Historia Urszulina

...nasza wspólna historia

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki
Email
Ocena użytkowników: / 182
SłabyŚwietny 

Dodaj swój Komentarz

 

Adam Panasiuk

Śladami zapomnianej historii …

Stare Załucze

1. Geneza i rozwój wsi


  1. Powstanie wsi – geneza i legendy

Pochodzenie nazwy Załucze może wywodzić się od położenia wsi za Jeziorem Łukim, lub też od powiedzenia „za łąką”, gdyż „łuka” w słownictwie czasów ówczesnych oznaczała „łąkę”. Nazwa Załukie pojawiała się już na kartach ksiąg wereszczyńskich z XVI wieku, dla określenia borów i lasów znajdujących się za okolicznym jeziorem. Pod koniec XVI wieku właścicielem włók załuckich, jako jednej z części dóbr wereszczyńskich, został pisarz ziemski Mikołaj Brodowski. Właścicielami tychże włości byli również Wereszczyńscy, a w późniejszych stuleciach Załuscy. Na mapach z drugiej połowy XVIII stulecia, w miejscu dzisiejszego położenia wsi, oznaczano 2 osady leśne, nazwane Wolskimi Budami i Wereszczyskiem, a inwentarz dóbr Wola Wereszczyńska z 1786 roku wymieniał pola i łąki „Piężnysty Łanek”, który idąc ku jeziorowi Łukiemu podłucze zwany.1 Na mapie Zachodniej Galicji z 1801 roku pomiędzy Lasem Załucze i Jeziorem Łukim, w miejscu obecnego uroczyska Dyszczytno, umieszczono już osadę Wereszczysko Wolskie Budy. Potwierdzałoby to fakt, iż geneza osadnictwa w tym miejscu sięgać może nawet XVI stulecia, a związana była niewątpliwie z prowadzeniem w tym miejscu gospodarki leśnej.

Kolejny dowód na istnienie załuckiej osady jeszcze w XVIII wieku znajdujemy w księgach rzymskokatolickiej parafii w Wereszczynie, które na miejsce urodzenia pod koniec tego stulecia tkacza Szymona Wróblewskiego, czy rolnika Antoniego Michańskiego wskazuje właśnie Załucze. Poza nimi mieszkała także rodzina Dąbrowskich.

Rozwój osady niewątpliwie jest łączony z 1803 rokiem, kiedy to Karol Godowski, piastujący urząd sędziego ziemskiego Powiatu Włodawskiego, a będący ówcześnie nowym właścicielem dóbr łomnickich i wolińskich, sprowadził z księstw niemieckich i ziem pruskiego zaboru do Załucza 15 rodzin drwali, smolarzy i popielarzy. Powodem ich przyjazdu była panująca na obszarze Prus i innych księstw niemieckich bieda, przeludnienie na wsiach, jak i wieloletnie obciążenie służbą wojskową. Jednak najbardziej pragnęli wolności, co dawało im osadnictwo na terenach polskich zaboru rosyjskiego. Koloniści osadzili się między jeziorami: Łukie, Bikcze i Uściwierz. Początkowo zajmowali się wyrębem lasu, wytopem smoły i produkcją węgla drzewnego dla kowali. Była to jedna z pierwszych osad leśnych na Lubelszczyźnie. Osadę otaczały bowiem lasy: Dębowiec, Czeszniowa oraz Stepnik. Część mieszkańców trudniła się dziegciarstwem, czyli pozyskiwaniem żywicy, głównie brzozowej, którą wykorzystywano do impregnacji płócien i skóry, uszczelniania beczek, jak i w celach leczniczych. Po wykarczowaniu lasów zajęli się uprawą roli.

Załucze, jako osada leśna otoczona jeziorami i bagnami, posiada swoje tajemnice i legendy. Według jednej z nich sto, może dwieście lat temu, a może jeszcze dawniej, we wsi, idąc w kierunku Zawadówki, gdzie dzisiaj rosną dwa srebrne świerki, stała biedna chatka, w której mieszkał stary biedny chłop, co zwał się Bornus. Zawsze narzekał, że to bieda we wsi, na polu nic się nie rodzi, a nawet jak się urodzi, to albo susza albo burze i pioruny zniszczą plony, a w chacie zawsze bieda i gdyby ktoś dał mu pieniądze, to nawet oddałby diabłu dusze. Raz w nocy przyszedł do niego jakiś nieznajomy pan i obiecał dać mu tyle złota, ile zdoła podnieść, w zamian za podpisanie cyrografu na jego duszę. Bornus ochoczo się zgodził, cyrograf podpisał i obiecane złoto otrzymał. Lecz tak jak był biedny, dalej był biedny, bo szkoda było mu tego złota ruszyć. Zakopał złoto na moczarach, w stawie lub w biegnącym nieopodal głębokim rowie, na którym był drewniany mostek, w tylko sobie znanym miejscu. Niedługo potem jeszcze pożył, bo w zimie zmarł, a diabeł zabrał jego duszę. I od tej pory na tym moście straszyło.

Zawsze przed godziną dwunastą w nocy, na moście stał jakiś pan w czarnym płaszczu lub we fraku, w kapeluszu na głowie i pilnował ukrytego skarbu. Często przechodzący nocą ludzie go wdzieli, lecz on nikogo nie zaczepiał. Dopiero jak ktoś zauważył, że zamiast butów miał kopyta, strach objął całą okolice. Wiedziano wtedy, że to diabeł strzegący zakopanego złota. Często mamiło ludzi, w tej okolicy. Zdarzało się, że taki nocny podróżny całą noc błąkał się, chodząc w koło, aby o wschodzie słońca, stwierdzić, że pomimo całonocnego błądzenia, jest w tym samym miejscu skąd wyszedł. Taki stan rzeczy, szerzący grozę wśród mieszkańców okolicznych wsi, trwał dosyć długo dopóty, dopóki dziedzic Ulasiński, po zakupie Jeziora Łukie z okolicznymi bagnami i moczarami, postawił krzyże na granicach swojego majątku. Jeden z tych krzyży postawił przy mostku, w miejscu nawiedzanym przez strzegącego skarbów Bornusa diabła. Od tej pory już go nie spotykano, a złoto do dnia dzisiejszego leży gdzieś zakopane na bagnach. Do tej pory stoi tam drewniany krzyż, jako dowód tej opowieści.2



    1. Losy pierwszych osadników

Wśród sprowadzonych przez Godowskiego i przybyłych w pierwszych latach XIX stulecia osadników znajdowali się zarówno ewangeliccy koloniści niemieccy (np. Karol Rudolf, Krystian Strybel, Jan Rentfleysz, Johan Kryspel, Jakub i Zamel Klinerowie, Gotlib Ruda, Krystian Remus), jak i rzymskokatoliccy osadnicy polscy (chociażby Bazylii Karpiński, Józef Jaworski, Franciszek Breyt, Józef Pakuła, Marcin Makasiewicz, Paweł Lewandowski, Wojciech Kozłowski, Piotr Janowski). Według stanu z 1846 roku we wsi żyło 39 gospodarzy, a wśród nich przeważali już Polacy. W dość szybkim czasie kwestie narodowościowe ulegały zatarciu, gdyż coraz częściej zdarzały się śluby ewangelików z rzymsko-katolikami (np. Samuela Klinera z Katarzyną Rymasówną). W miejscowej kronice ewangelickiej zapisano, że ponieważ niemieccy luteranie byli otoczeni przez polskich katolików i rzadko mogli otrzymywać posługę duchową, zanikał ich język ojczysty, a po części także wiara i stali się w przeważającej ilości katolikami.3

Pierwsi osadnicy bardzo szybko zaaklimatyzowali się w Załuczu, a z czasem z małej leśnej osady powstała jedna z większych wsi w okolicy. Już w 1827 roku w Majdanie Załusze, gdyż tak na początku określano wieś, znajdowało się 17 budynków mieszkalnych, które były zamieszkane przez 121 osadników. Cześć z nich tworzyło niewielką, znajdującą się przy drodze do Zawadówki. W tak dużej już wsi znajdowała się karczma z patentem szynkarskim, działająca aż do okresu Drugiej Rzeczypospolitej. Do 1839 roku prowadziła ją Antoni i Tekla Kameńscy, ale z nieznanych przyczyn w tym roku zmarli wszyscy członkowie rodziny. W połowie dziewiętnastego stulecia prowadził ją Floryn Kogutowski. Miejscowa karczma była nie tylko miejscem, w której chłopi szukali zapomnienia swej nędzy, ale także stanowiła centrum życia kulturalno-społecznego mieszkańców. Dziś po karczmie, znajdującej się wówczas naprzeciwko dębu, można znaleźć jeszcze pogubione monety.

Ewangeliccy koloniści w kilka lat po przybyciu założyli kantorat, budując kaplicę i wyznaczając obok niej plac na cmentarz. Początkowo posług duchowych udzielał pastor ze Sławatycz, lecz w Załuczu przebywał rzadko. Prawdopodobnie w latach sześćdziesiątych wybudowano nową kaplicę. Pierwsza szkoła dla dzieci osadników została utworzona wraz z powstaniem osady, a nauczał w niej Johan Tomaszewski, choć lekcje najprawdopodobniej początkowo odbywały się w izbach bogatszych gospodarzy.

Osadnictwo pierwszych kolonistów odbyło się poprzez zawarcie z Godowskim kontraktu, który określał ich prawa i obowiązki. W złożonej przez mieszkańców w 1877 roku skardze do Siedleckiego Urzędu do spraw Włościańskich zapisano, że nasi ojcowie i dziadowie mieli prawo do serwitutu leśnego i pastwiskowego w lasach i na polach należących wówczas do wyżej wymienionego Karola Godowskiego.4 W zamian za uprawianą ziemię osadnicy płacili czynsz dzierżawny. Opłata roczna w 1846 roku wynosiła 4 złote za morgę gruntu uprawnego i 3 złote za morgę łąki, co dawało rocznie 3.150 złotych z całej wsi, którą płacili wspólnie dla jej właściciela.

Płacenie czynszu zwalniało osadników od obowiązku odrabiania pańszczyzny tygodniowej, jednakże cała wieś zobowiązana była do odpracowania na rzecz dworu corocznie 3 dni z włóki, czyli ogółem 45 dni, latem (prace żniwne) oraz 4 dni z włóki, czyli 60 dni, zimą (prace przy młócce). Mieszkańcy Załucza nie odrabiali żadnych najmów darmowych, ani przymusowych. Każdy gospodarz otrzymywał natomiast od dworu bezpłatnie drewno na budowę, naprawę i ocieplenie budynków oraz na opał (pozyskiwane przy pomocy siekiery), w ilości 2 fur tygodniowo w okresie miesięcy zimowych (od października do kwietnia). Posiadał także prawo brania w miarę potrzeby drewna na wozy, sanie, koła. Każdy włościanin miał prawo do wypasu bydła w lasach dworskich, jednak za to uprawnienie musiał wykonywać we dworze różne dodatkowe prace.

