastwisk. W rzeczywistości jednak dziedzice utrudniali kolejnym administratorom parafii w korzystaniu z tych praw, ks. Ludwik Zatkalik nawet się uskarżał na dzierżawcę dóbr Justyńskiego, że zabronił mu połowu ryb i korzystania z młyna, a pastwisko i wyrąb w lasach, choć przy ciągłych nieprzyjemnościach są jednak w używalności, lecz często wzbranianymi zostają.

W 1820 roku fundusz cerkiewny wynosił 250 polskich złotych, poza tym parafia otrzymała każdego roku kwotę 200 złotych, jako procent od wspomnianej kwoty 2.000 złotych, zapisanej na parafię przez fundatora Antoniego Ludwika Bonieckiego. W ciągu 4 kolejnych lat wartość funduszu wzrosła do kwoty 278 złotych. Była zdecydowanie niewystarczającą na generalne remonty, które chociażby w 1821 roku kosztowały parafię 1.600 złotych. Od lat czterdziestych fundusz parafialny liczony by w rublach, w 1850 roku wynosił 31 rubli srebrnych, a po dziesięciu latach wzrósł do 75 rubli. Parafia oprócz wydatków na utrzymanie budynków i zakupu wyposażenia płaciła podatki, chociażby podymne, które w 1815 roku zmniejszyły stan funduszu o 7 złotych. Nad prawidłowością rozliczania się ze środków funduszu czuwał dozór lub bractwo cerkiewne, składające się z miejscowych parafian. W 1815 roku w składzie bractwa znajdowali się Bazylii Pilipczon, Stefan i Tymosz Pikusy oraz Semen Matyjuk, natomiast w latach trzydziestych i czterdziestych do dozoru należeli Stefan Serejuk, Jan Chwedczak, Demen Matrejuk, Teodor Pikus oraz Jan, Paweł i Wasyl Pilipczony. Po połączeniu parafii andrzejowskiej i wytyckiej w skład dozoru cerkiewnego chodził Andrzej Misiejczuk.

Troszkę więcej o cerkwi i wytyckich parafianach dowiadujemy się z protokołów powizytacyjnych Chełmskiego Konsystorza Grekokatolickiego. Po jednej wizycie kanonicznej z 1800 roku umieszczono wskazówkę dla parocha, by dokonał oparkowania mogiłek. Po upływie 4 lat wizytator pisał, iż Cerkiew ta zdaie się wprawdzie ieszcze w czasie tym reperacyi nie podpadać, ale cmentarz wokoło obmurowany powinien. Chwalił wiernych za pobożność, jednak zwrócił uwagę na postępowanie miejscowych dziedziców, którzy uniemożliwiali włościanom uczestnictwa w nabożeństwach. Wspominał, iż na w roku przeszłym uroczystość Bożego Ciała z sochami i siekierami wypędzeni zostali, a w roku teraźniejszym na uroczystość Nowego Roku do młócenia i innych powinności przynagleni zostali.

Wizytacja miała również miejsce w 1808 roku. W protokole czytamy: Cerkiew dotąd wszakże nie podlega widoczney reperacyi, oprócz cmentarza, który będąc murem niedoskonałym opasany i ten w niektórych częściach poobolał się, widząc za tym i z dokumentów teyże Cerkwi służących, znaiąc jak że szczupły Fundusz Parocha i Parochian z małey liczby składaiących się, że Ci wszyscy względem tegoż Cmentarza nie są w stanie czynić reparacyi, wszyto jako w poprzednich wizytach wszakże na ten czas żyiącemu Jozefowi Aresztowiczowi, byłemu Parochowi Wytyczańskiemu zalecili, aby wraz z ludem zwrócili do Gorliwego Dóbr tych Dziedzica o reparacyę tegoż cmentarza zaniósł prośbę (a przez słabość, a potem śmierć Tegoż Parocha niedopełnione zostali), tak również na teraźnieyszego Administratora Grzegorza Dembkowskiego ścisły składam obowiązek, aby podobnym sposobem z Parochianami Teyże Cerkwi do Opiekuna tychże Dóbr udałszy się, też reparacyą w ciągu swey Administracji uskutecznił. Dom Plebanialny i inne zabudowania do Ekonomij należące te lubo staraniem Wspomnianego Parocha pobudowane, jednak w dachach po części potrzebuią reparacyi, którey miały zapobiec i niedopuścić większey teraźniejszego Administratora obowiązkiem będzie. Co się tyczy gruntów, łąk, ogrodów, dziesięcin, to podług Praw ninieyszym służących, jako za życia Parocha, tak i teraźnieyszego Administratora w spokoiney posesyi zostają, niezgody i kłótni żadnych tak między administratorem iako i ludem do tey Cerkwi należącym niesłychać, ani uważać nie można, zgoda zupełna panuie i miłość.

Szczegółowe opisy znajdujemy w spisanych w kolejnych latach protokołach. W 1815 roku dokładnie opisano o wystroju wnętrza. W ołtarzu głównym znajdowała się Pasyja Pana Jezusa snycerską robotą rżnięta. Ołtarzyków bocznych dwa, w iednym obraz Św. Onufrego, w drugim Matki Boskiey Bolesney. Ponadto w świątyni znajdowały się jeszcze cztery obrazy, chorągwiów dwie dobrych, a dwie nadpsutych oraz przedmioty liturgiczne, głównie drewniane, ale również srebrny kielich i dwie puszki oraz trybularz mosiężny. Ławek na obuch stronach dwie, a trzecie w zakrystii, konfesyonał ieden. Drzwi na zawiasach pięcioro, a iedne kłódką się zamykaią.

Wygląd zewnętrzny cerkwi i cmentarza poznajemy z opisu dokonanego w 1828 roku. Cerkiew z drzewa tartego na wschód słońca wybudowana, gontami kryta z kopułą drewnianą i krzyżem żelaznym. We środku Cerkwi podłoga i sufit z tarcic. Okien większych iest cztery, ale w nich szkła bardzo mało, mnieyszych dwie nad chórem i dwie okrągłych w Zakrystii. Niegdyś była na około obita tarcicami, a teraz znacznie nie wiadomo od kogo z tychże odarta została. (…) Na zachód słońca w bliskości Cerkwi na czterech słomą kryta słupach iest zbudowana, z krzyżem na wierzchu drewnianym. Natomiast cmentarz ma obwodu sążni 40, nieogrodzony naokoło Cerkwi, obok tego są mogiłki na których chowaią się ciała zmarłych, parkanem drewnianym opasane, z bramą na biegunach. Po środku mogiłek iest krzyż drewniany.

W 1809 roku Chełmski Konsystorz Greckokatolicki wydał zalecenie rozebrania świątyni i przekazania materiałów oraz przedmiotów liturgicznych na rzecz sąsiedniej. Nadto iak życzy sobie administracyia i rada familina te dwa fundusze z Wytyczna i Jędrzejowa na ieden w Jędrzejowie złączyć z melioracją i iedną cerkiew i iednego parocha w tych dobrach utrzymywać. Wydanie takiego zalecenia było pokłosiem złego stanu zarówno cerkwi wytyckiej, jak i andrzejowskiej, oraz kłopotów finansowych w ich utrzymaniu. Jeszcze w latach dwudziestych w każdym rocznym raporcie wizytatorzy pisali o bardzo złym stanie świątyni. W 1824 roku zapisano, że potrzebuie podwalin, pokrycia dachu i oszalowania. Dzwonnica murowana ulega upadkowi. Natomiast w protokole z 1832 roku zapisano, iż ta Cerkiew tak iest w nędznym stanie, iż reparacya na mało się przydać może. O znajdujących się w wewnątrz ołtarzach zapisano, iż wszystkie były kiedyś malowane, lecz teraz nie wiadomo iakiemi kolorami. Plebania zwaliła się na początku lat dwudziestych, a po zabudowania gospodarskie pozostały jedynie ślady tylko, że kiedyś były.. Paroch Grzegorz Dębkowski nawet zaczął budować małą plebanię, ale śmierć nie pozwoliła na jej ukończenie.

W 1828 roku dziedziczka dóbr andrzejowskich Felicjanna Załuska wystąpiła o rozebranie 2 cerkwi i wybudowanie od podstaw nowej, wraz z budynkami gospodarczymi, ale w Urszulinie, który w owym czasie był miejscowością najlepiej urządzoną. Sprzeciw wyraził jednak Chełmski Konsystorz Greckokatolicki, uzasadniając swoją decyzję tym, że grunta funduszowe Cerkwi Andrzejowskiey i Wytyczańskiey, będąc w drobnych częściach porozrzucane bez rozmiaru jeometrycznego, w iedną połączyć na sam rzut oka bez krzywdy funduszu nie podobna. O pozostawieniu cerkwi w Wytycznie, z racji jej wielkości, zadecydował w 1837 roku Rząd Gubernialny Podlaski, nakazując rozebranie świątyni w Andrzejowie i włączenie gruntów oraz funduszu do wytyckiej parafii. Koncepcja budowy nowej świątyni pojawiała się w kręgach rządowych jeszcze do połowy lat czterdziestych, ale nigdy nie podjęto się realizacji planów. Cerkiew w Andrzejowie funkcjonowała jeszcze do 1845 roku, choć faktycznie w 1840 roku została włączona do wytyckiej parafii, formalnie zaś w 1848 roku. W tym też czasie hrabina Załuska pisemnie zobowiązała się wystawić własnym kosztem Cerkiew, plebanię i wszelkie zabudowania gospodarskie.

Nową plebanię, stodołę, wozownię, stajnię i Dom dla diaka wybudowano w 1845 roku, a cerkiew wyremontowano, jednak nad warunkami życia w Wytycznie uskarżał się kolejny administrator parafii ks. Symeon Zienkiewicz. Jego trudne losy opisał w 1845 roku w liście do władz konsystorza administrator parafii kańskiej: Wprowadził się tamże w późne iesień, gdzie nie z zasiewów nie zbierał, ani też łąki żadney nie skosił. Familia wsparcia dać nie mogła dla odległey drogi, musiał więc ze swoią stratą utrzymywać się do iakiego czasu w Wytycznie. Dla obsługiwania szczególnie chorych w Parafii, a zresztą odprawiania Mszów Św. w Andrzejowie i Wereszczynie w dni niedzielne zmuszony był utrzymywać zarazem konie, te więc w czasie tak drogim ostatni zapas szczupły, mianej na zagospodarowanie początkowe, odieły mu zupełnie. Zawsze pocieszał się nadzieią, że w późnieyszym czasie z funduszów tamteyszych Parafiów choć w części korzystać będzie, lecz po wyprowadzeniu się z Wytyczna część ta funduszów ulega utracie. Faktycznie okazało się jednak, że ksiądz Zienkiewicz rzadko kiedy przebywał w Wytycznie, a msze nie odprawiał. Po półrocznym pobycie w Wytycznie został przeniesiony do Świerszczowa, jednakże zagarnął zboże z wytyckich gruntów, stąd też między nim, a przybyłym do Wytyczna ks. Michałem Zatkalikiem rozpoczął się spór o zwrot zboża i kwoty z dziesięciny. Władze chełmskiego konsystorza zezwoliły Zatkalikowi na odbiór przechowywanego w budynkach gospodarczych w Świerszczowie zboża i siana, ale jednocześnie zobowiązały go do zapłaty czwartej części dziesięciny za 1845 rok.

W sprawozdaniu chełmskiego konsystorza z 1849 roku wskazano na pilną potrzebę reparacyi w podmurowaniu i ścianach, tudzież nowey podłogi, sufitu i pokrycia dachu. Jednakże w roku kolejnym pojawiły się pierwsze informacje o nowo-wybudowanej plebani: Plebanija drewniana ma pokoi 3, spiżarnię i kuchnię, długości łokci 24, szerokości 9. Poza plebanią znajdowały się wspomniana stodoła, stajnia, wozownia, a także obora, szopa, owczarnia i dom diaka o jednej stancji i sieni. Będący od 1854 roku diak Szymon Mironowicz był odpowiedzialny za śpiewy cerkiewne, ponadto pomagał kapłanowi przy innych czynnościach liturgicznych. Dwa lata przed przybyciem diaka parafię na własną prośbę opuścił Michał Zatkalik, by objąć wakującą parafię w Parczewie.

Kolejny poważny remont świątyni miał miejsce w 1856 roku, gdy wymieniono podwaliny i bale. Trzy lata później naczelnik Powiatu Radzyńskiego ogłosił przetarg na generalny remont cerkwi, otaczającego cmentarz parkanu i plebani. Łączny koszt prac, wykonanych w roku następnym, wynosił 484 rubli. Nie zmienił się natomiast stan plebani i budynków gospodarczych. Ich szczegóły konstrukcyjne poznajemy z raportu z 1860 roku. Plebania miała długości prawie 26 łokci, 13 i ½ łokci szerokości oraz 4 i ½ łokci wysokości. Budynek był wystawiony z drzewa w węgieł, frontem na zachód, sień go w środku przecina, wykładana cegłą. Składał się z kuchni mającą podłogę z cegły, okien dwa, z spiżarni z podłogą z cegły oraz z 3 stancji, u których podłoga i sufit z tarcic. Okien w tych 5 się znajduje. Dach plebani kryty był słomą. Poza nią znajdował się dom dla sług kościelnych, z sienią i stancją, w której podłoga i piec jest z gliny, komin zaś chruściany. Budynki gospodarcze składały się z krytej tarcicami stodoły oraz z krytych słomą stajni z 2 chlewami i oborą. Obora, stajnia i dom dla sług kościelnych wymagały natychmiastowego remontu, groziły bowiem zawaleniem. Gospodarstwo ogrodzone było płotem z żerdzi, w słupy dębowe wkładane, a po środku każdego przęsła w korki dębowe gwoźdźmi przybite. Ogrody grodzone był zaś z chrustu łozowego, w kołki dębowe wplecione.

W 1867 roku w świątyni przeprowadzono drugi generalny remont. Dach pokryto gontem, wykonano nową podłogę, a pod całą konstrukcją podłożono ceglane fundamenty. Mało brakowało, a remont mógłby się zakończyć zawaleniem, tak jak to miało miejsce kilkanaście lat wcześniej w Woli Wereszczyńskiej. Ksiądz Jan Rębisz, na podstawie relacji najstarszych mieszkańców, zapisał w kronice parafialnej, iż widząc podnoszenie konstrukcji cerkwi na sochach dziedzic do jednego z cieśli powiedział: cieślo, żebyś nie narobił grochu, to stare próchno. Obawiał się, gdyż cerkiew chwiała się jak parasol. Pojechał następnie do karczmy (na zagięciu drogi, gdzie były zabudowania Struszewskiego), a tu nagle wyszła chmura i zawiał silny wiatr. Burza stała się tak silna, że wyrzucało wodę z jeziora na pola. Wiatry omijały jedynie cerkiew, przy której cieśla spokojnie ustawiał kolejny bal, a potem na nich powoli upuścił całą konstrukcję cerkwi. Dziedzic nie mógł się nadziwić temu wydarzeniu i w nagrodę dał cieślom wiadro okowity ze swojej gorzelni. Cieśla wówczas powiedział do dziedzica: ja na trzy dni burze zatrzymam.

Jednym z ostatnich unickich kapłanów w Wytycznie był przybyły z Galicji ks. Grzegorz Łazarkiewicz, który dopiero na starość przyjął prawosławie. Już po przybyciu na Podlasie Łazarkiewicz stał się zwolennikiem polityki władz carskich, zmierzającej do kasacji unii. Najbardziej prorosyjski był natomiast jego poprzednik, również przybyły z Galicji, Michał Somik, gorliwie opowiadający się za przyłączeniem kościoła unickiego do cerkwi prawosławnej. W 1871 roku ksiądz Somik odszedł z Wytyczna i objął probostwo w sąsiedniej Sosnowicy, w której został do dnia jej kasacji. Jako wyraz poparcia dla prawosławia publicznie twierdził, że on, jego żona i dzieci nie nazywają się już Somik, ale Somikow.[24]

 

2.2. Prześladowania unitów

Od 1875 roku cerkiew unicka stała się cerkwią prawosławną. Zmiana charakteru cerkwi była pokłosiem wydanego w tym roku ukazu carskiego, nakazującego wszystkim unitom przejście na prawosławie. Prześladowania unitów trwały jednak już od lat sześćdziesiątych. Zaraz po upadku powstania styczniowego w 1864 roku zniesiono prawo patronatu szlachty nad Kościołem unickim, wprowadzając w to miejsce powszechny wybór starostów cerkiewnych, oczywiście tylko zaakceptowanych przez władze. W ten sposób wyłączono polską szlachtę i ziemian od jakiegokolwiek wpływu na bieg życia parafii.

Wiernych wspierali duchowni, jednak wśród nich znajdowali się też zwolennicy polityki promoskiewskiej. Zwłaszcza sprowadzani duchowni z Galicji, którzy przyjmowali lojalną postawę wobec Cara i hierarchów prawosławnych. Od 1868 roku tacy duchowni byli w Wytycznie, najpierw Grzegorz Steguła, a następnie Michał Somik i Grzegorz Łazarkiewicz. Badacz losów unitów w diecezji chełmskiej ks. Józef Bojarski o księdzu Stegule napisał, iż chodząc po wsi, każdego spotkanego chłopa zapytywał, czy ma pieniądze, aby, jak zechce być świętym, dał do Rzymu, a będzie nim.[25] Oczywiście pieniądze zostawały w kieszeni duchownego. Całkowicie promoskiewskie upatrywania wykazywał Paweł Łącki, który prowadził wiernych do zmiany wyznawania z greckokatolicyzmu na prawosławie. Zasłynął w okolicy, że będąc jeszcze unickim proboszczem w Chotyczach, propagował w szkolnictwie wiejskim nauczanie w języku rosyjskim, którego używał także podczas głoszonych kazań. Jego i kilku innych księży unickich o takiej postawie spotkały represje ze strony wiernych, gdyż, jak pisał ówczesny historyk Aleksander Wernicki, ulegli prześladowaniom i obelgom ze strony swych towarzyszy, lud zaś w oburzeniu napiętnował mianem zdrajców chcących zaprzedać wiarę.[26] Przenosząc się pierwszy raz do Wytyczna w 1865 roku Łącki usłyszał od nominata: Naprzód się nie wyrywaj, w tyle nie pozostawaj, trzymaj się środka.[27] W Wytycznie Łącki przebywał wówczas tylko przez okres 1 roku.

Wobec oporu wiernych stosowano prześladowania, których największe nasilenie miało miejsce na Podlasiu. Szykany objęły najpierw kapłanów trwających przy unii, a później samych wiernych, i trwały do 1905 roku, czyli do wydania przez cara ukazu tolerancyjnego. Za wiarę musieli ludzie stać na mrozie, byli topieni pod lodem, rozstrzeliwani i wywożeni do chersońskiego obwodu w Rosji. Gdy rozgłosu w Europie nabrała rzeź pratulińska car zaprzestał rozstrzeliwania, jednak dalej stosowano kary cielesne, po których nie jeden umierał. Wielu wytyckich unitów osadzono w więzieniach. Włościanie przed wojskiem carskim opuszczali wsi i chowali się w lasach, zupełnie jak za czasu najazdów tatarskich.

Kasacja Cerkwi unickiej w Wytycznie odbyła się w 1875 roku w ten sposób, iż na wieś przyjechał naczelnik powiatu, zrobił zebranie wiejskie i najpierw prosił, później nakazywał, aż wreszcie groził: Nie róbcie tak jak w Wołoskiej Woli i Jabłoniu! – zapisał w kronice kościelnej ksiądz Rębisz. Tam bowiem narzuconego ludności popa parafianie wyrzucili, za co spotkała ich kara w postaci najazdu kozaków, którzy bili starszych i dzieci. Wreszcie naczelnik rzekł: Ludzie, władzy trzeba słuchać. Na to Szawuła odpowiedział: Jak tak to trzeba się podpisywać. Jako, że nie umiał pisać, to postawił krzyżyk, za co dostał od naczelnika rubla. Za przykładem Szawuły inni szli kolejką i składali podpisy. Sołtys Pilipczuk dostał za zadanie, by każdej niedzieli obliczać liczbę osób chodzących na sumę i dokładną relację miał składać wójtowi. Wójtem był wówczas Niemiec o nazwisku Mantej. Pilipczuk nie potrafił pisać, miał za to laskę i nożem narzynał na prawym boku laski kreski, które miały oznaczać ilość mężczyzn, zaś na lewym boku kreski oznaczające liczbę kobiet.

Represje nie zniechęciły wiernych od obrony swojej wiary, gdyż podobnie jak w Sławatyczach, Lubieniu, Kodniu i wspomnianej Wołoskiej Woli, parafianie również w Wytycznie usunęli prorosyjskiego proboszcza Grzegorza Łazarkiewicza. Jednakże w miejsce wypędzonego księdza do wsi przybyło wojsko. Karą za usunięcie księdza i jego nieuszanowanie było nałożenie na ludność obowiązku wyżywienia wojskowych, którzy zakwaterowali we wsi. W wielkopolskim tygodniku „Warta” opisano zachowanie wojska w parafiach Powiatu Włodawskiego: Wojsko nie kontentując się wydzielanymi im porcyjami, robiło rozmaite nadużycia i zbytki, samo zabierało woły, drób i wszystkie leguminy, dopuszczając się wprost rabunku. Przy tej egzekucji zmuszano parafian, aby uczęszczali do cerkwi i przynosili dzieci do Chrztu św., sprzeciwiających się bito lub odsełano do więzienia w Białej. (…) I zaraz potem naczelnicy powiatowi, objeżdżając parafie, wymagali od parafijan i księży podpisów na przygotowanej już deklaracyji w tych wyrażeniach, jako oni sami „dobrowolnie ze swemi familiami przyjmują prawosławie (tj. schizmę) i dla uniknięcia wpływu latynizmu odrzekają się władzy rzymskich papieży. Partyje wojska, wyprzedzając ich, obchodziły parafije, roznosząc pomiędzy narodem zniszczenie, kary i postrach, przyczep przechodząc przez wieś, wyśpiewywali takiego rodzaju piosenki, jak np. „sjemo chleb, sjemo kaszu, zaberem wiru waszu”.[28]

Opór wiernych wobec tych działań ustąpił. Przyczynił się poniekąd do tego przybyły po raz drugi do parafii rusofil Paweł Łącki, który na prawosławie nakłonił również 20 rodzin rzymskokatolickich. Za takie sukcesy w „nawracaniu” na prawosławie był kilkakrotnie nagradzany przez prawosławne władze diecezjalne. Postawę wyraźnie promoskiewską prezentował również jego następca Piotr Kopytyński. Nawet na prośbę łacińskiego administratora kościelnego w Chełmie nie chciał przesłać wykazu wiernych unickich. Hierarchowie katoliccy zbierali takie wykazy celem pełnienia dla tej grupy religijnej posług kapłańskich. Zupełnie odmienną postawę prezentowało większość podlaskich kapłanów unickich, w tym ks. Ludwik Zatkalik z sąsiedniej Holi, pełniący wcześniej przez jedenaście lat posługi kapłańskie w Wytycznie. Za stawianie władzom carskim oporu został osądzony i umieszczony w więzieniu w Radecznicy. Prześladowany i więziony za trwanie przy unii był również proboszcz parafii w Sokołowie Andrzej Żypowski, który w Wytycznie przebywał w połowie lat pięćdziesiątych, a nawet proboszcz z Poborowa Symeon Zienkiewicz, który celem uniknięcia represji wyjechał do galicyjskiego Lwowa.

Społeczność wytycka nie chciała chodzić do cerkwi, ale żadnych rozruchów z tego powodu nie robiła. W Wytycznie stosowano formę biernego oporu, tych najbardziej opornych zsyłano jednakże na Sybir. Nie niesiono dzieci do chrztu, tak więc niektórzy nawet do trzydziestu lat nie byli chrzczeni. Po wprowadzeniu obrządku prawosławnego ludzie prawie nic nie rozumieli. Ze świątyni zabrano organy, które były symbolem przywiązania do rzymskiego obowiązku. Nie można było z niego wcześniej wychodzić, gdyż przy drzwiach porządku i dyscypliny pilnowali strażnicy. Wszelkie nieuszanowanie obowiązującej religii karali biciem. Najbardziej wierni unici, aby wziąć ślub, jechali aż do Krakowa, czy do Rozwadowa, gdzie Austriacy zezwalali na istnienie cerkwi unickich.

Kilkadziesiąt lat zmuszania mieszkańców do wiary prawosławnej spowodowało, iż ukaz tolerancyjny z 1905 roku przyznający swobodę wyznania w Rosji nie „doszedł” w pełni do Wytyczna. O unii pamiętali jedynie najstarsi, popi zaś starali się gorliwie krzewić prawosławie i przyniosło to spodziewany skutek. Młodszym mieszkańcom Wytyczna, którzy w większości byli pochodzenia rusińskiego, imponowała potęga wielkiej Rosji, dlatego często wracając ze służby wojskowej stawali się zwolennikami zwalczania polskości. W okolicach wielu wyznawców greko-katolicyzmu zmieniło wiarę na katolicką, gdyż brakowało świątyń unickich. Wobec tego w Wytycznie mieszkańcom łatwiej było zachować już wiarę prawosławną, gdyż we wsi znajdowała się świątynia tegoż wyznania, niż udawać się na modlitwy do odległego Wereszczyna.

Prześladowania nie „złamały” wszystkich unitów. Prawosławny proboszcz Aleksander Iwacewicz informował w 1901 roku władze diecezjalne, że jeszcze 15 wiernych (dawni unici) w dalszym ciągu opierało się przed przyjmowaniem sakramentów w cerkwi. Po wydaniu ukazu tolerancyjnego w ciągu tylko 1905 roku prawosławie porzuciło tylko 30 osób – najwięcej z Wytyczna, Dominiczyna i Wólki Wytyckiej.

 

2.3. Cerkiew prawosławna

Prawdopodobnie karą za opór mieszkańców przed przyjęciem prawosławnego wyznania było pozbawienie cerkwi prawosławnej charakteru parafialnego, tak więc Wytyczno początkowo włączono do parafii wereszczyńskiej. Szybko jednak odzyskała status parafii.

Do wytyckiej parafii należeli wierni z Wytyczna, Wólki Wytyckiej, Andrzejowa, Dominiczyna, Wincencina i Urszulina. Była jedną z liczniejszych w okolicy. Stan liczbowy w poszczególnych latach przedstawia poniższa tabela:

Rok

Liczba wiernych

Rok

Liczba wiernych

Rok

Liczba wiernych

1883

777

1888

926

1892

974

1885

886

1889

933

1901

620

1886

888

1890

937

1907

660

1887

881

1891

949

1908

669

Nieznane są przyczyny tak wyraźnego spadku liczby wiernych z przełomu wieków. Liczebność w parafii zmniejszyła się wtedy o trzecią część. Poniekąd te zjawisko tłumaczyć mogą notatki duchownych przy rejestrach zgonów. Nieliczni umierali z przyczyn naturalnych, w większości przyczyną były konwulsje, koklusz, tyfus, cholera, grypa, a nawet przeziębienie. Późniejszy powrót liczby wiernych do stanu z lat dziewięćdziesiątych uniemożliwiał ukaz tolerancyjny i odchodzenie, choć nie masowe, wiernych do kościoła łacińskiego.

Za czasów Unii i prawosławia księdza i diaka utrzymywali parafianie, jednak utrzymanie owe było bardzo skromne. Dopiero po założeniu folwarku do utrzymania księdza i służby kościelnej zobowiązał się dziedzic, który cerkwi nadał ponad 100 morgów ziemi. Sytuacja materialna księdza poprawiła się znacząco po wydaniu przez cara ukazu uwłaszczeniowego dla chłopów w 1864 roku. Wówczas przywileje uzyskali również duchowni. Zgodnie z wytycką tabelą likwidacyjną co roku wytycki proboszcz miał prawo przywieść z lasu pańskiego 40 fur drzewa opałowego, a organista – 20. Oprócz drzewa 20 sztuk bydła plebana mogło chodzić po pańskich lasach, a młyny dziedzica mielić mąkę na chleb i osypkę dla trzody chlewnej.[29] Ponadto duchowni prawosławni otrzymywali 100 rubli miesięcznej pensji, jak również wsparcie na wydatki inwestycyjne otrzymywali z kasy chełmskiej diecezji. Dochody z gospodarstwa parafialnego stanowiły obok datków za posługi kościelne główne źródło dochodów. Niewielkie dochody przynosiły także serwituty i dziesięciny, ale występowały problemy z ich ściągalnością. Otrzymywali także datki od wiernych w naturze. Na przewody i dzień zaduszny znoszono zwyczajowo chleb, jaja, ser i kiełbasy. Starzy mieszkańcy wspominali, że chleb liczono na metry. Ponadto kapłan otrzymywał pieniądze za posługi, za ślub od 3 do 5 rubli i 1 kurę, za zapowiedzi ½ rubla, a cenę za pogrzeb ustalano od zasobności zmarłego. Kapłani prawosławni mieli tak dużo pożywienia, że musieli często chleb suszyć na suchary. Jeden z parobków popa – Stefan Kiec opowiadał, że gdy szedł przez wieś, ludzie krzyczeli: ksiądzów parobek idzie, to może nam suchary da. Stefan wiec rzucał na prawo i na lewo jak psom, a gdy się bili brał się za boki i śmiał się na całe gardło. Rozdawał zawsze całą końską torbę – pisał w kronice ksiądz Rębisz.

Funkcje proboszczów pełnili kolejno:

· Paweł Łącki – 1876-1882;

· Piotr Kapustiański – 1882-1891;

· Gajniewicz – 1891-1894;

· Aleksander Michaił Iwacewicz – 1894-1906;

· Michał Urban – 1908-1909;

· Krynickij – 1909-1915;

  • Stefan Kraś – 1913-1915 (wikariusz).

Funkcję diaka (tj. psalmisty) przez kilkadziesiąt lat, aż do wyjazdu w 1915 roku, sprawował Iwan Renda. Diak również utrzymywał się z rządowej pensji, wynoszącej w latach osiemdziesiątych 200 rubli na rok. Głównym pomocnikiem popa w XX wieku był Stanisław Szczur, a funkcję wybieranego przez parafian starosty cerkiewnego w pierwszych latach istnienia cerkwi prawosławnej pełnił Aleksyj Muzyczuk. W 1886 roku zastąpił go Iwan Muzyczuk.

Pierwszym prawosławnym duchownym w Wytycznie był „stary” unita ks. Paweł Łącki. Duchowni prawosławni mogli być żonaci, również ksiądz Łącki miał żonę Emilię i jedną córkę. On, jak i jak i jego poprzednicy, nosił długie włosy oraz brodę. Oprócz wypełniania usług religijnych nauczał w wytyckiej i andrzejowskiej szkole. Ludzie chętnie pomagali duchownemu obrabiać pola. Gdy raz mieszkanki wsi bronowały pole, a brona im tak skakała po skibach, że jedna z nich Strońska weszła na bronę, wówczas ks. Łącki do niej powiedział: ej Maryśka, koniowi ciężko i tyś się wpakowała. A gdy ich pszczoły pogryzły, to one mówią żeby pozdychały. Na to ksiądz odpowiedział: Kunduniu, pszczółki umierają jak człowiek, nie gadaj tego, że zdychają – spisał opowiadania mieszkańców ksiądz Rębisz. Ksiądz Łącki mówił zarówno językiem polskim i ruskim, a ludzie nazywali jego „mościem”. Miał córkę, którą wydał za ruskiego oficera. Nie był zbyt zadowolony z zięcia. Dla cerkiewnego bratczyska Stanisława Szczura powiedział Łącki te słowa: Wiesz co Stachu, przylepił palety pułkownika, a to tylko proporszczyk, oszukał mnie mój zięć. Dałem dużo pieniędzy za córkę, a oni przecież z tej pensji nie wyżyją, muszę więc poprowadzić krowy do Włodawy dla niego.

Następcą Łąckiego był przybyły z Galicji Piotr Kapustiański, który zamieszkał w Wytycznie z żoną i 3 dzieci. Za jego pobytu spaliła się plebania, która stała w tym samym miejscu, gdzie obecna. Kapustiański postanowił więc w 1889 roku wybudować nową, znacznie większą. Nie spodobało się to mieszkańcom, a to z powodu nałogu duchownego. Rębisz pisał, iż ludzie o nim gadali: Temu pijaczysku jeszcze brak na wódkę, czy: Na taką małą parafię taką dużą plebanię buduje. W okresie krótkiego pobytu jego następcy Gajniewicza do Wytyczna przybył biskup Gedeon. Wizyta dobyła się w dniach 10-11 maja 1893 roku. Przybywającego hierarchę wierni przywitali we wsi chlebem i solą.

Duchownym, który w Wytycznie przebywał przez kilkanaście lat był przybyły w następnym roku Aleksander Iwacewicz. Wierni uważali go za dobrego i zaradnego gospodarza. Pomagało mu 3 parobków i 3 dziewki oraz siedmioro jego dzieci. Jedna z córek była nawet nauczycielką w szkole dla dziewcząt.

Po Iwacewiczu nastał bardzo pobożny Michał Urban. Był to człowiek dobry, ale przez lud niezrozumiany, uważano jego nawet za dziwaka. Ożenił się, bo musiał. Gdy żona krzyczała, wówczas brał krzyż, szedł do stodoły i się modlił. Ludzie mówili, że wiedział wszystko, co się we wsi na niego mówiło. Jeden z mieszkańców Jakub Bazajuk raz sobie pomyślał: On sam nie wie, co od tej kobiety chce, ona kobieta jak kobieta, żyje jak żyje. Zaraz po tym pop wysłał swojego parobka do Bazajuka, aby powiedział co on chce od popa i zaczął mówić, to co sobie Bazajuk pomyślał. Gdy żona popa zapytała Bazajuka co on chciał od niego, wówczas odpowiedział: on wszystko wie i wyszedł – pisał Rębisz. Z ludźmi pop Urban nie miał zatargów i brał, co łaska. Żył przede wszystkim z rządowej pensji oraz czynszu z wydzierżawianej ziemi. Parafian miał niedużo, ale i tak narzekał, że to za wiele, gdyż musi z nimi grzeszyć. Ostatnim prawosławnym popem był Stefan Kraś, który razem z mieszkańcami w maju 1915 roku wyjechał na furmankach do Rosji przed zbliżającym się frontem niemieckim. Ostatniego wpisu w księgach parafialnych dokonał w dniu 30 maja.

Cerkiew, w której lud unicki chwalił każdej niedzieli Stwórcę, w dalszym ciągu znajdowała się za wsią od północy na wzgórzu, około 300 metrów od traktu. Od strony zachodniej znajdowała się tafla jeziora, od północnej las, od strony wschodniej ziemie na utrzymaniu księdza, zaś od południa wieś Wytyczno. Świątynia zwrócona był wielkimi drzwiami do jeziora, a od drogi Wytyczno–Wólka prowadziły schody. Budynek ten zbudowany był z bali sosnowych, na zewnątrz szalowany i malowany na brązowo. Drzwi wyjściowych było troje, 1 główne i 2 boczne. Okna były koloru białego, dwa w samej świątyni duże, a 3 mniejsze i okrągłe z zakrystii. Dach sporządzono z gontu, a na jego środku wznosiła się kopuła kryta blachą. W kronice cerkiewnej ks. Kapustiański pisał, że na kopułę wieńczył żelazny krzyż.[30] Wnętrze było przestronne, babiniec obszerny. Jeden z popów wprowadził taki zwyczaj, że gdy młoda para przystępowała do ślubu, to wówczas przynoszono do kuchni kurę. W katolickiej kronice ks. Rębisz pisał: Jednego razu młodzież zlekceważyła ten zwyczaj i wpierw podała kurze większą ilość wódki. Upita kura przewracała się po kuchni, a pop przeklinał zbytki i bał się, że mu zdechnie. Gdy kury nie przyniesiono nie chciał dać ślubu, po długich przeprosinach dawał wreszcie ślub, ale gdy młoda przychodziła do wywodu po ślubie, to musiała za karę stać w babińcu przez całą mszę. W babińcu było zimno, dlatego kary tej bały się młode niewiasty. Nad babińcem stał chór, z oknami półokrągłymi i czworobocznymi. Wewnątrz kapłana od wiernych oddzielał sosnowy ikonostas z carskimi wrotami. Przed cerkwią stał wielki kamień wydrążony, a w nim woda święcona.

Obok świątyni znajdowała się drewniana, ale podmurowana, pounicka dzwonnica z 3 dzwonami. Każdy z nich liczył po 20 pudów[31]. Dzwonnica służyła także jako miejsce przetrzymywania zwłok. Ogrodzenie cerkwi i dzwonnicy wykonano dopiero w 1892 roku. Z tyłu cerkwi był cmentarz murem opasany, na którym z biegiem lat zasiał się las. Początkowo (do połowy XIX wieku) wierni uniccy byli chowani na placu kościelnym, później na cmentarzu, również wówczas, gdy cerkiew została zamieniona na prawosławną. Do dzisiejszego dnia zachowało się kilka nagrobków, w tym ostatniego popa Piotra Kapustiańskiego i jego poprzednika ks. Michała Somika.