Na rzecz państwa chłopi zobowiązani byli do płacenia podatku podymnego, liwerunkowego, szarwarskiego, składki transportowej i na rekruta, w sumie w wysokości 2 rubli rocznie. Zagrody musiały być ubezpieczone w formie składki ogniowej, w wysokości uzależnionej od wartości, na jaką oszacowano zabudowania. Gminie chłopi musieli dostarczać furmanki i znosić kwaterunek i posłańców pilnych do odnoszenia ekspedycji rządowych dawać. Młodzi mężczyźni zobowiązani byli również do służby wojskowej. W 1837 roku do wójta gminy patrymonialnej Wola Wereszczyńska wpłynęło pismo o poszukiwanie Henryka Reidfleisza, gdyż nie stawił się przed Komisję Wyższą Zaciągową. Wójtowi polecono staranne tychże spisowych poszukiwanie, z których każdy skoro ujęty zostanie, ma być wraz z wywodem słownym, powody niestawienia się wyjaśniającym, odesłanym do Komissarza Obwodu z kąd następnie do Rządu Gubernialnego dostawionym bydź powinien.5

Karol Godowski figurował w księgach wieczystych jako właściciel wsi do 1856 roku pomimo, że zmarł w latach dwudziestych. Majątkiem do 1833 roku zarządzał Podprefekt Powiatu Włodawskiego Leon Babski, prywatnie zięć Karola Godowskiego, jednak Jan de Matta Godowski (syn Karola) cofnął mu wszelkie pełnomocnictwa. W 1856 roku Załucze zostało w dokumentach hipotecznych wydzielone z dóbr Wola Wereszczyńska, a jako właścicieli zapisano Jana de Matta Godowskiego, Katarzyny z Godowskich Osieckiej, Karola i Wiktora Babskich oraz Franciszka i Józefa Piątkowskich. Po reformie uwłaszczeniowej okrojony już majątek znalazł się w posiadaniu Ignacego, a następnie Jana Rostworowskich – dziedziców dóbr Zawadówka.

Osadnicy Załucza z połowy XIX stulecia to już głównie gospodarze rolni, zajmujący się uprawą roli oraz hodowlą bydła. Hodowlą owiec zajmował się Jakub Słomiński. We wsi mieszkało kilku rzemieślników, zajmujących się przede wszystkim usługami szewskimi – Kacper Hierlicz, Błażej Krzyżanowski, Jacek Sokołowski i Józef Mikołajski. Poza szewcami mieszkał młynarz Szymon Arciszewski, tkacze Wincenty Breyt, Ferdynand Banaszkiewicz i Szymon Wróblewski, kuśnierz Franciszek Górniecki, stolarz Jan Majewski, cieśla Richter Skrzyński oraz mularz Józef Talarowski. Zadaniem mularza było w tym czasie murowanie przede wszystkim pieców i kominów. Józef Talarowski wykonywał również zawód stelmacha (tzn. kołodzieja), który zajmował się konserwacją kół i części do wozów oraz bryczek, a także wyrobem samych bryczek. We wsi na początku stulecia zamieszkiwał także szlachcic Andrzej Kiełczewski, choć nie był zbyt zamożny, skoro nie posiadał dworu i pracowników najemnych.

Pomimo szybkiego rozwoju osadnictwa warunki sanitarne we wsi były bardzo złe, co powodowało częste choroby i zarazy, a tym samym dużą śmiertelność. Zdarzało się, że jednego roku wymierały całe rodziny. Chociażby w 1839 roku zaraza zabrała ze sobą całą rodzinę Kamieńskich, w sumie 6 domowników w ciągu jednego roku, w 1843 roku 3 domowników z domu Dąbrowskich, a w 1850 roku zmarły wszystkie dzieci Marianny i Wincentego Breytów.



    1. Nowa fala osadnictwa

Przed powstaniem styczniowym powstało uroczysko Dyszczytno. W znajdujących się tam grądach książe Bogdanowicz z Bogdanki sprowadził 2 polskie rodziny: Zielińskich i Naumniaków, którzy trudnili się wypalaniem popiołów z drzewa lipowego i leszczyny. Popiół służył do wyrobu amunicji, potrzebnej powstańcom do walki z zaborcą rosyjskim. Do Dyszczytna można było dostać się jedynie wąską groblą prowadzącą od Załucza, gdyż całe uroczysko otoczone było jeziorem i bagnami. W wyniku nasilającego się napływu kolonistów niemieckich w 1876 roku powstała w pobliżu wsi Załucze nowa osada. Dla odróżnienia wieś Załucze, nazwano wtenczas Starym Załuczem, a nowe siedlisko określano nazwą Nowe Załucze.

Po upadku powstania styczniowego bardzo szybko rosła populacja Starego Załucza. Do wsi napływali koloniści polscy i niemieccy, którzy wykupywali ziemie po rozparcelowanych szlacheckich majątkach polskich, podupadłych w okresie powstańczym. W wyniku reformy uwłaszczeniowej z 1864 roku dla 358 mieszkańców utworzono 52 osady włościańskie. Ziemskie nadziały otrzymali kolejno:

  • Józef Prześniewski;

  • Daniel Rentflejsz;

  • Henryk Szajewski;

  • Adam Pawłowski;

  • Paweł Karpiński;

  • Stanisław Brejt;

  • Jan Krzyżanowski;

  • Krzysztof Remus i Piotr Matwiej;

  • Franciszek Górniecki;

  • Karolina Bab;

  • Frydrych Rentflejsz;

  • Teofil Szymański;

  • Jan Struszewski;

  • Iwan Nołosiuk;

  • Antoni Brejt;

  • Agata i Jan Radko;

  • Chasjel Szkło i Abram Fieldaum;

  • Wojciech Kozłowski;

  • Stanisław Kozłowski;

  • Jan Kozłowski;

  • Michał Hineburg;

  • Jan Pakuła;

  • Jan Cybrat;

  • Karla Cybart;

  • Jan Rentflejsz;

  • Jan Relir

  • Paweł i Karol Klinerowie;

  • Krzysztof Rentlejsz;

  • Maria Rentflejsz;

  • Józef i Andrzej Piskorscy;

  • Ludwik Cybart i Karol Kliner;

  • Jan Arciszewski;

  • Jan Janowski i Antoni Chmura;

  • Adam Pakuła;

  • Adam Domiński;

  • Franciszek i Marianna Soleccy;

  • Stanisław Pakuła;

  • Stanisław Rekucki;

  • Mateusz Gąsiorowski;

  • Jan Dąbrowski;

  • Mateusz Dąbrowski;

  • Łukasz Chmura;

  • Franciszek i Andrzej Kwiatkowscy;

  • Józef Klepacki i Adam Michański;

  • Kazimierz Lamorski;

  • Józef Morawski;

  • Jan Rentlejsz;

  • Szaj Szanbalib;

  • Michał Zieliński;

  • Józef Bab;

  • Florian Kogutowski.

Ponadto utworzono 2 osady wspólnotowe. W ramach uprawnień serwitutowych przyznano wyżej wymienionym chłopom prawo wypasu bydła na dworskich polach, w lasach i zagajnikach w ilości 380 sztuk bydła rogatego i 40 koni. Na poprawę i ogrzanie swoich zabudowań mogą po 2 fury drewna w zimowych miesiącach od 13 grudnia do 13 kwietnia. Włościanie mogli również wywozić z lasów dworskich materiał na poprawę wozów i sań.

Do wypasu bydła koloniści korzystali głównie z pastwiska Chmielisko (104 morgi) oraz łąk Dyszczytno (86 mórg). Grunty te zostały przekazane załuckim gospodarzom przez właściciela dóbr Zawadówka jeszcze przed uwłaszczeniem. W Chmieliskach osiedliło się wtenczas 3 gospodarzy: Józef Bab, Florian Kogutowski i Jan Rentflejsz. Dyszczytno ukazem uwłaszczeniowym podzielono pomiędzy 15 włościan, zaś Chmieliska podzielono na 63 części na przełomie XIX i XX wieku. Po dokonaniu podziału Chmieliska, poprzez wykopanie przez każdego właściciela rowów odwadniających, zostały osuszone.

Uwłaszczenie wpłynęło na podwojenie stanu zaludnienia i tak już dużej wsi. W 1866 roku wieś Załucze liczyło już 707 mieszkańców, natomiast w latach osiemdziesiątych XIX stulecia znajdowało się 74 gospodarstwa, które zamieszkiwało 858 mieszkańców, w tym 784 rzymskokatolików, należących do parafii w Wereszczynie i 74 ewangelików. Procentowy udział pod względem wyznaniowym kształtował się więc na korzyść rzymskokatolików, których było 91,3%, ludność ewangelicka stanowiła zaś 8,7% ogółu ludności. Tak duża liczba rzymskokatolików świadczyła o postępującej w Załuczu polonizacji mieszkańców, którzy przyjmując najpierw łacińską wiarę przyjmowali następnie ich tradycje i obrządki. Kantorat ewangelicki funkcjonował jednak do wybuchu wojny światowej. Funkcję kantora do 1893 roku sprawował Adolf Weigelt, a w latach 1894-1914 August Hermann.

W latach osiemdziesiątych stan zaludnienia nieznacznie zmalał do 850 osób, a wieś składała się z 74 zagród, spośród których gospodarzy rolnych było 62. Jeszcze do czasu wydania przez cara ukazu tolerancyjnego w 1905 roku dane wyznaniowe wykazywały obecność niewielkiej grupy prawosławnych. Przyznana swoboda w wyznawaniu wiary przyczyniła się do faktycznego zaniku tej grupy religijnej, gdyż 17 załuckich prawosławnych przystąpiło do kościoła rzymskokatolickiego. Byli to „dawni” unici, których pod przymusem wcielono po 1875 roku do Cerkwi prawosławnej. W formie dziękczynienia rodziny te wybudowały przy rozstaju dróg do Dębowca i Nowego Załucza kapliczkę przydrożną, ozdabiającą wieś do dnia dzisiejszego.

Liczba mieszkańców Załucza spadła nieznacznie w wyniku działań I wojny światowej, a także wskutek masowej emigracji na przełomie XIX i XX stulecia. Jednym z emigrantów był Wilhelm Lamorski, który po przybyciu w 1915 roku do Kanady wstąpił do Kanadyjskich Sił Ekspedycyjnych. Dwa lata wcześniej również do Kanady wyjechali Wiktor Zieliński, Stanisław Krzyżanowski, a do Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej Władysław Rentflejsz i Juliusz Kliner (w 1912 roku). Już w 1915 roku w Starym Załuczu znajdowało się 59 gospodarstw, w zdecydowanej większości zamieszkiwanych przez ludność polskiej i niemieckiej narodowości.

Załuckie osady włościańskie miały przeciętnie od 6 do 30 mórg gruntów, ogółem zaś 1.108 mórg nadanych przy uwłaszczeniu i 153 morgi trzymane na prawie wieczysto-czynszowym. Gleba we wsi miała charakter piaszczysty, w części popielaty. Ludność trudniła się głównie uprawą roli oraz zarobkowaniem po sąsiednich folwarkach. Wyróżnikiem Starego Załucza na tle innych okolicznych miejscowości była bardzo rozpowszechniona hodowla bydła rogatego. Specyficznym dla Załucza było używanie jeszcze w XIX stuleciu bydła w zaprzęgach obrzędowych (weselnych i pogrzebowych). Za najbogatszego z gospodarzy uchodził Władysław Lamorski, właściciel 12 krów, 4 koni i 3 byków. W 1890 roku Jan Siwiński kupił pod Parczewem dziesięcioletni młyn i przeniósł go do wsi. Po przeniesieniu zmienił kamienie młyńskie, śmigi, oszalowanie i naprawił koło palczaste.

Jednym z gospodarzy był Franciszek Brejt, który przejął trzecią część trzynastomorgowego gospodarstwa po swoim ojcu Kasprze. Jedna z włók Franciszka we wsi Jagodno, będąca w wieczystej dzierżawie, sprzedana została przez Seweryna Liniewskiego, dziedzica Lejna, kolonistom niemieckim. Jako, że wydarzenie miało miejsce po upadku powstania styczniowego, kiedy car wydał ukaz uwłaszczeniowy, Franciszek Brejt nie chciał pójść na ugodę z dziedzicem, żądając od niego zwrotu właśnie tej włóki. Jeździł po wszystkich urzędach, był nawet u gubernatora w Warszawie ze skargą. W końcu na miejsce konfliktu przybył komisarz i zebrał wszystkie strony konfliktu, a gdy dochodzili do ugody wówczas Franciszek odpowiadał: To dobrze Pan komisarz mówi, ja na to przystanę, ale niech mi pierwej oddadzą, co mi najjaśniejszy pan darował.6 Spór zakończono oddaniem gruntów, a tym samym wyrugowaniem kolonistów. Jednakże i w tym przypadku Franciszek ciągle uskarżał się, że to koloniści bruzdy pozostawiali, a że to przechodzą przez jego pole. Utarczki z kolonistami trwały kilka lat, aż w końcu zaprzestał siać pole i leżało ono przez długie lata odłogiem.

Po upadku powstania styczniowego ludność miejscowa zajęła się wyrobem słynnych na okolicę powozów i bryczek (wózków węgierskich), które sprzedawano po 60 i więcej sztuk rocznie na targowisku w Łęcznej oraz w Warszawie. Już na początku XIX stulecia we wsi osiedlił się wspomniany Józef Talarowski zajmujący się kunsztem stelmaskim (tj. kołodziejstwem). Usługi akuszerskie na przełomie wieków wykonywała posiadająca uprawnienia państwowe położna Maria Piskor. Kuźnię prowadzili Jan Rentflejsz i Antoni Głowacz, natomiast młyn obsługiwał Władysław Ciepielewski. Chałupy we wsi stawiał mularz Franciszek Smoraczewski. W 1909 roku założono we wsi towarzystwo spożywców. Z Załucza pochodzili 2 pierwsi wójtowie nowo utworzonej w 1867 roku gminy z siedzibą w Woli Wereszczyńskiej, byli to włościanie Paweł Kliner, a następnie Paweł Kliszcz.

Ze względu na dużą liczbę mieszkańców we wsi znajdowała się szkoła początkowa. Pierwszy budynek szkolny został przez władze carskie spalony podczas powstania styczniowego w 1863 roku. Nową szkołę wybudowano 2 lata później. Budynek przetrwał 2 wojny światowe i został rozebrany dopiero w okresie Polski Ludowej. Była to szkoła rosyjska, podobnie jak okoliczne szkoły z 1 nauczycielem i funkcjonowała aż do odzyskania przez Polskę niepodległości. W pierwszych latach została przejściowo zamknięta z powodu braku nauczyciela. Wznowiono nauczanie, gdy zaczęli prowadzić ją ewangeliccy kantorzy – najpierw Adolf Weigelt, a od 1894 do 1914 roku August Hermann. W okresie pierwszej wojny światowej uczyli już w języku polskim Henryk Szajewski i Józef Kogutowski.

Wieś Załucze było typowym przykładem lokacji typu rzędówki oraz budownictwa poleskiego. Na północ od drogi znajdowały się zagrody, przy nich ogrody warzywne i sady, a na południe rozciągały się grunty uprawne. Z czasem części wsi zaczęto określać od zajmujących je rodzin włościańskich, np. „lamorszczyzna”, „kozłowizna”, czy „arciszewszczyzna”.

Jeszcze w latach pięćdziesiątych ubiegłego stulecia można było spotkać gospodarstwa, w których pod jednym dachem z chałupą znajdowała się obora, chlew, kurnik, dostawiane jedne do drugich, jedynie stodoły stanowiły budynek wydzielony. Etnograf Zofia Staszczak dokonała inwentaryzacji zachowanych budynków typu polskiego, pochodzących z XIX stulecia. Obejścia w tym okresie grodzono płotem laskowym, zwanym z ruskiego „plitenią”. Chałupy stawiano najczęściej na wkopanych w ziemię słupach drewnianych, zwanych „palami” lub „stemplami”, i w większości nie posiadały podłóg. Ich funkcję spełniały polepy gliniane, często podczas świąt mazane gliną szarą, lub żółtą. Polepa gliniana, przy dużej prymitywności ówczesnych pieców była bardziej odpowiednia, gwarantowała bowiem większe bezpieczeństwo przeciwpożarowe. Konstrukcja ściany miała charakter węgłowy, a z zewnątrz gacono je, czyli ocieplano słomą z liśćmi7wspominał Stanisław Ośko. Dachy kryto powszechnymi we wsi matami trzcinowymi lub słomowymi. Jeszcze w XIX wieku ludność nie doceniała roli światła, dlatego też okien było niewiele, a te istniejące były niewielkich rozmiarów. Izbę oświetlano łuczywem, umieszczonym pod kapą nad paleniskiem, rzadziej za pomocą świec, wytwarzanych z wosku i baraniego łoju. Ze względu jednak na dość wysoki koszt tego surowca, używano ich głównie do celów obrzędowych.

Część mieszkalna stanowiła połowę chałupy, drugą część zajmowały izby gospodarcze, czyli sień i komora. Życie rodzinne zamykało się w granicach izby mieszkalnej, która stanowiła miejsce pracy gospodyni, częściowo gospodarza, przebywania starych rodziców oraz uczącej się młodzieży. W izbie mieszkalnej znajdowały się wzdłuż ścian dłuższych zbite z desek łóżka. U bogatych chłopów występowały łóżka, zakrywane w święta i niedzielę dywanami lub kapami. Obok łóżka znajdowała się najczęściej kołyska biegunowa lub wisząca. Pod oknem znajdował się najczęściej stół, choć posiłki spożywano często nie przy stole, lecz ze stołków o tej samej wysokości i to z jednej misy. Do przechowywania odzieży służył drążek, zwany „poliną”, „grzędą”, czy też „wieszadłem”, umocowany między pierwszą belką powały a piecem. Bardzo ważną funkcję spełniał piec, składający się z czterech części: paleniska do gotowania, pieca piekarskiego, ogrzewalnego i komina. Pod piecem usytuowane były często piwnice, służące do przechowywania ziemniaków.

Jeszcze w XIX wieku powszechnie występowały tzw. „kurne chat”, nieposiadające kominów, lecz jedynie otwory w suficie. Od drugiej połowy XIX stulecia upowszechnił się murowany komin, zwłaszcza po wydaniu w 1845 roku takiego obowiązku. Jak brzmi treść postanowienia lubelskich władz gubernialnych odtąd żaden dom mieszkalny, czy to nowo stawiony, czy też budujący się pogorzeli, nie będzie mógł istnieć bez kominów, jak to się dotąd w zabudowaniach włościańskich zwanych chatami kurnemi praktykuje, ani mieć takowych urządzonemi w sposobie tak zwanym sztangowym, lecz koniecznie w każdem takiem zabudowaniu, komin całkowicie murowany z cegły i nad dach wyniesiony urządzonym bydź musi.8 Często obok izby głównej znajdował się mniejszy alkierz, przeznaczony do spania i przebywania starych rodziców, dzieci, a także do przechowywania odzieży. Częścią przechodnią była sień, dzieląca najczęściej chałupę na dwie nierówne części. W sieni umieszczano przede wszystkim sprzęty gospodarskie, tj. żarna, nosidła do wody, beczki, uprząż końską, czy też warsztat tkacki. Mniejszą częścią od sieni była komora, posiadająca prawie zawsze drewniane podłogi, gdyż służyła do przechowywania produktów spożywczych.

Zakończenie budowy domu przez cieślę kończyło „wiankowe”, od tej pory do pracy zabierał się stolarz. Praca cieśli była powszechnie szanowana, wierzono nawet o nadprzyrodzonych jego siłach, dlatego też, by pozyskać przychylność, urządzano często poczęstunki i dobrze płacono. Po wykończeniu pracy przez stolarza następował uroczysty moment zamieszkania domu, zwany „obsiedlinami”. Za dobrą porę do zamieszkania nowego domu uchodziła pełnia księżyca. Do izby wpuszczano najpierw zwierzęta: kurę z kogutem oraz kota, aby ewentualna klęska spadła na nich, a nie na ludzi. Według bowiem miejscowych wierzeń kto pierwszy wejdzie do chałupy, ten pierwszy wyjdzie. Rzucano też do chałupy kawałek żelaza, który miałby pochłonąć złe moce. Po wstępnych zabiegach do chałupy wchodzili gospodarze, niosąc święte obrazy i chleb, po czym spraszano gości oraz odbywano ucztę.



    1. Bitwy i potyczki

Ze względu na położenie wśród okolicznych lasów i jezior mieszkańcy Załucza byli częstymi świadkami potyczek powstańczych i partyzanckich. W lipcu 1863 roku przez wieś uciekał ranny w nogę pod Kaniwolą Michał Heydenreich-Kruk ze swoimi powstańcami.

W kolejnym miesiącu 2 powstańców, przebijających się spod Fajsławic do obozu na Lipniaku, natrafiło w okolicach uroczyska Dyszczytno na oddział kozacki. Zambrzycki z Kopiny i nieznany kozak, który przeszedł na stronę powstańców, zostali zauważeni przez oddział kozacki, więc czym prędzej celem ukrycia udali się do zabudowań miejscowego Zielińskiego. Jednak i tu zostali wykryci, ale w ostatniej chwili udało się im zbiec w stronę okolicznych lasów. Dziedzic Lejna Seweryn Liniewski w swoich pamiętnikach wspominał, jak będący w domostwie powstańcy spostrzegli kozaków już przy koniach, więc jeden z nich tylnymi drzwiczkami umknął w ogrody, a drugi odwiódłszy pistolet wprost we drzwi frontowe, w których spotkał się z kozakiem, dał ognia, kozaka postrzelił w nogę. Kozak upadł, a on przez płoty w zarośla łączne. Piechota nadciągająca, widząc powstańca uciekającego w zarośla, dała za nim kilkanaście strzałów, żaden go jednak nie dosięgnął i przepadł.9

Prawdopodobnie karę za przetrzymywanie powstańców miało być spalenie budynku szkolnego. Do dnia dzisiejszego obok kaplicy rośnie dąb zwany „Wieszatielem”, na którym prawdopodobnie wieszano uczestników powstania, jak też unitów niechcących zmienić swojej wiary na prawosławną. Większość uczestników powstania zginęło jednak w trakcie potyczek, jak chociażby wspominany Kasper Brejt, który został zabity, gdy powoził furmanką w trakcie jednej potyczki.

Życie we wsi zaburzyły wydarzenia I wojny światowej, która wybuchła w lipcu 1914 roku. W najbardziej niekorzystnym położeniu znalazła się mniejszość niemiecka, gdyż prawodawstwo rosyjskie pozbawiło prawa do posiadania nieruchomości przez poddanych państw nieprzyjacielskich, tudzież kolonistów i wychodźców niemieckich. Niemcy byli pierwszą grupą narodowościową, którą deportowano w głąb Rosji. Przed walkami frontowymi deportowano także ludność ruską i częściowo polską. Na spakowanie dobytku ludzie mieli kilka godzin, po czym załadowanymi furmankami podążali na wschód. Większość wysiedlonych trafiło pod Kobryń w Guberni Grodzieńskiej. Wielu z nich do domu już nie wróciło, umierając w Rosji najczęściej wskutek nędzy (np. Helena Leszczyńska)

Walki wojenne we wsi miały miejsce w sierpniu 1915 roku. Okopy frontu rosyjsko-niemiecko-austriackiego sięgały do gruntów Nowego Załucza. Front został szybko przełamany przez wojska niemieckie (106 Regiment Piechoty Bawarskiej), które główną siłę uderzeniową skierowali ze Starego Załucza do okolic Wytyczna, gdzie miało miejsce decydujące starcie wojsk. Wycofujący się Rosjanie palili zabudowania wiejskie, częściowo spalona została również szkoła.