Pop mieszkał w plebani. Jeszcze w latach osiemdziesiątych był to budynek pamiętający czasy unickie. Ksiądz Kapustiański w kronice żalił się, że każdy kolonista ze wsi Wytyczno ma lepszy dom.[32] Po pożarze w 1889 roku wybudowano nową. Obok plebani znajdował się wybudowany w 1880 roku dom dla psalmisty oraz 2 stodoły, jedną z nich sprzedał jednak pop Iwacewicz. Pozostała stodoła była olbrzymia jak na owe czasy, gdyż razem ze stajnią i chlewnią Iwacewicz trzymał w niej 18 krów, 6 koni, dużo świń, kur i indyków. W 1883 roku do parafii należało 127 morgów gruntów.

Cerkiew wraz z budynkami plebalnymi została spalona w 1915 roku przez Rosjan, którzy wycofywali się przed nadciągającymi wojskami austriacko-niemieckim. Ocalały jedynie dzwony, które zostały wywiezione do Kobrynia – miejscowości ze składem dzwonów po zlikwidowanych cerkwiach.

Przy cerkwi funkcjonowało bractwo kościelne. Członków bractwa nazywano braszczikami. Do najaktywniejszych w latach osiemdziesiątych zaliczali się Iwan Pilipczuk i Andriej Muzyczuk.  Według stanu z 1886 roku do bractwa należało 35 mężczyzn i 28 kobiet. Na początku wieku bractwem kierował Michaił Klimiuk.

 

 

3. Życie na wsi po odzyskaniu niepodległości

3.1. Pierwsze lata po wojnie

Wywiezieni w 1915 roku do Rosji mieszkańcy Wytyczna zaczęli powracać do swoich rodzinnych stron w pierwszych latach po odzyskaniu niepodległości. Nie wszyscy jednakże wrócili, pozostali najgorliwsi zwolennicy ideologii bolszewickiej, czynnie włączając się w wydarzenia rewolucji październikowej, a po jej sukcesie na stałe zostając w Rosji Radzieckiej (np. Łazar Rais). Powracający mieszkańcy zobaczyli swoją wieś w dużej mierze zniszczoną, gdyż wiele budynków nie odbudowano po zniszczeniach wojennych. W całości pozostało jedynie gospodarstwo Wakułów i przykościelny budynek szkoły. Wizytujący w maju 1919 roku parafię w Wereszczynie biskup podlaski ks. Henryk Przeździecki pisał, iż jadąc od strony Brusa do Wereszczyna, zamiast wiosek napotyka się słupy z nazwami wsi, które niegdyś tu istniały, a które zostały obrócone w pierzynę i nic z nich nie ma, oprócz kupy gruzów (…). Spotkaliśmy dwa liche wozy, z których jeden ciągnął mężczyzna i kobieta, prawdopodobnie mąż i żona, a drugi dwa skórą pokryte szkielety: kobieta starsza i dziewczyna kilkunastoletnia – może matka i córka. Na wozach biała wiązka łachamnów, spośród których wyglądały trzy wynędzniałe brudne główki dziecięce. To zwykłe spotkania na drogach dzisiejszych, to uchodźcy wracający z Rosji do zagród, a raczej na zgliszcza domowe. Podobny obraz widział przejeżdżający przez Wytyczno w 1921 roku Feliks Nurski z Sękowa, który w swoim dzienniku pisał: Dwór Wytyczno własności Karpińskich prawie same gruzy, tylko zgliszcza z tego pięknego dworu, smutno patrzeć na takie zniszczenie, na takie ślady jeszcze nie zatarte od 1915 roku. (…) Te gruzy dworu wydawały się straszne i mimowolni przypominały się czasy, jakbym był w 1915 na froncie w Kurlandii. Po spalonej w 1915 roku cerkwi pozostała jedynie szklana figurka Matki Boskiej Niepokalanej. Odnaleziono ją podczas wybierania przez mieszkańców gruzu, jednak do dzisiejszego dnia znajduje się w rękach prywatnych. Na placu pokościelnym został prawosławny krzyż, który w 1947 roku przeniesiono na cmentarz. Był on prawdopodobnie ustawiony w 1915 roku, gdy w pobliskiej szkole mieszkali ludzie z Pińszczyzny. Jeden z nich zmarł, a że nie mieli furmanki, aby zawieść go na cmentarz, to pochowali go na placu kościelnym i postawili krzyż z napisem w języku ruskim.

Pierwsze lata w niepodległej Polsce nie były dla mieszkańców okresem pokoju. Przez wieś przeszły walki z frontu polsko-bolszewickiej wojny z 1920 roku, a na domiar złego wybuchła epidemia, powodująca prawie trzykrotny wzrost śmiertelności. Wytyczno dla obydwu walczących stron miało znaczenie strategiczne ze względu na przebiegającą drogę Lublin-Włodawa. W okolicach od Wytyczna do Wereszczyna w dniu 13 sierpnia 1920 roku zatrzymała się 173 brygada polska, jednakże już w dwa dni później została zaatakowana przez brygadę piechoty wojsk bolszewickich. Aktywny udział w walkach po obu stronach brała również ludność cywilna, polska i ukraińska, często ostrzeliwująca wrogie wojska.

Wieś Wytyczno była pod względem wielkości trzecią (po Wereszczynie i Załuczu) wsią w Gminie Wola Wereszczyńska. Według przeprowadzonego w 1921 roku powszechnego spisu ludności we wsi zamieszkiwało łącznie 434 mieszkańców, w tym 60 osób na Łowiszowie, a 33 osoby w folwarku. W Wytycznie znajdowały się 43 domy i 2 czworaki mieszkalne, w Łowiszowie 5 domów, a w folwarku 2 domy i dwa zbiorcze budynki mieszkalne. Największy odsetek stanowili wyznawcy prawosławia, będący przede wszystkim narodowości ukraińskiej, gdyż we wsi zamieszkiwało 111 osób tego wyznania, w folwarku jedna, a na Łowiszowie 4 osoby. Narodowość ukraińską w dużej mierze deklarowali także unici, których było 11 osób. Drugą grupą wyznaniową byli rzymskokatolicy, we wsi zamieszkiwało bowiem 88 rzymskokatolików, w folwarku 9 osób tego wyznania, a na Łowiszowie 21 osób. Nieznacznie więcej zamieszkiwało wyznawców religii mojżeszowej, gdyż we wsi było 74 Żydów, w folwarku 18 osób, a na Łowiszowie 33 osoby. Na Łowiszowie i w folwarku Żydzi byli więc dominującą grupą wyznaniową. Czwartą grupą wyznaniową byli ewangelicy, przede wszystkim niemieckiej narodowości. We wsi zamieszkiwało 56 ewangelików, w folwarku 5, a na Łowiszowie tylko 2 osoby.

Dokonane przez wojewodę lubelskiego w sierpniu 1923 roku spis ludności pod względem wyznaniowym wykazał natomiast 180 katolików i tylko 120 prawosławnych. Natomiast dane policyjne z 1923 roku wskazywały, że we wsi zameldowane były już 64 osoby narodowości niemieckiej, zaś dane zboru ewangelickiego z 1929 roku wykazywały 20 niemieckich gospodarstw. Wiara mniej więcej pokrywała się z narodowością mieszkańców, tak więc główną grupą narodowościową byli Polacy i Ukraińcy zwłaszcza, że ich odsetek wzrastał, gdyż ciągle powracali ci, którzy podczas wojny uciekli do Rosji. Żydzi stanowili około 20-25 % mieszkańców, niewiele mniej Niemcy. Liczba mieszkańców stale się utrzymywała, gdyż przed samym wybuchem wojny we wsi znajdowało się 135 wszystkich gospodarstw. W roku wybuchu wojny polskich rodzin w samym Wytycznie było już tylko 14, niemieckich 12, a rodzin żydowskich już tylko 7, pozostali mieszkańcy byli narodowości ukraińskiej. Ponadto 25 gospodarstw znajdowało się w Łowiszowie, w większości polskie. W sumie Łowiszów, Wytyczno, Czerników i Kantor zamieszkiwało 328 Ukraińców, 235 Polaków, 90 Niemców i 50 Żydów. Już od 1930 roku mieszkańcy mieli lepszy dostęp do poczty, gdyż we wsi utworzono agencję pocztową.

 

3.2. Życie religijne mieszkańców

Wierni rzymskokatoliccy nadal mieli swoją parafię w Wereszczynie, a w Wytycznie znajdowało się około 140 mórg ziemi pounickiej, składających się z 80 mórg łąk i 60 mórg lasów, należących do tejże parafii. W pierwszych latach po wojnie część tych gruntów leżało odłogiem, a za grunty dzierżawione przez mieszkańców nie był płacony czynsz. Z pounickiego majątku, odebranego kościołowi prawosławnemu, a przyznanego dla katolików, oprócz gruntów pozostał dom mieszkalny i 2 budynki gospodarcze. Od 1924 roku w niedalekim Cycowie swoją świątynie parafialną mieli miejscowi protestanci, natomiast najbliższy budynek kantoralny znajdował się w sąsiednim Michelsdorfie. Swoją bożnicę we wsi posiadali natomiast mieszkańcy żydowscy.

Prawosławni zostali początkowo przyporządkowani do parafii w Suchawie. Ludzie nie mieli swojego kapłana, a tęsknota za duszpasterzem była powszechna. Dopiero Stanisław Kiec spotkał „błąkającego się” po okolicach Hańska popa Jana Szczutkę. Pop kształcił się przed wojną na misjonarza katolickiego, jednak na swojej drodze życiowej spotkał Rumunkę, córkę biskupa prawosławnego, który wyświęcił zięcia na popa. Jan Szczutka był jednak alkoholikiem, a jego żona z płaczu oślepła. Pop Jan nie chciał na nią patrzeć, więc zaniedbywał, za co spotkała go kara. Został przez władzę synodalną pozbawiony kapłaństwa, więc przyłączył się do narodowego ruchu hodurowców w Piaskach – zapisał w kronice kościelnej ks. Jan Rębisz.

Po raz pierwszy do wsi Szczutka przyjechał w maju 1928 roku, by odprawić na jednym z podwórzy nieszpory. Msza przyciągnęła niemal tylko ludność prawosławną. Po nieszporach Szczutka wygłosił kazanie, początkowo o charakterze religijno-informacyjnym, by następnie zwrócić ton przemowy przeciwko duchownym prawosławnym i rzymskokatolickim. Krytykował za to, że pobierają opłaty za posługi religijne, a oni nie, za wyjątkiem tego co dostaną w naturze. Krytyce poddał również odprawianie mszy w kościele rzymskokatolickim po łacinie wskazując, iż duchowni kościoła narodowego msze odprawiają w językach narodowych, on sam w języku ukraińskim. Po zakończeniu kazania pop Szczutka zebrał około 40 poważniejszych gospodarzy i omówił z nimi warunki założenia we wsi kaplicy, tzw. „Żywaja Cerkow”, co ludność przyjęła przychylnie. Na pożegnanie ludność zebrała dla popa kosz jaj i trochę gotówki.

Na stałe do wsi pop wraz z całą rodziną sprowadził się już w sześć dni później i zamieszkali u prawosławnego Józefa Jarosza. W tajnym raporcie, opisującym ruchy wyznaniowe w tutejszym powiecie, włodawski starosta lekceważąco scharakteryzował popa, pisząc o nim: Mały poziom intelektualny i pewien cynizm, który świadczy o ujemnych rysach charakteru, co z biegiem czasu bez wątpienia zrazi doń dzisiejszych zwolenników. W działalności popa zagrożenie widzieli natomiast hierarchowie rzymskokatoliccy, stąd też podczas trzeciej wizyty kanonicznej w parafii rzymskokatolickiej w Wereszczynie z maja 1930 roku biskup podlaski ks. Henryk Przeździecki odwiedził z tego powodu Wytyczno, w tym młodzież szkolną. Biskup wyrażał zaniepokojenie obojętnością dziedzica Jakuba Karpińskiego na przebieg wydarzeń we wsi, jednakże stwierdził, iż agitacja hodurowców nie wywiera wpływu na katolickich mieszkańców wsi.

Mieszkańcy nie znając burzliwej historii popa przyjęli go z radością. Pop szybko wziął się w Wytycznie za budowanie nowej cerkwi, ale w stylu łacińskim, gdyż po poprzedniej świątyni nie pozostało śladu. Na miejsce budowli nowej świątyni wyznaczono działkę obok zabudowań Kozaka (przy dzisiejszych zabudowaniach Dohojdów). Ludzie, pragnąc swojej własnej kaplicy, nie szczędzili grosza, datki dawali nawet rzymskokatolicy i Żydzi. Ponadto na rzecz wytyckiej cerkwi obciążony był majątek w Nowym Andrzejowie prawem wolnego wyrębu wolnego mlewa oraz prawem otrzymywania 60 zł corocznie, co pozwoliło na szybkie zebranie funduszy. Cerkiew postawiono w dość krótkim czasie, bo w 1930 roku, a msze odprawiano w niej zarówno w języku polsku, ale przede wszystkim po ukraińsku. Świątynia była dość dużym budynkiem, z niewielką wieżyczką na cerkiewny dzwon. Jeszcze w sierpniu 1928 roku pop Szczutka zorganizował we wsi odpust, na który przybyło około 2.500 mieszkańców różnych wyznań. Na odpuście był obecny Administrator Kościoła Narodowego, który w wygłoszonej nauce wskazywał na braterstwo Polaków i Ukraińców. Szybko jednak wyszły na jaw skłonności popa. Pił często, a w stanie upojenia bił i sponiewierał swoją drugą żonę. Udzielał ślubów, ale wszystkie były bez jurysdykcji, dlatego nie mogły być uznawane. Parafianie z czasem buntowali się również wobec ciągle zbieranym opłatom na rzecz świątyni. Pop Szczutka szybko więc wyjechał z Wytyczna, a w swojej nowej parafii jeszcze bardziej popadł w nałóg, za co został pałami przez swoich parafian zamordowany.

Po popie Szczutce kapłanem w Wytycznie został już prawosławny Rafał Czystowski, choć krótko, a po nim Ihumen Warłaam Cichocki. Ten nosił brodę i warkocze, jak przystało na prawdziwego prawosławnego duchownego. Za jego kapłaństwa wydzielono wówczas jurysdykcyjnie Wytyczno spod parafii Suchawa. Ostatnim kapłanem prawosławnym był Wasyl Wielecki, Ukrainiec z Krzemieńca, człowiek dobry i szlachetny o uzdolnieniach malarskich. Jeden z jego obrazów, przedstawiający Wniebowstępującego Chrystusa Pana, do dzisiejszego dnia znajduje się w wytyckim kościele parafialnym. Za jego kapłaństwa, z rozporządzenia władz państwowych, cerkiew rozebrano.

W 1938 roku przeprowadzono na całej Chełmszczyźnie masową akcję burzenia cerkwi. Zniszczono wówczas 127 obiektów kultu religijnego; cerkwi, kaplic, domów modlitwy. Akcje przeprowadziła lokalna administracja przy pomocy oddziałów saperskich, straży pożarnych, więźniów, bądź wynajętych robotników pod osłoną wojska i policji. Wtedy, przy udziale strażaków ze Straży Ogniowej z Wereszczyna, rozebrano cerkiew w Wytycznie. W tych terenach dużym poparciem cieszyli się komuniści, dlatego w trakcie rozbiórki na wieży została zawieszona czerwona flaga. Materiały z rozebranych budynków zakupił Seweryn Sochaczewski z Grabniaka, który wykorzystał je do budowy domu i budynków gospodarczych. Oprócz dokonania rozbiórki cerkwi parafii prawosławnej została odebrana ziemia o areale około 80 hektarów. Plebania została rozebrana dopiero w 1947 roku. Istniejący do dzisiejszego dnia cmentarz został zniszczony w trakcie i po wojnie.

Akcja burzenia świątyni prawosławnej spowodowała zaognienie stosunków polsko-ukraińskich. Wyznawcy prawosławia potraktowali ten czyn jako wyraz wrogości i prześladowania przez państwo polskie, zarówno religii prawosławnej, jak i całej ludności ukraińskiej. Wobec tych wydarzeń Ukraińców zachęcano (zwłaszcza Niemcy) do tworzenia oddziałów samoobrony i stosowania akcji odwetowych, jak urządzanie napadów na Polaków, którzy wykazywali dużą aktywność w burzeniu cerkwi. Gdy już ojciec wykorzystał matriały to nieraz przychodzili do nas wytyckie chachły, odgrażając się nam, że wszystko spalą – wspomina córka Seweryna Sochaczewskigo Eugenia Jung z Dębowca.

Na wsi osiedlało się coraz więcej mieszkańców narodowości polskiej i z tego powodu coraz częściej myśleli o wybudowaniu swojego kościoła. W pierwszych latach po wojnie łacinnicy musieli na msze św. udawać się do Wereszczyna, jednak już w latach trzydziestych msze były odprawiane w miejscowej szkole przez wikariusza tamtej parafii. Wikariusz przebywał kilka dni w tygodniu w Wytycznie, gdyż w szkole prowadził także lekcje religii. Podczas wizytacji parafii przez biskupa Henryka Przeździeckiego odwiedzono również Wytyczno i uznano, iż w tej miejscowości powinna powstać przynajmniej filia duszpasterska, zwłaszcza ze względu na wciąż żywe jeszcze tradycje unickie.

Filia duszpasterska stała się rzeczywistością w 1938 roku, a pierwszym jej rektorem został wikariusz parafii rzymsko-katolickiej z Wereszczyna ks. Kazimierz Szlędak. Na przyjazd księdza Szlędaka być może wpłynął fakt, iż w Wytycznie mieszkał jego brat, ożeniony z Mielniczukową. Ich ślub miał miejsce w kościele w Wereszczynie, a świadkiem na ślubie został ksiądz Szlędak. Wtenczas odwiedził Wytyczno, a zachętą do założenia filii duszpasterskiej były rozległe włości kościelne. Z racji tej, iż ocalała plebania prawosławna była zajęta przez lokatorów, ksiądz Szlędak zamieszkał w domu państwa Staszewskich. Miał utrzymanie w postaci pensji rządowej, poza tym dochody przynosiła mu dzierżawa około 150 mórg ziemi parafialnej, pensja nauczyciela oraz datki wiernych. Dochody przynosiło również uprawiane w części gospodarstwo. Ksiądz Szlędak uchodził za jednego z lepszych gospodarzy, posiadał konia, budynki gospodarcze i sam obrabiał swoje grunty. W dość szybkim czasie przekazał mieszkańcom kaplicę pod wezwaniem św. Andrzeja Boboli, która była budowlą ryglowaną obitą deskami, z niewielką wieżyczką. Budowla tylko przypominała kaplicę, faktycznie była to przerobiona stodoła stojąca na klepisku, dach pokryto papą, stąd podczas większego deszczu woda lała się na ołtarz. Pomiędzy deskami znajdowały się takie szpary, że podczas większych wiatrów wiało w środku – wspominał ks. Jan Rębisz. Na kaplicy znajdowała się niewielka wieżyczka z dzwonkiem, lecz po kilku miesiącach wybudowano obok kaplicy wolnostojącą wieżyczkę.

Filia duszpasterska w Wytycznie obejmowała około 150 wiernych. W tym czasie na obszarze parafii zamieszkiwało około 300 wyznawców prawosławia, 100 wyznawców religii mojżeszowej i 100 ewangelików. Parafia rzymskokatolicka eregowana została dopiero w 1938 roku. Zawsze była małą parafią, gdyż poza Wytycznem obejmowała wsie Dominiczyn, zwany Majdanem i Wólkę Wytycką, zwaną Budami.

 

3.3. Stosunki ludnościowe

W okresie międzywojennym Wytyczno dalej było wioską z przeważającą liczbą mieszkańców narodowości ukraińskiej, nazywanych przez Polaków „chachłami”. Już na pierwszego sołtysa wybrano Ukraińca Jana Sakiewicza. Ze względu na wielkość wsi Wytyczno stało się w okolicy centrum życia politycznego i społecznego tejże mniejszości narodowej. W 1929 roku powstał we wsi komitet wiejski partii Ukraiński Włościańsko-Robotniczy Związek Socjalistyczny, zwany powszechnie Sel-Rob Jedność, najbardziej popularnej wśród mniejszości ukraińskiej w Polsce, a działającej do rozwiązania w 1932 roku. Była to ukraińska, lewicowa partia chłopska, będąca legalną przybudówką partii komunistycznej, która swoje cele zamierzała zrealizować głównie poprzez działalność w samorządach. Aktywni byli również sami komuniści, działania w celu stworzenia struktur tego ruchu prowadził w połowie lat dwudziestych były oficer bolszewicki Eliasz Demczuk z pobliskiego Wielkiego Łanu. Początkowo działalność Demczuka nie przynosiła skutków, jednak w latach trzydziestych powstały we wsi struktury Komunistycznej Partii Polskiej, skupiającej w swych szeregach głównie ludność ukraińską.

Natomiast w dniu 23 lutego 1927 roku zarejestrowana została filia Stowarzyszenia „Ridna Chata” („Ojczysty Dom”), która działała do 1930 roku. To stowarzyszenie ukraińskie stało się największą i najważniejszą organizacją oświatową tejże mniejszości narodowej. Problemu z organizacją filii nie było, gdyż już na początku jesieni 1926 roku mieszkańcy skierowali do rządu podanie z prośbą o otwarcie miejscowej szkoły z ukraińskim językiem nauczania. Podanie było na tyle uzasadnione, gdyż jeszcze w 1918 roku we wsi funkcjonowała taka szkoła, w której uczył jeden nauczyciel ukraiński.

Ukraińcy zajmowali się przede wszystkim rolnictwem. Oprócz produkcji roślinnej dzierżawili łąki na Łowiszowie, na których wypasano bydło. Mieszkaniec Kantoru Longin Samson wspomina o szkodach, jakie z tej racji ponosił jego ojciec: My mieszkaliśmy przy drodze, stąd też codziennie przez nasze pola Ukraińcy przeganiali bydło, to na Łowiszów i z powrotem. Często po przejściu bydła uprawy nasze były całkowicie zniszczone. Swój sklep spożywczy we wsi miał Sz. Semeniuk.

W okresie dwudziestolecia międzywojennego we wsi coraz więcej było Polaków, osiedlili się także Niemcy i Żydzi. Konkurujący z handlem żydowskim Polacy pod koniec lat trzydziestych założyli nawet swoją handlową Spółdzielnię Związkową „Jedność”, którą obsługiwał Włodzimierz Prucnal. Ceny produktów żydowskich były niejednokrotnie dwu- i trzykrotnie wyższe od cen obowiązujących w miastach, dlatego założenie spółdzielni było odpowiedzią polskich mieszkańców na stosowany wyzysk. Mieli także swoje sklepy, a jednym z nich był sklep z wyrobami spożywczymi i tytoniowymi Józefa Klaudy (spolszczonego Czecha), późniejszego wójta gminy (w latach 1935-1939) i porucznika Armii Krajowej (AK), a z zamiłowania również malarza. Zdolności Józef Klauda ujawniał już w okresie szkolnym, dlatego też Wydział Powiatowy we Włodawie przyznał mu w 1923 roku, obok trzech innych uczniów, stypendium w wysokości 300 marek polskich celem umożliwienia kształcenia się w gimnazjum w Chełmie. Natomiast ojciec Józefa, Jan pełnił funkcję radnego gminy, co świadczy o poważaniu rodziny Klaudów przez mieszkańców wsi i okolic. Funkcję sołtysa w obu wsiach w drugiej połowie okresu międzywojnia sprawowali również Polacy, w Wytycznie Pielak, a w Woli Wytyckiej Banszkiewicz.

Swój sklep spożywczy we wsi miał również Jan Staszewski, właścicielem cegielni we wsi był zaś I. Głogowski. Rzemiosło znajdowało się głównie w rękach żydowskich, zwłaszcza zawody niewymagające większego wysiłku. Polacy natomiast zajmowali się zawodami wymagającymi wysiłku, jak kowalstwo, który to zawód wykonywał Franciszek Jarzembowski w Czernikowie, a w Wytycznie Stanisław Sokołowski, Ludwik Struszewski, Kazimierz Kotlarek i Władysław Czerwiński. Stelmachem, naprawiającym powozy i bryczki, był Marian Nowodziński, stolarzem Roman Grzesiuk i W. Piskorski, zaś młynarzem Czesław Moszczyński. Polacy trudnili się również w pobliskich dworach, należących do Karpińskich, czyli w Czernikowie i w Heleninie. Niestety, ostatni właściciel dworu w Czernikowie Jakub Karpiński doprowadził do zlicytowania tego największego w okolicy majątku, w konsekwencji czego pracę straciło wielu okolicznych mieszkańców. Jeszcze według stanu z 1928 roku grunty własności jego ojca Stanisława Karpińskiego zajmowały powierzchnię 1105 morgów, na których funkcjonowała chociażby cegielnia. Jednakże w tym też roku zniesiono w Wytycznie ostatni relikt epoki pańszczyźnianej, jakim były serwituty, co jeszcze bardziej podłamało gospodarkę folwarku.

Z upływem lat rosła liczba osadników niemieckich (Pietrychy, Ziny, Truny, Schilery, Sandery, Redele, Neumany, Noepsy, Marksy, Manteje, Kwasty, Krugery, Jubiny, Jeske, Hince, Gicele, Garny, Busze, Bucholce, Biele, Bahle, Bansemeiery). Początkowo mieszkali tylko we wsi, z czasem jednak osiedlali się w Łowiszowie i Kantorze, stanowiąc w latach trzydziestych około 80% mieszkańców osady. Miejscowi Niemcy należeli do ewangelickiej gminy wyznaniowej w Michelsdorfie, zaś cmentarz mieli za wsią, od strony wschodniej. Jego ruiny istnieją do dzisiaj, choć natura każdego roku sprawia, że miejsce to staje się zapomniane. Jeszcze w okresie zaborów mieli swoją kaplicę, choć niedużą, jednak po spaleniu wsi w 1915 roku nie została odbudowana. W Łowiszowie posiadali swoją szkołę, do której uczęszczało w 1937 roku 43 dzieci. W szkole nauczano jedynie religii i języka niemieckiego, a zajęcia mogły odbywać się w czasie wolnym od nauki w polskiej szkole powszechnej. Nauczyciel Gustaw Zinn przeprowadzał w tygodniu po dwie godziny lekcyjne zajęć z religii. Okazywało się, iż prowadzone z dziećmi lekcje religii były faktycznie lekcjami z innych przedmiotów, w tym historii Niemiec, opartej często na założeniach ideologii nacjonalistycznej i antypolskiej.

Niemcy odznaczali się pracowitością, gospodarnością, choć ci z Łowiszowa byli mniej zamożni, o czym świadczyły często występujące lepianki. Żyli w zgodzie z mieszkańcami, często nawet byli zapraszani przez mieszkańców innych wyznań do wspólnych obchodów świąt. W roku poprzedzającym wybuch wojny światowej ujawniały się jednak poglądy nacjonalistyczne i prawicowe. W wyniku agitatorskiej działalności na Chełmszczyźnie Juliusza Lindnera powstał w Wytycznie oddział Niemieckiego Związku Ludowego, czyli organizacji skrajnie nacjonalistycznej, popierającej politykę hitlerowską. Formy agitacji, stosowane przez członków tejże organizacji, często przyjmowały charakter gróźb i szantażu. Dlatego też większość Niemców wstępowało w jej szeregi, czyniąc to bez większego przekonania, często pod naciskiem i w obawie przed presją otoczenia. Niemiecki Związek Ludowy wielką wagę przywiązywał do wychowania dzieci w duchu narodowosocjalistycznym, sprowadzając z Niemiec podręczniki propagujące ideologię faszystowską, podsycał antagonizmy pomiędzy Polakami a Ukraińcami. W wyniku agitacji już przed wojną niektórzy mieszkańcy zdecydowali się na sprzedaż swojego gospodarstwa i wyjazd w Poznańskie.

Mieszkańcy żydowscy także mieli swoje budynki użyteczności publicznej. Takim budynkiem była znajdująca się w Kantorze bożnica, gdzie się spotykano i obchodzono wspólnie święta. Podobnie jak w okolicznych miejscowościach do wszelkich prac wykonywanych podczas obchodzonych świąt wynajmowano okolicznych biedniejszych mieszkańców i dzieci, którym płacono najczęściej słodyczami. Zmarłych chowano na odległym kirkucie we Włodawie. W święta ubierali się w stroje tradycyjne, jednak na co dzień ubiory ich nie odróżniały się od ubiorów pozostałych mieszkańców. Miejscowi Żydzi należeli do warstwy zamożniejszej, mówiono nawet, że co Żyd, to i sklep. Najbogatszy z nich Dawid Chaim Rajs podnajmował Polaków i Ukraińców, którzy służyli za parobków. Na co dzień Dawid Rajs trudnił się we wsi wyrobem oraz sprzedażą bławatów, czyli materiałów jedwabnych. O nawykach i przyzwyczajeniach Rajsa opowiada Helena Kupisz: Co tydzień Dawid oraz jego dwie córki, Mira, nazywana przez mieszkańców Łejka i głuchoniema Blima, wyjeżdżali do Włodawy, by uczestniczyć w obrzędach religijnych, a jednocześnie dokonać zakupów w tamtejszych sklepach. Konia, wóz oraz żywność na drogę przygotowywała najczęściej rodzina Kieców. Chaim nakazywał wówczas podgrzewać cegłę i okrywał ją lnianym materiałem, w ten sposób miał termos do zabieranej kawy i herbaty, który trzymał temperaturę nawet do Adampola. Zimą cegły służyły natomiast do ogrzewania nóg. Razu pewnego został w lesie w pobliżu Włodawy napadnięty przez bandytę z rewolwerem w ręku. Dziennikarz „Ziemi Włodawskiej” opisywał, że pomimo strzałów Dawid nie wpadł w panikę i łapiąc za bat jak najszybciej popędził do miasta, zawiadamiając tam policję.[33]

Swój sklep spożywczy miał M. Ajnsztejn. Mniej majętni Żydzi (np. Mosze Bejtelman, Mosze Kodeńczyk) zajmowali się również handlem, ale obnośnym, rzemiosłem (np. szewcy Godel i Duwcia Furer), choć i rolników nie brakowało. Byli grupą narodowościową najmniej zintegrowaną z pozostałymi mieszkańcami, lecz najbardziej zintegrowaną wewnątrz. Gdy przychodził Żyd do gospodarza polskiego, czy ukraińskiego celem kupna np. cielaka oferował określoną cenę. Zaraz później przychodził kolejny oferując mniej, a nawet trzeci oferując najmniej. W ten sposób wyrabiali nawyk, aby dobijać z nimi transakcję już przy pierwszej ofercie – wspomina Helena Kupisz. Z tego powodu byli poniekąd izolowani, co szczególnie widoczne było w szkole. Przekonania rodziców wynoszone były z domów do szkoły, dlatego też dzieci żydowskie były izolowane, a nawet zdarzały się bójki na tym tle. Izolacja mieszkańców żydowskich wynikała również z zasad ich życia, których dogmatycznie przestrzegano, chociażby dokonując sakramentu małżeństwa wyłącznie w swoim środowisku.

W okresie międzywojennym udział Żydów w strukturze mieszkańców wsi znacząco zmalał, od około 25% w 1921 roku do około 5% w 1938 roku. Z jednej strony we wsi osiedlała się ludność polska i ukraińska, natomiast Żydzi wyjeżdżali do okolicznych miasteczek, bądź tez emigrowali do innych krajów, zwłaszcza do Palestyny. Celem emigracji Żydów były także kraje Ameryki Południowej, chociażby Argentyna, do której w 1930 roku wyjechała rodzina Abrahama Cytryna.

Narodowościowy tygiel, zubożenie wsi i słaby poziom bezpieczeństwa powodowało, iż we wsi częste były kradzieże, pobicia i wypadki podczas prac rolnych. Zazwyczaj łupem złodziei podały konie, wyprowadzane najczęściej z całą uprzężą ze stodoły. Dwutygodnik „Ziemia Włodawska” informuje o kilku z nich. Zimą 1923 roku konia wyprowadzono ze stodoły Karola Jeske, natomiast w październiku 1927 roku skradziono klacz dla Teodora Poleszuka i 2 klacze dla Wandy Nejman. Latem tegoż samego roku, w wyniku domowej kłótni, Anastazja Steć zamordowała swojego męża Józefa, zaś tygodnik „Podlasiak” wspominał o zabójstwie Stanisława Dworaczka przez Jana Jarmoszuka. Do zbrodni doszło w okolicznym lesie w 1923 roku, a jej motywem stały się sprawy majątkowe.

Przykre zdarzenia nie przeszkadzały w istnieniu bogatego życia towarzyskiego mieszkańców wsi. Główną zabawą najmłodszych było toczenie fajerki. Temu, kto miał największą, wszystkie dzieci zazdrościły, gdyż pozyskanie fajerki nie było rzeczą łatwą. Młodzież co jakiś czas spotykała się w niedzielę na zabawach organizowanych w prywatnych domach, w których przygrywali miejscowi muzykanci. Aby uzyskać jak najwięcej miejsca z domu wynoszono wszystkie meble. Szczególnym wydarzeniem była noc na pół postu, podczas której malowano okna i wrzucano do mieszkania garnki z popiołem – rozpamiętuje Helena Kupisz.

Dzień przed odzyskaniem przez Polskę niepodległości utworzono w Wytycznie szkołę niemiecką, w której nauczać miał Nejman. Po jednym dniu funkcjonowania została zlikwidowana. Wraz z odzyskaniem niepodległości narodziło się w Wytycznie szkolnictwo polskie. Z dniem 1 września 1919 roku otwarta została naprzeciwko cerkwiska dwuklasowa szkoła powszechna. W głównym budynku mieściły się dwie izby klasowe o bardzo skromnej bazie materialnej, trzecią izbę umieszczono zaś w budynku popowskim. Oprócz dzieci w Wytyczna do szkoły uczęszczały także dzieci z Łowiszowa, Wólki Wytyckiej, Dominiczyna oraz Helenina. Według danych z 1928 roku na zajęcia lekcyjne uczęszczało 114 uczniów i była to największa szkoła dwuklasowa w gminie. W latach trzydziestych funkcjonowała najpierw jako trzyklasowa, zaś przed samą wojną było już sześć klas. Do szóstej klasy dzieci chodziły przez dwa lata i tym sposobem drugi rok zaliczano jako klasę siódmą. W szkole nauczali Jan Żuchowicz z żoną, Nawalkowski oraz Antonina i Michalina Andersowie. W roku szkolnym 1939/38 do szkoły w Wytycznie uczęszczało już 290 uczniów i liczebnie ustępowała jedynie wereszczyńskiej. W zdecydowanej większości dzieci były wyznania katolickiego (199), dużą grupę stanowiły także dzieci wyznania prawosławnego (92) i jedynie 13 uczniów było wyznania mojżeszowego. Również dzieci protestanckie uczęszczały do Szkoły Powszechnej w Wytycznie, jednak pod koniec lat 30-tych ich nauczanie odbywało się w jednym z prywatnych domów.

 

3.4. Osadnictwo w Kantorze, Łowiszowie i na Kochanowskim

Osadą najbardziej uprzemysłowioną był Kantor, znajdujący się pomiędzy drogą Włodawa-Lublin, a Łowiszowem i Wólką Wytycką. Jeszcze przed I wojną światową znajdowały się w tym miejscu dorodne lasy. Po wojnie eksploatacją lasów zajęły się 2 spółki żydowskie: Fels A. i S-ka oraz Katz S. i S-ka, które były właścicielami tartaków. W 1927 roku uregulowali sprawy serwitutowe z właścicielami osad, którzy tego nie uczynili przed I wojną światową. Z prawa tego zrzekli się właściciele 11 osad, otrzymując w zamian 34 ha pastwisk, 8 ha lasów, 4 ha bagna, 2 ha gruntów ornych i 3 ha zarośli.

W latach 1930-33 majątek nabył lubelski kupiec Ela Aron Kirszenbaum, od którego zakłady i lasy na obszarze około 5.000 hektarów wykupili Rappaport, zwany przez mieszkańców „Siwym” i Wansztok, mieszkającym w osadzie. W tartakach tych w sumie zatrudniano ponad 40 osób, które zamieszkiwały w 2 robotniczych czworakach, lub w pobliskim Łowiszowie. Produkowano przede wszystkim drzewo tartaczne. Było składowane w gospodarstwie Sokołowskich, a następnie wywożone, także za granicę, głównie do Niemiec. Oprócz drzewa tartacznego wyrabiano w dużej ilości podkłady pod tory, czy też stemple do kopalń.