Po wkroczeniu wojsk niemieckich we wsi zorganizowano szkołę dla pozostałych cywilów niemieckich. Utworzono ponadto lazaret, czyli szpital wojskowy dla rannych żołnierzy. Jednym z nich był, urodzony w Wisbaden w Niemczech, dowódca baterii kapitan Otto Fresenius, odznaczony za odwagę w walkach na francuskim i belgijskim froncie Krzyżem Żelaznym II klasy, a za walkę w Beskidach oraz Karpatach Krzyżem Żelaznym I Klasy. Niestety w lazercie, (stał w miejscu dzisiejszych zabudowań Leszczyńskich) w skutek odniesionych ran, zmarł i został pochowany w samotnej mogile w pobliskim lesie. Oprócz Freseniusa zginął żołnierz jego baterii strzelec Plesser. Ich dowódca w liście do matki Otto pisał, że zginął podczas zdobywania pozycji przy wzniesieniu na Zawadówce, trafiony odłamkiem schrapnela, który przebił kask i śmiertelnie zranił w głowę. Na zakończenie listu pisał: Pochowany został na wieczny odpoczynek na skraju Starego Załucza w pięknym gaju drzew. Włożyłem go na noszach do trumny, na twarzy miał energiczny wyraz, jak nigdy dotąd. (…) Nad jego grobem rozległy się trzy salwy, a następnie w ciszy odmówiliśmy modlitwę. (…) Wszyscy mamy go za żołnierza, za człowieka, bardzo wysoko ceniony przez kolegów. Był jednym z najlepszych w naszym pułku. Jego zasługi i czyny na trwałe zapisały się w jego historii.10 Determinacja jego rodziny była tak duża, że po kilku latach odnaleźli miejsce śmierci swojego syna i postawili symboliczny duży grobowiec z marmurową tablicą. Grobowiec był na tyle duży, że w latach czterdziestych schronienie w nim niejednokrotnie znajdowali partyzanci polscy. Niestety w okresie Polski Ludowej grobowiec został rozebrany przez okolicznych chłopów potrzebujących materiałów na budowę mieszkań i budynków gospodarczych. Do dnia dzisiejszego pozostała jedynie płyta nagrobna, w lasku nieopodal Ośrodka Dydaktycznego Poleskiego Parku Narodowego.



  1. Stare Załucze w okresie II Rzeczypospolitej

Wraz z upadkiem Rosji carskiej do wsi zaczęli powracać wypędzeni w trakcie wojny mieszkańcy. Zdarzało się często, że nie było do czego wracać, gdyż gospodarstwo bądź to było w ruinie, lub też zajęte przez nowych osadników. Czas powrotu zapamiętał kilkuletni wówczas Stanisław Ośko, który wspomina: Nie było do czego wracać, bo nasze zabudowania zostały spalone. Mieszkaliśmy najpierw u Rentflejszów, a w tym czasie majstry odnawiali budynki.11 To nie jedyne nieszczęścia, jakie spotkały mieszkańców po powrocie do swoich domów. Przez wieś i okolice w kolejnych latach kilkakrotnie przetaczały się wojska radzieckie i polskie, rekwirując niezbędne dla wojska rzeczy. Najbardziej potrzebne były konie, które z kolei dla zniszczonych wojną mieszkańców stawały się najcenniejszym dobrem, głównym źródłem utrzymania. Ten sam Stanisław Ośko przedstawił jedno z takich zdarzeń: Mój ojciec handlował zbożem, woził do młyna we Włodawie. Razu jednego wojsko bolszewickie nas zatrzymało i konia chciało zabrać. Ojciec się uparł i nie dał. Pokazał na mnie i powiedział, że jak ma zawieść mnie do domu? Jak się ojciec zaczął szarpać z tym żołnierzem, to ja zacząłem tak głośno płakać i krzyczeć, że żołnierze od nas odeszli.12

Po pierwszych burzliwych dla mieszkańców latach w 1921 roku przeprowadzono spis powszechny. Stare Załucze okazało się drugą po Wereszczynie wsią pod względem wielkości w gminie. W 73 domach zamieszkiwało wówczas 478 mieszkańców, tak więc prawie o połowę mniej niż przed wojną. Największą grupą wyznaniową byli rzymskokatolicy w liczbie aż 349 osób, znacznie mniej było ewangelików, 73 osoby. Poza tymi 2 grupami wyznaniowymi żyli również Żydzi, w liczbie 40 osób oraz 16 prawosławnych. Polską narodowość zadeklarowało 441 osób, rusińską – 9 osób, a niemiecką i żydowską po 14 osób.

Dysproporcje wobec danych wyznaniowych podważają rzetelność stosunków narodowościowych. Dane podważa chociażby sprawozdanie miejscowej policji z 1923 roku, które zanotowało 232 Niemców zamieszkałych w Starym Załuczu. Sprawozdanie wskazują na trzykrotnie wyższą liczbę osadników niemieckich od danych spisu z 1921 roku, jeżeliby przyjąć, iż wszyscy ewangelicy byli niemieckiej narodowości. Tak duże dysproporcje w tak krótkim czasie można byłoby tłumaczyć, iż wiele rodzin niemieckich mogło być spolszczonych, a za swoje wyznanie uznawały już wiarę katolicką. Z drugiej strony dysproporcje mogłyby świadczyć o braku rzetelności danych, gdyż podczas spisu powszechnego starano się zminimalizować liczebność mniejszości narodowych, zaś tajny raport policyjny ukierunkowany mógł być na wyolbrzymianiu problemu liczebności mniejszości niemieckiej. Jeszcze inne dane pochodzą z 1929 roku, kiedy w księgach parafii ewangelickiej w Cycowie zarejestrowano 17 rodzin niemieckich (np. Hineburgowie, Weberowie, Arendtowie, Weissowie, Rora, Radke, Jeske, Kliperowie, Busowie, Harkowie, Łucowie i największa niemiecka rodzina Cybartów), stanowiący 24% ogólnej liczby ludności.

W przededniu wybuchu wojny Stare Załucze pozostawało jedną z największych miejscowości w gminie – razem z Nowym Załuczem liczyło 126 gospodrstw, ponadto znajdowały się w uroczysku Dyszczytno. W uroczysku Grądy (dawne Chmieliska) mieszkały rodziny Stefaniuków, Litwiniuków, Kogutowskich i Babkowskich. We wsi był tylko 1 budynek murowany, zamieszkiwany przez kilka rodzin, w tym Kogutowskich.

Po pierwszej wojnie światowej we wsi powstał kantorat ewangelicki, co oznaczało, iż Załucze stało się jedną z większych w gminie osad ewangelickich. Od 1924 roku protestanci z Załucza należeli do nowoutworzonej Parafii Ewangelicko-Augsburskiej w Cycowie. Za znajdującym się przy dębie kantoratem znajdował się protestancki cmentarz, z którego do dnia dzisiejszego pozostał jedynie nagrobek Johana Roha, pochowanego w 1934 roku, choć i ten jest mocno zniszczony. Mieszkańcy niemieccy posiadali początkowo swoją szkołę, pozostałą po okupacji niemiecko-austriackiej. Wraz z pojawieniem się szkoły polskiej szkołę niemiecką zlikwidowano, więc nauczanie przeniosło się do domów prywatnych. Niemcy znaczącą wagę przywiązywali do edukacji religijnej. W roku szkolnym 1937-1938 40 ewangelickich dzieci uczęszczało w tygodniu na 2 lekcje religii z katechetą Emilem Lückem, które odbywały się w miejscowej kirsze. Załuccy Niemcy byli średniozamożni, a większość z nich zajmowało się uprawą roli, byli też krawcy, czy też szewcy. Wytworzone w gospodarstwie produkty rolne (nabiał, owoce, zboża) sprzedawano najczęściej na jarmarkach. Byli bardzo pracowici, a gospodarstwa mieli bardzo zadbane13 – wspomina ich Helena Wałecka.

W okresie dwudziestolecia największy odsetek mieszkańców stanowili Polacy, stąd też pierwszym sołtysem został polski gospodarz Kazimierz Dudkiewicz. Funkcję sołtysa przez wiele lat pełnił także Władysław Solecki. Wobec szybko rosnącej liczby polskich mieszkańców władze gminne postanowiły, iż od dnia 1 września 1919 roku we wsi będzie działała dwuklasowa szkoła powszechna. Szkolny rejon obejmował jednak tylko Stare i Nowe Załucze, choć z tych wsi do szkoły uczęszczało w pierwszych latach około 60 dzieci. W szkole znajdował się sklepik, ale mało kto miał jakiegoś pieniążka, by coś kupić. Dlatego, by coś dostać, nosiliśmy dla woźnej miotłę w zamian14wspomina Stanisław Ośko. Później sklepik szkolny przekształcono w mieszkanie dla nauczyciela. Dozór nad szkołą w pierwszych powojennych latach pełnił proboszcz parafii w Woli Wereszczyńskiej ks. Ejsymont. Samorządowa instytucja dozoru szkolnego w gminie, której przewodniczył ks. Ejsymont pełniła nadzór nad szkołami wiejskimi, a także kreowała ich politykę kadrową i finansową. Według danych z 1928 roku w szkole uczyło się 97 uczniów. Wraz ze wzrostem liczby ludności polskiej szkoła przekształciła się w z początku lat trzydziestych w czteroklasową.

Po odzyskaniu niepodległości lekcje, jako pierwsze prowadziły nauczycielki Zofia Bielecka, a następnie Zofia Edelman. W połowie lat dwudziestych do Starego Załucza przybyli nauczyciele Nawalkowski z żoną, którzy czynnie włączył się w organizację zajęć pozaszkolnych, chociażby kursów wieczorowych dla dorosłych. Nawalkowski zorganizował w 1925 roku młodzieżowe przedstawienia teatralne, a dochód z przedstawień przeznaczał na cele charytatywne. W 1932 roku wsparto kwotą 80 gr. Fundację im. Por. Żwirki i inż. Wigury. Poza Nawalkowskimi nauczało małżeństwo historyka Antoniego i Zofii Kubiczków, zamieszkujących w budynku szkoły, choć w tym samym czasie uczyli również dzieci w Dębowcu i Andrzejowie. Wtedy dwie klasy przychodziły do szkoły rano, a dwie kolejne na 1115 – wspomina Helena Wałecka. W 1931 roku Antoni Kubiczek przeniósł się do Zabrodzia.

Od 1933 roku w szkole uczyli jedynie Piotr i Apolonia Zwierzowie, którzy również zamieszkali w budynku szkolnym. Religii nauczali Józef Bujalski i Emil Lück. W ostatnim roku szkolnym przed wybuchem wojny uczęszczało 101 uczniów, w tym 58 wyznania katolickiego, 39 wyznania protestanckiego i 4 uczniów wyznania mojżeszowego. Nauka dla trzech klas odbywała się w jednej sali. W jednym rzędzie siedziała jedna klasa, w kolejnej druga i dalej następna. Tatuś zadawał dla jednych zadanie i przechodził do drugich. Takie lekcje były. A gimnastykę to prowadziła moja mamusia – opowiada Maryla Kowalczyk i dodaje: Izba szkolna była bardzo duża. Na święta organizowano choinkę i w sali tej mieściły się dzieci i ich rodzice. Pamiętam, że najpiękniej kolędy to śpiewała Żydówka, chociaż na religię Żydzi nie chodzili. Relacje były między nami bardzo dobre. Ale niemieckie dzieci się odróżniały od pozostałych. Polskie i żydowskie dzieci przychodziły do szkoły upaplane w błocie, brudne, a niemieckie zawsze czyste. Gdy była kałuża, to zawsze ją omijały, a nasze i żydowskie to nie, szły prosto w błoto.16

Ze wsi Stare Załucze wywodził się wójt gminy Jan Piskorski, który urzędował na tymże stanowisku w latach 1931-1935, zaś wcześniej był sołtysem we wsi. Uchodził za jednego z bogatszych i większych gospodarzy, który do prac polowych musiał zatrudniać robotników rolnych. W 1920 roku był wybrany do komisji rewizyjnej Okręgowego Związku Kółek Rolniczych we Włodawie. Dwa lata później do tej samej komisji wybrano Władysława Lamorskiego Lamorski pełnił również funkcję radnego gminnego i członka bardzo prestiżowej komisji oświatowej.