Powstało także kilka mniejszych firm, które trudniły się obsługą wcześniej wymienionych, chociażby smolarnię prowadziła firma Kantor S. i S-ka, funkcjonował również młyn, oraz cegielnia M. Chana. Chan był dobrym dla mieszkańców sąsiadem, bo gdy w październiku 1939 roku podczas bitwy pod Wytycznem spaliły się zabudowania Sokołowskich, zaoferował gospodarzowi bezpłatnie wzięcie materiałów drewnianych na odbudowę domu. Młyn Chana był obsługiwany przez młynarzy Aleksandra i Stanisława Warchałów. Oprócz zakładów przemysłowych znajdowała się bardzo duża obora, w której przetrzymywane było bydło w ilości kilkudziesięciu sztuk. Znajdowało się też kilka gospodarstw, w tym polskie Samsonów i Pielaków oraz żydowskie Litmanów i Rajsów, zwanych przez mieszkańców Saniukami.

Robotnicy zakładów przemysłowych z Kantoru osadzali się w miejscu wykarczowanych lasów w Łowiszowie. Osada ta była rozciągnięta i rozproszona, a główne skupisko domów mieszkalnych znajdowało się za lasem pod Wielkim Łanem. Zamieszkiwało ją w latach trzydziestych około 25 rodzin różnych wyznań i narodowości, głównie Polacy i Niemcy. Już przed wybuchem wojny liczba mieszkańców w uroczysku stale spadała, powstawały antagonizmy narodowościowe. W 1940 roku przesiedlono w Poznańskie Niemców, a ich miejsce zajęły osoby stamtąd wysiedlone. Podczas wojny wymordowano lub wysiedlono do getta mieszkańców żydowskich, zaś po wojnie przesiedlono za Bug mieszkańców ukraińskich. Dziś zostało zaledwie kilka domów, w tym letniskowe.

W skład wsi Wytyczno wchodzi również kolonia Kochanowskie. Ziemie kolonii również po wojnie należały do Karpińskich. Majątkiem dalej zarządzał ceniony lekarz Stanisław, a następnie jego syn Jakub oraz córki Zofia i Maria. W wyniku zniszczeń wojennych majątek był bardzo zadłużony, dług wobec Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego w Siedlcach sięgał połowy wartości majątku. W 1921 roku dobra zostały wystawione na licytację, jednak musiała nie dojść do skutku, skoro właściciel nie uległ zmianie. Zostały jednak podzielone, Jakubowi przypadł dwór w Wytycznie, a siostrze Marii w Heleninie. Z upływem lat sytuacja finansowa wytyckiego majątku poprawiała się, w wyniku czego w 1931 roku został wykreślony z wykazu hipotecznych ostrzeżeń o wystawieniu na sprzedaż Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego.

Ostatni z Karpińskich, Jakub, zaniedbywał majątek, a długi karciane i liczne wyjazdy zagraniczne przyczyniły się do jego zadłużenia. Hulaka, karciarz nie znający się na gospodarce rozpoczął dewastacje. Lasy padały pod siekierami spekulantów, pola były zaniedbane, koniom i bydłu brakowało wiosną paszy. Zboże często sprzedawano już „na pniu” lichwiarzom. Pracownicy dworscy długo musieli czekać na zapłatę. Na skutki takiej „gospodarki” długo nie trzeba było czekać[34]pisał w „Tygodniku Chełmskim” lokalny historyk Andrzej Tomala, wysłuchując najstarszych gospodarzy. W konsekwencji Ziemskie Towarzystwo Kredytowe przejęło znaczną część majątku, dokonując od 1937 roku jego rozparcelowania. Majątek przed ruiną finansową nie uratowała żona Wanda z Babińskich, która wnosząc swój posag zaczęła spłacać zobowiązania swojego męża. Posag wystarczył jedynie na spłatę zobowiązań przez dwa dni, po czym opuściła swojego męża. Po żonie pozostał jedynie zakupiony samochód, którym dziedzic jeździł nawet do Francji – wspomina Helena Kupisz. Jakub Karpiński nie potrzebował szofera, gdyż jako jeden z pierwszych mieszkańców gminy posiadał uprawnienia do kierowania pojazdami mechanicznymi. Inną nowinką techniczną było zapewnienie folwarkowi jeszcze przed wojną stałego połączenia telefonicznego. Sam Jakub Karpiński wyprowadził się z Czernikowa już po wybuchu wojny, ale jeszcze przed wkroczeniem wojsk radzieckich.

Po pożarze dworu w 1915 roku do celów mieszkalnych zaadaptowano budynek stelarni i kuźni, z czasem wybudowano nowy budynek oraz murowaną oborę, które to przetrwały do czasów współczesnych. Czerników zamieszkiwali oprócz właścicieli chłopi pracujący na dworze, a również przy połowach ryb (np. rybak Zygmunt Mantaj), gdyż jezioro do dzisiaj słynie z ich obfitości. Istniała nawet firma zajmująca się rybołówstwem, której właścicielem był J. Rajs. Ryby sprzedawane były do Lublina, a pieniądze uzyskane z ich sprzedaży na długo dawały utrzymanie dla dziedziców Karpińskich. Drugim znaczący źródłem dochodów była największa w okolicy plantacja buraków cukrowych. Lasów majątku strzegł gajowy Tomasz Kaczmarzewski.

Wobec sprzedaży dworskich gruntów przejętych przez Ziemskie Towarzystwo Kredytowe już od 1937 roku zaczęli osiedlać się nowi osadnicy. W 1937 roku grunty zakupili chociażby Józef Drob, Ignacy Komar, a w kolejnym roku Franciszek i Marianna Warot, Stanisław i Aniela Musioł. W ten sposób około 20 nowych gospodarzy stworzyło nową kolonię zwaną „Kochanowskie”.

 

4. II wojna światowa

4.1. Bitwa pod Wytycznem – 1939

Wytyczno było miejscem w okolicy, w którym działania kampanii wrześniowej zapamiętane zostały najbardziej. Tu w dniach 30 września i 1 października 1939 roku oddziały Korpusu Ochrony Pogranicza (KOP), pod dowództwem generała Wilhelma Orlika-Ruckemana, stoczyły ciężki bój z jednostkami Armii Czerwonej, które dokonywały odwrotu za linię demarkacyjną na Bugu. Zanim doszło do boju w wrześniowych dniach przez Wytyczno najpierw przechodziło tysiące uciekinierów z zachodniej części Polski, a następnie niewielkie grupki żołnierzy z rozbitych polskich oddziałów.

Po przeprawieniu się przez rzekę Bug oddziały KOP (liczące około 3.000 żołnierzy) przybyły w dniu 30 września w okolice Wytyczna. Przemarsz wojska odbywał się prawie bez przeszkód, jedynie batalion „Bereźne'”, stanowiący tylną straż kolumny, natknął się przy przekraczaniu szosy Chełm-Włodawa w rejonie wsi Osowa na jakiś pododdział sowiecki z 2 czołgami. Celne strzały z małej odległości armaty 75 mm zapaliły czołgi i skutecznie ostudziły zapał do ataku piechoty nieprzyjacielskiej. W ciągu nocy i nad ranem dnia 1 października maszerując od strony Lubowierza osiągnięto rejon Wytyczna, otoczony bagnami, wodami Jeziora Wytyckiego i niewielkimi lasami. Przecinała go szosa Włodawa-Lublin, na której odbywał się ciągły ruch jednostek sowieckich.

Dowódcy oddziałów polskich w dniu 30 września późnym wieczorem zatrzymali się w domu ówczesnego wójta Józefa Klaudy, który te chwile zapamiętał następująco: Wracając wieczorem 30 września 1939 roku (sobota) z urzędu gminnego w Urszulinie do swojego domu w Wytycznie (jechałem rowerem), zostałem zatrzymany przez żołnierzy polskich, pilnujących mostku na szosie obok jeziora. Po wylegitymowaniu puszczono mnie do domu. W czasie rozmowy z plutonowym, dowódcą placówki, dowiedziałem się, że pochodzi on z Wileńszczyzny i służy w Korpusie Ochrony Pogranicza. W domu zastałem generała brygady ze sztabem. Jak się okazało był to dowódca KOP, generał brygady Wilhelm Orlik-Rückemann, ze swym sztabem. Poinformowałem go o sytuacji w okolicy i niedawnym przemarszu Armii Czerwonej w kierunku na Cyców-Łęcznę-Lublin. Rankiem następnego dnia - w niedzielę 1 października 1939 roku - od strony starego gościńca prowadzącego do Łęcznej około godziny 8, pokazało się trzech jezdnych. Po stwierdzeniu przez lornetkę, że to bolszewicy, w tym oficer - leżący przy erkaemie kapral (stanowisko erkaemu znajdowało się przy skrzyżowaniu dróg obok mego domu) pociągnął po jezdnych serią. Oficer spadł z konia, dwaj pozostali odjechali galopem. Po kilkunastu minutach z tego samego kierunku nadleciały pociski artyleryjskie, a jednocześnie ukazała się atakująca piechota bolszewicka, wsparta samochodami pancernymi.[35]

Do pierwszych starć doszło już w dniu 1 października pomiędzy godziną pierwszą a drugą w nocy, gdy czołowe oddziały zaczęły przekraczać szosę, aby skryć się w lasach na zachód od niej i podążać dalej w kierunku Parczewa. Ówczesny mieszkaniec Kantoru Longin Samson wspomina, jak ok. godziny 1 w nocy wpadło do naszej chałupy wojsko polskie. (…) Weszli od progu wołający światła nie palić. W tym samym czasie usłyszeliśmy trzy głośne wystrzały. Jak się okazało, strzały zapaliły sowieckie trzy czołgi, co było u nas widać przez niedaleki cmentarz.[36] Do rana szosę przekroczyła większa część pułku KOP „Sarny”, tabory i artyleria, która umiejscowiona została przy jeziorze od strony Wólki Wytyckiej. Sama miejscowość nie została obsadzona, a jedynie dozorowana przez oddział saperów z jednym rkm. Żołnierze batalionów pułku „Sarny” zajęli natomiast pozycje wśród bagien i lasków na Łowiszowie. Batalion „Polesie” nie przekroczył drogi i rozłożył się w rejonie wsi Wytyczno.

Oddziały polskie zostały zaatakowane przez jadącą od strony Urszulina kolumnę czołgów sowieckich 36 brygady pancernej, które wycofywały się za linię demarkacyjną na Bugu. Po zauważeniu oddziałów polskich Sowieci zatrzymali się w okolicy zabudowań Romaniuka i dworu w Czernikowie. O świcie wysłali na zwiad 3 jeźdźców konnych, jednak po ich rozpoznaniu Polacy rozpoczęli ostrzał z rkm-ów. Oficer zginął, pozostałych dwóch uciekło galopem. Po kilkunastu minutach z tego samego kierunku rozpoczęła ostrzał artyleria, a następnie wzdłuż szosy od strony Urszulina natarła piechota wsparta czołgami i ostrzałem artyleryjskim. W pierwszym starciu Polacy ogniem działek przeciwpancernych i pojedynczych armat 75 mm zniszczyli czołg wroga i 3 traktory komsomolec. Ostrzał artyleryjski wojsk radzieckich skierowany został na polskie pozycje artyleryjskie w Wólce Wytyckiej.

Rosjanie dokładnie wiedzieli jakiego nieprzyjaciela mają przed sobą i jakie jest jego położenie. Nad jednostkami KOP-u krążyły samoloty nieprzyjacielskie i atakowały ich stanowiska bombami oraz ogniem karabinów maszynowych. Radziecka artyleria w sile 4 baterii również ostrzeliwała nieprzerwanie polskie stanowiska. W odpowiedzi polskie działa nie były dłużne i pomimo ostrzału zmuszającego je do ciągłych zmian stanowisk, powstrzymywała skutecznie kolejne ataki piechoty, niszcząc przy okazji następne 2 czołgi. Ciężkie i ręczne karabiny maszynowe Polacy ukrywali gdzie tylko to było możliwe. Ostrzały ze stogów siana, drzew, okien domów, czy pływających po jeziorze łodziach utrudniały sowietom natarcie na polskie pozycje. W swoich raportach Rosjanie pisali jak jeden z oddziałów poniósł dotkliwe straty od ognia z takiej pływającej łodzi. Niestety, polskim artylerzystom zaczęło brakować amunicji. Ogień ich stawał się coraz rzadszy, strzelali już tylko do dobrze widocznych i rozpoznanych celów. Przed południem na obie baterie pozostało tylko 20 pocisków. Coraz częściej dochodziło do walki bezpośredniej. Doszło do walki na bagnety, co doprowadziło do zniszczenia 170 ludzi przeciwnika[37] – z przesadą zapisano w jednym z sowieckich raportów.

Generał Orlik-Rückemann, chcąc zyskać na czasie i odwrócić uwagę nieprzyjaciela od szosy, aby przegrupować jak najwięcej polskich oddziałów do lasu na zachód od Wytyczna, przed godziną dziewiątą wydał drogą radiową rozkaz do dowódcy batalionu „Polesie”, aby ten uderzył na skrzydło przeciwnika, które znajdowało się przed południowym skrajem lasu, na wschód od Wytyczna. Atak miał ubezpieczać batalion „Bereźne". Pomimo potwierdzenia rozkazu uderzenie nie nastąpiło. Zarówno dowódca batalionu „Polesie” ppłk Dyszkiewicz, jak i ppłk Jacek Jura bezskutecznie próbowali poderwać swoich żołnierzy do ataku. Zmęczeni i całkowicie wyczerpani nie byli wstanie do dalszej walki. Jeden z żołnierzy Jerzy Giżycki po latach wspominał: Po zwycięskiej bitwie pod Szackiem przeszliśmy przez Bug i kierując się na Włodawę dotarliśmy do wsi Wytyczno. Tutaj z marszu zostaliśmy rozlokowani na polach uprawnych z kapustą. Mieliśmy nieprzespane noce i żadnego jedzenia, tak więc korzystając z okazji czekając na atak posilaliśmy się surową kapustą, by zaspokoić pierwszy głód. Nie trwało to długo, gdyż po chwili widzieliśmy nacierającą tyralierę sowieckiej piechoty w dużej ilości. Próby poderwania nie udają się, gdyż był silny ostrzał z karabinów maszynowych i broni ręcznej. Pada koło mnie mój towarzysz Romek Gawłowski, uczeń gimnazjalny. Część z kopistów zaczęła się poddawać, część w panice porzuciła broń i rozproszyła się po okolicy. Przy oficerach pozostało niewielu, a batalion „Polesie” przestał praktycznie istnieć. Ja i inni żołnierze zostajemy odprowadzeni na tyły, gdzie na wielkiej polanie, otoczonej czołgami następowała zbiórka jeńców – żołnierzy i oficerów[38]dodaje Jerzy Giżycki.

Prawie cała wieś została zajęta przez wroga, a do niewoli według przesadzonych sowieckich meldunków wzięto już 400 osób. Wobec takiego obrotu sprawy i meldunku ppłk Sulika, że jego żołnierze nie wytrzymają następnego silnego uderzenia wojsk sowieckich, gen. Orlik-Rückemann postanowił zwołać naradę dotyczącą możliwości prowadzenia dalszej walki. W naradzie zwołanej o godzinie dziesiątej udział wzięli: płk Bittner, ppłk Sulik, mjr Czernik, mjr Gawroński oraz mjr Marcinkiewicz. W swoim sprawozdaniu te chwile opisał następująco: Wszyscy znajdujący się na miejscu dowódcy zgodnie ocenili, że obrona w każdej chwili może zostać przełamana. Zostało 20 pocisków na obie baterie. Walczymy z dużą przewagą, żołnierz wyczerpany fizycznie i moralnie. (…) Dalsza parogodzinna walka rezultatu żadnego już nie da. Moja osobista ocena pokrywała się z tym, co usłyszałem.[39]

Po naradzie z oficerami, wobec beznadziejnej sytuacji bojowej, gen. Orlik-Rückemann zdecydował, że o godzinie dwunastej żołnierze zaprzestaną walki i spróbują oderwać się od nieprzyjaciela, kierując się w lasy koło Sosnowicy, gdzie nastąpi rozwiązanie wojsk KOP-u oraz rozproszenie pododdziałów i żołnierzy w różnych kierunkach. Nie mając już możliwości dalszej walki, chciałem przynajmniej ratować żołnierzy – pisał Ruckemann – (…) Byliśmy już na zachód od Bugu i rozproszonym żołnierzom nie grozi już niewola. Oficerowie po przebraniu się też mogą niewoli uniknąć. Ogłosiłem moją decyzję. Do poszczególnych oddziałów walczących bezpośrednio z wrogiem poszły odpowiednie rozkazy. Pierwszy odskok na południe od lasu w m. Sosnowice, skąd oddziały rozchodzą się w różnych kierunkach. Artyleria po oddaniu ostatnich strzałów niszczy działa. Oddziały niszczą broń po oddaniu pierwszego odskoku. Dowódcy żegnają się tam z oddziałami. Sztab grupy KOP przesunie się do lasu na południe Parczewa i tam będzie czekał na oficerów, z którymi chcę jeszcze omówić możliwość naszej dalszej pracy.[40] Pozostawione działa miały być zniszczone.

 Jednak nie wszystkim udało się przebić przez pierścień wroga. Batalion „Rokitno” maszerujący za głównymi siłami wojsk KOP-u nie przeszedł na drugą stronę szosy i w większości dostał się do niewoli. Natomiast batalion „Bereźne”, który po starciu z czołgami nieprzyjacielskimi w rejonie Osowy maszerował jako straż tylna całego zgrupowania, dotarł do szosy znacznie dalej na wschód od Wytyczna w rejon Dominiczyna i musiał przez cały dzień odpierać ataki piechoty nieprzyjaciela dowożonej samochodami od strony Dubeczna. Batalion był również atakowany z powietrza. W godzinach popołudniowych wykorzystał chwilowe osłabienia ataków i przedostał się przez szosę. W rejonie Sosnowicy na szosie Włodawa-Parczew stoczył kolejną potyczkę z czołgami sowieckimi, niszcząc dwa z nich. Batalion KOP „Bereźne” nie złożył broni. Dołączyły do niego grupy żołnierzy KOP, które nie wykonały rozkazu niszczenia broni i rozproszenia się. Tego rozkazu nie wykonała również bateria armat, która z rejonu Wólki Wytyckiej, bezdrożami Durnego Bagna dotarła w lasy parczewskie, gdzie dołączyła do Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Polesie”. Wśród żołnierzy, którym udało się przebić z okrążenia był gen. Ruckemann, który następnie przez Litwę i Szwecję wyjechał do Anglii.

Jeszcze przez jakiś czas po opuszczeniu przez kopistów swoich pozycji niebo nad Wytycznem i Wólką Wytycką rozjaśniały wybuchy pocisków artyleryjskich i „krechy” pocisków broni maszynowej. Nieświadome niczego dowództwo radzieckie nakazywało dalszy ostrzał opuszczonych przez Polaków pozycji. Na ten obszar wojsko radzieckie wkroczyło po upływie około 2 godzin, orientując się, iż polskie oddziały uległy rozproszeniu. Nad okolicznymi lasami przelatywały samoloty zwiadowcze celem ustalenia kierunku ucieczki polskich żołnierzy. Wielu z nich zabito, a jeszcze więcej wzięto do niewoli. Następnie nakazano miejscowej ludności zebrać z pól i lasków poległych oraz rannych i umieścić przed domem ludowym.

W ostatniej bitwie Korpusu Ochrony Pogranicza pod Wytycznem zginęło podczas walk najprawdopodobniej 93 żołnierzy polskich (w tym strzelcy Bronisław Babiej, Roman Gawłowski, Jefimka Bebko, Józef Biernacki, zamordowany we dworze Leonard Boguciński, Władysław Matusik, Michał Czeczuga, Józef Czyż, Bolesław Gajrdzik, Jan Kozanek, Jan Kramek, Józef Mikula, Jan Piliński, Stefan Ptaszkowski, Antoni Banasiuk, zamordowany w Mietiułce Stefan Stachyra, Kazimierz Sykut, Józef Świerczyński, podporucznicy rezerwy Józef Śnieżno i lekarz Józef Trzpil oraz dowódca Batalionu KOP „Małyńsk” major piechoty Lucjan Grott), a około 400 zostało wziętych do niewoli. Wielu z żołnierzy zostało zamordowanych w niewoli lub zmarło wskutek zadanych ran (w tym dowódca Brygady KOP „Polesie” Tadeusz Różyczki-Kołodziejczyk, dowódca Batalionu KOP „Rokitno” major piechoty Maciej Wojciechowski, komendant kwatery głównej Apolinary Jagodziński, którzy najprawdopodobniej zostali zamordowani w podwłodawskich lasach, kapitan Antoni Stańkowski, który zmarł w szpitalu włodawskim w dniu 14 października, kapitan łączności Stanisław Antoni Solarski, zamordowany w Borysiku i pochowany na cmentarzu w Wereszczynie, strzelec Marceli Warmszel zmarły w szpitalu włodawskim w dniu 4 października, podporucznicy rezerwy Stefan Zakrzewski i Stanisław Kłosowski oraz Adam Zalewski zmarli w szpitalu we Włodawie, Jan Mazur, zmarł w trakcie transportu do Włodawy, ranni Stochmiałk i Wójcicki zmarli w Sosnowicy i zostali pochowani na miejscowym cmentarzu). Źródła są rozbieżne, co do strat wojsk radzieckich, w swoich raportach sowieci podają liczbę 31 zabitych i 94 rannych. Niektóre źródła podają liczbę zabitych kilkakrotnie większą od liczby poległych Polaków. Tak sądził Józef Klauda, tłumacząc, iż straty sowieckie, jako strony atakującej, musiały być proporcjonalnie wyższe, stąd wściekłość i zemsta na bezbronnych.[41]

Z cywilów zginęła 1 mieszkanka wsi Wytyczno – Stanisława Sokołowska, którą kule dosięgły, gdy przebiegała przez szosę, by ratować swojego wnuka. Pierwsza kula trafiła w nogę, druga już w głowę. Gdy wszyscy wybiegli opłakiwać seniorkę zaczęły palić się budynki Sokołowskich tak, że całe gospodarstwo strawił ogień. Tam znajdował się sowiecki obserwator, który przekazywał swoim położenie polskich oddziałów. Gdy go zauważyli to w kierunku zabudowań Sokołowskich Polacy zaczęli strzelać pociskami artyleryjskimi. Zabili Sowieta, ale jednocześnie spłonęło całe ich gospodarstwo – wspomina Longin Samson. Całą rodzinę przyjęło do siebie małżeństwo Andersów. Ofiar byłoby zapewne więcej, jednak wielu mieszkańców tego dnia schowało się we wcześniej przygotowanych schronach. Nasz ojciec wykopał wcześniej schron pokryty grubymi belami i przykrył je ziemią. Jak tylko samoloty latały, to nas wszystkich schował opowiada Marianna Prucnal.

Poległych w bitwie pochowano na skraju lasu łowiszowskiego, jednakże 3 ciała żołnierzy wyznania mojżeszowego miejscowi Żydzi przewieźli i pochowali na włodawskim kirkucie. Mieszkańcy zwożący zwłoki poległych żołnierzy z pobojowiska, w tym Jan Trojanowski, wykopali na miejscu bitwy w Kantorze 2 mogiły, w których – jak twierdził Trojanowski – umieszczono 72 ciała. Obecny w tym dniu Józef Klauda naliczył zaś 87 pochowanych ciał w największej mogile. Liczbę tą uzupełnia Edward Romanowski, inicjator i główny organizator budowy obecnego pomnika upamiętniającego poległych. Szacuje, że łącznie pochowanych mogło być około 104 osoby. Potwierdza tym samym podaną przez Józefa Klaudę liczbę ciał w największej mogile. Ciała miały być ułożone w 4 warstwach. W drugiej mogile pochowanych miało być 12 żołnierzy, w tym 1 rannego, zamordowanego przez czerwonoarmistę. W trzeciej mogile miało się znajdować 5 zwłok, czyli 2 żołnierzy odnalezionych w zaroślach kilka dni po zakończeniu walk, a zamordowanych przez Ukraińców z Dominiczyna, 2 zamordowanych przez czerwonoarmistów następnego dnia po walce i 1 zmarłego wskutek odniesionych ran. Ponadto koło dworu w 1 mogile pochowano 3 polskich żołnierzy, wziętych do niewoli, a następnie zamordowanych. Druga mogiła we dworze przy drodze kryła ciało 1 żołnierza. Podobnie samotna mogiła znajdująca się w łowiszowskim lesie. Poległych żołnierzy sowieckich pochowano natomiast na Wielkim Łanie, gdyż po bitwie w tej wsi ich wojska zatrzymały się na noc.

Podczas okupacji niemieckiej miejsce pochówku były symbolem patriotyzmu polskich mieszkańców. Na grobach tych składano kwiaty i palono znicze[42] – pisał po latach Edward Romanowski. Już po zakończonej wojnie w listopadzie 1950 roku prochy poległych polskich żołnierzy ekshumowano i przewieziono na zbiorowy cmentarz we Włodawie. W miejsce dawnego pochówku dopiero w 1989 roku usypano kopiec, u boku którego wybudowano symboliczne nagrobki.

Ze szczególną bezwzględnością wojska sowieckie obeszły się z żołnierzami, którzy trafili do niewoli. Ukazuje to relacja z 1978 roku ówczesnego cytowanego już Józefa Klaudy. Pamiętał, iż po boju bolszewicy nakazali ludności zebrać z pól poległych oraz rannych i pozwozić na plac przed Domem Ludowym. Rannych polecili wnieść do Domu Ludowego, gdzie zamknęli ich na klucz, nie udzielając pomocy lekarskiej. Pozamykali również okiennice, aby nikt nie mógł wydostać się ze środka. Dopiero w poniedziałek w dniu 2 października 1939 roku zjechała z Włodawy sowiecka kolumna sanitarna, niby w celu udzielenia rannym pomocy lekarskiej. Oczywiście wszyscy ranni zmarli z upływu krwi. Poległych i zmarłych z ran żołnierzy polskich obdarto z mundurów, a dokumenty złożono na stos i spalono, aby uniemożliwić w przyszłości ich identyfikację. Umundurowaniem podzielili się żołnierze sowieccy i miejscowi Ukraińcy. W tej akcji wyróżnił się miejscowy Ukrainiec, Paweł Dyksa. Zarówno żołnierze bolszewiccy, jak i miejscowi Ukraińcy mścili się na bezbronnych, wziętych do niewoli żołnierzy polskich.[43] W domu ludowym ponoć zamordowano 18 rannych kopistów. Podobne relacje przedstawia inny ze świadków, cytowany już Longin Samson. Wspomina, jak ruski żołnierz poszedł do Kremera, gdzie było trzech rannych żołnierzy polskich i wziął ze sobą najlżej rannego. Przeprowadził go na cmentarz, gdzie były doły wykopane. Kazał mu wejść do tego dołu i powoli przysypywał rannego. Polski żołnierz chwytał się „ruskiego” za nogi i błagał o litość, mówiąc, że ma żonę i dwoje dzieci. Po chwili bolszewik wyciągnął pistolet i go zastrzelił strzałem w głowę. A wszystko przez niejaką Kremerową, która narobiła szumu dużo, że nie życzy sobie, by ranni u niej leżeli…[44]

Wielu najstarszych mieszkańców pamięta jeszcze do dzisiejszego dnia zachowania Ukraińców wobec walczących ze sobą stron. Gdy wojsko radzieckie zbliżało się do wsi Ukraińcy pośpiesznie ustawili na początku wsi od strony kościoła drewnianą bramę z przyczepionymi licznymi czerwonymi wstążkami. Sami zaś na swoje ubrania nakładali czerwone naramienne opaski. Podczas toczonej walki niektórzy miejscowi Ukraińcy strzelali za węgła do broniących się żołnierzy KOP-u, chociażby po środku wsi przy stodole Ukraińca Berozy znaleziono aż 3 ciała polskich żołnierzy. Józef Klauda wspominał, jak już po zakończeniu walk w rowie przydrożnym biegnącym obok moich zabudowań, czerwonoarmista zastrzelił bezbronnego szeregowca, każąc mu uprzednio podejść do siebie. Przed zgonem żołnierz ten zdążył mi jeszcze powiedzieć, że nazywa się Kazimierz Sykut. Na drodze, w pobliżu mego domu, leżał żołnierz ranny w brzuch. Miejscowi Ukraińcy bili go i kopali. Przed śmiercią powiedział mojej sąsiadce - Polce, ż nazywa się Władysław Matusik i pochodzi z Pruszkowa. Sąsiadka przekazała mi jego nazwisko. W pobliżu zabudowań dworskich bolszewicy rozstrzelali trzech bezbronnych, wziętych do niewoli żołnierzy polskich. Ciała ich polecili zakopać w przydrożnym rowie (na prośbę miejscowej nauczycielki, która przypuszczała, że jednym z rozstrzelanym może być jej mąż. Rozkopałem w nocy, po odejściu bolszewików, mogiłę rozstrzelanych. Jeden z nich miał dokumenty na nazwisko Leonard Bogudziński, szeregowy. Przy ciałach dwóch pozostałych nie było dokumentów ani znaków tożsamości. Mąż nauczycielki wrócił po kilku dniach). Rozebranych do bielizny żołnierzy polskich w liczbie osiemdziesięciu siedmiu, pochowano w rogu prawosławnego cmentarza, znajdującego się naprzeciwko młyna. Trzech żołnierzy wyznania mojżeszowego zabrali Żydzi na kirkut do Włodawy, a trzech rozstrzelanych (jak podałem wyżej) zakopano w rowie przy szosie.[45] O kolejnych polskich żołnierzach, zabitych przez ukraińskich cywilów, wspomina inny ówczesny mieszkaniec sąsiadującego Dominiczyna Edmund Brożek: Dwaj oficerowie wojska polskiego, uczestnicy bitwy pod Wytycznem, przyszli do wsi Dominiczyn z prośbą, by sołtys skierował ich na nocleg do polskiej rodziny. Sołtys Stanisław Tomaszewski uczynił to, lecz w tym samym momencie zjawiło się trzech Ukraińców z czerwonymi opaskami, byli to: Chwećko, Borowski i Zieliński. Wymienieni Ukraińcy zabrali rozbrojonych oficerów, mówiąc do sołtysa, że sami ich przenocują. Było to przed wieczorem. W nocy wyprowadzono oficerów polskich za budynki Stanisława Wojtaluka. Zostali rozstrzelani na dróżce wśród zarośli, graniczących z łąką Wakuły i Mielniczuka. Miejsce, w którym dokonano zabójstwa, nazwane było „Peseryta”. Następnego dnia rano martwi oficerowie zostali odnalezieni przez chłopców pasących krowy.[46] Podobnych przypadków było więcej, o jednym opowiada Marianna Prucnal: Moja teściowa opowiadała, jak do jednego żołnierza strzelali Ukraińcy. Trafili jego, ale nie zabili. Wieczorem teść z teściową zabrali go do stodoły i opatrzyli rany. Poprosił, aby powiadomić rodzinę z Warszawy. Jego żona przyjechała, ale w nocy Ukraińcy przyszli i jego dobili. Ktoś musiał przyskarżyć. Jednego z żołnierzy zamordowano na andrzejowskich łąkach. Schował się w krzakach, ale jeden nasz Ukrainiec się o tym dowiedział i poszedł go zastrzelić – opowiada Stanisław Werner. Nie wszyscy jednak zginęli, wielu polscy mieszkańcy okolicznych wsi przebrali w cywilne ubrania, a następnie rozproszyli się po lasach.

Podobne zachowywali się niektórzy Żydzi, którzy służyli Sowietom za przewodników. Chociażby pracujący we dworze w Czernikowie Żyd o przezwisku Pachciarz przeprowadził wojsko radzieckie przez Kochanowskie i Olszowo, by skierować ich na stacjonującą w Wólce Wytyckiej polską artylerię przeciwpancerną. Te 2 dni spowodowały, iż nienawiść mieszkańców polskiej i ukraińskiej narodowości w Wytycznie sięgnęła apogeum. Nie wszyscy jednak Ukraińcy przejawili wrogość do Polaków, u jednego z nich schronienie w dniu bitwy znalazł ks. Kazimierz Szlędak.

Po bitwie grupy pościgowe Armii Czerwonej wyłapały około 300 żołnierzy polskich. Część z nich widziano w dniu 2 października pędzonych pod konwojem w stronę lasów pieszowolskich przez wieś Wielki Łan na wschód. Zostali prawdopodobnie wymordowani w lasach włodawskich. Byli wśród nich dowódcy KOP-u płk dypl. Tadeusz Różyczki-Kołodziejczyk i płk KOP „Sarny” Lucjan Grott. Duże grupy jeńców Rosjanie skierowali do stacji kolejowych w Trawnikach i w Lubomlu. Jerzy Giżycki wspomina, jak całą noc pędzono nas do Lubomla, nie pozwalając po drodze odpocząć, ani napić się, ani nic zjeść. Ci, którzy marszu nie wytrzymywali, byli po drodze dobijani przez konwojentów. Dopiero w Lubomlu udało się po raz pierwszy otrzymać trochę jedzenia oraz jakąś wodę i po załadowaniu nas do pociągów, do wagonów towarowych, odtransportowano nas do ukraińskiego miasta Szepietówki. Tam posegregowano oficerów i żołnierzy.[47] Z grupy tej oficerów zamordowano w Katyniu, Kozielsku, czy Starobielsku, żołnierzy pozostałych puszczono do domów (zamieszkałych na terenie zajętym przez Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich (ZSRR)) lub wywieziono na Sybir. Druga kilkudziesięcioosobowa grupa jeńców była prowadzona przez Urszulin, Świerszczów w stronę Trawnik. Stanisław Werner z Andrzejowa powraca pamięcią, jak byłem wtedy chłopcem, więc zaraz ciekawski pobiegłem zobaczyć co się dzieje. Już przy samym młynie jeden z oficerów szybko wszedł na dużego dęba, ale jakiś Ruski go dojrzał i zastrzelił. Kilku zabili także przy oborze dworskiej. Na strychu siedzieli strzelcy i jak tylko ktoś próbował uciekać, to strzelano do nich. Wszyscy z tej grupy prawdopodobnie zostali rozstrzelani i pochowani na cmentarzu protestanckim w jednej z wiosek – kolonii niemieckiej na południe od Świerszczowa, choć kpt. Stanisława Antoniego Stolarskiego zamordowano już w okolicach wsi Borysik. Większość zbiorczego batalionu KOP „Polesie" i część batalionu KOP „Rokitno", czyli około 800 żołnierzy, którzy nie zdołali przekroczyć szosy rozproszyło się po lasach lub dostało się do niewoli i wszelki ślad po nich zaginął.

Po polskich i radzieckich żołnierzach pozostało we wsi i okolicznych lasach bardzo dużo broni. Była przy poległych, ale przede wszystkim chowali ją rozpraszający się po lasach kopiści, którym bez broni było o wiele łatwiej „przeniknąć do cywila”. Zakopywali w miejscach wiadomych tylko dla nich samych, lub przekazywali polskim mieszkańcom z prośbą o ukrycie. Do dziedzica Grzmisława Krassowskiego z Pieszowoli przybył jeden z dowódców oddziału, z prośbą o ukryciu większej ilości broni. Została zakopana między stawami w kilku drewnianych skrzyniach. Przebywająca u Krassowskich wiosną 1940 roku znana poetka Krystyna Krahelska w celu upamiętnienia Bitwy pod Wytycznem napisała pieśń „Kołysanka o zakopanej broni”, znanej również pod tytułem „Smutna rzeka”:

Smutna rzeka, księżyc po niej pływa,

Nad nią ciemne dłonie chyli klon,

Śpij dziecino, nic się nie odzywa,

Śpi w mogiłach zakopana broń.

Smutna rzeka, usnął las ciernisty,

Srebrne gwiazdy spadły w srebrną toń,

Gdzieś po polach, gdzieś po lasach mglistych,

Czujnie drzemie zakopana broń.

Smutna rzeka, księżyc po niej spłynął,

Ciemna noc na liściach kładzie dłoń,

Śpij dziecino, śpij żołnierski synu,

Już niedługo obudzimy broń.

 Prawdę o bitwie pod Wytycznem przez kilkadziesiąt lat starano się utrzymywać w tajemnicy i skutecznie fałszowano. Tylko uczestnicy bitwy oraz miejscowa ludność znała prawdę. Do 1989 roku oficjalnie o bitwie mówiło się niewiele, a jeżeli już, to za stronę przeciwną uznawano Niemców. W jednej z nielicznych wzmianek, umieszczonej w Tygodniku Chełmskim” z 1981 roku zapisano: Rankiem 1 października oddziały zgrupowania KOP stoczyły walkę z wojskami niemieckimi, które uderzyły kierunku południowego od szosy Trawniki-Włodawa. Po krótkim starciu gen. Ruckeman-Orlik zarządził rozwiązanie zgrupowania. Wojsko rozproszyło się w terenie.[48]

 

4.2. Wieś i mieszkańcy podczas okupacji

Już kilka dni po bitwie było wiadomo, że ziemie polskie na zachód od rzeki Bug przypadną III Rzeszy. Wobec tego miejscowi Ukraińcy (np. Beroza, Prystupa) i Żydzi (7 osób) zaczęli wyjeżdżać do ZSRR. Czynili to zwłaszcza ci, którzy wykazali się wrogością, wobec walczących kilka dni wcześniej żołnierzy polskich z KOP-u. Gdy jeszcze nie nadeszły wojska niemieckie „łupem” mieszkańców „padł„ majątek folwarczny Karpińskich na Czernikowie. Zofia Dadacz wspomina, jak od nas z Wielkopola do Wytyczna ruszyli „opaskowce” (tj. Ukraińcy, którzy po wkroczeniu wojsk radzieckich zakładali na ramie czerwone opaski). Przez nasze podwórko Łukasz Kulhawiuk i Grzeszczuk świnie i jałówki z folwarku wieźli. Namawiali na rabunek mojego ojca, ale on im odpowiedział, że szybko się tym udławią. Do grabieży włączali się miejscowi Ukraińcy. Ale byli też i dobrzy ludzie. Ukraińska rodzina Antoniuków mieszkała na Kochanowskim i jak chcieli Ukraińcy mego brata zabić, to oni im nie pozwolili – wspomina ukraińskich sąsiadów Marianna Prucnal. W październiku 1939 roku cały teren został zajęty przez wojska niemieckie i rozpoczęła się ich okupacja, trwająca aż do dnia 22 lipca 1944 roku. W dniu 7 października do wsi wjechało 7 motocykli, każdy motocykl przybrano kwiatami[49] – opisał lokalny historyk Andrzej Tomala. Nowego okupanta witali miejscowi Niemcy oraz volksdeutsche.

Okupacja niemiecka spowodowała znaczne pogorszenie się stosunków polsko-niemieckich. Z miejscowych Niemców wyznaczono urzędników, a miejscowy urząd okupacyjny zorganizowano w folwarku Karpińskich. Jednakże ustanowionego przez niemieckiego inspektora Selinghera z Adampola zarządcę majątku Leona Drygalskiego zamordowali już latem 1940 roku Niemcy z sąsiedniego Michelsdorfu. Zamordowali go w kochanowskim lesie, bo mojego ojca i brata wzieli Niemcy, aby tam go zakopali. Ale rodzina się zgłosiła i jego zabrali – wspomina Marianna Prucnal. Niektórzy mówili, że czyn ten mógł być podyktowany pożarem dworu, który się spalił od lampy naftowej, ale morderstwo najprawdopodobniej podyktowane było przychylnym stosunkiem Drygalskiego wobec Polaków. Niejednokrotnie Drygalski „wyciągał” Polaków z niemieckich aresztów, świadcząc o ich uczciwości i niezbędności w pracy na rzecz majątku. Morderstwo poróżniło nawet Niemców i interwencję Selinghera u okupacyjnych władz powiatowych, ale winnych nie osądzono. Spalony dwór Niemcy odbudowali i osadzili kolejnego zarządcę Władysława Kuczyńskiego, następnie Strucka, a później Kiliana. Najstarsi mieszkańcy wspominają o przychylnym nastawieniu rządców do ludności polskiej. Nasze dowództwo miało z Selingherem niepisaną umowę, my nie dokonywaliśmy zamachów na niego i jego zarządców, a oni byli przychylni dla ludności polskiej i nie pozwalali na wywózki pracujących w majątkach ludzi. Dlatego Selingher mógł po powiecie jeździć bez obstawy – wspomina partyzant AK Edmund Brożek, który sam za stawiennictwem Selinghera został wypuszczony z niemieckiego aresztu. Policjantami w utworzonym posterunku zostali Blimka i Munk.

Nowe władze okupacyjne uznały część mieszkańców wsi, zwłaszcza z mieszanych rodzin polsko-niemieckich, za volksdeutchów (tj. za osoby pochodzenia niemieckiego niezamieszkujących obszar III Rzeszy), którzy najczęściej – jak wspominają najstarsi – byli gorszymi, niż sami Niemcy. Z pałkami i pistoletami w rękach grabili pozostałych mieszkańców zabierając im zwłaszcza bydło i trzodę chlewną. Mieszkańcy polscy nie mogli mieć trzody chlewnej, a prawie całość zbiorów musieli oddawać w ramach przymusowych kontyngentów. Po agresji Niemiec na Rosję mieszkańcy zmuszeni byli nawet do przeprowadzenia zbiórki ciepłej odzieży dla żołnierzy niemieckich na froncie. Wśród Polaków często pojawiali się szpicle, którzy donosili okupantowi nawet o drobnych wykroczeniach, dlatego też zaufanie mieszkańców do sąsiadów zostało bardzo ograniczone. Co jakiś czas zdarzały się egzekucje, z rąk funkcjonariuszy niemieckich zginęli chociażby bracia Dziubińscy z Łowiszowa, a na Kochanowskim Niemcy zamordowali Lutomskiego z Woli Wereszczyńskiej. Świadkiem zbrodni była Marianna Prucnal: Do sąsiadów przyjechali Niemcy. Za bryczką ciągnęli człowieka, była cały zakrwawiony. Niemcy poszli balować, a ja w tym czasie podeszłam do niego. Prosił o wodę, więc poszłam i dałam wody, obmyłam rany. Wtedy wyskoczył szwab i zaczął krzyczeć. Ale ten Lutomski zaraz umarł. Dość często były aresztowania, a zatrzymanych, jak np. Józefa Tryzuba, osadzano w lubelskim więzieniu na Zamku. Gdy Tryzub zachorował, zabrano go, podobnie jak innych chorych, celem dokonania zagłady. Powszechne były również zatrzymania, zwłaszcza młodych, których z kolei wywożono do III Rzeszy na roboty publiczne. Taki los spotkał chociażby Wiktorię i Stefana Brożków, czy Władysława Korzeniowskiego. Niepełnoletnich kierowano natomiast do pracy w przejętych przez Niemców dworach w Czernikowie i Heleninie.

Bieda spowodowała, że i wśród Polaków kradzież stawała się rzeczą powszechną, a kradzież dokonana u Niemca uznawana była nawet za czyn patriotyczny. Najwięcej grabieży dokonywali jednak tzw. „leśni ludzie”, czyli partyzanci. Partyzantka leśna pojawiła się już w październiku 1939 roku, tworzyli ją zarówno nieschwytani żołnierze KOP-u, ale przede wszystkim miejscowi, zwłaszcza ci, którzy „podpadli” władzy okupacyjnej. W dzień „panami życia i śmierci” była władza okupacyjna, w nocy zaś rządzili „leśni ludzie”. Taki los spotkał m.in.  Ukraińca Andrzeja Pilipczuka, którego zamordowali podczas grabieży członkowie jednej z takich grup. W dniu 10 lutego 1943 roku zamordowany został sołtys Łowiszowa Choma Korneluk, zaś tego samego roku 31 sierpnia Pawlo Pliszczuk. Okoliczności ich śmierci nie są znane.

Zlikwidowaniu uległa szkoła polska, choć jeszcze w 1940 roku oficjalnie funkcjonowała i uczęszczało do niej na zajęcia 89 dzieci. Po utworzeniu szkoły ukraińskiej dla polskich dzieci przydzielono jedynie jedną salę o powierzchni 8 metrów. Po wydarzeniach z 1939 roku w oknach brakowało szyb, a deski z podłogi zostały wyrwane. Dopiero po usilnych staraniach Antoniego Andersa w urzędzie gminy udało się odzyskać dziesięć ławek z utworzonej już szkoły ukraińskiej. Dzieci okupanci wykorzystywali do prac polowych w okolicznych majątkach, zbiórek makulatury i złomu oraz ziół leczniczych. W połowie 1940 roku budynek przejęli Niemcy, a kierownika szkoły Antoniego Andersa aresztowano pod zarzutem organizowania struktur podziemnych. Po siedmiu dniach został jednak zwolniony i oczyszczony z zarzutów. Dotychczasowi nauczyciele, pomimo surowych sankcji, podjęli się prowadzenia tajnego nauczania. Do grudnia 1940 roku nauczanie tajne odbywało się w domu Michaliny Anders, a następnie przeniesiono do prywatnych pomieszczeń, bezinteresownie przekazanych przez przesiedloną z Poznańskiego Leokadię Kaczorowską Z zapisanej relacji Antoniego Andersa dowiadujemy się o warunkach lokalowych użyczonej izby: Piec ciągle dymił. W okresie zimy gospodarze sami dowozili drzewo, a rąbał je i palił w piecu sam nauczyciel z dziećmi. Na legalne nauczanie w czteroklasowej szkole władze okupacyjne zezwoliły od jesieni 1941 roku, Anders w pierwszym roku szkolnym był jedynym nauczycielem i w czterech klasach uczył łącznie 62 dzieci. W następnym roku liczba dzieci wzrosła do 81 uczniów, ale w roku szkolnym 1943-1944 spadła do 69 osób. W tych dwóch latach szkolnych Anders miał do pomocy jednego nauczyciela, który uczył w klasach młodszych. Świadectwa szkolne były wydawane w języku niemieckim i polskim.

We wsi szybko po nastaniu okupacji niemieckiej utworzono 2 nowe szkoły, tyle że ukraińską i niemiecką. Utworzenie ukraińskiej szkoły w miejscu polskiej było efektem przyjętej przez okupanta niemieckiego polityki, polegającej na przeciwstawianiu Ukraińców Polakom, by tym sposobem lepiej kontrolować obydwa narody. Sam Generalny Gubernator Hans Frank na początku okupacji przyznawał, że należy w zamian za lojalność wobec Furera i Rzeszy utrzymać Ukraińców w jakimś nastroju zadowolenia pod względem politycznym.[50] Wobec tego otoczono ograniczoną opieką ukraińską kulturę, cerkiew i oświatę. Początkowo szkołę ukraińską umieszczono w popówce, a następnie w przedwojennym budynku szkolnym. Do w 1940 roku na zajęcia uczęszczało 79 ukraińskich dzieci. Celem jej wyposażenia z polskiej szkoły zabrano ławki i przybory dydaktyczne. Lekcje w niej prowadził nauczyciel Nikołaj Buraczuk. Do szkoły niemieckiej uczęszczała podobna liczba dzieci, bo 75, a nauczanie prowadził August Mielnikiel. Szkoła ta funkcjonowała jednak niedługo, gdyż 1941 roku wyjechali w Poznańskie i do III Rzeszy ostatni przebywający we wsi koloniści niemieccy.

Ludność niemiecka opuściła Wytyczno jesienią 1940 roku. Zżyliśmy się z nimi, żegnano się z nimi, jak z rodziną. Razem się bawili i gościli – wspomina Marianna Prucnal. Gospodarstwa pozostawione przez osadników niemieckich zajęło około 20 rodzin polskich, pochodzących głównie z Poznańskiego (np. Napierałowie, Przeważni, Kaczorowscy, Najdkowie), ale także mieszkańcy sąsiednich wsi (np. Brożki z Dominiczyna). Budynki poniemieckie w Łowiszowie nie zostały zasiedlone, gdyż wyjeżdżający stąd Niemcy palili zarówno swoje budynki gospodarcze, jak i budynki usługowe. Inaczej było w Kantorze i na wsi, co poświadcza świadek tych wydarzeń Longin Samson: Jako młody chłopiec byłem wówczas pastuchem u Blimka. Nie płacił mi, ale nie byłem wobec tego przez Niemców szykanowany. Gdy Blimka wyjechał pozostawił mi w nagrodę za pilnowanie dwie krowy, plecione kosze na zboże i psa pasterskiego. Takiego nikt nie miał we wsi. Spalone budynki na Łowiszowie szybko się stały kryjówką dla oddziałów AK i Armii Ludowej. Przybyli w miejsce Niemców Poznaniacy stali się najbiedniejszą warstwą społeczną, na co główny wpływ miał stan gospodarstw, w jakich je objęto, jak też srogie zimy. Po wojnie Poznaniacy wrócili w swoje strony.

Los wojny dotknął też księży katolickich. Ksiądz Kazimierz Szlędak został pobity w Michelsdorfie przez miejscowych Niemców, a następnie musiał opuścić Wytyczno. Jego miejsce w 1941 roku zajął ks. Telesfor Perechuda, jednak posługę pełnił przez rok, do października 1942 roku. Po opuszczeniu Wytyczna posługę kapłańską pełnił proboszcz parafii z Wereszczyna ks. Władysław Urbańczyk, w końcowych latach wojny z pomocą wikariusza ks. Jana Dziedzica. Wobec rozległego obszaru jego jurysdykcji początkowo msze święte w Wytycznie odbywały się w co drugą niedzielę. Po pewnym okresie msze odbywały się już co niedzielę. Każdej niedzieli rano chłopi z Michelsdorfu jechali rano do Wereszczyna, księdza brali na furę, o godzinie 12 mszę odprawił i znowu na furę, by zawieść z powrotem do Wereszczyna – tak te chwile wspominał parafianin Ludwik Zacharski. Po pewnym czasie ks. Jan Dziedzic zamieszkał w Wytycznie. Był to człowiek niezaradny, ale bardzo pobożny, uczciwy i wielki duchem. Późniejszy proboszcz Jan Rębisz pisał w swoich listach o ks. Dziedzicu: Był to kapłan w blasku ascetycznym, nie mógł też poradzić sobie z trudnościami, a trudności były ogromne. Gdy go okradziono wówczas dla Klaudowej powiedział: on mnie nie okradł, on siebie okradł. Wszystko co miał rozdawał biednym, sam zaś żył w nędzy. Jego poświęcenie wzbudzało podziw u mieszkańców.

Ludność żydowską z Wytyczna w większości osiedlono w getcie włodawskim, po czym dokonano ich masowej eksterminacji. Podczas osadzania w getcie część młodych Żydów uciekło do lasów zasilając oddziały partyzanckie. Instytutowi Yad Vashem udało się ustalić miejsca śmierci niektórych z nich. W Wytycznie wymordowano rodzinę Rajsów, czyli Dawida, jego żonę Szifrę oraz córkę Mirę. Natomiast Srul Bejtelman zamordowany został w 1944 roku w Adampolu, a Duwcia Furer w getcie w Równem na Ukrainie. W nieznanym miejscu zamordowany został Mosze Kodeńczyk. Byli też tacy (np. Sura), którzy ukrywali się u polskich rodzin. Obowiązkowo osoby takie uczyły się pacierza, gdyż odmówienie modlitwy było najczęściej spotykanym sposobem rozpoznawania ludności żydowskiej przez funkcjonariuszy okupacyjnych. Wobec grożącego niebezpieczeństwa dla rodzin przechowujących ludność żydowską ukrywający sami udawali się do getta włodawskiego. Zdarzali się też mieszkańcy, czerpiący zyski z ich przechowywania. Komendant placówki AK w Urszulinie Henryk Kozłowski wspominał o takim jednym przypadku: Ukrywała się u Ukraińca w Wytycznie (…), bardzo przystojna Żydówka. Wysoka, szczupła, zgrabna. Kiedy miała czym płacić, on ją trzymał. W międzyczasie dziecko... A on zgłosił i ją zabrano, przewieziono do Urszulina. Na podwórku zastrzelono i dziecko i ją. Była to najprawdopodobniej żona Gidali Rajsa, która przed wojną z mężem mieszkała w Kantorze. Podczas wojny zginął jej mąż Gidala i szwagier Moszek Rajs. Moszek, Gidala i Ajzyk Saniuki (właściwie Rajsy) ukrywali się na Łowiszowie, w pobliżu Mietiułki. Byli w zabudowaniach oddalonych od wsi, więc początkowo nikomu to nie przeszkadzało. Ale po pewnym czasie zaczęli kraść jedzenie i to coraz więcej. Zabierali zboże, mięso, wszystko co mieli okoliczni gospodarze. Najbardziej cierpiały rodziny Jarmosza, Korneluka i Kierepki. W końcu chłopi z rabowanych gospodarstw zebrali się i zabili Saniuków. Uratował się jedynie Ajzyk, który schował się w domu Kozaka (tj. w miejscu położenia obecnej leśniczówki). Przez jakiś czas przebywał u Kozaka, ale potem przeniósł się w inne miejsce – wspomina o losach braci Rajsów jeden z mieszkańców. Przez krótki czas ukrywała się Żydówka na Kochanowskim: Moja mama ukrywała ich z 2 tygodnie, ale się bała i poprosiła, by zmieniła miejsce. Zaczęli we wsi węszyć, a jak by ją znaleźli to i nas by zabili. Ona owinęła dziecko i poszła. Ale przy drodze do Urszulina ich zabili – powraca w pamięci Marianna Prucnal. W folwarku na Kochanowskim Niemcy szykowali nawet miejsce do eksterminacji ludności żydowskiej. Po wyzwoleniu Wytyczna odnaleziono w nim bowiem wózki transportowe, czy też szyny. Miała tutaj prawdopodobnie znajdować się filia więzienia z Krychowa, w którym przebywali Żydzi, Cyganie i Polacy.

Do największej tragedii mogło dojść jesienią 1943 roku. Okupanci, rewanżując się za coraz to śmielsze akcje partyzantów, postanowili spacyfikować wieś. Bezpośrednim powodem miała być akcja w pobliskim majątku w Heleninie, w którym to partyzanci z oddziału AK „Nadbużanka” i z oddziału Hańsk dokonali w sierpniu 1943 roku dwukrotnego rozbrojenia mieszczącego się tam posterunku, zabijając w akcji jednego z funkcjonariuszy niemieckich i wartownika. Wieś ukarana miała być także za pomoc tzw. plennym, czyli sowieckim dezerterom z frontu wschodniego, choć bezpośrednia przyczyna zdaniem niektórych mieszkańców mogła być jeszcze inna. Jednej nocy okoliczni Ukraińcy zabili w Łowiszowie kilka świń i przewieźli przez wieś, by pozostawić ślady krwi. Następnie doniesiono do niemieckiej placówki we Włodawie, iż we wsi Polacy dokonali rzezi mieszkańców niemieckich i ukraińskich.

Pacyfikację dokonano we wrześniu 1943 roku, czyli krótki czas od wydarzeń mających miejsce w majątku pobliskiego Helenina wskazywałoby, iż te wydarzenia były bezpośrednią przyczyną. Akcja pacyfikacyjna zaczęła się od okrążenia wsi przez wojsko niemieckie, po czym nakazano sołtysowi, aby zebrał wszystkich mieszkańców w jej centrum. Od przeprowadzenia pacyfikacji uratowało wstawiennictwo Kiliana – Niemca zarządzającego majątkiem w Czernikowie. Choć był urzędnikiem okupacyjnym szanował wszystkich mieszkańców, którzy często znajdywali zatrudnienie w gospodarstwie podworskim, za co otrzymywali zapłatę. W tym dniu sołtysowi Ukraińcowi Stefanowi Pilipczukowi udało się przedostać wzdłuż rzeki do Kiliana, by opowiedzieć co się dzieje we wsi. Nie czekając Kilian w piżamie wziął konia i przyjechał na wieś. Zależało mu na ludziach, gdyż pracowali u niego w folwarku. Gdy przybył na miejsce zwrócił się do żandarma: Co ty robisz? Czy wy macie pewność, że stąd ludzie rozbroili majątek w Heleninie – wspomina świadek wydarzeń Ludwik Zacharski. Po prośbach Kiliana Niemcy odstąpili od pacyfikacji całej wsi, karą miało być jednak zastrzelenie co dziesiątego mieszkańca. Niemcy zaczęli ustawiać ludzi w szereg. Traf chciał, iż pierwszą wybraną osobą był Muzyczuk, którego córka była krawcową u tegoż Kiliana. Kilian powiedział więc że nie pozwoli jego zabić i wziął go za siebie, mówiąc: Zabij najpierw mnie, a później możesz zabić jego! Tak to rozłościło oficera niemieckiego, że w nerwach odstąpił od egzekucji i wraz z żandarmami wyjechał ze wsi – relacjonuje dalej Zacharski.

Szczęścia mieszkańcy nie mieli również w kolejnym roku. Wobec coraz częstszych akcji partyzanckich okupant niemiecki dokonał w dniu 15 czerwca odwetu na mieszkańcach. Tegoż dnia, po jednej z ostatnich potyczek w terenie okupanta niemieckiego z partyzantami polskimi, policjanci hitlerowscy rozstrzelali 7 miejscowych członków podziemnej organizacji (w tym Witold Pielak), których następnie oblano benzyną i spalono.

 

4.3. Działalność ruchu oporu

Obok luźnych niesformalizowanych grup powstały na przełomie 1939 i 1940 roku struktury organizacji Związku Walki Zbrojnej (ZWZ), której komendantem został wspominany Józef Klauda ps. „Michał”, „Helmir”, „Zygmunt”. Był pierwszym mieszkańcem tutejszej gminy, z którym kontakt nawiązał przybyły w 1940 roku Józef Milert ps. „Sęp”, „Kowalski”. Oprócz komendanta struktur gminnych Klauda pełnił funkcję Powiatowego Komendanta Biura Informacji i Propagandy ZWZ. Do tutejszego obwodu ZWZ oprócz Wytyczna wchodziły wsie: Kołacze, Dominiczyn, Wólka Wytycka oraz Kulczyn, a oddział liczył około 30 partyzantów (np. Józef Pakuła ps. „Nurek”, Edmund Brożek ps. „Jeleń”). Problemem dla tworzącego się „podziemia” był niedostatek broni, dlatego też podjęto starania, by zgromadzić wszelką broń porzuconą przez oddziały KOP-u. Partyzanci z placówki wytyckiej mieli możliwość wykazania się w tym zadaniu, gdyż po bitwie z października 1939 roku w okolicy miejsc z pochowaną bronią było wiele. Pierwszy komendant ZWZ obwodu włodawskiego Romuald Kompf ps. „Rokicz” w swoich pamiętnikach wspominał, jak Józef Klauda wraz z Piotrem Kwiatkowskim ps. „Dąbek” wydobyli z Jeziora Wytyckiego aż 6 ciężkich karabinów maszynowych typu „Maxim”, które były w zupełnie dobrym stanie, ponadto kilka skrzyń amunicji karabinowej, taśm do amunicji maszynowej, kilka skrzyń granatów obronnych, kilkanaście sztuk karabinów i tyleż pistoletów ręcznych. Broń i amunicja powyższa zostały przewiezione do leśnych magazynów, zakonserwowane i przechowane aż do czasów sformowania pierwszych oddziałów partyzanckich Armii Krajowej.[51] Jezioro służyło później przez całą wojnę za doskonały, bo trudny do wykrycia, skład broni partyzanckiej

W okolicy działała również partyzantka ukraińska. Ich znakiem rozpoznawczym była śpiewana piosenka: Lentu za lentu, patrony podawaj, my krasne partyzanty, w boju nie ustawaj – wspomina Halina Konieczna. W późniejszych latach rozwinęła się partyzantka proradziecka Armii Ludowej, której siedziba rejonu znajdowała się w Wytycznie, a zastępcą komendanta tegoż rejonu był niejaki Nazaruk.

Pomimo zastraszenia mieszkańców działalność oddziałów partyzanckich z upływem czasu intensywniała. Komendantem uformowanej w 1942 roku AK na Gminę Wola Wereszczyńska został Józef Klauda. Grzegorz Szczęśniewski został natomiast dowódcą plutonu w oddziałach Stanisława Parzebuckiego ps. „Mars” i Ludwika Parysa ps. „Ludwik”. W dniu 19 sierpnia 1943 roku oddział dywersyjny AK w sile 14 żołnierzy pod dowództwem plutonowego Stanisława Pryla ps. „Parys” dokonał zbrojnego napadu na umocniony posterunek niemiecki w majątku dworskim w Czernikowie. Akcja ta poprzedzona została przeprowadzeniem wywiadu przez nauczyciela z Lubowieża, członka naszej organizacji, który dał szczegółowy szkic terenu i budynku, w którym mieściła się wartownia z ochroną majątku, podał również stan i uzbrojenie załogi oraz rozmieszczenie i zmiany posterunków[52] - wspominał Romuald Kompf. W wyniku zaskoczenia, po krótkiej wymianie ognia, zdobyto posterunek i zarekwirowano trochę pistoletów, karabinów, amunicji oraz sporą liczbę granatów. Od kul Pryla zginęło 3 żandarmów, 3 kolejnych w wyniku eksplozji rzuconych granatów, 5 pozostałych rozbrojono bez żadnego oporu z ich strony. Oddział „Parysa” po wykonaniu zadania wycofał się z majątku bez strat we własnych szeregach.

Kilka dni później w dniu 27 sierpnia grupa AK dowodzona przez porucznika Józefa Milerta ps. „Sęp” dokonała rekwizycji tegoż samego posterunku i zlikwidowała jednego z miejscowych ukraińskich nacjonalistów. Akcję poprzedziło przecięcie przez Chomę i Leszczyńskiego linii telefonicznej, a w tym czasie pozostali partyzanci obsadzili drogę rkm-ami. Podczas akcji ranny został Woch. Po tej akcji Niemcy podwoili ilość żandarmów w posterunku oraz sprowadzili 1 działo.

W maju 1944 roku oddziały były na tyle liczne, iż na jeden wieczór oswobodzili wieś. Przybywając na uroczystą chwilę chrztu Wojciecha Klaudy, syna Józefa, będącego ówcześnie oficerem wywiadu i informacji AK, oddziały partyzanckie odcięły wszystkie drogi prowadzące do Wytyczna, by móc spokojnie świętować. Łączność telefoniczna z Wytycznem już od kilku miesięcy była zerwana. W dniu 15 marca wysłana z Włodawa ekipa łącznościowa próbowała przywrócić połączenie telefoniczne, ale zostali ostrzelani przez około 20 partyzantów. Ci sami partyzanci jeszcze tego dnia z majątku w Czernikowie zrabowali 6 koni, 3 jałówki, wełnę owczą, oraz 1.475 złotych. Dwa dni później już 50-osobowa grupa partyzantów z tego samego majątku zabrała 2 konie, wóz, bryczkę, 16 krów, 7 jałówek, 2 źrebaki i owce. Być może te rabunki spowodowały większą koncentrację żołnierzy niemieckich, a w konsekwencji śmierci w dniu 5 kwietnia w Kochanowskim lesie 2 partyzantów lotnego oddziału „Nadbużanki” – Tadeusza Huberta i Tadeusza Knecia.

Na Łowiszowie w dniu 2 czerwca 1944 roku pojawili się pierwsi partyzanci proradzieckiego oddziału Roberta Satanowskiego „Jeszcze Polska nie zginęła”. Zostali „zrzuceni” z samolotów w okolicy miejscowego jeziora. Przebywali przez kilka tygodni, kwaterując chociażby w gospodarstwie Rekuckich, Radków, czy Korzeniowskich, u których znajdowała się sztabowa radiostacja. W wydanych po latach wspomnieniach jeden z partyzantów Czesław Dęga opisał atmosferę wizyty u jednego z gospodarzy: Wieczorem gospodarz Marcin Radko usiadł z nami i postawił na stole dzban samogonu. Znów całe Polesie i Wołyń byliśmy razem, co wydawało się czymś nieprawdopodobnym.

- Chłopcy – zaczął wzruszony gospodarz Radko – siedzę między wami ubranymi w żołnierskie mundury i wydaje mi się, że wrócił czas przedwojenny. Kilka razy podczas wojskowych manewrów też gościliśmy w tej chacie polskich żołnierzy. A teraz, patrząc na was, wiem, że nadchodzi koniec okupacji.

Jego oczy zaszkliły się. (…) Długo jeszcze siedzieliśmy przy stole obok jabłoni, w pobliżu drewnianego domku.[53] W dalszej części pisał o bardzo przychylnej postawie mieszkańców do przebywającego oddziału: Naocznie przekonałem się, że wszystkie bez wyjątku wioski przychylne były partyzantom, i te, położone obok ruchliwych dróg, gdzie panował niepodzielnie okupant, i te, ukryte wśród lasów, które otwarcie zaangażowane były we współpracę ze zbrojnym podziemiem. Często na terenie jednej gromady solidarnie współżyli ludzie o różnych przekonaniach politycznych, ale zjednoczeni swoją nienawiścią do wroga. Wszędzie wyczuwalny był duch oporu.[54]

Przychylność mieszkańców nie tylko przejawiała się w udzielaniu kwaterunku i zaopatrzeniu żywnościowym partyzantów, wielu miejscowych, a najwięcej z Łowiszowa, postanowiło przyłączyć się do nich, chociażby Stanisław i Bronisław Pakuły, Zbigniew Pielak, Edmund Brożek, czy Longin Samson ps. „Koko”. W okresie pobytu w Łowiszowie zorganizowali szkołę oficerską, która przeszkalała chętnych rekrutów do walki z niemieckim okupantem. W rejon Wytyczna partyzanci Satanowskiego, a właściwie grupa dywersyjna oddziału im. Ks. Józefa Poniatowskiego, dowodzona przez ppor. Kota, powrócili późnym latem. Na cztery dni przed wkroczeniem Armii Czerwonej zniszczyli w Wytycznie most drewniany na drodze Lublin-Włodawa, jak i ostrzelali niemiecką kolumnę samochodów ciężarowych, wiozących budulec.

Wraz z przejęciem inicjatywy na froncie wschodnim przez Armię Czerwoną oddziały partyzanckie zaczęły ze sobą rywalizować o wpływy, zwłaszcza dowództwo najsilniejszych struktur Armii Krajowej z dowództwem partyzantki proradzieckiej. Józef Klauda, jako komendant od spraw propagandy w AK, już w listopadzie 1943 roku pisał do swoich przełożonych, że każdy niezręczny krok ze strony AK w bardzo umiejętny sposób wykorzystuje polityczny Komendant PPR – Sidor (tj. Sidor Swarożyc), odciągając do siebie coraz częściej bardziej niewyrobionych ludzi. W kolejnych swoich raportach wskazywał, że na terenie powiatu, tam, gdzie partyzantka proradziecka ma silne struktury, dochodzi nawet do odbierania broni partyzantom AK.

 

5. Mieszkańcy wobec walki powojennych partyzantów oraz represji nowych władz

Gdy w dniu 22 lipca 1944 roku wkroczyli Rosjanie, a właściwie Pierwszy Front Białoruski, wówczas razem z nimi pojawiło się we wsi i w okolicach bardzo dużo wilków. Przetrzebiły niejedno stado owiec, czy bydła. Ludzie organizowali się w grupy celem ochrony swojego inwentarza. Większym zmartwieniem były jednak represje nowych władz. W pierwszych latach funkcjonowania nowej władzy codzienność stanowiły aresztowania NKWD (Ludowy Komisariat Spraw Wewnętrznych ZSRR) i polskiej bezpieki. Wielu prolondyńskich partyzantów wywieziono do ZSRR, przetrzymując ich wcześniej tymczasowym areszcie w Wytycznie. W listopadzie 1944 roku aresztowano kierownika szkoły Antoniego Andersa i Bolesława Miąszkiewicza, a następnie umieszczono w obozie Borowicze, Józefa Klaudę w Szybatowie, a w styczniu 1945 roku do obozu w Nagornej wywieziono Wacława Moszczyńskiego. Po aresztowaniu przez kilka dni przetrzymywano ich i kilkudziesięciu innych zatrzymanych w pożydowskiej chacie w Wytycznie, która służyła za punkt zbiorczy i tymczasowy areszt. Wszyscy powrócili na początku 1946 roku. W tym czasie aresztowano także gajowego Lipskiego oraz kowala Stanisława Sokołowskiego.

Obowiązkowe były pochody pierwszomajowe, a ci, którzy opuszczali tego typu święta byli pozbawiani świadczeń socjalnych, np. podwyżek rent. Część budynków mieszkalnych nowa władza zaadoptowała na swoje cele. Szkołę zaadaptowano na szpital wojskowy, zaś w domu Przystupów zorganizowali stołówkę, montując w pomieszczeniach dwa kotły. Mieszkanka domu, kilkunastoletnia Helena Kupisz wspomina, iż taka sytuacja pomogła nam przetrwać w pierwszych powojennych latach, gdyż kucharz, choć Rosjanin, częstował nas jedzeniem. Czynił to jedynie pod nieobecność funkcjonariuszy, a gospodarzom zabronił komukolwiek mówić o tym.

Szykanom poddane zostały wszystkie rodziny, w których przynajmniej jedna osoba walczyła w partyzantce, bądź też partyzantom dawała schronienie. Partyzanci tworzyli kwatery często wbrew woli samych właścicieli. Janina Korzeniewska pierwszy kontakt z partyzantami opisała następująco: I kiedy złodzieje dali nam spokój zaczęła się nowa tragedia. 46 roku w lutym słyszymy, że ktoś chodzi po dworze, mama wstała do okna i mówi, że są jakieś wozy i ludzie, nie wiedziała kto to, ale za chwilę stukają do okna, mama pyta kto to, wojsko otwierać, weszli po wojskowemu ubrani, nie wiedziałyśmy kto to jest i czego przyszli do nas. Przysiedli, kazali dać jeść, mama dała chleba i coś do chleba i poszli spać do stodoły. A my już do rana nie mogły usnąć, a rano do obrządku, patrzymy, że w stodole leży cukier, obuwie, nie wiedziałyśmy skąd to. Rano jeden wstał i dał mnie pół worka amunicji na plecy i mówi zanieś to do pustego domu i ja zaniosłam, niedaleko stał pusty dom i zakryłam słomą.

Schronienia partyzantom udzielał Mantaj z kolonii Kochanowskie, a także Czesław Moszczyński ze wsi. Na urządzenie schronu dostawał pieniądze od „Żelaznego”, jego zadaniem była również hodowla świń, z przeznaczeniem dla partyzantów. Gotowe już wieprzowe mięso było przekazywane partyzantom za pośrednictwem Janiny Korzeniowskiej. W wyniku donosu jednego z byłych miejscowych partyzantów WiN („Wolność i Niezawisłość”) działalność Moszczyńskiego została zdekonspirowana przez agentów bezpieczeństwa PUBP z Włodawy, którzy jego aresztowali. Partyzanckim podatkiem obłożony został młyn na Kantorze, bowiem co miesiąc pieniądze z działalności młyna przekazywano na działalność oddziału Klemensa Panasiuk ps. „Orlis”. Również mąkę wyrabianą z kontyngentowego zboża co jakiś czas partyzanci rekwirowali. Kontakty z partyzantami utrzymywał również miejscowy proboszcz Jan Rębisz. W swoich wspomnieniach pisał, jak do kościoła przychodził ktoś ze Służby Bezpieczeństwa, wysiadywał długo z bronią gotową do strzału i pytał co wiem o poruszających się Leśnych Ludziach w terenie. Nie były to miłe przesłuchania, ale okraszone nieparlamentarnymi wyrazami oraz z palcem na cynglu do strzału. Wizytę taką przeżywałem często, spodziewano się łączniczki lub kogoś z członków partyzantki.

Z powodu pokrewieństwa ze Zbigniewem Pielakiem na liście „podejrzanych” PUBP we Włodawie znaleźli się zamieszkali w Wytycznie Bolesław Kuc, Janina Romaniuk, wspomniany Stanisław Sokołowski, Stanisława Tyszczuk i Zofia Kierepko. Siostrę braci Pielaków Honoratę aresztowano pomimo, że na wychowaniu miała małe dzieci. Sytuację po opuszczeniu więzienia, w którym przebyła sześć miesięcy, opisała w listach do księdza Jana Rębisza: Ciągłe najścia wojska, szukanie brata, „bandy”, broni, trzęśli po dachach, dach rąbali, słomę powyrzucali, kopce z ziemniakami porozrzucali, nad mężem strzelali, że jeżeli się nie przyzna to go zastrzelą.

Za przekazywanie informacji dla dowództwa WiN od swoich synów aresztowana została Zofia Pakuła. Przeszukania i aresztowania nie ominęły innych osób, które udzielały informacji dla partyzantów „Jastrzębia” i „Żelaznego”. Z polecenia włodawskiego urzędu bezpieczeństwa dokonano przeszukania zabudowań Reginy Gwiazdy, zamieszkałej w Łowiszowie, którą następnie aresztowano. Za posiadanie broni, przynależność do oddziałów partyzanckich lub kontakty z nimi aresztowano Jerzego i Bolesława Kuczyńskich z Wytyczna, Stanisława Pakułę z Kantoru oraz Józefa Wanta z kolonii Kochanowskie. Wszystkie rewizje i przeszukania były pokłosiem donosów miejscowych mieszkańców i tzw. „skruszonych” partyzantów, którzy za cenę spokoju zgodzili się na współpracę. Informacje uzyskiwane przez włodawską bezpiekę były czasami bardzo szczegółowe, czego przykładem może być rewizja przeprowadzona w 1946 roku u Mariana Olszewskiego w Kantorze. Funkcjonariusze bezpieki dokonując rewizji wiedzieli, iż w przydomowym sadzie znajdowała się zakopana butelka z dokumentami partyzantów.