Głównym źródłem utrzymania załuckich mieszkańców było rolnictwo, stąd też już po wojnie założono jedno z pierwszych w gminie kółko rolnicze. W 1920 roku należało do niego 57 rolników, rok później 33, ale, gdy w następnym roku wprowadzono składki członkowskie, stan osobowy kółka zmalał do 14 rolników. Przez wiele lat kółko funkcjonowało w ramach niesformalizowanych struktur, zarejestrowane jako stowarzyszenie Kółko Rolnicze „Potęga” zostało dopiero w dniu 21 września 1929 roku. Do wsi przyjeżdżali instruktorzy i prowadzili z miejscowymi chłopami zajęcia z zakresu prawidłowej gospodarki wiejskiej. Wyposażali członków kółka nieodpłatnie w materiał siewny i zarodowy, a nawet prowadzili we wsi doświadczalne poletko łąkowe.

Polacy coraz częściej oprócz rolnictwa zajmowali się handlem i usługami. Już w pierwszych latach po wojnie mieszkańcy założyli w domu Stanisława Rentflejsza sklep spółdzielczy z artykułami spożywczymi, gospodarczymi i tekstylnymi. Sprzedawał w nim Antoni Krzyżanowski, a księgowym i gospodarzem był Niemiec Rora. Później rolę gospodarz przejął Rentflejsz, a po nim Szajewski. Ale to były inne czasy, po towar do Lublina trzeba było jeździć, więc często go brakowało. No i cały czas manko w nim było, nie było komu pilnować17 – opowiada Wacław Rentflejsz. Sklep pełnił ponadto funkcję skupu produktów rolnych. Jak ja pamiętam to często skupywali jaja, a następnie wieźli je do Włodawy. W drodze wóz się wywalił, a jajka pobiły. Ale w tej Włodawie uczciwi Żydzi, kupili jaja, choć po niższej cenie – wspomina Cecylia Zabłuda. W 1934 roku 31 rolników założyło Spółdzielnię Związkową „Zgoda”, która również posiadała 1 sklep. Usługi agenturalne w swoim handlowym biurze pośrednictwa prowadził J. Łuć, był on także właścicielem prywatnego sklepu spożywczego, w którym sprzedawał Lucjan Dziubiński, a następnie Andrzejewska. Sklep prywatny posiadał również szewc Władysław Solecki, wydzierżawiany przez miejscowych Żydów. Właścicielami młynów byli Wincenty Cichy (przejął po Górkach) i Jan Edward Siwiński. Od Wincentego Cichego młyn w latach trzydziestych zakupiła niemiecka rodzina Hineburgów, a od nich Cybartowie. W jednym z młynów mieleniem mąki zajmował się młynarz Stefan Okoński.

Mieszkańcy Starego Załucza kontynuowali tradycje rzemieślnicze. Bednarstwem zajmował się Wołosiuk, stolarstwem W. Piskorski z synem. W dalszym ciągu w Załuczu wyrabiano bryczki, choć już nie w takiej ilości, co przed wojną, a zawodem tym trudnił się Seredyński i Piskorski. Ten Piskorski, to taka nasz wiejska „złota rączka” była – wspomina Zofia Świerszcz. Ciesielstwem zajmował się Stanisław Rentflejsz. Raz ojciec dostał od Józefowicza z Garbatówki zlecenie na sanie. Ojciec je zrobił z drewna jesionowego, tapicerkę też wykonał. Jeździł do Kurowa za skórami, a okuł je kowal Szajewski. Potem Józefowicz te sanie dał w wiano za córkę, która wyszła za mąż za Poznaniaka. Tam wystawiono je na wystawę i nawet nagrodę zdobyły. Ale więcej nie robił, bo to dużo roboty przy nich było18 – wspomina Wacław Rentflejsz. Stare Załucze stało się silnym ośrodkiem kowalstwa, kuźnie znajdowały się u Stemplewskiego, Piskorskiego, Tomaszewskiego, Leopolda Smętkowskiego, Antoniego Głowacza, jednak największa kuźnia znajdowała się u wspomnianego Seweryna Szajewskiego. Wykonywał nie tylko narzędzia rolnicze, ale również bryczki, które zamawiała szlachta z okolicznych dworów19 – rozpamiętuje Helena Wałecka. U kowali trudnili się młodzi mężczyźni, przyuczający się do zawodu, w tym Kazimierz Chibowski. Żona Szajewskiego była krawcową. Oprócz niej krawiectwem zajmowali się Krzyżanowski, Leon Rentflejsz i I. Orzech. W Starym Załuczu składano powszechnie rowery, głównie u Czesława Andrzejewskiego. Cena jednego roweru wynosiła około 120 zł., tyle co krowa, a na jego zakup pracować trzeba było nawet kilkadziesiąt dni. Za pracę przy żniwach płacono średnio 1,50 zł. za dzień, a przy kartoflach około 1 zł.

Wielu mieszkańców trudniło się połowem ryb na pobliskim jeziorze Łukim. Z racji swojego zawodu część z nich osiedliło się w siedlisku Orłowo, znajdującym się przy samym jeziorze. Nazwę siedliska wzięła się ponoć od licznie spotykanych w tym miejscu orłów bielików. Te jezioro od naszej wsi kiedyś czyściutkie było, piasek wysypany, a nie tak jak dziś, zarośnięte20rozpamiętuje Helena Wałecka. Po wojnie właścicielem jeziora był Bogdaszewski, jednak w 1932 roku jezioro i majątek od Strony Zawadówki zakupiło małżeństwo Wandy i Stanisława Ulasińskich. Obok jeziora pracownicy folwarczni pokopali stawy rybne. Ryby w jeziorze i w stawach było tak dużo, iż żeleźniakami wożono ją na sprzedaż do Lublina. Do transportu ryb zatrudniani byli miejscowi Polacy i Żydzi (Chaim, Motyl i Abram). Jeden z uczestników transportu Stanisław Ośko wspominał, jak ryby wożono w beczkach z wodą, ale co jakiś czas trzeba było wodę wymienić. Pierwszy przystanek robiliśmy przy jeziorze Piaseczno, później zatrzymywaliśmy się przy studni w Ludwinie. Po drodze mieliśmy jeszcze kilka przystanków. W Lublinie rybę od nas odbierali Żydzi. A jak wracaliśmy i zaszło słońce, to Żydzi mieli taką zasadę, że nie jechali już na wozie, tylko szli.21

Poza Polakami i Niemcami wieś zamieszkiwało kilka rodzin żydowskich. Oprócz wspomnianego krawca Orzecha mieszkała rodzina Abrama, która prowadziła sklep. W tym sklepie było prawie wszystko, no oprócz wędlin. W domu Abramka mieszkało 6 osób, dziadek, rodzice i 3 dziewczynki (tj. Sura, Riwka i Chawa). Mieszkali po sąsiedzku, więc z jedną z nich chodziłam do szkoły – rozpamiętuje Gabriela Leszczyńska. Z Riwką do jednej klasy chodziła Genowefa Stadnik (z domu Korpon) z Zawadówki: Dobrze się uczyła, nawet na lekcje religii chodziła i najwięcej umiała. Wtedy ksiądz do nas: „Widzicie. Ona nie musi i wie, a wy nie wiecie”. A jak do szkoły chodziła to towar ze sklepu przy okazji roznosiła. Podczas wojny polsko-radzieckiej sołtys Dudkiewicz wyznaczył Abrama do wożenia polskich rekrutów do stacjonującego we Włodawie wojska. Handlem zajmowała się Ucicha, prowadząca sklep u gospodarza Soleckiego, a także handel „pokątny”. Helena Wałecka wspomina, jak chodziła po wsi z workiem. Miała w nim to grzebyk, to igły i tak zbierała na życie. Jeden dał trochę mąki, inny słoik śmietany.22 Naprzeciwko gospodarstwa Piskorskich, w miejscu starej karczmy, w jednym domu mieszkali Chaim i Motyl. Oni mieli duży dom i tam znajdowała się bożnica. Ponadto posiadali trochę ziemi23 – wspomina Wałecka. Podstawowym narzędziem ich zarobkowania był jednak wóz z koniem, używany przede wszystkim do transportu ryb. Niektórzy pracowali w folwarku Stefana Cichońskiego w Dębowcu. We wsi ponadto mieszkał Nisel Sagal, Miegale Laube, rodziny Sukmanów, Fawla, Manacha, Froima, a także polsko-żydowska rodzina Urbanów, z której ojciec wykonywał usługi dentystyczne. Te rodziny żydowskie u nas to biedota była, nawet sklep Abrama, to taki mizerny24 – opowiada Wacław Rentflejsz.

Relacje pomiędzy Żydami, a pozostałymi mieszkańcami układały się na ogół poprawnie, dzieci razem się wychowywały, choć młodzież i dorośli nie utrzymywali zażyłych kontaktów z pozostałymi mieszkańcami. Była to grupa narodowościowa najmniej podatna na procesy asymilacyjne, stąd też pojawiały się dość często złośliwości ze strony sąsiadów. Gabriela Leszczyńska wspomina jak, do koleżanki często przychodził jeden Żyd. Raz schowali jej w rękaw cebulę. Jak ona poszła na zabawę i zaczęła tańczyć, to z rękawa ta cebula wypadła. Wtedy ją wyśmiali, bo cebulę jedli Żydzi. Zdarzało się, że podczas szabasu smarowali im tłuszczem wieprzowym naczynia i wtedy wszystkie wyrzucali, bo religia nie pozwalała na spożywanie tłuszczów. Żydzi nawet, gdy pracowali u Polaków, to brali swoje garnki do jedzenia. Nas dzieci straszyli macą. Ludzie mówili, że Żydzi robią je z krwi polskich dzieci. Że mają beczkę z wbitymi gwoźdźmi i tam ludzi wkładają. Kiedyś Sura mnie częstowała, ale nie chciałam, bo to z polskiej krwi! Gdy to powiedziałam, to ona zaczęła się śmiać.25 O innej historii opowiada Cecylia Zabłuda: Raz ktoś do ich studni ktoś wrzucił słoninę, to przez kilka dni nie chcieli z niej jej pić. Również Wacław Rentflejsz przyznaje się do dziecięcego dokuczania: Jak mieli swoje kuczki, to my z kijami w te ich namioty stukaliśmy. Ale tak, to chodziliśmy razem z Żydami do szkoły i nikt ich nie zaczepiał.26

Nie tylko życie codzienne różniło Żydów od swoich sąsiadów, także celebracja obrzędów religijnych wyglądała inaczej. Gdy ktoś umarł to wynajmowali płaczki, bo oni nie opłakiwali swoich zmarłych. Mówiono, że Żydów chowano na siedząco, by mogli szybciej udać się do nieba. I nie chowali ich w ubraniach, tylko okręcali materiałem. Pod względem ubiorów nie wyróżniali się od Polaków, jedynie na szabas zakładali chałaty, no i inne potrawy spożywali. No i starsi pejsy oraz brody nosili27 – opowiada Gabriela Leszczyńska.

W latach trzydziestych nie było natomiast Ukraińców, jedynie pod jeziorem znajdowało się osamotnione gospodarstwo Tyryluka, wokół którego znajdowały się łąki. Do wsi często przyjeżdżali Cyganie. Najczęściej rozbijali swój obóz w lesie za wsią i zatrzymywali się na kilka dni. Każdego wieczoru przy ogniu była muzyka i tańce. Mieli bardzo dobrych kowali i raz wykuli mi taką grubą patelnię, która służyła przez kilkanaście lat28przywołuje na pamięć Helena Wałecka. A jakie mieli ładne karety, pościel i konie29 – dodaje Eugenia Jung. Każda wizyta Cyganów wiązała się z drobnymi kradzieżami, pomimo tego nie dochodziło do poważniejszych konfliktów. Szczególnie kradli kury i to jak sprytnie. Sypali ziarno i zaraz brali do siebie30 – dodaje Wałecka.