Na represje władz ludowych walką odpowiadali miejscowi partyzanci zrzeszeni w organizacji WiN i współpracujący z nimi mieszkańcy. Władzy posłuszeństwo wypowiedzieli chociażby:

· Władysław Korzeniewski ps. „Fredek”, „Andersiak”, Tadeusz Korzeniewski ps. „Wilk” z Kantoru,

· Józef Radko z Łowiszowa,

· Regina Gwiazda z Łowiszowa,

· Longin Samson (dezerter Ludowego Wojska Polskiego (LWP) oraz jego brat Czesław ps. „Anglik” z Kantoru,

· dezerter LWP Stanisław Pakuła ps. „Krzewina” i jego bracia Henryk oraz Bronisław ps. „Zawisza” z Kantoru,

· Zdzisław i Jakub Pielakowie, dezerter LWP Zbigniew Pielak ps. „Felek” i „Kmicic” z Kantoru,

· Stanisław Żydek z Kantoru,

· Józef Ryczyński z Kantoru,

· Marian Olszewski z Kantoru,

· Jan Kotke ps. „Bąk”, „Szulak” z Wytyczna,

· Józef Machaj z Wytyczna,

· Jerzy i Bolesław Kuczyńscy z Wytyczna,

· Wojciech Grochala z Wytyczna,

· Andrzej Romaniuk z Wytyczna,

· Wiktor Kaczmarzewski z Wytyczna,

· Stanisław Torbicz z Wytyczna,

· Jan Czech ps. „Kipura” z Wytyczna,

· Józef Milaniuk ps. „Słoń” (zginął 24 grudnia 1846 roku w Woli Wereszczyńskiej), z Wytyczna,

  • Władysław Dąbrowski z osiedla Kochanowskie.

 Już w dniu 21 kwietnia 1945 roku oddział Leona Taraszkiewicza ps. „Jastrzębia” zamordował w Łowiszowie Mieczysława Romaszewskiego, członka Polskiej Partii Robotniczej (PPR), uprowadzonego w Górkach. W kolejnym miesiącu grupy „Orlisa" i Feliksa Majewskiego ps. „Róg" dokonały w biały dzień śmiałego ataku na posterunek Milicji Obywatelskiej (MO) w Wytycznie, który został opanowany z zaskoczenia bez wystrzału, załogę rozbrojono, zdobyto broń i amunicję. Kolejna akcja na posterunek milicji w Wytycznie miała miejsce w dniu 5 czerwca tegoż roku, a napadu dokonał oddział „Jastrzębia”, w sile około 25 partyzantów. Przybywszy na miejsce okrążyliśmy posterunek milicji i zaczęliśmy strzelać po oknach i drzwiach, na co milicjanci otworzyli drzwi i poddali się. Było ich pięciu i zostali rozbrojeni, zabrano im pięć karabinów i jeden automat. Że budynek ten był murowany i mógł być ostoją dla resortu włodawskiego, został spalony. Komendant milicji w Wytycznie Czesław Prześniewski ppor., który miał dawać nam informacje ochronne oraz wykaz wszystkich szpiclów, a których nie dał, został cztery tygodnie potem z rozkazu komendanta „Orlisa” zastrzelony przez ludzi z oddziału „Zagłoby” – wspominał w swoich pamiętnikach Edward Tarszkiewicz ps. „Żelazny”, brat Leona.

Kilka dni później w dniu 18 czerwca oddział „Jastrzębia” uprowadził na wiejskiej zabawie komendanta tejże placówki Grzegorza Szczęśniewskiego i po przeprowadzonym w lasach olszowieckich pokazowym sądzie dokonali jego zabójstwa. Ciało Szczęśniewskiego odnaleziono dopiero po okresie pół roku. Nie były to jedyne zamachy wykierowane w funkcjonariuszy tego posterunku. Już wcześniej w dniu 13 listopada 1944 roku partyzanci Józefa Struga ps. „Ordon” zamordowali na Babsku sześciu jego funkcjonariuszy i jednego z wiozących ich furmanów. Kolejny komendant placówki MO w Wytycznie Czesław Denko zginął w dniu 6 września 1947 roku, kiedy to oddział Ukraińskiej Powstańczej Armii Stefana Szewczuka ps. „Maksym” zatrzymał w lasach włodawskich samochód z Denkiem i dwoma innymi komendantami. Milicjantów obstawy puszczono wolno, a komendantów zamordowano.

W okresie zimowym w Łowiszowie w pobliżu zabudowań rodziny Korzeniewskich kwaterował oddział „Jastrzębia”. Już w lutym 1946 roku stoczył tutaj potyczkę z sześćdziesięcioosobowym oddziałem LWP, w której zginęło trzech partyzantów. Po wstępnym ostrzale partyzanci i wojsko ludowe wycofały się, nie ryzykując większych strat. Za pomoc partyzantom aresztowano siostry Korzeniewskie, u których znaleziono 4 pieczątki, aparat telefoniczny, czy też 2 maszyny do szycia. Przeprowadziwszy wówczas rewizję w ich zabudowaniach, znaleziono w stodole 4 worki cukru, w mieszkaniu w kufrze trzy pistolety, trochę amunicji, notatki, raporty, słowem całą kancelarię z pieczęciami tejże bandy, dwie maszyny do szycia zachowane w gnoju koło obory i beczkę z piwem w studni, na podstawie powyższego obydwie panny nazwiskiem Korzeniewska Janina i Zofia zatrzymano i wraz z dowodami rzeczowymi odstawiono do Włodawy – brzmi raport bezpieki. Na procesie sióstr Korzeniewskich jeden z funkcjonariuszy UB opisał tą potyczkę następująco: Idąc plutonami w tyralierze zauważyliśmy, iż z chat stojących na uboczu drogi zaczął uciekać jakiś mężczyzna do najbliższych krzaków. My za takowym odkryliśmy ogień ze swej broni. Wówczas z tychże chat banda odkryła po nas huraganowy ogień strzałów ze swej broni. Dowództwo rozkazało strzelać z zapalnych kul, celem zapalenia owych zabudowań, co też uczyniliśmy. Osobnicy bandy zauważywszy to, zaczęli wynosić swoje rzeczy oraz amunicję ze skrzynkami, co w tej odległości dało się zauważyć. Po czym takowi zaczęli nacierać coraz silniej, posuwając się do przodu, między takowymi zauważyłem dwie kobiety w młodym wieku (tj. Janinę i Zofię Korzeniewskie), które wynosiły amunicję ze skrzynkami z zabudowania na stanowisko bojowe ich erkaemów. Kobiety owe kręciły się tam przez cały czas walki pomiędzy osobnikami bandy. Inne obraz wydarzeń zapisał w swoich pamiętnikach „Żelazny”: Spostrzegliśmy ich z daleka i w myśl rozkazu „Jastrzębia” podpuściliśmy ich na 50 m., będąc samym ukrytym za budynkami, potem otwieramy ogień ze wszystkiej broni. Wojsko odbija się porządnie kwaterujący 200 m. dalej (tj. Piotr Kwiatkowski z Wołoskowoli) obchodzi ich z boku i bierze w krzyżowy ogień, skutkiem czego trzech się poddaje, a reszta ucieka w popłochu mając między sobą dużo rannych.

Po akcji aresztowano siostry Janinę i Zofię Korzeniewskie oraz ich matkę Antoninę. Następnego dnia przyjechało U.B., było ich bardzo dużo i pomiędzy nimi ten złodziej, co ukradł nam maszynę, ale tylko główkę bez tego stołu, więc zabrał stół i miał komplet. I znaleźli trzy pistolety i jakieś dokumenty i pieczątki, powalili nam piec ogrzewalny i zabrali mnie z siostrą. Zawieźli do Włodawy, zrobili z nami śledztwo, mnie pokazali te pistolety i napisali w aktach, że myśmy strzelały do nich i dwóch żołnierzy zraniły. A my w życiu nie miały broni w ręku i o tej broni też nie wiedziałyśmy (…). I tak dzięki tym dwóm, Jastrzębiowi i Żelaznemu straciłam swoje młode lata i zdrowie, w więzieniu poniewierana – wspomina Janina i opisuje swój pierwszy pobyt w areszcie: I tak wszystką tą winę opisali w moich aktach, zmusili mnie do podpisania i chcieli mnie rozstrzelać, ale była moja siostra i Pakulicha z Kantoru i jeszcze pracował w U.B. i kontakt miał z Żelaznym. Więc było za dużo świadków ku temu (…). Dali mi też adwokata, takiego staruszka, że jak mnie zobaczył to trząsł się ze strachu. I sąd tylko przeczytał akta i spytał czy ja się przyznaję, odpowiedziałam że nie, a dlaczego podpisałam, powiedziałam że byłam zmuszona. Więc złożył akta i kazał zaprowadzić do celi i oczyścić z tych brudów i przywieźć do Lublina. Wracałam do celi, ale nie byłam pewna swojego życia. Zawieźli do Włodawy, tam były straszne warunki, prycze z desek i deska pod głowę i nic więcej i tylko w cienkich sukienkach i głód niesamowity. Rano kawałek chleba, na obiad kasza jęczmienna aż sina, na kolacje nic. I tak we trzy siedziałyśmy do maja, w maju nawieźli nam kobiet żeśmy się nie mieściły na tej pryczy. I wtedy nabawiły nas wszami i świerzbem (…) Po ciele miałyśmy jedne rany, nie szło wytrzymać to prosiłyśmy porucznika aby dał nam sól i tą solę żeśmy tarły, aż krew leciała. Po ogłoszeniu amnestii, w marcu 1947 roku, Janina Korzeniewska wyszła na wolność.

Ofiarami partyzantów nie zostawali jedynie funkcjonariusze władz państwowych i mieszkańcy z nimi współpracujący, ale także towarzysze z podziemia. W sierpniu 1946 roku z rozkazu „Orlisa” oddział „Jastrzębia” zlikwidował w wytyckich lasach Stanisława Marcinkowskiego ps. „Dunaj”, po czym ciało zatopiono w Jeziorze Długim. Morderstwa dokonano rzekomo za negatywne wypowiedzi pod adresem swoich dowódców. Często ofiarami stawali się przypadkowi mieszkańcy, a przede wszystkim Ukraińcy. Mieszkańcy domów położonych na uboczu często współpracowali mimo woli, gdyż za odmowę udzielenia pomocy w formie żywności, czy noclegu partyzanci grozili nawet śmiercią.

W 1946 roku działalność partyzantów w okolicy Wytyczna zmieniła charakter, gdyż częściej przybierała charakter rabunkowy, niż była wycelowana w likwidowanie przedstawicieli władzy komunistycznej. Najczęściej dokonywały tego podszywające się pod partyzantów pospolite bandy, które swoją działalność koncentrowały na rabunku inwentarza żywego i odzieży. Janina Korzeniewska w liście do ks. Jana Rębisza pisała, że po wojnie zaczęła się nam następna tragedia, zaczęli do nas przychodzić złodzieje, niby szukać spadochronów, a zabierali co im się tylko podobało. Nam zabrali wszystko, niemiałyśmy nawet w czym iść do Kościoła, zabrali nam nawet maszynę do szycia. „Żelazny” w swoich pamiętnikach wspominał, że zaczęły się w czasie miesiąca października 45 roku szerzyć olbrzymie kradzieże krów, koni, świń itp. Prawie że co noc kradziono coś, jak nie w jednej wiosce to w drugiej, u Ukraińców najczęściej, ale i u Polaków również. Kradzieże te wszystkie szły na konto nasze, czyli „partyzantów”, jak się ludzie pospolicie wyrażali. Przykładem była kradzież u Suchorabów na Lipniaku. Stanisław Leszczyński wraz z Mieczysławem Szymańskim z Lipniaka i braćmi Urbasiami z Dębowca okradli gospodarstwo Jana Suchoraba, zabierając konia. Informacje o kradzieży dotarły do dowództwa WiN, które podjęło decyzje o interwencji w tej sprawie. Po przybyciu do domu partyzantów „Jastrzębia” Leszczyński przyznał się do dokonania kradzieży, obciążając Szymańskiego, jako głównego inicjatora i godząc się do udziału w sądzie nad Szymańskim jako świadek, jak również do zwrotu w gotówce połowy wartości skradzionego konia.

Zdarzały się jednak rabunki, dokonywane przez samych partyzantów. W dniu 17 maja 1946 roku grupa o nieustalonej tożsamości zarekwirowała przejeżdżający samochód i obrabowała kilku gospodarzy we wsi na kwotę 5.000 złotych. W późniejszym czasie obrabowane zostało gospodarstwo Jana Misztala, a rabunku dokonał jeden z miejscowych „partyzantów”. Natomiast we wrześniu zrabowano z miejscowej parafii 15.000 złotych pomimo, że miejscowy proboszcz utrzymywał dość dobre kontakty z miejscowymi partyzantami, wspierając ich rodziny w trudnych chwilach. Być może rabunku dokonała grupa partyzancka z innej placówki lub jedna z licznych w okolicach pospolitych band. W kolejnym miesiącu w okolicach wsi partyzanci zatrzymali ciężarówkę wiozącą przydzielone lekarstwa dla Szpitala Powiatowego we Włodawie. Z ciężarówki zabrano mydło, wszystkie bandaże, około trzech litrów jodyny i część innych lekarstw. Partyzanci uprzedzili jadących w ciężarówce, iż w drodze do Włodawy mogą trafić na jeszcze jedną zasadzkę, stąd też sześcioosobowa załoga przenocowała w Wytycznie, a do Włodawy udała się następnego dnia.

Represje zostały wzmożone w okresie przed organizowanymi wyborami do Sejmu Ustawodawczego ze stycznia 1947 roku. Wysłane w teren oddziały PUBP, KBW (Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego), czy też MO na podstawie donosów dokonywały aresztowań tych wszystkich, których podejrzewano o udział lub współpracę z partyzantami. W następnym miesiącu w przeprowadzonej operacji wojska ludowego na terenie gminy aresztowano Jana Kotke i Józefa Machaja. Po tejże fali represji ogłoszono amnestię, wobec czego liczebność organizacji WiN w terenie, jak i w kraju znacząco zmalała, wielu wyjechało na ziemie odzyskane (np. Tadeusz Korzeniowski). Tych, którzy się nie ujawnili aresztowano. W lipcu po raz trzeci aresztowano Józefa Machaja, a gdy podjął się próby ucieczki wówczas został zastrzelony.

Pomimo znacznego uszczuplenia szeregów kolejnej zimy w bagnach na Łowiszowie ponownie schronili się partyzanci w liczbie 4 osoby, będące pod dowództwem „Żelaznego”. Nie kryli się już w zabudowaniach, lecz na bagnach wykopali bunkier. Po 3 tygodniach ukrywania się uciekli, gdyż we wsi zjawili się funkcjonariusze bezpieki. W dalszym ciągu z partyzantami kontakty utrzymywali Zbigniew Pielak ps. „Florek”, Stanisław Pakuła ps. „Krzewina”, jego brat Bronisław Pakuła ps. „Zawisza”, Jan Czech ps. ‘Kipura”, Władysław Korzeniewski ps. „Andersiak” i Tadeusz Korzeniewski ps. „Wilk”.

W 1948 roku aresztowano „Andersiaka” i uwięziono w piwnicy obecnego domu Karpińskich, gdzie urządzono areszt. Matka Władysława tak rozpaczała, że poszła do księdza Rębisza z prośbą o mszę za syna. W tym czasie Władysław uciekł z aresztu, co wszyscy mieszkańcy uznali za cud – opowiadała po latach siostra Janina Huzarek. Faktycznie „Andersiakowi” ucieczkę umożliwili sami przetrzymujący go milicjanci, wskazując na miejsce w ścianie piwnicy, w którym można było wyjąć cegły. Gdy Władysław wyszedł na zewnątrz jeden z pilnujących go funkcjonariuszy wybiegł za nim, strzelał jednak w powietrze. Ucieczka była więc upozorowana i stanowiła cenę za wyrażenie zgody na współpracę. Korzeniewski po ucieczce podjął pozorowaną współpracę z Powiatowym Urzędem Bezpieczeństwa Publicznego (PUBP) we Włodawie, gdyż zagrożono mu pociągnięciem do odpowiedzialności karnej jego rodziny oraz zajęciem gospodarstwa w Łowiszowie. O powrocie brata Janina pisała: Brat wrócił do domu i żeśmy obie z siostro go pilnowały i ukrywały w chlewie, gdzie stały owce. Jak trochę wyzdrowiał to poszedł do rodziny pod Chełm, ale i tam mu nie dali spokoju. I dołączył do Żelaznego i chodził z Żelaznym do 49 roku (…).

W Łowiszowie powstała placówka wywiadowcza, która miała na celu informowanie ukrywających się w okolicy partyzantów o ruchach wojsk i milicyjnych patrolach. Ponadto za zadanie mieli dostarczanie żywności, na które to otrzymywali pieniądze, jak też zbieranie informacji o lokalnych działaczach partii komunistycznych. Według władz komendantką placówki została Janina Korzeniewska ps. „Wanda”, siostra „Andersiaka”, która poprzez swojego brata miała przekazywać partyzantom wszelkie uzyskane informacje. Po zatrzymaniu Janina Korzeniewska zeznała, że spotykała się z bratem koło swego domu w krzakach „durnego bagna” kontaktując się za pomocą umówionego hasła, którym było dwukrotne gwizdnięcie. W swoich wspomnieniach pisała o swoich kontaktach z partyzantami: twierdzili, że do mnie przychodzili, że im jeść wynosiłam w krzaki chleb i mleko, a to wcale nie prawda, bo tylko 2 razy był mój brat i kontaktu też z nimi nie miałam. Siatkę wywiadowczą, według raportów PUBP we Włodawie, oprócz Janiny tworzyć mieli Stefan, Sabina i Jan Korzeniewscy, Zofia Pakuła oraz kilku mieszkańców Wólki Wytyckiej.

„Krzewina”, „Zawisza” „Kipura” i „Wilk” zostali ostatecznie aresztowani i uwięzieni. „Krzewina” dostał wyrok pozbawienia wolności na lat 10, „Zawiszę” uwięziono na okres 15 lat, zaś „Wilk” odsiadywał karę za próbę nielegalnego przekroczenia granicy, a wyszedł z więzienia w grudniu 1950 roku. Nie przystąpił już do wciąż walczącego „Żelaznego”. W październiku 1948 roku w okolicznych lasach funkcjonariusze bezpieki zamordowali „Andersiaka”, a wraz z nim Ignacego Zalewskiego ps. „Lin” i Romualda Hordejuka. Funkcjonariusze bezpieki natrafili na trop partyzantów po dokonaniu przez nich rabunku na kwotę 80 tysięcy złotych na mieszkańcach wsi Orzechów Nowy. Pościg za partyzantami zakończył się strzelaniną, w której wszyscy partyzanci zginęli.

Po zabójstwie „Andersiaka” jego matkę i siostrę Zofię zamknięto w więzieniu, zarzucając im dalsze utrzymywanie kontaktów z partyzantami. Zofię Korzeniewską skazano na 5 lat więzienia, a Antoninę na 1 rok pozbawienia wolności. Aresztowano także inne osoby, będące w siatce wywiadowczej. W toku prowadzonych przesłuchań zeznali, iż za przekazywane informacje otrzymywali wynagrodzenie pieniężne. Kilka dni po opuszczeniu więzienia przez Antoninę Korzeniewską w jej domu pojawiło się trzech partyzantów, co w nie umknęło uwadze włodawskiej bezpieki. Kilku tajnych współpracowników poddało ją inwigilacji. Kiedy wróciła, dowiedziało się U.B., przyszli i włożyli granat pod kuchnię, z myślą, że mamę zabiją. Ale na szczęście w tym czasie była na podwórzu, kiedy się rozerwał to tylko pobiło garnki i rozwaliło kuchnię – opisała dole matki córka Janina. Późną wiosną 1949 roku aresztowano matkę „Krzewiny” Zofię Pakułę, która zwróciła się do „Żelaznego” z prośbą o pomoc finansową, gdyż – jak pisała – ciężko jej żyć oraz przesyłać paczki dla jej syna Stanisława (…), który przebywa w więzieniu. „Żelazny” zgodził się udzielać pomocy w zamian za przekazywanie informacji o ruchach LWP będących w terenie, o aktywnych członkach PZPR (tj. Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej) i współpracownikach UB, które to wiadomości miała mu przekazywać za pośrednictwem Korzeniowskiej Janiny.

Aresztowania z jesieni 1948 roku ominęły Janinę Korzeniewską. Zobowiązali ją do współpracy, której charakter opisała w listach: (…) mnie zostawili samą na rok i kazali mi szukać Żelaznego. (…) szpicle wciąż mnie śledzili, jak wracałam z Włodawy to już milicja stała na krzyżówkach, umówili się ze mną, że jak spytają o dowód, to żeby dać im kartkę napisaną, gdzie byłam, czy Żelaznego nie znalazłam. To ja im tam opiszę jak mogę, to oni mi dają znów swoją, gdzie mam szukać. W październiku 1949 roku, wobec zeznań Zofii Pakuły oraz Jana Korzeniewskiego, aresztowano ją po raz kolejny i skazano na 6 lat pozbawienia wolności.

Natomiast w maju 1950 roku do włodawskiej bezpieki doniesiono, że dla partyzantów „Żelaznego”, ukrywających się w krzakach Jeziora Wytyckiego, żywność donosi Jadwiga Mantaj, zamieszkała na kolonii Kochanowskie, pomimo że była już za ten czyn aresztowana w październiku 1949 roku. Kilka miesięcy później kolejny donos informował o ukrywających się u niej 3 partyzantów „Żelaznego”, w tym Zbigniewa Pielaka. Donosy o „melinowanie” partyzantów „Żelaznego”, kierowane do włodawskiej bezpieki, dochodziły również na miejscowego kowala Stanisława Sokołowskiego i młynarza Wacława Moszczyńskiego. Po zabiciu „Żelaznego” Zbigniew Pielak przystąpił do oddziału Stanisława Kuchciewicza ps. „Wiktor”. Walczył u jego boku w okolicach Piask do lutego 1953 roku. Wtedy Kuchciewicz zginął, a Pielak został aresztowany. Choć skazano go na karę śmierci, to wyrok zamieniono na dożywocie. 

6. Wieś i mieszkańcy w Polsce Ludowej

6.1. Stosunki ludnościowe

Wytyczno po raz drugi w krótkim okresie czasu objęło przesiedlenie. Jeszcze w 1943 roku we wsi mieszkało aż 835 osób i 301 osób w pobliskim Łowiszowie. Była to więc najludniejsza miejscowość w okolicy. Według stanu z 15 marca 1945 roku w Wytycznie przebywało już 781 osób, w tym 323 Ukraińców (86 rodzin) i 458 Polaków (99 rodzin). W tym czasie wielu Ukraińców w dniach od 22 do 24 grudnia 1944 roku dobrowolnie opuściło wieś. Następna fala emigracji nastąpiła wiosną kolejnego roku. Ukraińcu uznali, iż w ZSRR będzie się im żyło dostatniej. Trzecia akcja przesiedleńcza odbywała się w 1946 roku już przy wsparciu wojska, a na listę repatriacyjną zapisywano osoby, niezależnie od wyznawanej wiary, podczas gdy w 1945 roku za kryterium do przesiedlenia uznawano wyznanie prawosławne. Znalazło się na niej 8 osób (Katarzyna i Teodor Muzyczki z dziećmi, Maria Pikus oraz Stefan i Agna Kiece). Wbrew nakazowi osobom tym udało się pozostać.

Łącznie w Wytycznie pozostało Ukraińców z kilku rodzin mieszanych (Wakułów, Dochojdów, Kieców i Muzyczuków), tzn. z małżeństw polsko-ukraińskich. Rodzina Wakułów pozostała dzięki osobistemu wstawiennictwu Józefa Klaudy, u którego w gospodarstwie pracowali. Szybko ulegali asymilacji, przyjmując również wiarę katolicką. Nieliczni sprzeciwiający się wywozowi wstępowali do ukraińskich oddziałów partyzanckich, jak też do państwowych służb represyjnych, jak Urząd Bezpieczeństwa Publicznego. Partyzantów z czasem zlikwidowała „władza ludowa”, ale większości Ukraińcom służącym w aparacie bezpieczeństwa udało się pozostać. Ostatni pogrzeb według obrządku prawosławnego miał miejsce w latach pięćdziesiątych. Pochowanie zmarłego poprowadził pop z Włodawy i była to ostatnia osoba pogrzebana na miejscowym cmentarzu prawosławnym.

Wieś w większości opuścili także Poznaniacy, stąd też kolonia Łowiszów przestała praktycznie istnieć. Ich pożegnanie opisał po latach Stanisław Kowalczyk: Załadowali skromny dobytek na wozy, przygotowane na wzór osadników amerykańskich albo, jak kto woli, naszych rodzimych olędrów. Kolumna wozów stanęła na szosie, a ludzie udali się do kaplicy, aby uczestniczyć we mszy świętej, oprawionej w intencji wyjeżdżających przez księdza Jana Dziedzica. We mszy uczestniczyła miejscowa ludność, dzieci szkolne z Michaliną i Antonim Andersen, naszymi nauczycielami, i panem Żuchowiczem, kierownikiem szkoły. Po zakończonym nabożeństwie nastąpiło pożegnanie i wozy ruszyły w kierunku Lublina. Długo staliśmy na szosie i patrzyliśmy na oddalające się wozy. I tak jakoś dziwnie ściskało pod sercem, a niejednemu łzy zakręciły się w oczach.[55] Nielicznie wieś opuszczali także rdzenni mieszkańcy. Łącznie w latach 1945-1946 wyjechali: Józef Dąbrowski z rodziną, Szymon Romaniuk, Pelagia Sielaszuk, Józef Wroński, Wanda Lipska, Anna Mech, rodzina Rzechułów i Kafarskich.

Miejsce, w których mieszkali Ukraińcy i Poznaniacy, zajęli tzw. zabużanie, a więc Polacy zamieszkujący obszary na wschód od rzeki Bug. Pierwsza grupa repatriantów przybyła w listopadzie 1944 roku, kolejna w kwietniu 1945 roku, a ostatnia grupa w styczniu 1946 roku (w latach 1945-1946 przybyło łącznie 53 osoby zza Buga). Gospodarstwo:

  • Józefa Przyzuba zajęła Władysława Omańska,
  • Jana Kracza – Jan Krauze,
  • Mikołaja Rażeruka – Jan Metlerski,
  • Jana Poliszuka – Władysława Żurawek,
  • Józefa Kriwaszczuka i Andrzeja Łucia – Józef Załęcki,
  • Stefana Filipczuka – Stefan Grzywaczewski,
  • Anny Berezy – Franciszka Malarek,
  • Józefa Jarosza – Genowefa Głogowska,
  • Daniela Jarosza – Maria Jaworek,
  • Piotra Filipczuka – Helena Trumarz,
  • Grzegorza Paziuka – Władysław Kowalski,
  • Maksyma Muzyczuka – Józef Miazek,
  • Piotra Zacharuka – Maria Kupisz,
  • Teodora Rymczuka – Janina Kuracka,
  • Józefa Zania – Paulina Bytof,
  • Anny Petruk – Maria Kupisz,
  • Kseni Filipczuk – Zofia Gąszcz,
  • Katarzyny Wojtaluch – Jan Godlewski,
  • Aleksego Dyksy – Michał Lis,
  • Teodora Hołomieja – Anna Mech,
  • Stefana Kowalczuka – Stefan Szyszko,
  • Stefana Krzywoszuka – Maria Chmiel,
  • Marii Korneluk – Stanisław Sroczek,
  • Zofii Wojtaluk – Bronisława Kowalczyk,
  • Jana Grysiuka – Jan Machaj,
  • Teodora Muzyczka – Adam Grzegorczyk,
  • Aleksandra Serejuka – Józefa Miller i Franciszek Rusinek,
  • Grzegorza Koczbińskiego – Tadeusz Dębiński,
  • Piotra Filipiuka i Jana Poliszuka – Władysław Żurawek,
  • Michała Filipczuka – Jan Sroczek,
  • Eugeniusza Poliszuka i Mikołaja Bawieluka – Marianna Szwarc,
  • Józefa Filipczuka i Olgi Wojtaluk – Sabina Głogowska,

W Wytycznie osiadły się także rodziny: Józefy Wtorkowicz, Bolesława Grunwalda, Józefa Machaja, Jana Krupy, Jana Graczka, Jana Krawieca, Jana Godlewskiego, Marii Szwarc, Kuszczewskich, Dąbrowskich i Władysławy Wrzesień. Wielu z repatriantów po kilku miesiącach wyruszyło na „zimie odzyskane” (Jan Kupisz, Jan Sierociuk, Józef, Jan i Franciszek Głogowscy, Czesława Kuszczewska, Anna Metlerska z dziećmi, Maria Chwoniewicz z córką). Masowe przesiedlenia wpłynęły na znaczne zmniejszenie się liczby mieszkańców wsi, choć w dalszym ciągu pozostawała najludniejszą w gminie. Według danych z kwietnia 1947 roku mieszkało w niej 560 osób.

Przeniesienie kościoła, utworzenie parafii, placówki pocztowej, rozwój szkolnictwa, a przede wszystkim położenie wsi przy drodze o utwardzonej nawierzchni wpłynęło na stan ludności we wsi. Zgodnie z danymi mapy topograficznej z 1965 roku w samym Wytycznie znajdowało się 92 gospodarstwa. Jeżeli jednak do tej liczby doliczy się 29 gospodarstw z Kolonii Wytyczno i z Rybakówki, położonej przy samym jeziorze, 14 gospodarstw z Kochanowskiego oraz 10 gospodarstw z Łowiszowa i z osady Gwiazda, to ogólna liczba gospodarstw przekroczy stan z 1938 roku. Łącznie w sołectwie Wytyczno zamieszkiwało wówczas aż 718 osób. W 1963 roku dokonano elektryfikacji wsi, natomiast w latach 1967-1968 wykonano przez wieś szosę o utwardzonej nawierzchni. We wschodniej części wsi zlokalizowano wiejską spółdzielnię produkcyjną, a od 1961 roku zaczęła działać Konserwacyjna Spółka Wodna w Wytycznie, obejmująca również Wólkę Wytyczą, Dominiczyn i Lubowierz. W 1981 roku przeprowadzono we wsi scalenie gruntów ornych, łąk i lasów. Była to w tym czasie największa wieś w Gminie Urszulin zwłaszcza, że w latach siedemdziesiątych przybyły kolejne 3 gospodarstwa we wsi, 12 gospodarstw w Kolonii i 4 gospodarstwa w Kochanowskim. Jeszcze w latach osiemdziesiątych Wytyczno było najludniejszą wsią, gdyż zamieszkiwało w niej około 690 mieszkańców.

Porównując mapy z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych można wywnioskować, iż mieszkańcy jako nowe miejsce częściej wybierali wieś Wytyczno i osady wzdłuż wschodniego brzegu Jeziora Wytyckiego (Kolonia Wytyczno, Kochanowskie i Rybakówka), zwane przed wojną Czernikowem, natomiast wyludnieniu ulegała osada Łowiszów od strony Wołoskowoli i osada Gwiazda, znajdująca się pomiędzy Łowiszowem a dawnym Kantorem. Zabudowania ustępowały miejsce lasom (Las Andrzejowski, Łoza, Łowiszów), i bagnom (tj. Krowie Bagno, Durne Bagno, Bagno Bieleckie, Wąskie Bagno). Te liczne okoliczne bagna oraz jezioro miały w latach sześćdziesiątych w koncepcji prof. Dominika Fijałkowskiego być podwaliną pod utworzenie Wytyckiego Parku Narodowego, pierwszego w kraju projekt parku narodowego o charakterze wodno-torfowiskowym. Park nie został utworzony, jednak po w 1967 roku utworzono jeden z pierwszych rezerwatów ścisłej ochrony „Durne Bagno”. Ostatecznie siedziba utworzonego w 1990 roku parku narodowego w nazwie „poleski” został ulokowany w Urszulinie i obejmuje bagna oraz lasy położone na północ od wsi.

 

6.2. Kształtowanie się wiejskich struktur administracji państwowej

Dość szybko organizowała się nowa władza, jak również sami mieszkańcy. Wobec licznych kradzieży, dokonywanych przez okoliczne „leśne” bandy, powstała we wsi około dziesięcioosobowa Ochotnicza Rezerwa Milicji Obywatelskiej (ORMO). Struktury te były formą samoobrony mieszkańców przed takimi bandami, oczywiście wspierane przez nową władzę ludową. Choć byli wyposażeni w broń to nie podejmowali walki ze zorganizowaną partyzantką antykomunistyczną, bardzo dobrze współpracowali z miejscowym proboszczem i szkołą. Brali udział w przenoszeniu kościoła do Wytyczna, w przewozie dzwonów i ołtarza, ponadto pełnili często wartę przy swojej świątyni, narażając się tym samym na represje władzy.

Reformie rolnej poddano we wrześniu 1944 roku majątek Karpińskich, czyli faktycznie dekretem Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego (PKWN) majątek rozparcelowano. Okrojone przed wojną grunty (znajdujące się głównie od południowej i południowo-wschodniej stronie Jeziora Wytyckiego) przypadły przede wszystkim służbie folwarcznej, a pozostałe włączono w skład Państwowego Gospodarstwa Rolnego (PGR). Spod parcelacji wyłączono grunty w Łowiszowie, aż 1.004 hektary przekazano dyrekcji Lasów Państwowych. Jezioro Wytyckie weszło natomiast w skład gospodarstwa rybnego z siedzibą w Starym Brusie, któremu przekazano budynek dworski. Nie został zasiedlony, więc zaczął niszczeć, podobnie zabudowania folwarczne, które również przeszły na Skarb Państwa. Tartak i cegielnię rozebrano, pozostały jedynie młyn motorowy i parowy, do których prawo własności wykazał Ajzyk Rajs, zięć przedwojennego właściciela Wansztoka. Następnie młyny przeszły na własność Lutosława Kędzierskiego, by z kolei znaleźć się w 1948 roku w posiadaniu Gminnej Spółdzielni „Samopomoc Chłopska”. Pierwszym zarządcą znacjonalizowanego młyna motorowego został Martynowski, kolejnym Kazimierz Brożek.

Po rozprawieniu się z partyzantką antykomunistyczną władza ludowa podjęła działania zmierzające do jak największego ograniczenia własności indywidualnej. Dążono do tworzenia dużych spółdzielni produkcyjnych, które miały gospodarować nie tylko na gruntach majątków ziemskich, ale także na prywatnych gospodarstwach rolnych. Pomimo sprzeciwu wielu gospodarzy w kilka miesięcy po wojnie w Wytycznie założono jedną z sześciu w gminie rolną spółdzielnię produkcyjną.
W tym celu na wieś wysyłano również włodawską młodzież należącą do Związku Młodzieży Polskiej (ZMP), ale i wśród ich znajdowali się konspiratorzy organizacji niepodległościowych. Jednego razu jeden z członków ZMP, zamiast agitować chłopów poszedł do kościoła na odprawianą mszę świętą. Działania zmierzające do likwidacji indywidualnych form gospodarowania napotkały zdecydowany sprzeciw również mieszkańców, a główną formą ich sprzeciwu było niedostarczanie narzuconych przez państwo kontyngentów płodów rolnych.

Wobec likwidacji w 1949 roku legalnie działających niekomunistycznych partii politycznych organizacją broniącą zasady indywidualnego rolnictwa zostały lokalne struktury utworzonego w listopadzie 1949 roku Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego (ZSL), a wcześniej Stronnictwa Ludowego (SL) i Polskiego Stronnictwa Ludowego (PSL) Stanisława Mikołajczyka. W strukturach tych partii miejsce znalazły osoby, sprzeciwiające się nacjonalizacji wszelkich sfer życia w państwie, a główną formą ich działalności była agitacja na zebraniach wiejskich, wypowiadanie posłuszeństwa wobec coraz to bardziej nakładanych uciążliwych obowiązków podatkowych i kontyngentowych. Władze włodawskiej bezpieki notowały coraz to więcej wystąpień niezadowolonych chłopów. W 1949 roku mieszkaniec Wytyczna Jan Kotke podjął się kierowania strukturami wiejskiej spółdzielni produkcyjnej, lecz jego działania napotkały opór bogatszych chłopów, z Józefem Klaudą – prezesem wiejskich struktur SL – na czele. Ponoć Klauda straszyć miał Kotkego, co nie umknęło uwadze tajnych współpracowników PUBP. Jeden z nich o kryptonimie „Kozicki” donosił w sierpniu tegoż roku, iż Klauda mówił mu, że o ile on nie uspokoi się z zakładaniem tej spółdzielni produkcyjnej to doczeka się tego, że cała wieś rozprawi się z nim. Pomimo oporu wielu bogatszych gospodarzy spółdzielnia produkcyjna powstała we wsi i była jedną z nielicznie funkcjonujących w gminie.

Nie przebiegał zgodnie z przewidywaniami przymusowy skup zbóż, w 1951 roku we wsi skupiono jedynie 62% wobec zakładanego planu. Winnego tego stanu uznano sołtysa Henryka Pakułę. Na sesji Gminnej Rady Narodowej w Woli Wereszczyńskiej wezwano do zastosowania ostrych sankcji wobec elementu wrogiego i neutralnego, zaśmiecającego aparat Władzy Ludowej, w efekcie odwołano ze stanowiska Pakułę i 5 innych sołtysów. O przebiegu skupu opowiada Marianna Prucnal: Nie patrzyli, czy ktoś ma z czego żyć, czy w domu są dzieci. Przyjechali do nas furmankami, zabrali zboże, kartofle, świnie. Wszystko zabrali i nam nic nie zostawiali, a było 7 dzieci do wyżywienia.

W miarę upływu czasu warunki życia mieszkańców poprawiały się. Przedstawicielem gromady w GRN pierwszych powojennych latach był Józef Głogowski. W tym czasie Józef Klauda wchodził w skład trzyosobowego zarządu gminnego, a Antoniego Andersa wybrano na przewodniczącego Gminnego Komitetu Bibliotecznego. W 1949 roku do GRN wybrano z poparcia SL Tadeusza Pleszczyńskiego, prezesa Gminnej Spółdzielni Samopomoc Chłopska, a od grudnia 1951 roku funkcję radnego sprawował także Władysław Włoskowicz.

W 1954 roku utworzono rady gromadzkie, które funkcjonowały do 1961 roku. Rada gromadzka była terenowym oddziałem władzy państwowej, która odpowiadała za utrzymywanie porządku publicznego, a jednocześnie zobowiązana była do działania w celu polepszenia warunków gospodarczych, społecznych, oświatowych, komunalnych i kulturalnych. Przewodniczącym Rady Gromadzkiej w Wytycznie został Kazimierz Donica, zaś sekretarzem Marian Baranowski. Skład rady w 1961 roku uzupełniali Jadwiga Baranowska, Longin Samson, Janina Kuracka, Ludwik Zacharski, Franciszek Sobiesiak, Stanisław Ramenda, Stanisław Łuszewski, Stanisław Wojtaluk, Kazimierz Brożek, Józef Dyksa, Stanisław Horszczaruk, Piotr Dąbrowski, Adolf Szymański i Maria Józefczuk. Budynek rady znajdował się w obecnym domu Koniecznych. Najdłużej urzędującym sołtysem Wytyczna był Stefan Brożek.

Niektórzy mieszkańcy wsi pełnili inne prestiżowe funkcje w administracji państwowej, politycznej i nie tylko. Pracując jako księgowy w Gminnej Spółce Wodnej w Urszulinie Marian Baranowski był na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych sekretarzem Komitetu Gminnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (PZPR), a przy szkole podstawowej kierował Podstawową Organizacją Partyjną PZPR. W latach osiemdziesiątych został zastępcą członka Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Chełmie i brał czynny udział jako delegat w kilku krajowych zjazdach PZPR. Baranowski i Eugeniusz Głogowski pełnili w latach osiemdziesiątych funkcję prezesa w Banku Spółdzielczego w Urszulinie. Andrzej Tomala prezesował natomiast od 1983 do 1996 roku Gminnemu Kołu Pszczelarzy w Urszulinie, jak również był członkiem zarządu Nadbużańskiego Związku Pszczelarzy w Chełmie.

 

6.3. Przyroda i rolnictwo

Jeszcze w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych wsie otoczone były nieokiełznaną przyrodą, która fascynowała przyrodników, ale dla miejscowych od wieków była przekleństwem. Jeden z dziennikarzy „Sztandaru Ludu”, opisujący okolice w latach siedemdziesiątych, pisał: Krajobraz zasnuty jest mgłami, z głębi idzie zatęchły oddech moczarów. Udziela się ponury nastrój dzikości tego terenu. Te mokradła odcinają ludzi od podstawowych zdobyczy cywilizacji, sprawiają, że jest to najbiedniejszy region województwa. Poza bagnami – lasy bardzo podmokłe, liche gleby V i VI klasy. Wiejskie studnie kopie się tu nie głębiej niż dwa kręgi betonów (…). Ludzie są zmęczeni życiem i walką z żywiołem. Niemal wszyscy od 40 roku życia cierpią na reumatyzm – to efekt ciągłego chodzenia w gumiakach po błocie i wodzie. Nie mają następców w swoich gospodarstwach – dzieci dawno wyrwały się z tego piekła, uciekły do miasta, do lepszego życia. Marzą tylko o przekazaniu ziemi państwu, o uzyskaniu renty.[56] Intensywne opady deszczu w 1975 roku, a w konsekwencji powódź, spowodowały przyśpieszenie prac nad melioracją Krowiego Bagna. Podmokłość terenu sprawiała bowiem, że żadna produkcja na tutejszych glebach nie przynosiła spodziewanych plonów zwłaszcza, że mieszkańcy w ogóle nie stosowali jeszcze nawozów. O hodowli nie było mowy, gdyż łąki przez większy okres roku znajdowały się pod śniegiem lub wodą, więc trawa nie nadawała się na paszę. Ten sam dziennikarz przytoczył słowa jednego mieszkańca: Każdej wiosny i w mokre lata nasze łąki są zalane wodą i upodabniają się do wielkiego jeziora, nad którym unoszą się stada dzikich kaczek. Łąki są bagniste, jednokośne, nieodwodnione, o lichej jakości i małej wydajności niskowartościowego siana. Większość rolników zwozi siano zimą, ciągnąc samemu po wodzie wóz lub sanie, bo topiele rzadka zamarzają i nie raz konie się topiły.[57] Hodowla stawała się nie opłacalna, nie było czym karmić bydła, stąd też jego pogłowie spadało.

Te trudne dla mieszkańców warunki wywołały falę ich żądań o interwencję władz państwowych. Ówczesny sołtys wsi Stefan Brożek przekazał na ręce przedstawicieli władz gminnych pismo, w którym czytamy: Rolnicy wsi Wytyczno występują z wnioskiem do Urzędu Gminy w Urszulinie o sprowadzenie helikoptera w celu przywiezienia stogów siana stojących w wodzie na Krowim Bagnie. Rolnicy twierdzą, że obecnie nie posiadają pasz dla bydła i zmuszeni są likwidować inwentarz, ponadto nie mają możliwości zakupić pasz treściwych. Rolnicy zobowiązują się pokryć część kosztów we własnym zakresie. W piśmie tym sołtys od siebie dodał: Sekretarzu, ratujcie, bo zginiemy bez tego siana. Dajcie helikopter! Pismo trafiło do władz powiatowych, jak też do ogólnopolskiej prasy. Helikoptera dla mieszkańców nie dano, uratowała natura, gdyż „chwycił” większy przymrozek, umożliwiając tym samym mieszkańcom zwiezienie po lodzie siana. Niewiele tego siana nadawało się na paszę dla bydła. Stogi stały na metr głęboko w wodzie, co najmniej jeden jeszcze metr wyżej siano w stogu było mokre i właściwie zabierano tylko wierzchołki stogów. Ale i tyle wystarczy do wiosny. – dopisał dziennikarz. Problemem była nie tylko zwózka siana, ale także zbiór ziemniaków: Z wielu pól ziemniaków nie można było na jesieni w ogóle wykopać. Wykopki w styczniu – tego najstarsi ludzie na Polesiu nie pamiętają.[58]

Był to ostatni tak trudny dla mieszkańców wsi rok, gdyż już wiosną 1975 roku ruszyły prace melioracyjne na Krowim Bagnie. Melioryzacja Krowiego i Durnego Bagna planowana była już w latach trzydziestych, ale ograniczone fundusze i wojna nie pozwoliły na zrealizowanie zamierzeń. Jedynie w 1936 roku wykopano największy na bagnie ciek wodny, zwany Więziennym Rowem. W pracach w 1975 roku uczestniczyli nie tylko wykwalifikowani robotnicy, ale także junacy w liczbie 600 osób. Przez 2 letnie miesiące uczniowie szkół średnich i zawodowych pracowali fizycznie nad infrastrukturą melioracyjną. Prace nad melioracją około 3.000 hektarów użytków zielonych trwały do 1983 roku i była to największa inwestycja rolna na Lubelszczyźnie w tych latach. Oprócz wykopania rowów odwadniających (około 18 km) i ułożenia dróg z płyt betonowych (około 80 km) zasiano na kwaterach nowe gatunki traw i roślin motylkowych. Ostatnim etapem prac było powiększenie jeziora z 270 ha do 550 ha, dzięki czemu przybrało charakter największego w okolicy zbiornika retencyjnego.

Po przeprowadzeniu prac melioracyjnych Wytyczno stało się lokalnym zagłębiem uprawy tytoniu. Z uprawy tej rośliny utrzymywało się większość rolników indywidualnych. W latach osiemdziesiątych często pojawiały się prozaiczne problemy związane z uprawą. W 1985 roku zabrakło chociażby drutu na nawlekanie liści, przydział dla urszulińskiego geesu nie pozwolił dla zaspokojenia potrzeb nawet samych tytoniarzy z Wytyczna, nie mówiąc o rolnikach z innych miejscowości.

Typowo rolniczy charakter wsi sprzyjał funkcjonowaniu organizacji rolniczych. Przez kilkadziesiąt lat funkcjonowało Kółko Rolnicze w Wytycznie. Utworzyło Klub Rolnika, jak również Zespół Pieśni Ludowej, prowadziło nawet działalność gospodarczą. Z czasem kółko przekształciło się w Międzykółkową Bazę Maszynową, a następnie w Rolną Spółdzielnię Produkcyjną. Zabudowania spółdzielni znajdowały się przy szosie krajowej, na zachód od zabudowań wiejskich. Prowadzono w nich fermę drobiu. Wskutek złego zarządzania spółdzielnia w połowie lat osiemdziesiątych upadła, a jej rzeczy ruchome zostały włączone do spółdzielni z Wołoskowoli. Pod koniec lat czterdziestych Gminna Spółdzielnia „Samopomoc Chłopska” utworzyła punkt mleczarski, a od 1961 roku funkcjonowała Konserwacyjna Spółka Wodna w Wytycznie.

Na początku lat sześćdziesiątych przy szkole powszechnej utworzono dla młodzieży poszkolnej Szkołę Przysposobienia Rolniczego, która przygotowywała młodzież do przejmowania po rodzicach gospodarstw rolnych. Nauczano w niej takie zajęcia, jak chów zwierząt, uprawa roślin, organizacja wsi i gospodarstw rolnych. Oprócz przedmiotów ściśle rolniczych w programie zajęć znajdowały się przedmioty ogólne, jak fizyka, chemia, matematyka, język polski, stąd też absolwent takiej szkoły mógł ukończyć technikum w przyśpieszonym trybie. Szkoła zakończyła swoją żywotność na początku lat siedemdziesiątych, wskutek małego zainteresowania młodzieży.

Otaczając dzika przyroda z jednej strony utrudniała gospodarowanie, z drugiej zaś mieszkańcy żyjący od dziesięcioleci nauczycieli się korzystać z jej dobrodziejstw. Najwięcej korzyści z natury, podobnie jak w poprzednich stuleciach, przynosiło Jezioro Wytyckie. Do okresu wojny było własnością pobliskiego dworu, po wojnie stało się własnością państwa, stąd też połowy na własne potrzeby były zakazane, ale ludzie wyspecjalizowali się w kłusownictwie. W pierwszych dziesięcioleciach po wojnie bardzo powszechnym w Wytycznie narzędziem rybaków-kłusowników było „sidło”, zwane też „wnykiem”, „strykiem” lub „oczkiem”. Sidło to pętla zaciskająca się, z włosia końskiego lub z trawy, przymocowana na około dwumetrowym kiju. Łowiący nakładał pętlę na rybę i szybko podrywał, zaciskając ją na jej tułowiu. Było to narzędzie wykorzystywane głównie przez dzieci i traktowane raczej jako formę rozrywki rybackiej. Jeszcze w latach pięćdziesiątych miejscowi rybacy używali wędek z kija brzozowego lub leszczynowego, gdzie funkcję żyłki pełniła pleciona lub kręcona „włosianka”. Jednakże wędka, jako narzędzie rybackie, była przedmiotem wzgardy, wobec czego mówiono, że na wędkę to jest proszona ryba. W najpowszechniejszym użytku były jednak sieci rybackie, „weresze”, czy „kłomle”. Jeszcze przez kilkanaście lat po wojnie używano „sznury” i „węgornie” do połowu węgorzy, ale wobec nieracjonalnej gospodarki rybnej węgorze w jeziorze zanikały, a wraz z nimi sznury i węgornie do ich połowu. Popularne były też ości, zwłaszcza przy połowie ryb na dochodzących i odchodzących od jeziora rowach. Najczęściej były to ości ośmiu, czy nawet dziesięciozębne. Zęby, wykonane z gwoździ lub drutu, wbijane były od spodu w listwę grzbietową.

 

6.4. Życie na wsi

Bieda we wsi po wojnie była duża. W jednym z artykułów „Tygodnika Chełmskiego” powojenne Wytyczno opisano następująco: Sama wieś nie mogła zachwycać, chaty strzechą kryte, maleńkie, błoto, bo drogi bitej nie było, wymokłe pola, bo tereny nizinne. Światła tez nie było i w ogóle nic nie było łatwe. Tygodniowy przydział nafty nie starczał, trzeba było rurkę nałożyć na knot lampy, by uczynić go mniejszym, a wtedy zużywał mniej nafty.[59] Od czasu do czasu pomagała spółdzielnia wytycka, pomagać starał się również ksiądz Rębisz, ale gdy jedni dostali pomoc, to zaraz drudzy mieli pretensje, że zostali ominięci. Ksiądz wspominał, że gdy pomagał pogorzelcom, ktoś głośno krzyknął: co do cholery i ksiądz i spółdzielnia dla pogorzelców, a my w czym będziemy chodzić. Kolejki po darowizny ze spółdzielni często zamieniały się w bójki i kłótnie. Ci bardziej przedsiębiorczy zaczęli handlować płodami w mieście, kupując tam towary deficytowe na wsi, sprzedając je oczywiście za cenę dwu-, czy nawet trzykrotną wyższą.

Niestety powszechna była też praktyka topienia smutków w siwusze, a częste takie praktyki powodowały, że problem alkoholizmu na wsi stawał się coraz poważniejszy. Sytuacja poprawiła się w latach pięćdziesiątych, gdyż nowoprzybyły ksiądz wprowadził zwyczaj organizowanie bezalkoholowych wesel. Początkowo ludzie byli niechętni, ale z czasem bezalkoholowe wesela stały się praktyką. Problem alkoholizmu i związane z nim bimbrownictwo towarzyszyło mieszkańcom przez cały okres Polski ludowej. Niejednokrotnie poszczególni mieszkańcy stawali się bohaterami rubryk kryminalnych, jak chociażby w 1985 roku, kiedy samogon znaleziono u dwóch gospodarzy.

Częste były również kradzieże, zwłaszcza inwentarzu żywego, jak bydło czy konie. Kradzieży dokonywali partyzanci w ramach określanych przez nich „rekwizycji”, czy też przez ludzi podszywających się pod partyzantów. Co niedzielę organizowane były imprezy wiejskie, a od w 1949 roku tego zadania podejmowała się nowo powstała Ochotnicza Straż Pożarna, czerpiąc nawet wysokie zyski ze sprzedaży biletów. Często okraszone alkoholem zabawy kończyły się bijatykami, nawet ze skutkami śmiertelnymi, na jednej z takich zabaw zginął Lutomski. Z drugiej strony strażacy próbowali aktywizować mieszkańców poprzez inicjatywy kulturalne. Przez wiele lat funkcjonował teatrzyk wiejski, którym kierował Ludwik Zacharski.

Wytyczno było znane w okolicy nie tylko dzięki otaczającej przyrodzie, ale również z prywatnej inicjatywy Jana Kurackiego, który we wsi założył punkt biblioteczny. Jan Kuracki przybył do Wytyczna z tzw. Zabuża po zakończeniu wojny. Przywiózł ze sobą kilka książek, ale w ciągu kolejnych lat uzupełniał swój skromny prywatny księgozbiór zbierając książki po sąsiadach lub też składając wkładki z prenumerowanych czasopism. W ten sposób Jan Kuracki złożył „Krzyżaków”, czy też „Faraona”. Pierwszy punkt biblioteczny Kuracki zorganizował w swoim prywatnym domu. Po wybudowaniu szkoły tzw. tysiąclatki udostępniono w niej jedno pomieszczenie, Jednak, jak pisze zafascynowany życiem wiejskiego bibliotekarza reporter „Tygodnika Chełmskiego, już po kilku latach Pan Kuracki znów pomieścić się nie mógł, więc w 1965 roku bibliotekę przeniesiono do starego budynku szkoły.[60] Niestety, ale w nowym lokum nie było pieca, a dach przeciekał, więc bibliotekę przeniesiono do pomieszczenie klubowego, w której znajdowała się aż do końca lat osiemdziesiątych. Sam Jan Kuracki o sobie mówił, że moim obowiązkiem jest, żeby utrzymać czytelnictwo. Starszym ludziom bywało, że zanosiłem książki do domu.[61] W 1982 roku w uznaniu za zasługi dla kultury Rada Państwa odznaczyła Jana Kurackiego Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Wieś rozsławiła także młodzież, zakładając na początku lat osiemdziesiątych drużyny piłkarskie Ludowy Związek Sportowy (LZS) Wytyczno. Drużyny seniorów oraz juniorów młodszych przez kilka lat grały nieprzerwanie w klasach wojewódzkich. Z czasem pojawiły się jednak problemy z komplementowaniem drużyn, zwłaszcza w młodszych rocznikach. O jednym przypadku napisano w „Tygodniku Chełmskim”, kiedy zawodnicy przeciwnika LZS „Błękit” Cyców, ze względu na chwilowe kłopoty ze swoim stadionem, wybrali boisko przy lesie w Urszulinie: Pierwsi do gry mają przystąpić trampkarze. Okazało się jednak, że pełną gotowość prezentują jedynie młodzi zawodnicy gospodarzy. Z Wytyczna tylko czterech trampkarzy przyjechało na rowerach. Po upływie regulaminowego czasu rozlega się gwizdek oznajmiający przegraną LZS Wytyczno walkowerem.[62] Drużyna seniorska z Wytyczna wygrała jednak mecz w stosunku bramek 3:2. Trzy lata później drużyna seniorka awansowała do rozgrywek wojewódzkich klasy A z klasy B.

Sprawą, która elektryzowała mieszkańców, było ujawnienie prawdy o bitwie pod Wytycznem oraz uczczenie poległych. W 1981 roku z inicjatywy byłego żołnierza AK i BCh Jana Rożka ustawiono na dawnej mogile krzyż i tablicę informacyjną, jednakże po kilku miesiącach zostały zniszczone. W rocznicę pięćdziesięciolecia bitwy usypano Kopiec Chwały Żołnierskiej KOP, które zwieńcza duży krzyż. Postawienie kopca było zasługą wielu ludzi, którzy pomimo zakazu publicznego mówienia o tymże wydarzeniu przez całe półwiecze, nie zapomnieli o bohaterskiej walce pograniczników. Najwięcej starań dołożył żołnierz AK, a po wojnie major Wojska Polskiego, Edward Romanowski, który już rok wcześniej ufundował i uzyskał zgodę na umieszczenie tablicy pamiątkowej KOP w wytyckim kościele.

W trakcie prac nad upamiętnieniem poległych doszło do konfliktu o koncepcję pomnika. Przy kościele zawiązał się Komitet Uczczenia Pięćdziesięciolecia Bitwy pod Wytycznem, w skład którego weszli m.in. tutejszy proboszcz, ks. Waldemar Izdebski, proboszcz z Woli Wereszczyńskiej ks. Roman Wiśniewski, Jerzy Deczkowski, Zbigniew Szpakowski z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, Janusz Pakuła, Zbigniew Muszyński z Lublina, członek Zarządu Głównego Związku Sybiraków, oficer KOP Stanisław Mościcki i Wojciech Ziembiński z Warszawy. Inną koncepcję budowy pomnika przedstawił Edward Romanowski, który już w 1988 roku najpierw usypał ziemne kopczyki i ustawił drewniane krzyże, a następnie wybetonował kwaterę, na którą później ustawiono betonowych już 122 krzyży. Po kilkunastu latach pisał, że podczas prac towarzyszyły mu patrole SB, które po kilka razy dziennie przejeżdżały samochodami, ślepą droga, do Wólki Wytyckiej i z powrotem, obserwując moje poczynania.[63] Podczas prac nad fundamentem, w których pomagali mu okoliczni mieszkańcy oraz ochotnicy z Kopalni Węgla Kamiennego Bogdanka, władze wydały surowy zakaz udzielania mi jakiejkolwiek pomocy przez zakłady pracy i okolicznych mieszkańców. Zawiadomiono mnie, że patrole SB i MO otrzymały polecenie kontrolowania i zawracania wszystkich samochodów jadących mi z pomocą na cmentarz w Wytycznie. W tych warunkach prace te zostały przerwane. (…) Odczekaliśmy cierpliwie kilka dni, kiedy to patrole SB odjechały z Wytyczna, a funkcjonariusze poszli na odpoczynek. Wtedy, przed zachodem słońca podjeżdżały pod wykopy duże samochody „gruszki” z szybkowiążącym betonem, spuszczały beton do wykopów i natychmiast odjeżdżały.[64] W 1989 roku władze państwowe uznały i zalegalizowały prace Romanowskiego, dalej już tylko pilnowały, żeby upamiętnienie bitwy pod Wytycznem nie spowodowało drażnienia ich „wieczystej przyjaźni z ZSRR”.[65]

Gdy w czerwcu 1989 roku ze środków komitetu usypano trzymetrowy kopiec, wówczas Romanowski zgłosił sprawę na milicję. Następnie wynajął spychacz by kopiec rozepchać, a z ziemię rozsunięto na drogę gruntową. Okazało się, że kopiec częściowo usypano na wybetonowanej kwaterze, ponadto zajął miejsce, w którym – zgodnie z koncepcją Romanowskiego – miały się znajdować jeszcze 2 kwatery. Ksiądz Izdebski tłumaczył dziennikarzowi „Tygodnika Chełmskiego”, że Romanowski prowadzi budowę pomnika według zmienionego przez siebie planu. Pierwotny projekt – także jego – zatwierdzony przez Wydział Gospodarki Komunalnej Urzędu Wojewódzkiego w Chełmie był inny.[66] Odpowiadając na zarzuty członków komitetu Romanowski zaznaczył, że sprawą zajmuje się kilka lat, prace rozpoczął w 1988 roku, a komitet powołano dopiero w marcu 1989 roku. Przez 49 lat nie widzieli tych grobów, chociaż mieli je 700 metrów za ołtarzem – zarzucał Romanowski i dodawał – Jeszcze w 1988 roku w tym miejscu rosła akacjowa dżungla. Nie sposób było wedrzeć się dalej jak na metr. Groby zrównane z ziemią. Wśród tych krzewów znajdowały się zbite na krzyż dwie około półmetrowe deseczki, a na nich znaczek „Solidarności”. Prawie dwa tygodnie karczowałem akacje. (…) Zaprojektowałem według własnego pomysłu pomnik i przez sześć tygodni murowałem go. Pieniądze na ten cel pochodzą ze składek społecznych zbieranych przez półtora roku.[67] Ponadto jedynie projekt Romanowskiego zyskał akceptację Wojewódzkiego Komitetu Ochrony Pamięci Walki i Męczeństwa.

Kopiec został ostatecznie usypany według koncepcji Edwarda Romanowskiego, a w dniu 1 października 1989 roku poświęcił go biskup Władysław Jędruszuk na uroczystej mszy. Pierwsza uroczystość w tej intencji odbyła się już rok wcześniej, a przybyło na nią setki ludności, harcerzy kombatantów, lecz uroczystość prasa i radio przemilczały.[68] Niestety, również przebiegała w atmosferze konfliktu. Chciałem, żeby obchody miały charakter patriotyczny. Natomiast ksiądz (tj. Waldemar Izdebski) robił wszystko, aby była to uroczystość wyłącznie religijna. Przywiozłem ze sobą taśmę z nagranym hymnem państwowym i werblami. Ksiądz zapewniał, że ma dobry, zagraniczny magnetofon. Niestety, w czasie odtwarzania hymnu zepsuł się. Kiedy córka kombatanta recytowała piękny wiersz, ksiądz głośno rozmawiał, aż musiałem zwrócić mu uwagę. Wcześniej umówiliśmy się, że przybyli na uroczystość z całej Polski Kleberczycy zjedzą posiłek na plebani. Nikt ich jednak nie zaprosił[69]oskarżał Romanowski. Strony konfliktu nie doszły również do porozumienia w sprawie przebiegu obchodów pięćdziesięciolecia. Romanowski zabiegał, by msza miała charakter ekumeniczny, to jest odprawiona miała być przez duchownych rzymskokatolickich, prawosławnych i mojżeszowych równocześnie, gdyż wyznawcy tych wyznań zginęli w 1939 roku pod Wytycznem. Na uroczystość nie zaproszono jednak przedstawicieli wyznawców prawosławia i religii mojżeszowej. Po wyświęceniu dalsze prace przy kopcu finansował już samorząd gminny Urszulina.

 

6.5. Losy Parafii Rzymskokatolickiej p.w. św. Andrzeja Boboli

Po nastaniu władz polskich Stanisław Leszczyński, jeden z byłych tzw. „leśnych ludzi”, a późniejszy kapitan wojsk polskich, oraz sołtys wsi Bolesław Myć wystarali się w Urzędzie Ziemskim we Włodawie, zgodę na kupno budynku kirchy poewangelickej z Michałowa, by pełniła funkcję kościelną we wsi. Zakup kirchy sfinansował proboszcz wereszczyński ks. Władysław Urbańczyk, oczywiście przy największym wkładzie finansowym miejscowych parafian w postaci datków. Wierni bowiem do 1949 roku należeli do parafii w Wereszczynie. Po dokonaniu zakupu budynek kirchy przewieźli sami mieszkańcy. W międzyczasie rozebrali rumowiska po starej plebani, wyrównali teren i wybudowano podwaliny pod kościół. Ówczesny proboszcz Jan Rębisz po latach pisał w listach: W czasie budowy kościoła pełen strachu patrzyłem, jak kościół przez tydzień stał jak parasol na słupach, gdyż trzeba było podkładać bale, bo wiatr mógł go znieść na pola wytyczańskie. Świątynie odnowiono i wyposażono również za pieniądze parafii w Wereszczynie. Dobudowano dwie zakrystie oraz prezbiterium z resztek nie do końca spalonej plebanii.

Początkowo kościół pokryty był papą, jednak w 1951 roku dach oszalowano deskami sosnowymi. Proboszcz Rębisz wspominał jak na oszalowanie nocą parafianie Wólki przywieźli stertę dłużycy, z którą trzeba było jechać do Świerszczowa do tartaku na deski. Jakiż to był strach, gdy karano ciężko za nielegalne cięcia lasu. Głównym cieślą był mieszkaniec Wytyczna Władysław Szadkowski, a na jego robociznę „zrzucili” się mieszkańcy parafii. Poszukiwano również innych sposobów na zebranie funduszy, chociażby koło amatorskie działające przy świetlicy jeździło po okolicznych wsiach z przedstawieniem „Panna – rekrutem”. Po każdym przedstawieniu artyści amatorzy dokonywali publicznej zbiórki pieniędzy.

W ten sposób w 1947 roku mieszkańcy Wytyczna otrzymali swój własny kościół rzymsko-katolicki. Funkcjonująca od 1949 roku Parafia p.w. Św. Andrzeja Boboli liczyła wówczas około 350 wiernych, w tym 60 rodzin z Wytyczna i 20 rodzin z Wólki. Andrzej Bobola określany był mianem „łowcy dusz”, gdyż tam, gdzie się pojawił, wszyscy ciągnęli za nim, słuchając go, przystając do jego wiary, odstępując prawosławną. Duchowny Andrzej Bobola najprawdopodobniej przejeżdżał w połowie XVII wieku przez Wytyczno, gdyż podróżował z Włodawy do Lublina dawnym traktem handlowym, na trasie którego położona jest wieś.

Polichromia w kościele pochodzi z 1960 według projektu malarzy: Lucjana Ociasa, oraz Wiesława Borowskiego. Ołtarz główny ma charakter rokokowy i pochodzi z około połowy XVIII wieku, a przeniesiony został z Dolnego Śląska, z rzeźbami Św. Piotra i Pawła, między skośnie ustawionymi kolumnami i figurami czterech ewangelistów. Do Orchówka ołtarz przewieziono pociągiem, stamtąd zaś do Wytyczna ołtarz przewieźli parafianie Ludwik Zacharski, Szymon Romaniuk i Sokołowski. Całą drogę szliśmy pieszo, bo grzech było siadać na obrazach i figurach osób świętych – wspomina transport Zacharski. W kościele wisiał żyrandol kryształowy z datą 1792, Znajdowały się ponadto monstrancja rokokowa, prymitywna, zapewne pounicka oraz puszka barokowa z około 1700 roku, z nową czaszą i pokrywą zwieńczoną ażurową koroną, wysadzaną sztucznymi kamieniami. Obecnie miejsce przebywania tych przedmiotów liturgicznych i kościelnych nie jest znane.

W tym samym czasie został wybrany plac na cmentarz rzymsko-katolicki, który poświęcony został w 1948 roku. Pierwszą pochowaną parafianką została Helena Szatkowska-Kucharukowa. W cztery lata później na placu kościelnym stanęła dzwonnica z trzema dzwonami, zwanymi „Andrzejem” (622 kg) od imienia Andrzeja Boboli, „Ignacym” (360 kg) od imienia ówczesnego biskupa Ignacego Świrskiego i „Janem” od imienia proboszcza Jana Rębisza (152 kg). Podobnie jak ołtarz również dzwony ostały przywiezione ze Śląska do Orchówka pociągiem, a stamtąd parafianie przywieźli do Wytyczna. Ostateczny kształt kościół uzyskał w 1958 roku, gdy dobudowano wyróżniającą się wieżę, z miejscem na chór. Przy wszystkich tych pracach ks. Jan Rębisz szczególnie chwalił mieszkańców Wólki Wytyckiej i Michałowa, większość bowiem mieszkańców Wytyczna odmawiało pomocy.

Po postawieniu kościoła Wytyczno opuścił ks. Jan Dziedzic, gdyż wojna, a zwłaszcza pobyt w więzieniu hitlerowskim, spowodował, iż bardzo podupadł na zdrowiu. Już po przybyciu do Wytyczna miał kłopoty z równowagą, dlatego też często się wywracał. Pierwsza msza w nowym kościele odbyła się w dniu 8 września 1947 roku, a celebrował ją nowy proboszcz ks. Jan Rębisz. Organistą został młodziutki Stanisław Kubik, który dotychczas był ministrantem, ale dość szybko nauczył się grania na organach. W swoich listach ksiądz wspominał o warunkach i biedzie, jaką zastał we wsi, która również jego dotknęła: Przeżywałem głód, p. Janocińska przyniosła mi kosz ziemniaków i życzyła szczęśliwego zjedzenia, gdy zjem te przyniesie drugi kosz. Jakżesz smakowały z mlekiem, bo innego jedzenia nie znałem. Nie było intencji mszalnych, żebrałem u ks. biskupa Świńskiego, który wielkodusznie wspierał mnie z życzeniami, abym trwał i przetrwał na tej placówce. Proboszczowi na stole nie brakowało jedynie ryby, gdyż pobliskie jezioro zachęcało do łowów.

Z czasem postępowała jednak polityka antykościelna państwa. Przykładem są choćby jadący w 1954 roku na furmankach mieszkańcy Wytyczna Władysław Prucnal i Feliks Marcinek, którzy asystowali przyjeżdżającemu arcybiskupowi. Za asystowanie arcybiskupowi zostali ukarani mandatami o wysokości 300 złotych. W tym samym roku nałożono karę finansową w wysokości 800 złotych i 40 dni robót publicznych na księdza za to, że postawił figurkę maryjną przed kościołem. Proboszcz parafii ks. Jan Rębisz wspominał, że zmorą były podsłuchy pod amboną i w konfesjonale: Będąc w Warszawie u kolegi z ławy szkolnej, ministra Władysława Kopcia, czytałem sprawozdanie z niedzieli, nawet o tak mało znaczącym człeku jak ja, co głosiłem w każdą niedzielę i to z detalami. Prześladowania nie ustały nawet po rozbiciu oddziałów partyzanckich. Ksiądz podejrzewał służby państwowe o zamordowanie jej dziewiętnastoletniej, głuchoniemej gospodyni Władysławy Szwed: W 1952 roku sprowadzono mi z rodzinnych stron pracownicę domową. Dlaczego, nigdy się tego nie dowiem, w nocy z niedzieli na poniedziałek wrześniowy, opuściła plebanię, a że las był naszpikowany wojskiem, zastrzelono ją gdzieś w lesie i nikt o fakcie śmierci nie mógł mi czegokolwiek powiedzieć. Poza atakami na kościół represje dotykały również samych mieszkańców wsi.

W pierwszych latach funkcjonowania Parafia Rzymskokatolicka p.w. św. Andrzeja Boboli liczyła około 1000 wiernych z Wytyczna (wieś, folwark, Kochanowskie, Kantor, Łowiszów), Michałowa, Helenina i Wólki Wytyckiej. Później do parafii dołączono Dominiczyn i Lubowierz, a liczba wiernych wzrosła do 1400.

Przychody parafii zapewniały 75 hektarów gruntów ornych i dwie łąki torfowe o powierzchni 15 hektarów. Dochody uzyskiwano zwłaszcza z użytkowania łąk torfowych, gdyż był to podstawowy surowiec do ogrzewania chałup. Ksiądz Rębisz służył mieszkańcom do 1952 roku, był również nauczycielem religii w Urszulinie i Wytycznie. Opuścił parafię w grudniu 1952 roku ze względów zdrowotnych: Wyjechałem z parafii dlatego, że w każdą zimę chorowałem na grypę. Jezioro działa bardzo ujemnie na zdrowie. Wiatr zimą ślizga się po tafli lodu, a nawet latem jezioro w tej części nie jest gościnne – wspominał po latach.

W jego miejsce w połowie stycznia 1953 roku przybył młody ks. Eugeniusz Matyska, po którego do Siedlec pojechali Józef Klauda i Adolf Pleszczyński. Na nowego księdza czekali już wszyscy parafianie: Przemówienie pięknie wygłosił Józef Klauda. Mówił o przywiązaniu serca polskiego do Kościoła. Wspomniał dzielnego ks. Rębisza, by iść jego śladami. Witał imieniem całej parafii. Procesja udała się idąc naokoło kościoła do drzwi wejściowych. Przed niemi powitał Rektora chór, pieśnią ułożoną przez Józefa Klaudę – pisał o swoich wrażeniach ksiądz Matyska. W kilka dni po objęciu parafii nowy proboszcz zatroszczył się o kościelne ogrodzenie. Do pracy przystąpili Jan i Karol Szwajowie z Michałowa oraz Józef i Stanisław Jadwiżuki z Woli Wereszczyńskiej. Słupki były murowane, zaś sam płot z drewnianych sztachet. Drzewo na sztachety ofiarowali mieszkańcy Michałowa, a Walenty Ofiarski i Adam Serafin dokonali jego porżnięcia. Następnie Władysław Szadkowski i Adolf Pleszczyński dokonali oszalowania dzwonnicy, Szadkowski oszalował ponadto front kościoła. Latem 1954 roku proboszcz z pieniędzy parafian zakupił figurkę Matki Boskiej, którą ustawiono przed bramą kościelną. Większość prac parafianie wykonywali bezpłatnie, a pieniądze na materiały pochodziły z datków kościelnych. Ksiądz wymyślił także nietypowy sposób na zbiórkę pieniędzy, poprzez sprzedaż lodów: Ludzie lubią lody! Parafianie sprzedają. Najlepiej – mówią – potrafi Bolesław Kuczyński. Nie wstydzi się, boć to przecież na kościół – pisał. W sierpniu 1954 roku parafię odwiedził z wizytą kanoniczną Biskup ks. Marian Jankowski. Przyjazdowi biskupa towarzyszyła banderia konna i rowerowa.

Do pierwszego zgrzytu księdza z parafianami doszło w dniu Zielonych Świątek w 1954 roku. Ksiądz postanowił odprawić 40-godzinne nabożeństwo: Młodzież adorowała wioskami. Ślicznie! Panny w białych sukniach i welonach, wianki, młodzieńcy w komżach. Najgorzej adorowało Wytyczno. Wbrew mojej prośbie w I dzień Zielonych Św. Urządzono sobie pod remizą z racji „dnia strażaka” krótką potańcówkę. Tam było ich pełno, a w kościele nikogo nie było z młodzieży. Przyszli dopiero o godz. 19 na nieszpory. Ks. Rektor za karę w Boże Ciało nie zaniósł P. Jezusa w procesji na wieś. Procesja odbyła się na cmentarzu kościelnym – zapisał w kronice kościelnej ks. Matyska. Uczestnictwo wytyckiej młodzieży w zielonoświątkowej adoracji kolejnego roku przebiegało już bez zarzutów, stąd też i procesję w dniu Bożego Ciała ksiądz poprowadził przez wieś. W parafii ksiądz Matyska nie przebywał długo, gdyż na własną prośbę wyjechał w listopadzie 1956 roku.