Wieś miała charakter zabudowy zwartej, a prawie wszystkie budynki były konstrukcji drewnianej, dachy zaś pokrywano strzechą. Ogrzewano przede wszystkim torfem, rzadziej drewnem. Każdy miał paseczek lasu, ale ludzie szkodowali drewna, chyb, że suchego nazbierali. Najwięcej paliło się torfem. Mężczyźni cieli takim specjalnym nożem, a później kobiety układały kostki w koziołeczki. Potem przez kilka dni tak torf się suszył i zabierano do domów31wspominają Helena Wałecka i Eugenia Jung. Największym zagrożeniem dla wsi stawały się pożary, dlatego też wprowadzono obowiązkowe ubezpieczenie od ognia. Nie uchroniło to rodzinę Ośków od tragedii, jaka miała miejsce w dniu 15 lutego 1928 roku. W wyniku podpalenia, dokonanego przez zięcia gospodarza Konstantego Golana, ogień strawił stodołę i oborę, a wraz z tymi budynkami cały inwentarz żywy: 3 konie, 4 krowy, 7 świń, 22 kury oraz sprzęt ruchomy: 2 wozy, 2 sanie, 5 pługów, 4 brony, sieczkarnię i inne narzędzia rolnicze. Motywem czynu Golana była zazdrość o żonę, o czym szczegółowo opisano w podlaskim tygodniku „Podlasiak”: Na tym tle pomiędzy Golanami powstawały ciągle sprzeczki i awantury. Gdy Golanowa powiła dziecko Golan nie chciał je uznać za swoje. Rodzina żony, w której Golanowie mieszkali również dokuczała Golanowi. Starał się więc Golan prośbą i groźbą zmusić żonę by wyprowadziła się od rodziny i zamieszkała z nim. Golanowa za namową rodziny nie chciała się na to zgodzić. Zrozpaczony odmową żony Golan powziął złość do rodziny i wygrażał się, że ich powystrzela albo spali. Po dokonaniu podpalenia sprawca zbiegł z miejsca zdarzenia, jednak po kilku dniach stawił się na posterunek policji i przyznał się do winy.32 Oprócz pożarów często we wsi dokonywano kradzieży, zwłaszcza w pierwszych latach po odzyskaniu niepodległości. W prasie lokalnej zanotowano chociażby kradzież w gospodarstwie Karola Dębskiego w 1923 roku. Wartość skradzionych rzeczy, głównie odzież i bielizna, oszacowano na 40 milionów marek polskich. Poszukiwano przez publiczne ogłoszenie Aleksandra Kerlina, który nie stawił się na komisję wojskową.

Wieś nie posiadała swojej świetlicy czy remizy wiejskiej, dlatego życie towarzyskie koncentrowało się w domach prywatnych. Wesoło było we wsi, największe zabawy u Andrzejewskich, czy u Kryśki Soleckiej, jak również w szkole. Przed wojną utworzono tam klub wiejski – wspominają Zofia i Czesław Świerszczowie. Helena Wałecka dodaje: Zabawy były co sobotę, niedzielę. Wystarczyła harmonia, bębny i już tańczyć można było. Bawili się razem Polacy, Niemcy i Żydzi, przychodził Szachna z Woli Wereszczyńskiej. Nikomu to nie przeszkadzało.33





  1. Wieś i mieszkańcy podczas II wojny światowej

    1. Losy mieszkańców

Obraz wsi na zawsze zmienił wybuch wojny światowej. Pierwsi w Starym Załuczu pojawili się w dniu 14 września polscy żołnierze armii „Modlin”, dowództwo zatrzymało się w Woli Wereszczyńskiej. Zatrzymali się na odpoczynek, a sztab zrobili w szkole. Pamiętam jak gotowali w naszej kuchni fasolki, jeszcze takich nie widziałam. Jak odchodzili to któryż z żołnierzy szablę zostawił i przez to mój tata miał później kłopoty34 – wspomina Maryla Kowalczyk. Kilkanaście dni później pojawili się żołnierze niemieccy, rozpoczynając pięcioletnią okupację.

Wielu młodych niemieckich mieszkańców wstąpiło do militarnych i policyjnych organizacji hitlerowskich. Jednymi z nich byli kilkunastoletni bracia – Karol i Artur Hineburgowie, synowie sołtysa Jana Hineburga. Funkcjonariuszem gestapo został Weis. We wsi dochodziło do kolaboracji z Niemcami ludności polskiej. Większość z nich nie dożyło końca wojny, zostali zamordowani przez miejscowe podziemie. J. w sadzawce martwego znaleźli35 – powraca pamięcią Wacław Rentflejsz. Jeszcze przed wybuchem wojny wielu Niemców wyjeżdżało z Załucza na profaszystowskie spotkania. Mówili nam, że jeżdżą na modlitwy, a oni się już organizowali. Gdy tylko Hitler wkroczył, to okazało się, że wielu naszych Niemców posiadało broń36wspomina Helena Wałecka.

Z racji aktywnych w okolicy oddziałów partyzanckich funkcjonariusze niemieccy często dokonywali obławy we wsi. Domy żydowskie poznać wtedy można było po tym, że zamiast szyb w oknach poduszki były, bo kamieniami wszystkie im Niemcy wytłukli37 – opowiada Maryla Kowalczyk. Już podczas pierwszej z obław w listopadzie 1939 roku Niemcy zabrali do Chełma prawnika Nikodema Rentflejsza i sekretarza Gminy Krzywowierzba Stanisława Połajdowicza. Połajdowicz zginął w marcu 1942 roku w obozie w Sachsenchausen. Wuj był słabego zdrowia. Jak ich prowadzili to stracił przytomność i jakiś młody Niemiec tak go kopał, że zmarł. Do rodziny przysłali, że zmarł na serce. Ale jak Rentflejsz wrócił z obozu, to wszystko opowiedział, bo to widział38 – opowiada Stanisława Sidorowska. Rentflejsz trafił najpierw do obóz w Sachsenchausen, a następnie do Oświęcimia. Być może aresztowanie Połajdowicza i Rentflejsza nastąpiło, gdy spaliła się stodoła sołtysa Hineburga. Pamiętam, jak mama mnie zbudziła i kazała wyjść z domu. Spaliła się wtedy stodoła sołtysa – Niemca. Myśleliśmy, że na Polakach będą się mścić. Przyjechały 2 ciężarówki z żandarmami. Zgromadzili wszystkich i pewnie by nas rozstrzelano, ale Niemiec, sąsiad sołtysa, powiedział, że widział jego syna, jak wychodził ze stodoły. No i zostawili nas39 – wspomina Maryla Kowalczyk.

Mordowano mieszkańców nie tylko w obozach, ale także na miejscu. Mojego wujka Hieronima Burbusa młody Niemiec zakopał żywcem, gdy ten stracił przytomność – wspomina Stanisława Sidorowska. Przypadkowo zginął Bolesław Tomaszewski. Jego śmierć zapamiętał Wacław Rentflejsz: U niego kwaterowali partyzanci. Czyścili broń i w tym czasie wystrzeliła. Kula trafiła w brzuch i Tomaszewski zaraz zmarł.40 Powszechny był wywóz młodzieży na roboty publiczne do III Rzeszy. Pierwszy transport zorganizowano młodych marcu 1940 roku. Kazali wszystkim stawić się do szkoły w Woli Wereszczyńskiej. Wybierali młodych z rodzin wielodzietnych, zdrowych i tam, gdzie było mało ziemi. Dla kilkunastu osób kazali się pojechać do Włodawy na komisję lekarską. Byłam chora, więc ja pojechałam, bo myślałam, że mnie odrzucą. Ale oni nawet nie badali41wraca pamięcią Helena Wałecka, która na kilka lat została wywieziona z kraju. Jak tam dojechaliśmy, to ustawili nas w szeregu i zaczęli nas oglądać jak zwierzęta. Podchodzili do nas Niemcy, gospodarze i pytali się – chłopaków, czy umieją kosić, a dziewczyna, czy potrafią doić krowy42dodaje Wałecka. Oprócz niej wywieziono jeszcze kilka osób (Mieczysława Domińskiego, Zofię Małek, Wałeckiego, Dziubińskiego), ale wszyscy do domów wrócili. O kolejnej okoliczności aresztowań opowiada ówczesny mieszkaniec Rozpłucia Czesław Świerszcz: Na Rozpłuciu spaliło się niemieckie gospodarstwo. Zjechali się żołnierze i mieli za karę spalić naszą wieś, ale zaczęliśmy tłumaczyć, że pożar ten wziął się od szopy z torfu. Ich komendant zawinął tytoń w gazetę, zapalił i rzucił w torf, bo chciał zobaczyć czy się zapalił. Zapalił się i chyba nam uwierzył. Tego dnia zabrano jednak kilku mieszkańców.

Podczas, gdy w 1942 roku okupant pacyfikował okoliczne miejscowości (np. Urszulin, Wereszczyn, Zastawie, Andrzejów), paląc budynki i mordując mieszkańców, również w Starym Załuczu nakazano mieszkańcom zebrać się w jedno miejsce. Zgoniono nas na miejsce, dookoła którego rosły sokory. Mieli wybrać 100 mieszkańców. Myśleliśmy, że wymordują nas tak, jak w Białce. Po wyjeździe naszych Niemców mój tata (tj. Kazimierz Dudkiewicz) był sołtysem. Powiedzieli mu, że w tej setce mogą być Cygani, Żydzi lub bandyci. My wszyscy płakaliśmy i mówiliśmy im, że u nas nie ma ani Żydów, ani Cyganów, ani bandytów. Wcześniej przygotowaliśmy dla nich przyjęcie, ciele zarżnęliśmy, kobity ze wsi pomogły, bimber z miodem na Czarnymlesie chłopy pędzili. Niemców przyjechało 3 samochody, ale w ostatniej chwili egzekucję odwołali. Zasiedli za stoły i my ich ugościliśmy, ale nikogo nie zabili43 – powraca pamięcią Wanda Kapłon.

Uciążliwym dla gospodarzy był obowiązek kontyngentowy w mięsie, zbożu, kartoflach i innych produktów. Wacław Rentflejsz opowiada, jak przyjeżdżali do sołtysa Dudkiewicza i kazali wszystkim wyprowadzić wszystkie krowy. No i wybierali najbardziej tłuste. Raz ojciec kupił u Zielińskiego pół metra kartofli i nie zdążył do domu dowieźć, jak już się pojawili Niemcy, Robert Wegner z Zawadówki ich ściągnął. Ale matka po niemiecku dobrze szwargotała i ten Niemiec odsypał nam połowę.44