Po kilkumiesięcznym „bezkrólewiu” parafię objął dotychczasowy hański wikariusz ks. Henryk Ćwikliński. Była to osoba młoda, ale wykształcona, gdyż na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim uzyskała tytuł doktora z zakresu prawa kanonicznego i historii sztuki. Po przybyciu do Wytyczna, z rozczarowaniem stwierdził: Wytyczno, jako nowa placówka, bez tradycji religijnej, nie tęskniło za duszpasterzem, ale gospodarzem. Trzeba było się do tego dostosować. W latach probostwa księdza Ćwiklińskiego urządzono drogę na cmentarz grzebalny, a następnie ogrodzono go. Przede wszystkim dobudowano do kościoła kruchtę kościelną, cały kościół z zewnątrz pomalowano farbą olejną, zaś wnętrze pokryto polichromią, a na chórze zamontowano organy. W 1962 roku kościół zelektryfikowano.

Księdza Ćwiklińskiego zastąpił w 1968 roku ks. Stanisław Burzec. Dokonał wykonanie ogrodzenia metalowymi przęsłami na podmurówce, w których to przęsłach umieścił inicjały fundatorów. W tym czasie organistę Stanisława Kubika zastąpił Kazimierz Kubik. W 1975 roku do Wytyczna przybył nowy proboszcz ks. Adolf Maciąg, a w 1980 roku zastąpił jego Tadeusz Czarnocki. W okresie siedmiu lat wybudował murowaną plebanię, wnętrze kościoła wyłożył boazerią, wyzłocił ołtarz główny i zakupił krzesła. Wzbogacił kościół o nowe stacje Drogi Krzyżowej, które zostały wyrzeźbione w drewnie przez miejscowego Ryszarda Droba. Zakupił do kościoła nowy żyrandol, monstrancje i chorągiew św. Andrzeja, ale w tym czasie z kościoła zniknął żyrandol zabytkowy, monstrancja rokokowa i puszka barokowa. W 1987 roku księdza Czarnockiego zastąpił na okres 4 lat ks. Waldemar Izdebski. W tym czasie dokonał ogrodzenia cmentarza i wybudował budynki gospodarcze,.

 

6.6. Szkolnictwo

W pierwszym roku szkolnym po zakończeniu okupacji niemieckiej, czyli w latach 1944-1945, do pięcioklasowej szkoły uczęszczało łącznie 166 dzieci, w tym jeszcze 13 osób było wyznania prawosławnego. W roku następnym do szkoły zapisanych było już 217 dzieci (15 dzieci wyznania prawosławnego), w tym dzieci z Dominiczyna, w której to miejscowości nauczanie kończyło się na klasie czwartej. W efekcie masowych przesiedleń liczbę klas zredukowano do dwóch, choć po roku była już siedmioklasową. Największymi problemami szkoły w pierwszych powojennych latach były braki w wyposażeniu, ale też brak stabilności w stanie uczniów, spowodowany powszechnymi ówcześnie migracjami ludności (tj. wyjazdy na Ziemie Odzyskane oraz repatriacje ludności zza Buga). W latach 1944-1945 naukę rozpoczęło 107 dzieci, ale w trakcie roku do szkoły przybyło 58, a ubyło 40 dzieci. W kolejnym roku naukę rozpoczęło 134 dzieci, ale w trakcie roku ze szkoły odeszło 97, a przybyło 82 uczniów. Poziom wiedzy w klasie był nierówny, stąd niektórych uczniów już po kilku miesiącach przenoszono do klas wyższych, inni zaś nie otrzymywali promocji do następnej klasy. Przykładowo w 1945 roku na 125 dzieci według stanu z dnia zakończenia roku szkolnego aż 36 dzieci nie otrzymało promocję do klasy wyższej. W kolejnym roku na 119 dzieci promocji do następnej klasy nie otrzymało już 23 uczniów.

Kierownikiem szkoły został najpierw Żuchowicz i w pierwszych latach po „wyzwoleniu” pomagali mu jedynie Michalina Anders i ksiądz Jan Dziedzic. W roku szkolnym 1945/1946 funkcję kierownika przejął Antoni Anders, którego wspierała jedynie jego żona Michalina. Michalina Anders zapamiętana została jako kobieta o szlachetnym charakterze, o wielkich zaletach umysłowych i pedagogicznych. Wszyscy uczniowie ją poważali, dlatego też na jej lekcjach był wyjątkowy porządek. Figle i psoty uczniów zdarzały się natomiast na zajęciach prowadzonych przez jej męża. W następnych latach powojennych w szkole uczyli ponadto Kazimiera Dubikówna, Zofia Złomaniec z Wereszczyna, Celina Słowicka i Pleskotówna. W międzyczasie przybywali nowi nauczyciele, w tym Jan Lipski, Jan Dragan, Danuta Szydoczyńska, Janina Tur, Jadwiga Tomala, czy Kłosowa. Pierwszym kierownikiem był Antoni Anders, a w 1956 roku na stanowisku zastąpiła go Kazimiera Dubik. Po roku pełnienia funkcji kierowniczki zastąpiła ją Marcinkowa, kierując szkołą kierowała aż do oddania do użytku nowego budynku.

Religii w szkole nauczał ks. Jan Rębisz, a następnie ks. Eugeniusz Matyska. Po wprowadzeniu w 1953 roku zakazu nauki religii w szkole lekcje przeniosły się w ławy kościelne, ale od września 1954 roku ponownie zezwolono na katechezy w szkole. Ksiądz Matyska bardzo narzekał na poziom wychowania dzieci, co wyraził w swoich zapisach w kronice kościelnej: W szkole dzieci są niesforne, leniwe, źle wychowane. Kierownik Antoni Anders nie ma u nich żadnego autorytetu. Chłopcy przeklinają i bożą się. Czwarta kl. ledwie czytać potrafi, ale tańczyć na dość częstych zabawach szkolnych nie trzeba jej uczyć. Po kilku miesiącach ponownie wydano zakaz nauczania religii w szkołach, stąd też katechezy przeniesiono do kościelnej zakrystii.

W pierwszych dniach nauki brakowało tablic w klasach, stołów, krzeseł, a nawet szyb w oknach, za materiał do pisania służyły zaś luźne kartki sporządzone z makulatury lub papierowych worków. Ogromne braki podręczników uzupełniano zbiórkami podręczników przedwojennych. Ze względu na szybko rosnącą we wsi i okolicach liczbę dzieci wprowadzono w 1952 roku system dwuzmianowy, a rok później dla najmłodszych utworzono przedszkole. Już w roku szkolnym 1960/1961 do szkoły uczęszczało 191 dzieci.

Z dużą radością mieszkańcy przyjęli oddanie do użytku nowego budynku szkoły podstawowej, wybudowanego w ramach programu „tysiąc szkół na tysiąclecie państwa”. W starej szkole utworzono natomiast klub wiejski. Budynek nowej szkoły został ukończony w 1961 roku i w tym okresie szkoła z Wytyczna była w okolicy jedną z największych i najlepiej wyposażonych. Po 20 latach na okres roku nadano jej status gminnej szkoły zbiorczej, gdyż dotychczasowa taka szkoła w Urszulinie mieściła się w niewielkim budynku drewnianym. Po wybudowaniu parterowego budynku szkoła zbiorcza powróciła do Urszulina. Nowej szkole nadano imię Ludwika Czugały, zamordowanego przez grupę WiN pod dowództwem Edwarda Tarszkiewicza ps. „Żelazny” w pobliskim Dominiczynie. Do dnia dzisiejszego znajduje się w niej 8 sal lekcyjnych, biblioteka, sala gimnastyczna, kancelaria i pokój nauczycielski. Z chwilą, gdy zakupiono pierwszy telewizor, szkoła stała się miejscem spotkań i wspólnego oglądania emitowanych programów, a po sprowadzeniu z Lublina aparatu do wyświetlania filmów w weekendowe wieczory korytarz szkolny zamieniony był na zawsze pełną salę kinową. Kino „Zorza” istniało około dwadzieścia lat, a wobec powszechniejących telewizorów zostało zlikwidowane w 1985 roku. Przy współudziale Ochotniczej Straży Pożarnej komitet rodzicielski zbudował w 1973 roku lodowisko, z którego chętnie korzystały nie tylko dzieci, ale również mieszkańcy wsi. W nowo-oddanej szkole uczyły Maria Marcinek, Jadwiga Baranowska, Jadwiga i Andrzej Tomalowie, czy też Barbara Żołnacz. Stanowisko dyrektora od 1967 roku pełnił Edward Żołnacz, a w 1987 roku zastąpił go na okres siedmiu lat Antoni Rogala.

 

6.7. Ochotnicza Straż Pożarna w Wytycznie

Wytyczno po wojnie pozostawało wsią o drewnianej zabudowie, a dachy pokrywała trzcinowa strzecha. Pierwszy budynek murowany postawił Józef Klauda dopiero w 1961 roku. Taki rodzaj stosowanego budulca oraz bardzo zwarta zabudowa powodowało duże zagrożenie pożarnicze. Największy pożar we wsi wybuchł w październiku 1949 roku i strawił dużą liczbę zabudowań, tak z mozołem odnawianych po wojnie. Wiał dość silny wiatr jesienny północno-zachodni w kierunku południowo-wschodnim. To ratowało, że wieś nie spłonęła całkowicie, gdyż była ona zabudowana wschód-zachód. Źródłem pożaru było gospodarstwo Grunwalda Bolesława. W nim to właśnie został rozproszony ogień. – zapisał w kronice strażackiej Jan Kuracki. W gospodarstwie Grunwaldów zapaliła się sterta siana, a następnie pożar ogarnął zabudowania Muzyczuków, Tyszczuków, Głogowskich, Smolińskich i Kozaka, pozostawiając po sobie zgliszcza. Jedynie stodołę Kozaka udało się ugasić. Słoma z palących się dachów zabudowań była przenoszona przez wiatr na odległość 200 metrów. Sprawiało to, że pożar przerzucał się na drugą stronę wsi i objął zabudowania gospodarcze Jana Tyszczuka i Jana Głogowskiego. Po kilku minutach ogień objął również pobliskie drzewa. W akcji wyróżnił się ks. Jan Rębisz, który w niedużej odległości od pożaru uratował stodołę Stanisława Kupisza – w ten oto sposób początki tragedii opisał Kuracki. Niedługo potem wybuchł pożar u Sudołów trawiąc jego dom i dom Moszczyńskich. Pożarów było więcej i powszechnie mało kto znał ich przyczyny, ale najprawdopodobniej wybuchały w wyniku podpaleń. Z obawy przed kolejnymi pożarami mieszkańcy nie stawiali osobnych wędzarni, a ich funkcje przejęły kominy.

Opisując akcję ratowniczą z października 1948 roku Jan Kuracki pisał, iż w gaszeniu pożaru uczestniczyli prawie wszyscy mieszkańcy wsi. Niestety pomoc ich była mało efektywna z powodu braku sprzętu gaśniczego. Podejść do ognia nie było możliwe ze względu na wysoką temperaturę. Mieszkańcy byli zdani tylko na siebie, gdyż wówczas nie było żadnej straży pożarnej. Dotychczasowa bezradność wobec pożarów zmobilizowała mieszkańców do stworzenia we wsi swojej jednostki ochotniczej straży pożarnej. Najbliższa taka jednostka funkcjonowała w Wereszczynie i to strażacy z tej wsi przyjeżdżali gasić pożary w Wytycznie. Najczęściej jednak nie było co gasić, dlatego też prezes tamtejszej jednostki Julian Puchlerz wraz z Władysławem Andersen, Józefem Klaudą i ks. Janem Rębiszem podjęli starania utworzenia miejscowej jednostki. Władze w Urszulinie szybko wraziły zgodę na stworzenie Ochotniczej Straży Pożarnej (OSP) w Wytycznie. Stąd też niespełna miesiąc po wielkim pożarze na zebraniu wiejskim mieszkańcy powołali Komitet Założycielski OSP. W jego skład weszli inicjatorzy, czyli dyrektor szkoły Antoni Anders, ks. Jan Rębisz, sołtys wsi Tadeusz Pleszczyński oraz mieszkańcy Kazimierz Donica, Jan Kuracki, Józef Klauda, Ludwik Zacharski, Władysław Prucnal, Jan Sierociuk i Feliks Marcinek. Utworzenie OSP w Wytycznie nastąpiło na uroczystym spotkaniu w budynku szkoły z udziałem przedstawicieli powiatowych struktur pożarniczych. Do nowej organizacji zgłosiło się 17 osób. Kazimierz Donica został wybrany naczelnikiem, Stanisław Kupisz jego zastępcą, Józef Klauda sekretarzem, Ludwik Zacharski skarbnikiem, Tadeusz Pleszczyński gospodarzem, Jan Kuracki prezesem, a Marian Denisiuk mechanikiem.

Nowoutworzonej straży komenda powiatowa nie mogła wyposażyć w potrzebny sprzęt, gdyż sama nie dysponowała wystarczającymi środkami finansowymi. Nowi strażacy nie zamierzali czekać i dość szybko nauczyli się grać przedstawienia pt. „Karpaccy górale”, „Moralność Pani Dulskiej”, „Diabeł na Podhalu”, które przedstawiali po okolicznych wsiach. Ludzie na spektakle przychodzili chętnie i oglądali je z zainteresowaniem. Grę aktorów wynagradzali pieniędzmi. – pisał o działalności swoich kolegów-strażaków Jan Kuracki. Organizowali festyny i zabawy, a na nich loterie, z przedmiotów uzbieranych od mieszkańców. Tym sposobem uzbierali pierwsze fundusze na wybudowanie remizy strażackiej i sprzęt bojowy. Sześcioarową działkę pod remizę podarował Józef Miazga, natomiast budulec mieszkańcy uzyskali z kupionej w Wólce Wytyckiej dużej stodoły. Resztę materiałów pozyskano na własną rękę, pochodziły głownie z dobrowolnych ofiar ludności.

Remiza stanęła w 1951 roku, miała dużą scenę oraz wieżyczkę do suszenia mokrych węży. Strażacy, jak i mieszkańcy, dbali o nią bardzo, utrzymując w jak najlepszym porządku. Odbywały się w niej główne wydarzenia wiejskie, takie jak zabawy, wesela, zebrania, czy przedstawienia artystyczne. W jednym z prasowych artykułów gazety zapisano: Kiedy przed niedawnym czasem zajrzałem do remizy w Wytycznie, zastałem ją czyściutką, sprzęt w jak najlepszym porządku. Na ścianie wisi gazetka straży redagowana przez strażaków. Komendant wykazuje się dużą ilością zbiórek i ćwiczeń odnotowanych w zeszycie. Z racji święta 22 Lipca straż urządziła akademię dla całej gromady.[70]

Strażacy powoli kompletowali sprzęt pożarniczy. W 1954 roku uzyskali motopompę marki „Leopoldia” oraz węże ssawne i tłoczne, zaś w 1959 roku na działce Józefa Stefaniuka wykopano zbiornik przeciwpożarowy. W 1963 roku kupili za kwotę 3.800 złotych syrenę elektryczną o 3 kilowatowej mocy. Pięć lat później Powiatowa OSP we Włodawie przydzieliła wóz „gumiak”, zaprzęgany do koni lub traktora. Strażacy brali udział nie tylko w akcjach ratunkowych, ale też w akcjach społecznych. W kwietniu 1961 roku cała jednostka wzięła udział w zbieraniu na miejscowych polach stonki ziemniaczanej.

Pod koniec lat siedemdziesiątych strażacy zaczęli myśleć nad budową nowej murowanej świetlicy, gdyż stara drewniana zaczęła się kruszyć. Ramenda pierwszy powiedział, że remizę muszą zbudować i w 1979 roku postawili zrąb. – Było tak, żeśmy nawet pożyczali pustaki w obcych wioskach, ale na zimę zrąb stanął – mówił Zacharski, po czym zadumał się, bo przecież pamięta doskonale jak potem ciężko było te pustaki oddawać[71]pisała dziennikarka „Tygodnika Chełmskiego” sprawozdając relacje z uroczystości oddania świetlicy do użytku. Pieniądze na budowę nowej świetlicy pochodziły z organizowanych przez strażaków zabaw, ale głównie ze składek mieszkańców. Pracę nad wylaniem fundamentów zaczęły się w kwietniu 1979 roku, a już w lipcu kolejnego roku zaczęto pokrywać blachą dach. Aby zebrać pieniądze na dalsze prace zorganizowali zabawę w nieukończonej świetlicy, bez pokrycia dachowego. W październiku 1980 roku prace zostały zakończone. W następnym roku strażacy otrzymali pierwszy swój samochód ze sprzętem przeciwpożarowym.

 

7. Wytyczno współczesne

7.1. Stosunki Ludnościowe

Obecnie liczba mieszkańców Wytyczna uległa zmniejszeniu, gdyż na początku nowego tysiąclecia zaludnienie wynosiło 585 osób, a według danych z 2007 roku spadło do 552 osób. Mieszkańcy ci zamieszkiwali w 170 gospodarstwach rolnych. Do ostatniego dnia 2009 roku we wsi ubyło dwóch zameldowanych. Wytyczno jest drugą pod względem zaludnienia miejscowością w gminie. Jednakże z bardzo rozproszonej przed wojną zabudowy dwie osady Łowiszów (nazywane również „Koło Młyna”) i Gwiazda uległy niemal całkowitemu wyludnieniu. W ich miejsce w pobliżu jeziora na Kochanowskim osiedlają się turyści, zamieszkujący głównie w okresie letnim. Zabudowania za wsią zwane są Starą Wsią, a znajdujące się pomiędzy dworzyskiem a Starą Wsią zwie się Okolenią Wytycką.

Pola od strony wschodniej zwane są Piaskami i Wielkopolem, natomiast na północ od szosy krajowej Karczunkiem. Od południowo-wschodniej części wsi znajdują się rozległe łąki Krowiego Bagna, wykorzystywane w ostatnich latach do wydobywania torfu. Złoża torfu ocenia się na około 70 tysięcy m3, dlatego też coraz częściej widać urządzenia zajmujące się jego eksploatacją.

Jako, że Wytyczno jest drugą pod względem wielkości wsią w gminie, w każdych wyborach mieszkańcy wybierają swoich przedstawicieli do władz. W pierwszych wyborach z 1990 roku na przedstawicieli wsi w nowoutworzonej samorządnej Radzie Gminy Urszulin wybrano Sławomira Tyszczuka i Barbarę Pakułę. Barbarze Pakule, reprezentującą Komitet Obywatelski Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego (NSZZ) „Solidarność”, powierzono jednocześnie funkcję radnej wojewódzkiej. Od 1998 roku Wytyczno w gminie reprezentowali Ryszard Głogowski, Bogdan Zacharski i Wiesław Szymański, a Głogowski został ponadto wybrany do gminnego zarządu. W kolejnych wyborach z 2002 roku został wybrany ponownie Ryszard Głogowski i Stanisław Kupisz. Natomiast w 2006 roku mieszkańcy za swoich radnych wybrali Annę Szymańską i Adama Szadkowskiego, zaś dyrektor miejscowej szkoły Marian Tomasz Kupisz (PSL) został wybrany radnym Rady Powiatu we Włodawie. Wyniki niemalże zostały powtórzone w wyborach samorządowych z 2010 roku. Marian Kupisz ponownie został radnym powiatowym, a radnymi gminnymi została Anna Szymańska i Robert Zacharski. Funkcję sołtysa pełni obecnie Piotr Oleszczuk, który w 2011 roku zastąpił Wiesława Ramendę, ten z kolei w 2006 roku zastąpił Romana Kwiatkowskiego.

Podczas każdych wyborów w Wytycznie tworzony jest punkt wyborczy, co pozwala na dokładniejszą charakterystykę poglądów politycznych mieszkańców Wytyczna i Wólki Wytyckiej. W referendalnym głosowaniu nad przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej z 2003 roku mieszkańcy Wytyczna zagłosowali inaczej niż polska wieś. Ponad 58% opowiedziało się za przystąpieniem naszego kraju do struktur unijnych. W wyborach przedstawicieli do Parlamentu Europejskiego z 2004 roku wygrała zdecydowanie lista wyborcza Samoobrony. Dominacja Samoobrony potwierdzona została w wyborach do Sejmu RP z 2005 roku, gdyż zagłosowało na nią 36% mieszkańcy wereszczyńskiego obwodu. W dalszej kolejności wyborcy wskazywali na kandydatów Polskiego Stronnictwa Ludowego (PSL) oraz Ligi Polskich Rodzin (LPR) – po 14%, Prawa i Sprawiedliwości (PiS) – 13%, Sojuszu Lewicy Demokratycznej (SLD) – 8% i Platformy Obywatelskiej (PO) – 6%.

Poparcie dla partii politycznych znacznie zmieniło się po skróceniu kadencji parlamentu w 2007 roku. Afera z przewodniczącym Samoobrony Andrzejem Lepperem spowodowała odwrócenie się wyborców od tej partii politycznej. Wybory w wytyckim obwodzie wygrało PiS (40% poparcia) przed PO (20%) i PSL (19%). Listę Lewicy i Demokratów oraz Samoobrony cieszyły się poparciem w granicach 8 – 9%. Podobne poparcie uzyskały partie polityczne w wyborach posłów do Parlamentu Europejskiego. Lista PiS w gminie uzyskała 25% poparcia, a na drugim miejscu znalazło się ponownie PSL i lista PO, uzyskując po 22% poparcia. Niewielkie poparcie uzyskali kandydaci SLD (12%) i Samoobrony (10%).

 

7.2. Instytucje i organizacje społeczne

Instytucją publiczną, która przetrwała przemiany ustrojowe jest szkoła powszechna. W 1989 roku dyrektor Rogala zaproponował zmianę jej patrona. Przy ogólnym poparciu nauczycieli i środowiska lokalnego komunistycznego działacza Ludwika Czugałę zamieniono na patronat Korpusu Ochrony Pogranicza. W 55 rocznicę bitwy, czyli w dniu 25 września 1994 roku ufundowano sztandar szkoły i nadano jej imię Korpusu Ochrony Pogranicza. Na tej samej uroczystości funkcję dyrektora powierzono miejscowemu nauczycielowi historii Marianowi Kupiszowi. Obowiązki dyrektora Kupisz pełni do dnia dzisiejszego, jednakże do szkoły każdego roku uczęszcza coraz mniej dzieci. W 2003 roku było 65 uczniów, rok później 73, natomiast w 2010 roku już prawie o połowę mniej. Stąd też już w 2004 roku radni podjęli próbę likwidacji szkoły (wraz ze szkołą w Wereszczynie i Woli Wereszczyńskiej), ale uchwała nie uzyskała aprobaty większości. Również próby przekształcenia szkoły w filię Zespołu Szkół w Urszulinie nie powiodły się, radni Rady Gminy w Urszulinie w lutym 2011 roku odrzucili projekt uchwały przygotowany przez wójta Romana Wawrzyckiego.

Szkoła w Wytycznie choć mała, to jednak bardzo aktywna. Dzieci opiekują się symbolicznymi mogiłami poległych pod Wytycznem, a z okazji świąt zapalane są na nich znicze. Dość często organizuje się konkursy ze znajomości historii KOP, a dzieci z koła teatralnego, prowadzonego przez Ewę Dybek, każdego roku przygotowują okolicznościowe montaże literacko-muzyczne. Podczas innych świąt organizowane są inscenizacje, zabawy taneczne, na których spotykają się wspólnie dzieci, rodzice i nauczyciele. Od grudnia 2010 roku dzieci wydają gazetkę – miesięcznik „Szkolna Przerwa”. Wydanie III numeru miało wyjątkową formę, gdyż profesjonalnego druku podjął się patron całej inicjatywy „Kurier Lubelski”.

Parafię w nowy demokratyczny okres dziejów Polski wprowadził ks. Waldemar Izdebski. W 1991 roku zastąpił go ks. Tadeusz Tomasik, który kontynuował remonty kościoła, budynków gospodarczych przy plebani, dokończył ogradzanie cmentarza. W 1995 roku do parafii przybył ks. Zbigniew Maksymiuk, a w 1998 roku zastąpił jego ks. Jerzy Kasprzycki. W 2003 roku parafia obchodziła 65 rocznicę powstania, dlatego do Wytyczna zaproszono ks. Stanisława Burzca, który odprawił mszę św. i Eugeniusza Matyskę, który wygłosił homilię. Od 2007 roku funkcję proboszcza pełni ks. Aleksander Żywczok. Z Wytyczna wywodzi się 2 księży, jest nim wyświęcony w 1996 roku Tomasz Wakuła i wyświęcony w 2003 roku ks. Paweł Dobrzyński.

Obecnie parafia liczy 995 wiernych, z czego 513 wiernych to mieszkańcy Wytyczna, 58 wiernych to mieszkańcy Wólki Wytyckiej, a 114 wiernych to zamieszkuje w Michałowie. Do parafii w dalszym ciągu przynależą miejscowości z Gminy Stary Brus, czyli Dominiczyn z 167 wiernymi, Helenin z 41 wiernymi i Lubowierz z 102 wiernymi. W 1983 roku do Wytyczna sprowadziły się zakonnice nazaretanki. Kontrakt z parafią podpisało Zgromadzanie Sióstr Najświętszej Rodziny z Nazaretu, które otrzymało od parafii w wieczystą dzierżawę starą plebanię i część gruntów. Starą stodołę siostry przebudowały na dom zakonny. Pierwszą matką przełożoną została siostra Matylda Kućmierowska, w 1986 roku zastąpiła ją siostra Augustyna Chilimoniuk, a w 1992 roku siostra Teofila Woźniakowska. Od 1998 roku przełożoną zakonu była siostra Marietta Marciniak, a obecnie jest nią siostra Emilia Sztucka.

Oprócz miejscowego kościoła i szkoły życie społeczne mieszkańców koncentrowało się ciągle wokół OSP. W remizie odbywały się wesela, zabawy, uroczystości okolicznościowe, a nawet przez krótki okres na placu przed remizą „Dni Wytyczna”. Po wieloletniej przerwie święto sołeckie pod nazwą „Pożegnanie Lata w Wytycznie” zostało zorganizowane przez sołtysa Piotra Oleszczuka i Koło Gospodyń Wiejskich w Wytycznie, przy wsparciu sponsorów, w 2011 roku. W 1995 roku strażacy wyposażyli swoją remizę w drewniany parkiet. Na ten cel zostały już rok wcześniej zakupione sosny, przerobione następnie na klepki. Wszystkie prace nad podłogą zostały wykonane przez strażaków w czynie społecznym. W maju 1999 roku strażacy hucznie obchodzili rocznicę 50-lecie swojej jednostki. Mszę z tej okazji celebrował miejscowy proboszcz ks. Jerzy Kasprzycki. Po mszy świętej na placu szkolnym poświęcono otrzymany sztandar, ufundowany przez społeczność Wytyczna. Strażacy otrzymali medale i odznaczenia, w tym komendant Andrzej Miąskiewicz i najstarszy ze strażaków Jan Kuracki.

OSP Wytyczno obecnie bardziej wpływa na życie społeczne wsi, niż wypełnia swój cel, w jakim została powołana. Przestarzały sprzęt bojowy przyczynia się do małej aktywności jednostki, a do większych zdarzeń przyjeżdża najczęściej jednostka Powiatowej Straży Pożarnej z Włodawy i strażacy z OSP Urszulin. W skali roku w pierwszym dziesięcioleciu nowego milenium jednostka notuje po kilka interwencji rocznie. W ostatnich latach najwięcej interwencji było w 2009 roku, do akcji strażacy wyjeżdżali 7 razy. Mała aktywność to przede wszystkim spadająca ilość pożarów. Funkcję prezesa straży pełni Wiesław Ramenda.

Próby czasu nie wytrzymała placówka pocztowa, zlikwidowano ją na początku lat dziewięćdziesiątych.

 

7.3. Miejsca pamięci

O przedwojennej historii osady przypomina prawosławny cmentarz oraz ruiny spalonego młyna. Cmentarz zdewastowano w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, gdy w piecu pobliskiego murowanego młyna palono krzyżami i elementami ogrodzenia. Został odnowiony w 2008 roku przez młodzież polską, ukraińską, niemiecką i białoruską, w ramach międzynarodowego projektu „Cmentarze pogranicza”. Po 3 latach prace porządkowe prowadziła młodzież z Liceum Ogólnokształcącego im. Andrzeja Frycza-Modrzewskiego pod opieką nauczyciela Jerzego Pogonowskiego, sołtysa Piotra Oleszczuka i Adama Panasiuka ze Stowarzyszenia Lokalna Grupa Działania „Polesie”. Młyn został natomiast spalony w latach dziewięćdziesiątych przez jego właściciela. Jeden z mieszkańców sugeruje celowe podpalenie, z zamiarem uzyskania odszkodowania: Młyn był polany benzyną, a strumień ognia prowadził z miejsca oddalonego o kilka metrów. Właściciel poczekał na burzę, następnie podpalił pobliską trawę i odjechał, sugerując następnie, że spłonął od uderzenia pioruna.

Z drugiej strony wsi znajdują się już pozostałości cmentarza ewangelickiego z jedynym kamiennym zachowanym nagrobkiem Ferdynanda Liberta (z 1924 roku). Od kilkudziesięciu lat nie przeprowadzano na nim żadnych prac porządkowych, a kamienne nagrobki z upływem lat ginęły. Dopiero w 2011 roku Adam Panasiuk, Piotr Oleszczuk, Sylwester Tyszczuk i młodzież z Jarosławem Pogonowskim przeprowadzili prace porządkowe polegające na wycince zakrzaczeń.

W Starej Wsi i w pobliżu zbiornika retencyjnego znajdują się blindaże z czasów I wojny światowej. W październiku 2011 roku przyjechał do Wytyczna dziennikarz Adam Sikorski, który nagrał jeden z odcinków programu „Było… nie minęło”. Przed kamerami zaprezentowano wszystkie ocalałe budowle, a przewodnikami w tej ciekawej wycieczce byli Adam Panasiuk i sołtys Piotr Oleszczuk. Emisja programu odbyła się w TVP Info.

O historii znacznie dawniejszej mieszkańcy mogli dowiedzieć się w 1996 roku, gdyż na starej piaskowni przeprowadzono wówczas badania archeologiczne. Na obszarze 4 arów znaleziono 21 obiektów archeologicznych, datowanych głównie na okres wpływów rzymskich i wczesne średniowiecze. Ślady te uzupełniają bogatą, gdyż kilkutysięczną historię wsi, a wiele zapewne informacji tkwi jeszcze w ziemi.

Po właścicielach Wytyckach dóbr pozostał dwór wybudowany podczas I wojny światowej wraz z murowaną oborę. Do dworu prowadzą odróżniające się 3 alejki: północna, zachodnia i południowa, obsadzone wierzbami z domieszką innego rodzaju drzew.

Wytyczno znane jest z okolicy, jak też i w całym kraju, nie tylko z obfitego w ryby Jeziora Wytyckiego, ale także z bitwy z 1939 roku. Uroczystości przy kopcu odbywają się corocznie od 1988 roku, w odróżnieniu od 2 pierwszych uroczystości w bezkonfliktowej atmosferze. Pierwsza uroczystość miała skromny charakter, druga wypadała w pięćdziesięciolecie bitwy. Opis jej przebiegu znajdujemy chociażby z relacji Grzegorza Jacka Pelicy w biuletynie informacyjnym NSZZ Solidarność: Na błonie pod Wytycznem podążała procesja: wrześniowi wojacy, księża podlascy harcerze HR, delegacje Solidarności (…). Wieńce niesie delegat Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej R. Kaczorowskiego, kombatanci z Jugosławii, Finlandii, Naczelnik gminy Urszulin, brakuje tu jeszcze niestety delegacji Prezydenta PRL, Wojewody Chełmskiego, harcerzy chełmskich, (…). „A tyle było wrzosów na bukiety…”. Msza Święta koncelebrowana pod przewodnictwem Ordynariusza Podlasia (ks. biskupa Jana Mazura) jest kulminacją trwających dwa dni uroczystości. Poprzedza ją słowo prawdy o Wrześniu i Dramacie Wytyckim ks. Proboszcza Izdebskiego, Wojciecha Ziembińskiego i Wojciecha Muszyńskiego. U stóp krzyża, na ołtarzu, spoczęła urna z ziemią z pól Katynia i pół bitewnych naszej Ojczyzny, złożona rękami żołnierza KOP-u, którego ojciec zginął w Katyniu. Przebrzmiał hymn narodowy.[72] Od 1991 roku głównym organizatorem obchodów przy wytyckim kopcu jest nowopowstała Straż Graniczna, sukcesor tradycji KOP. Już podczas pierwszych organizowanych przez nich uroczystości swoją obecnością zaszczycili Wiceminister Obrony Narodowej Bronisław Komorowski i Biskup Polowy Wojska Polskiego gen. Bryg. Sławoj Leszek Głódź. Również w sześćdziesiątą rocznicę do Wytyczna przyjechała duża grupa gości wyższej rangi, w tym Marszałek Sejmu RP Maciej Płażyński i Wojewoda Lubelski Krzysztof Michalski. Natomiast w siedemdziesiątą rocznicę w 2009 roku pod kopcem odbyła się pierwsza inscenizacja bitwy, która zgromadziła kilka tysięcy widzów.

 

Źródła i literatura:

Źródła:

  • „Gazeta Korrespondenta Warszawskiego y Zagranicznego”, Warszawa, nr 78 z 1812 roku, http://ebuw.uw.edu.pl;

· „Gazeta Sądowa Warszawska”, Warszawa, nr 50 z 1892 roku, http://ebuw.uw.edu.pl;

· „Gazeta Toruńska”, Toruń, nr 228 z 1885 roku, nr 272 z 1886 roku, www.kpbc.umk.pl;

· „Gazeta Warszawska”, Warszawa, nr 63 z 1821 roku, nr 87 z 1825 roku, nr 30 z 1866 roku, nr 18 z 1885 roku, nr 93 z 1868 roku, nr 45 z 1870 roku, nr 40 z 1872 roku, nr 318 z 1893 roku, http://ebuw.uw.edu.pl;

· „Głos Podlasia. Tygodnik społeczno-literacki”, Siedlce, nr 1 z 1910 roku, nr 4 z 1911 roku; nr 8 z 1913 roku, http://ebuw.uw.edu.pl;

· „Informator polityczny”, Komitet Wojewódzki PZPR w Chełmie, nr 11 z 1989 roku, www.cyfrowa.chbp.chelm.pl;

· „Kurjer Warszawski”, Warszawa, nr 29 z 1856 roku, nr 321b z 1886 roku, http://ebuw.uw.edu.pl;

· „Nasza Gmina. Biuletyn Urzędu Gminy Urszulin”, nr 1 z 2003 roku i nr 3 z 2004 roku;

· „Nowy Tydzień”, Chełm, nr 38 (210) z 2009 roku (relacje Longina Samsona i Edmunda Brożka zawarte w artykule „Świadkowie o bitwie pod Wytycznem”);

· „NSZZ Solidarność. Biuletyn informacyjny Regiony Chełmskiego”, Chełm, nr 21 i 25 z 1989 roku, www.cyfrowa.chbp.chelm.pl;

· „Podlasiak. Tygodnik polityczno-społeczno-narodowy, poświęcony sprawom ludu podlaskiego”, Biała Podlaska, nr 2 z 1924 roku, www.bbc.mbp.org.pl;

· „Słowo Chełma. Pismo Komitetu Obywatelskiego w Chełmie”, nr 8 z 1990 roku, www.cyfrowa.chbp.chelm.pl;

· „Sztandar Ludu”, Lublin, nr 65 (9564) z 1975 roku (artykuł Stanisława Jadczaka pt. „Dajcie helikopter!”);

· „Tygodnik Chełmski”, Chełm, nr 39 z 1981 roku, nr 13, 14 i 19 z 1982 roku, nr 7, 37, 43 i 45 z 1983 roku, nr 17 z 1984 roku, nr 1, 16, 34 i 38 z 1985 roku, nr 28 z 1987 roku, nr 34 i 42 z 1989 roku, nr 23 z 1990 roku, www.cyfrowa.chbp.chelm.pl;

· „Warta. Tygodnik poświęcony nauce, rozrywce, wychowaniu”, Poznań, nr 28 z 1875 roku, nr 195 z 1878 roku, nr 400 z 1882 roku, www.wbc.poznan.pl;

· „Wiadomości Diecezjalne Podlaskie”, Siedlce, nr 3 z 1920 roku, www.bbc.mbp.org.pl;

  • „Z Życia Polesia. Kwartalnik Stowarzyszenia LGD „Polesie””, Cyców, nr 4 z 2011 roku;

· „Ziemia Włodawska”, Włodawa, nr 3, 4 z 1923 roku; nr 14 z 1925 roku; nr 15 z 1927 roku; nr 7 i 12-13 z 1928 roku;

  • Akta gminy Wola Wereszczyńska w Urszulinie (nr zespołu 74/0), Archiwum Państwowe w Lublinie Oddział w Chełmie.

· Akta Parafii Prawosławnej w Wytycznie (nr zespołu 2437), Archiwum Państwowe w Lublinie;

· Barczyński Jacek, Plama w kolorze krwi, [w:] „Tygodnik Chełmski“, Chełm, nr 39 z 1989 roku, www.cyfrowa.chbp.chelm.pl;

  • Barsukow Jewgienij., Artilerjia ruskoj armii (1900-1907 r.), ZSRR 1949, http://militera.lib.ru;
  • Busching Anton Friedrich (red.), Magazin fur die neue Historie und Geographie Angelegt, Volume 22, Halle 1788, www.books.google.com;
  • Carte von West-Gallizien In den Jahren von 1801 bis 1804, Anton Mayer von Heldensfeld, http://teca.bncf.firenze.sbn.it;
  • Chełmski Konsystorz Greckokatolicki (nr zespołu: 395/0), Archiwum Państwowe w Lublinie, www.szukajwarchiwach.pl;
  • Cholmskaja Gubernia 1914 g., Chełm 1914, www.cyfrowa.chdp.chelm.pl;
  • Cholmsko-Varsavskij Eparchialnyj Vestnik, nr 24 z 1892 roku, nr 2 z 1894 roku, nr 10 z 1903 roku, www.cyfrowa.chbp.chelm.pl;
  • Dęga Czesław, Z dziejów zgrupowania partyzanckiego „Jeszcze Polska nie Zginęła”, Warszawa 2008, www.books.google.com;
  • Dokumenty w zbiorach Jadwigi Baranowskiej z Wytyczna, Roberta Paczkowskiego z Wytyczna, Edmunda Brożka z Włodawy i Andrzeja Tomali z Wytyczna;
  • Dokumenty w zbiorach własnych autora;
  • Drzewiecki Piotr (red.), Przemysł Fabryczny w Królestwie Polskiem, Warszawa 1909, www.dlibra.umcs.lublin.pl;
  • Dubaj Stanisław, 1991-2003; Rocznicowe obchody bitwy zgrupowania Korpusu Ochrony Pogranicza pod Wytycznem w 1939 roku, [w:] „Ślady Pamięci. 80 rocznica powstania KOP, Warszawa 2004, jednodniówka;
  • Dziennik Feliksa Nurskiego z Sękowa, 1914-1921, w zbiorach własnych Michała Dąbrowskiego;
  • Dzienniki szkolne z lat 1941-1946, zebrane w Szkole Podstawowej
    im. Korpusu Ochrony Pogranicza w Wytycznie;
  • Dziennik Urzędowy Guberni Lubelskiey, nr 24 z 1845 roku, www.dlibra.umcs.lublin.pl;
  • Górzyński Sławomir i Chłapowski Krzysztof (wstęp i przypisy), „Regestr Diecezjów” Franciszka Czaykowskiego, czyli Właściciele ziemscy w Koronie 1783-1784, Warszawa 2006;
  • Hipoteka Dóbr Andrzejów (sygn. 1a-e), Hipoteka we Włodawie (nr zespołu 118/0), Archiwum Państwowe w Lublinie Oddział w Chełmie;
  • Hucał Michał, Kantoraty i osady ewangelickie w Parafii Cyców na 1 II 1929;
  • Katalog zabytków sztuki w Polsce, tom VIII Województwo Lubelskie, zeszyt 18 Powiat Włodawski, pod red.: Brykowski Ryszard i Ewa Smulikowska, Warszawa 1975;
  • Komenda Powiatowa Policji Państwowej we Włodawie (nr zespołu: 467), Archiwum Państwowe w Lublinie;
  • Komisarz do Spraw Włościańskich Powiatu Włodawskiego (nr zespołu: 163/0), Archiwum Państwowe w Lublinie;
  • Krahelska Krystyna, „Kołysanka o zakopanej broni”;
  • Kronika Ochotniczej Straży Pożarnej w Wytycznie, spisana przez Jana Kurackiego w latach 1948-1999;
  • Kronika Parafii Rzymskokatolickiej p.w. św. Andrzeja Boboli w Wytycznie, spisana przez ks. Jana Rębisza i późniejszych proboszczów parafii;
  • Księga adresowa Polski (wraz z W.M Gdańsk) dla handlu, przemysłu, rzemiosł i rolnictwa, 1928, www.wbc.poznan.pl;
  • Księgi urodzeń, ślubów i zgonów Parafii Rzymskokatolickiej p.w. św. Stanisława Biskupa Męczennika w Wereszczynie;
  • Kupisz Marian, Szkoła Podstawowa im. Korpusu Ochrony Pogranicza w Wytycznie, [w:] „Ślady Pamięci. 80 rocznica powstania KOP, Warszawa 2004, jednodniówka;
  • Księga wizyt kanonicznych Parafii Rzymskokatolickiej p.w. św. Stanisława Biskupa Męczennika w Wereszczynie;
  • Kwartalnik historii kultury materialnej, wolumen 15, wyd. PWN, 1967, www.books.google.com;
  • Mappa szczegulna Woiewodztwa Lubelskiego zrządzona przez Karola de Pertheesa w 1786 roku; Zakład Zbiorów Kartograficznych Biblioteki Narodowej w Warszawie;
  • Mapa topograficzna Polski, Warszawa, układ 1965 i 1992, www.geoportal.gov.pl;
  • Mapa Wojskowego Instytutu Geograficznego, Warszawa 1938;
  • Mazurek Teresa, Mazurek Wojciech, Wyniki ratowniczych badań wykopaliskowych na osadzie z okresu przedrzymskiego w Wytycznie, Chełm 1998 (sygn. 2832), Archiwum Zakładowe Chełmskiej Delegatury Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków;
  • Metryki obwodu szkolnego w Urszulinie z 1939 roku, zebrane w Zespole Szkół w Urszulinie;
  • Mieltiuchow Michaił, Stracona szansa Stalina. Związek Radziecki i walka o Europę: 1939-1941, Moskwa 2000, http://militera.lib.ru;
  • Nadbużański Zryw. Wspomnienia z lat okupacji hitlerowskiej majora Romualda Kompfa ps. „Rokicz”, byłego D-cy III Bat. 7 pp. AK, [w:] Zeszyty Muzealne, Tom XV, Włodawa 2008;
  • Państwowy Bank Rolny – Oddział w Lublinie (nr zespołu 645/0), Archiwum Państwowe w Lublinie;
  • Pierwszy Powszechny Spis Ludności z dnia 30 września 1921 roku. Główny Urząd Statystyczny Rzeczypospolitej Polskiej, Warszawa 1923, Tom IV – Województwo Lubelskie;
  • Przeździecki Aleksander, Jana Długosza Kanonika Krakowskiego Dzieła Wszystkie, Kraków 1867, www.books.google.com;
  • Regestr Ludności Chrześcianskiey w Parafij Andrzeiowskiey – Komisja Cywilno-Wojskowa Województwa Ruskiego Ziemi Chełmskiej Powiatu Krasnostawskiego (nr zespołu 18/0), Archiwum Państwowe w Lublinie;
  • Rejestr miejsc i faktów zbrodni popełnionych przez okupanta hitlerowskiego na Ziemiach Polskich w latach 1939-1945, oprac.: Główna Komisja Badania zbrodni hitlerowskich w Polsce Instytutu Pamięci Narodowej, Warszawa 1986;
  • Rębisz Jan, Moje lapidarium, Biała Podlaska 1998-2002;
  • Romanowski Edward, Zarys działań przeprowadzonych w Wytycznie pod moim kierunkiem w latach 1988-1994, w zakresie upamiętnienia tragedii żołnierzy zgrupowania Korpusu Ochrony Pogranicza, [w:] „Ślady Pamięci. 80 rocznica powstania KOP, Warszawa 2004, jednodniówka.
  • Rostworowski Jan Nałęcz, Wspomnienia z 1863 i 1864 roku, Kraków 1900;
  • Spis Abonentów Sieci Telefonicznych Dyrekcji Okręgu Poczt i Telegrafów w Lublinie i Polskiej Akcyjnej Spółki Telefonicznej w Mieście Lublinie na 1939 r., www.dilibra.umcs.lublin.pl;
  • Spis strażaków jednostek OSP Powiatu Włodawskiego, dokonany przez Komendę Powiatową Straży Pożarnej we Włodawie około 1970 roku;
  • Sprawozdanie Centralnego Towarzystwa Rolniczego w Królestwie Polskim za rok 1908 i za rok 1910, Warszawa, www.dilibra.umcs.lublin.pl;
  • Starostwo Powiatu Włodawskiego (nr zespołu 416/4), Archiwum Państwowe w Lublinie;
  • Sulimierski Filip, Wawelski Władysław, Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich, 1880-1914, www.dir.icm.edu.pl;
  • Szponar Jadwiga (red.), Wytyczno. Ewidencja Parku, Zamość 1998 (sygn. 830), Archiwum Zakładowe Chełmskiej Delegatury Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków;
  • Tabela miast, wsi, osad Królestwa Polskiego z wyrażeniem ich położenia i ludności, alfabetycznie ułożona w Biurze Komisji Rządowej Spraw Wewnętrznych i Policji, Warszawa 1827, www.wbc.poznan.pl;
  • Tabela likwidacyjna wsi Wytyczno (sygn. 3310), Tabele likwidacyjne (nr zespołu 168/0), Archiwum Państwowe w Lublinie;
  • Taraszkiewicz Edmund Edward „Żelazny”. Trzy Pamiętniki, red. i oprac.: Filipek Andrzej, Janocińska Bożena, Warszawa-Lublin 2008;
  • Tarczyński Marek (red.), Bitwa Warszawska 13-28 VIII 1920. Dokumenty operacyjne, Część I i II, Warszawa 1995-1996;
  • Topograficzna Karta Królestwa Polskiego z 1839 roku;
  • Ubersichtsblatt der Karte des westlichen Russlands z lat 1911-1915;
  • Urząd Wojewódzki Lubelski (nr zespołu 403/0, dokumenty z lat 1919-1939), Archiwum Państwowe w Lublinie, www.szukajwarchiwach.pl;
  • Wojewódzki Urząd Spraw Wewnętrznych w Lublinie – materiały administracyjne. PUBP Włodawa 1944-1964. Instytut Pamięci Narodowej o/Lublin;
  • Wspomnienia mieszkańców: Helena Kupisz (z domu Przystupa) z Wytyczna, Janina Huzarek (z domu Korzeniewska) z Wytyczna, Weronika Pakuła
    (z domu Muzyczuk) z Wytyczna, Halina Konieczna (z domu Pakuła) z Wytyczna; Stanisław Lutomski z Babska; Henryk Kozłowski z Urszulina (www.tnn.pl); Maria Niewiadomska z Woli Wereszczyńskiej; Ludwik Zacharski z Wytyczna; Teresa Adamczyk z Michałowa; Zygmunt Pękała z Lublina; Jan Panasiuk z Urszulina; Longin Samson z Wytyczna; Eugenia Jung (z domu Sochaczewska) z Dębowca; Edmund Brożek z Włodawy; Zofia Dadacz (z domu Łepecka) z Przymiarek; Regina Woźnica (z domu Kuźmicz) z Zastawia; Stanisława Sidorowska (z domu Arasimowicz) z Zabrodzia; Marianna Prucnal z Wytyczna; Stanisław Werner z Andrzejowa;
  • www.ancestry.com;
  • www.familysearch.org;
  • www.felsztyn.tripod.com;
  • www.pkw.gov.pl;
  • www.poleskipn.pl;
  • www.sggee.org;
  • www.wytyczno.sacro.pl;
  • www.yadvashem.org;
  • Zrzeszenie „Wolność i Niezawisłość” Okręg Lubelski (nr zespołu: 35/1099/0/12/444), Archiwum Państwowe w Lublinie; www.szukajwarchiwach.pl;
  • Związek Walki Zbrojnej – Armia Krajowa Okręg Lublin (nr zespołu: 35/1072/0/1.5/67), Archiwum Państwowe w Lublinie; www.szukajwarchiwach.pl.

 

Literatura:

  • Balicki Leon, Dzieje gospodarcze Diecezji Lubelskiej 1918-1939, Lublin 1991;
  • Bojarski Józef, Czasy Nerona w XIX wieku pod rządem moskiewskim czyli ostatnie chwile Unii w diecezji chełmskiej: fakta zebrane przez kapłanów unickich i naocznych świadków, Lwów 1878, www.bbc.mbp.org.pl;
  • Boniecki Adam, Herbarz Polski, Warszawa 1911, http://ebuw.uw.edu.pl;
  • Borysiuk Bolesław, Lata walki. PPR, GL i AL. na północnej Lubelszczyźnie 1942-1944, Warszawa 1981;
  • Caban Ireneusz, Machocki Edward, Za władzę ludu, Lublin 1975;
  • Ciesielski Zygmunt, Rybołówstwo na Pojezierzu Włodawsko-Łęczyńskim,
    [w] Gajkowa Olga (red.:), Lubelskie – Prace i Materiały Etnograficzne, Tom XVIII, cz. 1, Wrocław 1961, www.tnn.pl;
  • Czarnecki Włodzimierz, Figiel Grzegorz, Gurba Jan, Śladkowski Wiesław, Dzieje Cycowa, dóbr, parafii, gminy, szkół, Cyców 2010;
  • Doroszewski Jerzy, Mniejszość niemiecka na Chełmszczyźnie w latach 1918-1939 [w:] Rocznik Chełmski, Tom 3 z 1997 roku;
  • Doroszewski Jerzy, Oświata i życie kulturalne społeczności ukraińskiej na Lubelszczyźnie w latach 1918-1939, Lublin 2000;
  • Dybek Ewa, Dorota Ramenda, Historia Szkoły Podstawowej w Wytycznie,
    [w:] „Liderzy Polesia”, Cyców, nr 2 z 2007 roku;
  • Dyszewski Jan, Z dziejów Świerszczowa – Wieś i dobra na przełomie XIX i XX wieku, [w:] „Z Życia Polesia. Kwartalnik Stowarzyszenia LGD „Polesie””, Cyców, nr 5 z 2011 roku;
  • Gauda Alfred, Tradycyjne rybołówstwo na Pojezierzu Łęczyńsko-Włodawskim, Lublin 1992;
  • Giemza Zbigniew; Historia miejscowości Gminy Urszulin, [w:] „Liderzy Polesia”, Cyców, nr 3 z 2007 roku;
  • Giersz Józef, Z dziejów Sosnowicy i okolic, Sosnowica 2003, www.bbc.mbp.org.pl;
  • Głaz Alicja, Ewakuacja ludności cywilnej z Lubelszczyzny latem 1915 r., Annales UMCS w Lublinie 2001;
  • Główka Michał, Migracje ludności na terenie gminy Wola Wereszczyńska w latach 1945-1953, Lublin 2011;
  • Góra Stanisław, Partyzantka na Podlasiu 1863-1864, Warszawa 1976;
  • Grzelak Czesław, Kresy w czerwieni: agresja Związku Radzieckiego na Polskę w 1939 roku, Warszawa 1998, www.books.google.com;
  • Grzelak Czesław, Szack-Wytyczno 1939, Warszawa 1993;
  • Grzelak Czesław, Wrzesień 1939 roku na Kresach w relacjach, Warszawa 1999;
  • Grzelak Czesław, Wytyczno 1939 – ostatnia bitwa KOP, [w:] „Kombatant”, Warszawa, nr 8 (224) z 2009 roku;
  • Hirsz Zbigniew Jerzy, Wójcikowska Zofia, Tysiąc lat Ziemi Lubelskiej, Kalendarz Lubelski 1965, www.tnn.pl;
  • Holaczuk Wiesław, Związek Walki Zbrojnej i Armia Krajowa w obwodzie włodawskim w latach 1939-1944, [w:] „Zeszyty muzealne”, Tom XI, Włodawa 2001;
  • Horoch Emil, Koprukowaniak Albin, Szczygieł Ryszard, Dzieje Parczewa 1401-2001, Parczew-Lublin 2001, www.dlibra.umcs.lublin.pl;
  • Jabłonowski Aleksander, Epoka przełomu z wieku XVI-go na XVII-sty, Dział II-gi „Ziemie Ruskie Rzeczypospolitej”, Warszawa-Wiedeń 1899-1904 www.wbc.poznan.pl;
  • Jabłonowski Aleksander, Polska XVI wieku pod względem geograficzno-statystycznym, Tom VII: Ziemie ruskie. Ruś Czerwona, Część I i II, Warszawa 1903, www.wbc.poznan.pl;
  • Jop Robert, Środowisko urzędnicze kancelarii grodzkich w Chełmie, Lublinie i Krasnymstawie w drugiej połowie XVII wieku, Lublin 2003;
  • Kolberg Oskar, Chełmskie. Obraz etnograficzny, Tom I-II, Kraków 1890-1891;
  • Kończal Małgorzata, Konwersje 1905-1957 w Wereszczynie, Lublin 2008;
  • Kopczyński Stanisław, Przemysł ludowy na tle stosunków gospodarczych Powiatu Włodawskiego, Lublin 1930;
  • Kopiński Jarosław, Kilka uwag o śmierci Komendanta Obwodu AK Włodawa Kapitana Józefa Milerta „Sęp”, „Kowalski”, www.opthwlodawa.republika.pl;
  • Kopiński Jarosław, Rozpracowanie grupy Edwarda Taraszkiewicza „Żelaznego” przez UB, www.podziemiezbrojne.blox.pl;
  • Kotowicz Irena, Tamten wrzesień, [w:] „Głosy Podolan”, nr 71, Warszawa 2005, www.wbc.poznan.pl;
  • Kowalczyk Stanisław Tadeusz, 65 lat Rzymsko-Katolickiej Parafii p.w. św. Andrzeja Boboli w Wytycznie, Legnica-Wytyczno 2003;
  • Krawczyk Maciej, Likwidacja Unii w Guberni Siedleckiej (1864-1975), Lublin 1995;
  • Kucharek Hieronim, Przemiany ekonomiczno-społeczne na wsi w Powiecie Włodawskim w latach 1944-1969 roku, Lublin 1973;

· Luck Kurt, Aus Dergangenheit Und Gegenwart der Cholmer Deutschen, [w:] “Deutsche Post aus dem Often”, Berlin, nr 11 z 1929 roku;

  • Luck Kurt, Die deutschen Siedlungen im Cholmer und Lubliner Land, Poznań 1933;
  • Łukasiewicz Bogdan Jerzy, Zbrodnie okupanta hitlerowskiego w Powiecie Włodawskim 1939-1944, Lublin 1973;
  • Makus Grzegorz, „Jastrząb” i „Żelazny” ostatni partyzanci Polesia Lubelskiego 1945-1951, Włodawa 2008;
  • Makus Grzegorz, Bracia wyklęci. Działalność oddziału partyzanckiego Obwodu WiN Włodawa Leona Taraszkiewicza „Jastrzębia” i Edwarda Taraszkiewicza „Żelaznego” w latach 1945-1951, Lublin 2011;
  • Muszyński Zbigniew, Armia Czerwona na Lubelszczyźnie, [w:] „Tygodnik Wschodni. Relacje”, nr 37 z 1989 roku, www.tnn.pl;
  • Pająk Henryk, Za samostijną Ukrainę, Lublin 1992;
  • Pająk Henryk, Żelazny kontra UB, Lublin 1993;
  • Pelica Jacek Grzegorz, Ślady zapomnianego piękna. Włodawa i okolice, Włodawa 2009;
  • Piotrkowski Wiesław, Zarys historii okolic Poleskiego Parku Narodowego, [w:] „Zeszyty muzealne”, Tom X, Włodawa 2000;
  • Polacy – Ukraińcy 1939-1947, Instytut Pamięci Narodowej Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu;
  • Redlich Jerzy, Cios w plecy, Program 1 TVP S.A. 1997, www.youtube.com;
  • Schyzma i jej apostołowie z okoliczności ostatnich prześladowań Unitów w Diecezyi Chełmskiej, wyd.: A. P. L., Kraków 1875; www.wbc.poznan.pl;
  • Siemion Leszek, Czas kowpakowców, Lublin 1981;
  • Siemion Leszek, Niezapomniany lipiec, Lublin 1979;
  • Sobiecki Leonard, Z dziejów szkolnictwa podstawowego Powiatu Włodawskiego w okresie okupacji z uwzględnieniem tajnego nauczania, Lublin 1974;
  • Śladkowski Wiesław, Kolonizacja niemiecka w południowo-zachodniej części Królestwa Polskiego w latach 1815-1915, Lublin, 1969;
  • Tomala Andrzej, Wytyczno, [w:] „Tygodnik Chełmski”, Chełm, nr 34 z 1986 roku, www.cyfrowa.chbp.chelm.pl;
  • Uljasz Adrian, Krystyna Krahelska – obudźmy jej zamilkły śpiew, Prelekcja wygłoszona w dniu 2 lipca 2009 roku w Gminnej Bibliotece Publicznej im. Krystyny Krahelskiej w Sosnowicy, http://historia.urszulina.net;
  • Uruski Seweryn, Rodzina. Herbarz szlachty polskiej, Warszawa 1907; www.wbc.poznan.pl;
  • Wernicki Aleksander, O prześladowaniu Kościoła unickiego. Według źródeł moskiewskich, Lwów 1869, www.kul.lublin.pl;
  • Wiercieński Henryk, Jeszcze z powodu wydzielenia Chełmszczyzny, Warszawa 1916, www.bbc.mbp.org.pl;
  • Wolanski Adam, Wojna polsko-rosyjska 1792, Poznań 1924, www.books.google.com;
  • Ziółek Jan, Gronek Anna, Walczak Małgorzata, Druga konspiracja niepodległościowa. Tajne organizacje młodzieży szkolnej Lublina i Lubelszczyzny w latach 1945-1956, Lublin 2001.


[1] Akta Parafii Prawosławnej w Wytycznie (nr zespołu 2437), Archiwum Państwowe w Lublinie. Tłumaczył Adam Panasiuk.

[2] Szponar Jadwiga (red.), Wytyczno. Ewidencja parku, s. 17-18.

[3] Tamże, s. 17.

[4] Kwartalnik historii kultury materialnej, wolumen 15, s. 336.

[5] „Gazeta Warszawska”, nr 87 z 1825 roku, s. 1196.

[6] „Kurjer Warszawski”, nr 29 z 1856 roku, s. 146.

[7] „Gazeta Warszawska”, nr 30 z 1866 roku, s. 4.

[8] „Gazeta Warszawska”, nr 93 z 1868 roku, s. 4.

[9] „Głos Podlasia”, nr 4 z 1911 roku, s. 7.

[10] „Gazeta Warszawska”, nr 40 z 1872 roku, s. 4.

[11] Komisarz do Spraw Włościańskich Powiatu Włodawskiego (nr zespołu: 163/0), Archiwum Państwowe w Lublinie. Tłumaczył Adam Panasiuk.

[12] Tamże.

[13] „Głos Podlasia”, nr 1 z 1910 roku, s. 9.

[14] „Gazeta Toruńska”, nr 272 z 1886 roku, s. 4.

[15] „Kurjer Warszawski”, nr 321b z 1886 roku, s. 4.

[16] Komisarz do Spraw Włościańskich Powiatu Włodawskiego, op. cit.

[17] Kurt Luck, Aus Dergangenheit Und Gegenwart der Cholmer Deutschen, [w:] “Deutsche Post aus dem Often”, Berlin, nr 11 z 1929 roku. Tłumaczyła Katarzyna Rubaj.

[18] „Gazeta Korrespondenta Warszawskiego y Zagranicznego”, nr 78 z 1812 roku, s. 1247.

[19] Jan Nałęcz Rostworowski, Wspomnienia z 1863 i 1864 roku, s 51-52.

[20] Tamże, s. 52.

[21] „Gazeta Sądowa Warszawska”, nr 50 z 1892 roku, s. 15.

[22] Wycinek prasowy, numer strony i wydania nieznany.

[23] Wycinek prasowy, numer strony i wydania nieznany.

[24] „Warta. Tygodnik poświęcony nauce, rozrywce, wychowaniu”, nr 195 z 1878 roku, s. 2145.

[25] Józef Bojarski, Czasy Nerona w XIX wieku pod rządem moskiewskim czyli ostatnie chwile Unii w diecezji chełmskiej: fakta zebrane przez kapłanów unickich i naocznych świadków, s. 66.

[26] Aleksander Wernicki, O prześladowaniu Kościoła unickiego. Według źródeł moskiewskich, s. 84.

[27] Tamże.

[28] „Warta”, nr 28 z 1875 roku, s. 260.

[29] Hipoteka Dóbr Andrzejów (sygn. 1a-e), Hipoteka we Włodawie (nr zespołu 118/0). Archiwum Państwowe w Lublinie Oddział w Chełmie. Tłumaczył Adam Panasiuk.

[30] Akta Parafii Prawosławnej w Wytycznie, op. cit.

[31] Rosyjska miara wagi. 1 pud równał się ponad 16 kilogramom.

[32] Akta Parafii Prawosławnej w Wytycznie, op. cit.

[33] „Ziemia Włodawska”, nr 14 z 1925 roku.

[34] „Tygodnik Chełmski”, nr 34 z 1986 roku, s. 5.

[35] Czesław Grzelak, Wrzesień 1939 roku na Kresach w relacjach, s. 304-305.

[36] „Nowy Tydzień”, nr 38 (210) z 2009 roku, s. 15.

[37] Michaił Mieltiuchow, Stracona szansa Stalina. Związek Radziecki i walka o Europę: 1939-1941, Moskwa 2000, http://militera.lib.ru. Tłumaczył Adam Panasiuk

[38] Jerzy Redlich, Cios w plecy, www.youtube.com.

[39] Irena Kotowicz, Tamten wrzesień, [w:] „Głosy Podolan”, nr 71, s. 29.

[40] Tenże, s. 29-30.

[41] Czesław Grzelak, Wrzesień 1939 roku na Kresach w relacjach, s. 306.

[42] Edward Romanowski, Zarys działań przeprowadzonych w Wytycznie pod moim kierunkiem w latach 1988-1994, w zakresie upamiętnienia tragedii żołnierzy zgrupowania Korpusu Ochrony Pogranicza, [w:] „Ślady Pamięci. 80 rocznica powstania KOP, s. 38.

[43] „Tygodnik Wschodni. Relacje”, nr 37 z 1989 roku.

[44] „Nowy Tydzień”, nr 38 (210) z 2009 roku, s. 15.

[45] Czesław Grzelak, Kresy w czerwieni: agresja Związku Radzieckiego na Polskę w 1939 roku, s. 494.

[46] „Nowy Tydzień”, nr 38 (210) z 2009 roku, s. 15.

[47] Jerzy Redlich, op. cit.

[48] „Tygodnik Chełmski”, nr 39 z 1981 roku, s. 5.

[49] „Tygodnik Chełmski”, nr 34 z 1986 roku, s. 5.

[50] Polacy – Ukraińcy 1939-1947, Instytut Pamięci Narodowej Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu; www.ipn.gov.pl.

[51] Nadbużański Zryw. Wspomnienia z lat okupacji hitlerowskiej majora Romualda Kompfa ps. „Rokicz”, byłego D-cy III Bat. 7 pp. AK, [w:] Zeszyty Muzealne, Tom XV, s. 35.

[52] Tamże, s. 67

[53] Czesław Dęga, Z dziejów zgrupowania partyzanckiego „Jeszcze Polska nie Zginęła”, s. 161-162.

[54] Temże, s. 165.

[55] Stanisław Tadeusz Kowalczyk, 65 lat Rzymsko-Katolickiej Parafii p.w. św. Andrzeja Boboli w Wytycznie, s. ?

[56] „Sztandar Ludu”, nr 65 z 1975 roku, s. 6.

[57] Tamże.

[58] Tamże.

[59] „Tygodnik Chełmski”, nr 14 z 1982 roku, s. 7.

[60] „Tygodnik Chełmski”, nr 14 z 1982 roku, s. 7.

[61] Tamże.

[62] „Tygodnik Chełmski”, nr 38 z 1985 roku, s. 11.

[63] Edward Romanowski, Zarys działań przeprowadzonych…, s. 38.

[64] Tamże, s. 39.

[65] Tamże, s. 40.

[66] „Tygodnik Chełmski”, nr 34 z 1989 roku, s. 8

[67] Tamże.

[68] „NSZZ Solidarność. Biuletyn informacyjny Regionu Chełmskiego, nr 21 z 1989 roku, s. 4.

[69] „Tygodnik Chełmski”, nr 34 z 1989 roku, s. 8

[70] „Tygodnik Chełmski”, nr 7 z 1983 roku, s. ?

[71] Tamże.

[72] „NSZZ Solidarność. Biuletyn informacyjny Regionu Chełmskiego, nr 25 z 1989 roku, s. 1-2.

 

 

Komentarze
Dodaj nowy
Smithd48  - John   |2014-07-22 22:51:29
Thanks for any other informative web site. Where else may just I get that kind of information written in such an ideal way? I have a mission that I am just now operating on, and I have been on the
look out for such information. ggaebebedeeekdcb
Anonimowy  - Longin Ulanicki   |2013-04-08 00:07:26
Pisze z Montrealu. Nie dawno odnalazam swoje kozenie unickie. Ks. prob. Longin Ulanicki to moj pra, pra dziad. Dzisiaj z tej strony dowiedzialam sie ze byl administratorem w Wytcznie i Andrejowie.
Chcialabym wiedziec czy cos wiecej z panskich badan naukowych jest panu wiadomo o jego zyciu np. rodzinym. Wiem tylko ze jego corka, Julia wyszla za Waleriana Kalinskiego syna Biskupa nominata, Jana
Mikolaja Kalinskiego (moj drugi pra pra dziad). Dziekuje bardzo za pana prace i jej publikacji na internetcie.
Administrator  - ulanicki   |2013-04-08 21:19:50
Witam
Proponuję Panu lekturę dokumentów z portalu szukajwarchiwach. Tam sa skany dokumentów Chełmskiego Konsystorza Greckokatolickiego
Poniżej
link:
http://www.szukajwarchiwach.pl/search?q=ula nicki
Pozdrawiam
Aleksandra   |2012-06-06 21:24:27
Witam!
Poszukuję informacji dotyczących mojej babci, Zofii Samsoniew/Sansoniew. PCK przesłało mi jedynie miejsce i datę urodzenia: 10.05.1922, Wytyczno, pow. Włodawa, woj. lubelskie.
Trafiłam
na ten artykuł i znalazłam nazwisko Samson. Czy możliwe, że znalazłam dobry trop a nazwisko zostało zniekształcone np. podczas zesłania do Niemiec? W jakiej parafii szukać informacji o osobie
urodzonej w Wytycznie przed wojną? Będę naprawdę bardzo wdzięczna za jakąkolwiek pomoc.
Administrator  - samson   |2012-06-07 19:55:08
Myślę, że tak, że to ta sama rodzina. Wystarczy zrusyfikować nazwisko od podstawowego człona i wychodzi Samsoniew. Danych niech Pani szuka w księgach parafialnych koscioła w WEreszczynie, bo w
Wytycznie to księgi prowadzono od 1938 roku. Wiem, że prawie cała rodzina Samsonów wyjechała, w Wytycznie pozostał tylko Longin Samson, prywatnie mąż siostry mojego dziadka (tj. Adeli
Brożek). MOże on coś mógłby wnieść w Pani poszukiwania?
basia nowak filter   |2017-01-28 05:53:11
najszczersze zyczenia duzo zdrowka dla cioci adeli i wojka longina przesyla corka jasi samson nowak debice
sllownik  - super   |2011-06-29 05:50:45
świetne kawał dobrej roboty!
Anna  - gratulacje   |2011-12-02 11:32:37
Bardzo piekne.Dziekuje.
Jakub Kuczyński  - refleksja   |2011-01-02 09:16:14
gratuluję wytrwałości i dziękuję za wspaniałe opracowanie, szczególnie cenne dla osoby wywodzącej się z Wytyczna.
Zbyszek  - Potwierdzenie   |2010-10-15 21:11:47
Witam. Przeczytałem dzieje Wytyczna i natrafiłem na art. dotyczący bitew i poczytek. W tym art. wymieniona jest osoba tj. Pakuła łózef ps. "NUREK". Interesuje mnie bardzo o jaką to
osobę chodzi. Mój dziadek był mieszkańcem Wytyczna i mieszkał przy kantorze. Ponadto jestem w posiadaniu legitymacji Krzyża Armii Krajowej nr 46649 przyznanej w Londynie na nazwisko mojego św.
pamięci dziadka Józefa Pakuły, gdzie widnieje ps. "Nurek". Nadmieniam również, że posiadam także Legitymację Medalu Wojska nr 47733 na nazwisko mojego dziadka wystawioną przez
Ministerstwo Obrony Narodowej. Z uwagi na powyższe interesuje mnie, czy w Pana art. opisywana jest ta sama osoba. Jeśli tak to z jakich źródeł zostały nabyte materiały? Zadaję to pytanie,
gdyż mój dziadek przez długie lata starając się o świadczenia kombatanckie nie mógł w żaden sposób udowodnić swojej działalności w AK. Dopiero kilka lat przed smiercią, w dniu 07.08.1990
roku otrzymał w/w dokumenty bez żadnyc starań w przedmiotowej sprawie. Pozdrawiam.
administrator  - pakuła   |2010-10-16 20:44:48
Informacje dotyczące przynależności do AK mam od Edmunda Brożka, prezesa Związku AK na powiat włodawski. Jako, że Pan Edmund prowadzi rejestr członków AK w powiecie już od wielu lat to ja
tych informacji nie podważałem, ale o wyjaśnienie szczegółów i źródeł informacji skierować bym musiał do Pana Brożka. Myślę że te informacje w przypadku Pana dziadka są dokładne,
gdyż Pan Brożek był z Dominiczyna.
Posiada Pan może fotografie dziadka z tego okresu, które można byłoby umieścić na stronie?
adam.panasiuk@interia.pl
Monika Dobrzańska   |2010-02-22 14:57:26
Proszę o poprawienie imion w rozdziale :

1. Mieszkańcy i wieś wobec walki powojennych partyzantów oraz represji nowych władz

nie Alfons,Stanisław Samson tylko Longin Samson!

Pozdrawiam,
kuzynka Monika Dobrzańska (Szwaj).
administrator  - samson   |2010-02-22 19:38:53
Witam
Właśnie się nad tym zastanawiałem, przepisałem z dokumentów IPN, ale tam bardzo dużo błędów. A z wujkiem miałem o tym rozmawiać, ale jakość ciągle czasu brakuje. Dziękuję za
uwagę, w najbliższym czasie uaktualnię całą monografię więc i ten błąd zostanie poprawiony.
Pozdrawiam
basia nowak filter debice cork   |2017-01-29 09:45:59
pozdrawiam rodzinke pitkow szwajow oraz samson wszystkiego dobrego w nowym roku pomyslnosci zdrowka szczescia przesyla najmlodsza corka basia z rodzinka corka jasi adama nowakow debice
zachodniopomorskie
Anonimowy   |2009-10-24 05:46:31
Lektura artykułu o miejscowości Wytyczne była dla mnie kształcąca. Opracowanie ma wyjątkowo obszerną bibliografię. Z zainteresowaniem przeczytałem informacje o losach unitów, a także
legendach związanych z jeziorem.

Pozdrawiam

A. Uljasz
adamsz   |2009-05-22 11:27:11
cześć brat! bardzo pouczjąca i dobrze napisana historia.
pendzel  - maziukiewicz   |2009-04-10 17:18:51
Witam. Z przyjemnością przeczytałem artykuł, tym bardziej, że znalazłem w nim wymienionego byc może protoplastę o nazwisku Łukasz Maziukiewicz-duchownego prawosławnego. Jesli to mozliwe
chciałbym uzuskać jakies bliższe informacje na jego temat lub ew. wskazanie źródeł pisanych, w których był wymieniony i wskazanie miejsc gdzie tego szukać. Dziekuję
administrator  - Łukasz Masiukiewicz   |2009-04-10 21:33:04
Witam.
Niestety za wiele nie pomogę. Spis proboszczów unickich sporządził ks. Jan Rębisz, proboszcz parafii wytyckiej z lat 40, najprawdopodobniej opierając się na danych archiwalnych.
Pozostawił po sobie księgę o charakterze kronikarskim, w której umieścił wymienionych proboszczów. Co do tych ostatnich pozostały jeszcze wspomnienia żyjących ówcześnie mieszkańców. W
zasobach archiwum państwowego niestety nie ma ksiąg z lat probostwa Łukasza Masiukiewicza, tak więc trzeba byłoby poszukać może w bibliotece diecezjalnej siedleckiej (gdy kasowano unię to
księża katoliccy często ratowali doumentację) czy też może w bibliotece diecezji prawosławnej. Polecam ponadto siec bibliotek pod adresem: http://fbc.pionier.net.pl/owoc/oai-hosts
Tam może
Pan dotrzeć do licznych ciekawych publikacji. Niech Pan przejrzy przede wszystkim bibliotekę UMCS i podlaską, które umieściły bardzo dużo publikacji o kościele unickim.
Jakby coś Pan znalazł
to ja z chęcią bym się zapoznał, bo jako proboszcz unicki Parafii w Wytycznie jest też w moim kręgu zainteresowań.
Pozdrawiam
Adam Panasiuk
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Tytuł:

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved."

Zmieniony: Czwartek, 03 Kwiecień 2014 19:21