Po wybuchu wojny nie zlikwidowano szkoły polskiej. Była jedną z pięciu, jakie pozostały w gminie. Piotr i Apolonia Zwierzowie mieli 58 wychowanków. Lekcje odbywały się popołudniu, bo wcześniej zajęcia miały dzieci niemieckie (80 w 1940 roku), które uczył katecheta Emil Lück. Po kilku miesiącach okupant i na taką edukację nie zezwolił. O represjach wobec nauczycieli w zeznaniu napisali Apolonia Dudkiewicz, Piotr Krzyżanowski i Zygfryda Kogutowska: Niemcy zajęli lokal szkolny i mieszkanie nauczyciela do swojego użytku. Na prośbę nauczyciela Piotra Zwierza u komendanta wojennego pozostawili mu na własne mieszkanie w lokalu szkolnym tylko małą kuchenkę. Lecz (…) miejscowy sołtys niemiecki Jan Hineburg naprowadził 2 podoficerów niemieckich, którzy pod pozorem wyrządzonej jemu dziecku krzywdy przez P. Zwierza (pokrzyczał na nie, żeby mu nie zrywały anteny radiowej) spoliczkowali go i zagrozili, „że teraz ich jest władza i Polacy winni być pokorni i posłuszni, bo oni krew przelali.” Następnie, kiedy w podwórzu szkolnym niemieckie dzieci znalazły szablę (pozostawioną przez polskie wojsko i ukrytą), poniosły ją do milicji niemieckiej z okrzykiem, że „nauczyciel schował sobie na nich szablę”. Milicja przeprowadziła gruntowną rewizję z oznajmieniem, że słyszeli o schowanych gdzieś granatach. Rewizja dała wynik ujemny, tylko niemiecki nauczyciel Lück powiedział żonie P. Zwierza, że chociaż szabla jest białą bronią, to jednak władze niemieckie mogą zastosować karę śmierci.45 Ta sytuacja zmusiła Piotra Zwierza do ucieczki ze wsi. W Starym Załuczu pozostała jego żona w ciąży z córką Marylką. Po latach Maryla Kowalczyk opowiedziała historię rodzinnej tułaczki: Początkowo pozwolili nam mieszkać w kuchni szkolnej. W pokoju Niemcy robili zebrania i zaczęli nas podejrzewać, że możemy podsłuchiwać. Kazali nam się wynieść. Zamieszkaliśmy u sąsiada Karola, nazwiska nie pamiętam. Pamiętam, jak przenosiliśmy nasze rzeczy w nocy przez pola. Śniegu nie było, ale mróz tak. Wynajmowaliśmy jedną izbę z metalową kuchenką, dlatego dużo rzeczy, książki, przedmioty szkolne mama umieściła u mieszkańców. Było tak zimno, że rano w wiadrze z wodą zawsze był lód. Mamie pozwolili uczyć, ale dopiero jak lekcje kończyły niemieckie dzieci. Raz bardzo długo nie wracała. Okazało się, że napisała w szkole na tablicy „Polska jest i będzie do końca”. Zaraz po tym przyszli żandarmi i zaczęli ją szarpać. Byliby ją aresztowali, ale Lück się za mamą wstawił. Rodzice pomogli mu przed wojną. Przyszedł do nas po lekarstwa dla dziecka i rodzice mu dali, dlatego teraz nam pomógł. Ale od tego momentu mama uczyć już nie mogła. Wyprowadziliśmy się, jak brat umarł. On urodził się na przedwiośnie. W tych warunkach mama i braciszek dostali gorączki. Mamusi ktoś pomógł, a dziecko zmarło. Wtedy przyjechał mój tatuś i w trumience zawiózł braciszka pod Piaski, i tam go pochował. Po pogrzebie zapakowaliśmy wszystko i także pojechaliśmy pod Piaski. Tam mieliśmy 14 mórg, które użytkował mój wuj. On zginął we wrześniu 1939 roku.46 Po ucieczce Zwierzowie zmienili nazwisko na Jarzębski.

Po likwidacji polskiej szkoły bogatsi rodzice wysyłali dzieci do szkoły powszechnej w Woli Wereszczyńskiej – w roku szkolnym 1941/1940 uczęszczało do niej jedynie 12. W lipcu 1942 roku nauczycielka tej szkoły, Ludwika Piekarzówna, wystąpiła do Pana Kreisschulrata z uprzejmą prośbą – wnioskiem, aby zechciał przydzielić etat dla szkoły polskiej w Załuczu Starym. Jest tam przeszło 50 dzieci (wg zeszłorocznego spisu było w Załuczu Starym 25 dzieci i w Załuczu Nowym 25). Są to przeważnie przesiedleni. Budynek szkolny znajduje się na miejscu, są też ławki i niektóre pomoce naukowe. W zeszłym roku szkolnym uczęszczało z Nowego Załucza do szkoły w Woli Wereszczyńskiej tylko 7 dzieci, innym było za daleko i nie mieli odpowiedniego ubrania i obuwia.47 Zgody władz niemieckich na otwarcie szkoły polskiej nie było.

Do Starego Załucza ks. Józef Bujalski przeniósł odprawianie nabożeństw, gdyż kościół w Woli Wereszczyńskiej na czas wojny zaadaptowano na cerkiew prawosławną. Początkowo nabożeństwa odprawiano w jednym z pomieszczeń domu Piskorskiego, dopiero po przesiedleniu Niemców w Poznańskie ksiądz ze składek parafian najpierw wydzierżawił, a następnie wykupił od władz niemieckich kaplicę protestancką i zaadoptował ją na kaplicę katolicką. Niemcy prosili nas, byśmy od nich wzięli kaplicę, bo bali się, że możemy zrobić w tym miejscu remizę, że będą tu zabawy, a w końcu na placu pochowani są ich bliscy. Myśleli jednak, że tu wrócą, dlatego początkowo godzili się tylko na dzierżawę48 – wspomina Wanda Kapłon. Ksiądz Józef Bujalski w latach tych na stałe przeniósł się do gospodarstwa Jana Piskorskiego i mimo wielokrotnych prób tylko raz został aresztowany, ale po wstawiennictwie miejscowych Niemców wypuszczono go z aresztu. On się często ukrywał na bagnach. Przebierał się za wędkarza, gdy jakieś wojsko do wsi przyjeżdżało49 – opowiada Stanisław Ośko. Pod koniec wojny u Piskorskich mieszkał również ksiądz Bolesław Krzywiec.

W sierpniu 1940 roku miejscowi Niemcy przenieśli się na polskie tereny bezpośrednio włączone do III Rzeszy (Poznańskie, Pomorskie, Kujawskie), choć niektórzy uczynili to już na samym początku wojny. Wyjazd Niemców odbywał się często przy napiętej atmosferze. Podejrzewano niektórych Niemców o to, że w trakcie wyprowadzania się próbowali podpalić pozostawione po sobie domostwa, by nie dostały się w ręce Polaków. Spaliło się chociażby gospodarstwo Klinerów, ale powodem było najprawdopodobniej uderzenie pioruna. Jednakże zdecydowana większość niemieckich mieszkańców Starego Załucza zostawiało swoje zbiory i całe wyposażenie w najlepszym stanie. W miejsce Niemców przybyli Polacy potocznie zwani Poznaniakami (np. rodziny Łysaków, Rempałów, Wojdygów), gdyż głównie stamtąd pochodzili. Wraz z nasyceniem wsi osobami przesiedlonymi kłopotem stawały się warunki mieszkaniowe. Niekiedy w jednym domu zamieszkiwało kilka rodzin. Natychmiast pojawiły się problemy żywnościowe, zwłaszcza wobec rygorystycznej polityki okupanta w zakresie produkcji żywności i jej dystrybucji. Wraz z biedą pojawiły się epidemie, w tym tyfus, który zapanował we wsi zimą z 1941 na 1942 rok, zabierając ze sobą ze świata żywych kilku mieszkańców (np. Czesława Andrzejewskiego i Bolesława Górnieckiego). Po zakończeniu okupacji niemieckiej tzw. Poznaniacy powrócili w swoje rodzinne strony.

Najbardziej prześladowaną mniejszością byli Żydzi. Wobec niemieckiej represji zaprzestali działalności handlowej, a utrzymywali się głównie z pracy w dębowieckim majątku Cichońskiego. W 1942 roku wywieziono załuckich Żydów do ostrowskiego i włodawskiego getta, a następnie do obozu w Sobiborze. Gabriela Leszczyńska wspomina, że mieli po nich przyjechać ciężarówkami, ale wszyscy poszli na piechotę. Kilku z nich jeszcze przez jakiś czas przyjeżdżało, ale później ich nie puszczano.50 Ostatnie spotkanie z żydowskimi sąsiadami zapamiętał również Michał Ośko: Byli elegancko ubrani, a gdy się pytaliśmy gdzie idą, to odpowiedzieli, że do pracy w fabryce w Sobiborze.51 Źródła izraelskie informują o zagładzie kilku rodzin Sukmanów (Mosze, Rachela, Pinches, Chuch, Erlich, Asztu, Ildis, Lach, Aisch, Belch) ze Starego Załucza, ale nie określają czasu i miejsca ich śmierci. Dopiero w 1944 roku w Załuczu zamordowano Chawę i Riwkę Feldnerów, tak więc około 2 lat musieli się ukrywać przed okupantem.

Przez kilka tygodni ukrywała się w domu Dudkiewiczów Lernerówna z Woli Wereszczyńskiej. Trzymaliśmy ją na wyszkach. W dzień zabieraliśmy drabinę, by nikt nie mógł tam wejść. Ale przyszedł po nią jej ojciec Szachna i zabrał52 – wspomina Wanda Kapłon. Na oczach mieszkańców zamordowano natomiast w pobliżu zabudowań Świerszczów młodzieńca, jej brata, który wracał z domu Okońskich. To było w niedzielę. Chciał przedostać się w krzaki, ale Niemcy nadjechali i serią z karabinu jego zabili53relacjonuje Gabriela Leszczyńska. We wsi mieszkała polsko-żydowska rodzina dentysty Urbana, która przechowywała kilkoro żydowskich dzieci, w tym ocalałą z pogromu w Wereszczynie Miriam Zunszajn. Wobec częstej obecności Niemców we wsi małżeństwo Urbanów przeprowadziło się do Kolonii Garbatówka, gdzie z dala od innych zabudowań wykonali dla ukrywanych dzieci schron. Schron w stercie siana zrobił także Paweł Arciszewski. Sterta znajdowała się za stodołą. Żydzi tam przesiedzieli chyba przez całą wojnę. Nikt o tym nie wiedział, dopiero po wojnie się dowiedzieli54 – powraca pamięcią Wanda Kapłon. Przez kilka tygodni we wsi ukrywał się krawiec Orzech. Do ojca często przychodził, przez 2 tygodnie dawaliśmy mu jeść. Ale później ojciec kazał mu się nie pokazywać, bał się, że całą naszą rodzinę zabiją. Niemcy coraz we wsi byli55 – opowiada Wacław Rentflejsz.

W trakcie wojny mordowano we wsi nie tylko Żydów, ale także Romów. Na granicy Starego Załucza z gruntami wsi Zawodówka, w miejscu przed starym krzyżem, gdzie grobla znad jeziora dochodzi do gruntowej drogi, odkryto w latach pięćdziesiątych zbiorową mogiłę, w której znaleziono 7 ciał. Były to zwłoki zamordowanych przez Niemców 6 cyganów, siódmą ofiarą był Szmul Lerner z Woli Wereszczyńskiej, który powracał ze Starego Załucza. Drugą grupę Romów w liczbie 12 osób zamordowano w pobliżu zabudowań Żmudy. Oni szli przez wieś, ale najechali Niemcy. Ukryli się w zabudowaniach Żmudy, ale Niemcy wszystkich wyłapali. Pamiętam jak jeszcze zza pieca wyciągano matkę z dzieckiem na rękach – wspomina mieszkająca po sąsiedzku Zofia Świerszcz. Za zabudowaniami wszyscy Romowie zostali rozstrzelani. Dwa ciała odkopano również przy zabudowaniach Tchórzów. Po wojnie ciała pomordowanych Romów i Żydów wykopano i przeniesiono w nieznane miejsce.

Do zbrodni na ludności żydowskiej doszło także tuż po wyzwoleniu. Wacław Rentflejsz opowiada jak zaraz po wyzwoleniu pojawiło się dwóch handlarzy żydowskich z koniem, mieli nawet wojskowe mundury. Pod koniec wsi ktoś ich zamordował, niewiadomo kto. Pewnie o konia chodziło. My tam mieliśmy trochę ziemi. Na wiosnę pojechałem z ojcem orać. Wziąłem za pług i zacząłem podkładać. Zaczepiłem o coś. Ojca zawołałem i okopaliśmy trzy ciała. Zgłosiliśmy na milicję i szczątki te zabrali.56



    1. Kształtowanie się ruchu oporu

Po uformowaniu się struktur polskiego ruchu oporu Stare Załucze stało się silnym ośrodkiem partyzantki, w którym kwatery posiadało wielu członków „podziemnej” komendy obwodu włodawskiego. Położenie wsi, jej liczebność i duży udział polskiej ludności, stwarzało bardzo dobre warunki na tworzenie się struktur podziemia, gdyż była to jedna z największych w okolicy ostoja polskości. Jednymi z pierwszych członków podziemia zostali Nikodem Krzyżanowski oraz Nikodem i Leon Rentflejszowie, który już na przełomie 1939 i 1940 roku tworzyli w Gminie Wola Wereszczyńska struktury Związku Walki Zbrojnej (ZWZ). W czerwcu 1940 roku prawnik Nikodem Rentflejsz został aresztowany i wywieziony do włodawskiego aresztu, a następnie z nauczycielem w Woli Wereszczyńskiej Pawłem Dyczko i wieloma innymi Włodawiakami wywieziony w lipcu 1940 roku do obozu koncentracyjnego w Auschwitz. Nikodem Rentlfejsz przeżył wojnę, w obozie w Oświęcimiu zginął natomiast Czesław Piskorski. Leon Rentflejsz został również pierwszym komendantem ZWZ na obszar Gminy Wola Wereszczyńska, jego zastępcą był natomiast przedwojenny sekretarz gminny Zygmunt Stadnik ps. „Vis”, „Zygmunt”. Komendantem na obszar Starego i Nowego Załucza oraz Jagodna został Stanisław Ulasiński ps. „Szwoleżer” z Rybakówki, a jego zastępcą ks. Józef Bujalski ps. „Ojciec”, który pełnił równocześnie funkcję kapelana ZWZ na cały obwód włodawski. Oddział liczył około 30 partyzantów.

Organizacja ZWZ stała się podwaliną do utworzenia w 1942 roku struktur Armii Krajowej. Już w 1942 roku w gospodarstwie Kazimierza Dudkiewicza nastąpiło zaprzysiężenie pierwszych w gminie członków nowoutworzonej Armii Krajowej (AK). Zastępcy komendanta powiatowych struktur Stanisławowi Leszczyńskiemu ps. „Grom” przysięgę składali chociażby 4 „granatowych” policjantów z urszulińskiego posterunku, Józef Klauda z Wytyczna, dziedzic urszulińskiego majątku Włodzimierz Omyliński, dziedzic z majątku Nowy Andrzejów Ludwik Karpiński, Stefan Tomczyk i kilku miejscowych z gospodarzem i jego synem Alfonsem oraz córką Wandą ps. „Jaskółka” włącznie. Po utworzeniu lokalnych struktur AK dowódcą placówki został Nikodem Krzyżanowski ps. „Burza”, a Leona Renflejsza ps. „Błyskawica” wyznaczono na oficera łączności obwodu AK na Powiat Włodawski. W AK służyli lub utrzymywali kontakty także Henryk Rentflejsz, Czesław Piskorski, Tadeusz Zieliński ps. „Lord”, Stanisław Kozłowski, Zbigniew Majewski, Stefan i Wacław Dziubińscy, Zbigniew Smętkowski, Stanisław i Kazimierz Górnieccy oraz Agnieszka Michańska. Pierwsi partyzanci uzyskiwali wsparcie miejscowej ludności, którzy bardzo często sami przystępowali do tzw. „leśnych ludzi”. My wtedy czekaliśmy pod kapliczką z kółkiem i kijem do jego toczenia. Gdy zobaczyliśmy Niemców to wtedy toczyliśmy przez wieś te kółka i wszyscy już wiedzieli o Niemcach57 wspomina kilkuletni wówczas Michał Ośko.

Oddalenie od ważniejszych szlaków i bliskie sąsiedztwo lasów powodowało, iż w połowie grudnia 1943 roku we wsi zakwaterowali partyzanci z oddziału AK „Nadbużanka”. W tym czasie prowadzono w grupach szkolenia wojskowe, lub wysyłano w teren patrole celem poszukiwania broni. Jeszcze w tym miesiącu, podczas wycofywania się oddziału Kazimierza Kota z Grabniaka, doszło we wsi w pobliżu murowanej kapliczki do krótkiej strzelaniny z patrolem niemieckim. Nikt nie zginął, a partyzanci wycofali się do okolicznego lasu. W rewanżu za zaatakowanie Niemcy spalili kilka zabudowań we wsi. Te działania nie przestraszyły partyzantów, gdyż w marcu 1944 roku zaatakowano we wsi niemiecki patrol rowerowy. Żandarmów rozbrojono, a rowery zabrano.

W Załuczu przez kilka lat w domu Górków schronienie znajdował Józef Milert, ps. „Sęp”, który był komendantem struktur Armii Krajowej na Powiat Włodawski. Byłem mały, więc wysyłano mnie często na zwiady, gdy „Sęp” przyjeżdżał. Zawsze na siwym koniku lub na specjalnym wozie. Był w nim schowek, a tam długa broń58opowiada Wacław Rentflejsz. Niestety, dniu 23 lutego 1944 roku w Starym Załuczu „Sępa” zabito. Józefa Milerta i jego towarzyszy – adiutanta Józefa Majewskiego ps. „Jotem” oraz strzelca Józefa Pasonia ps. „Słowik” z Czarnego Lasu zamordowała sowiecka grupa partyzancka Władimira Mojsenki "Wołodii" ze zgrupowania ppłk. Iwana Banowa "Czornego". W ostatnią podróż życia „Sęp” i jego towarzysze wyruszyli z Sękowa od rodziny Romana Panasiuka, u którego przez długi czas Józef Milert znajdował schronienie. W Załuczu w domu Leona Rentflejsza ps. „Błyskawica” miał się spotkać z Mieczysławem Łabędź-Zatorskim ps. „Aleksander”, by zdać mu dowództwo nad obwodem włodawskim. „Sęp” miał być bowiem przeniesiony w rejon Zamojszczyzny. Podczas zbliżania się do zabudowań Rentflejsza, w okolicy zabudowań Górki, drogę zatarasowały sanie. Zza przydrożnych topoli wybiegli zamachowcy – kilkunastu uzbrojonych w broń automatyczną ludzi. Żołnierze AK oślepieni światłem latarek elektrycznych oraz sterroryzowani kilkoma pepeszami nie zdołali użyć posiadanej broni krótkiej. „Sęp" po zorientowaniu się, że napastnikami są Sowieci, wzywał swoich towarzyszy do spokoju mówiąc, że wszystko zaraz się wyjaśni. Po rozbrojeniu oficerów i towarzyszących im żołnierzy zaprowadzono do mieszkania Stanisława Górki, gdzie zamachowcy przeprowadzili identyfikację zatrzymanych oraz pobieżną rewizję. Po ustaleniu tożsamości w obecności gospodyni i ukrytej pod łóżkiem młodej córki (właściwie siostrzenicy gospodarza Danieli Banaszkiewicz) ustalono ich tożsamość, wówczas odbyła się egzekucja. Pierwszy został zastrzelony strzałem w usta przez dowódcę grupy sowieckiej „Wołodię” kpt. Józef Milert, ps. „Sęp”,. Następnie z rąk drugiego sowieta - „Andrieja” został postrzelony w pierś adiutant por. Józef Majewski „Jotem”, którego z pistoletu dobił dowódca grupy strzałem w głowę. Ostatni zginął Pasoń. Z egzekucji ocalał szeregowy Marceli Gościmiak „Biały Kazik”, gdyż jego rysopis nie zgadzał się z rysopisem posiadanym przez zamachowców. Podczas identyfikacji zamachowców zaintrygowało miejsce pracy Gościmiaka – parowozownia Chełm. Zatrzymali go do dalszych wyjaśnień, gdyż prawdopodobnie byli zainteresowani dywersją na kolei.59 Gościmiak uciekł w Kulczynie, gdy zamachowcy byli w stanie upojenia i udał się do Romana Panasiuka z Sękowa, by zdać relacje z tego co się stało. Roman Panasiuk już znał przebieg wydarzeń, gdyż wcześniej relację zdał mu furman Zakrzewski.

Wszyscy trzej zabici zostali pochowani przez księdza Józefa Bujalskiego na miejscowym cmentarzu w Woli Wereszczyńskiej, przy asyście kampanii honorowej żołnierzy AK, członków miejscowego ruchu oporu i miejscowego społeczeństwa. W czasie wypełniania tych smutnych obrzędów pogrzebowych żałobny kondukt został ostrzelany z daleka z broni maszynowej, również przez nieznanych sprawców60 – wspominał w swoich pamiętnikach pierwszy Komendant Obwodu AK na Powiat Włodawski Romuald Kompf. W miejscu zbrodni w 1990 roku postawiono zamordowanym pomnik.

Związek ze śmiercią Józefa Milerta mogło mieć zdarzenie sprzed miesiąca, jakie wydarzyło się w Dębowcu. We wsi odbyło się bowiem pod przewodnictwem rolnika z Sękowa Romana Panasiuka pierwsze posiedzenie Rady Jedności Narodowej, działające przy Komendzie Obwodu Powiatowego AK. Powstanie rady oznaczało wzrost znaczenia AK w okolicy, a tym samym zagrożenie pozycji i umniejszenie roli komunistów. Na śmierci „Sępa” zależeć mogło także niektórym dowódcom i partyzantom AK, a egzekucja mogła stanowić likwidowanie niewygodnego świadka zwłaszcza, że w podobnym czasie zamordowani zostali inni żołnierze tej formacji partyzanckiej (np. Witold Wierzejski z Wereszczyna). Można przypuszczać, iż z egzekucją Józefa Milerta powiązanych było nawet kilku partyzantów z AK, gdyż zamachowcy dokładnie wiedzieli kiedy, gdzie, a nawet o jakiej porze ma się pojawić „Sęp” i jego towarzysze. Pewne jest natomiast, iż po tym wydarzeniu partyzantka sowiecka i wspierające ją grupy Armii Ludowej przejęły kontrolę nad Komendą Obwodu AK we Włodawie. Sam Mieczysław Moczar – dowódca Obwodu II Armii Ludowej już w dniu 1 marca komunikował: Zlikwidowano podżegacza do walk bratobójczych kom. Na pow. Włodawa/ „Sępa”.61

Kolejnym militarnym wydarzeniem była omyłkowa bitwa pomiędzy oddziałami partyzanckimi w dniu 12 marca 1944 roku. Na wieść o planowanej pacyfikacji Załucza miejscowa placówka AK pod dowództwem  por. Leona Rentflejsza oraz partyzanci oddziału „Nadbużanki” zorganizowali zasadzkę. Gdy przybyliśmy do Załucza, kobiety na kolanach prosiły nas, by ich chronić. Mówili, że wieś mają spalić Ukraińcy z Krzywowierzby62wspomina Stanisław Pasikowski ps. „Tygrys” z oddziału „Nadbużanki”. Potyczka rozegrała się jednak z dowodzonymi przez Piotra Werszyhorę partyzantami 1 Ukraińskiej Dywizji Partyzanckiej, zwanymi od organizatora Sydora Kowpaki „kowpakowcami”. Akowcy uznali ich za Niemców. Z przodu jechało na koniu gdzieś z dwunastu, ale za nimi cały oddział63opowiada Wacław Rentflejsz. Stanisław Pasikowski w wydanych po latach wspomnieniach szczegółowo zrelacjonował wydarzenie: Tuż przy drodze pod gruszą leżał „Mały Janek”, który nie wytrzymał nerwowo i rąbnął do nadjeżdżającej grupy konnej, a za nim cała nasza linia. Posypały się serie z automatów z przeciwnej strony. Do kanonady włączyły się lekkie karabiny maszynowe. Nasza siła ognia raptownie cichła dając początek strasznej tragedii. Tu i ówdzie przeraźliwie mieszały się jęki, wołanie o pomoc, modlitwy i okrzyki konających. Po lewej stronie leżą rozkrzyżowane trupy. Uciekający z tyłu kolega Kotowski z Hańska pada z głośnym jękiem. Pod gruszą leży martwy Janek. Wokół słychać pojedyncze strzały, które zwiastują jeszcze żyjących kolegów.64 W ataku brali udział: Jan Krystman „Mały Janek”, Jan Szymczyk „Żydek”, Edward Kotowski, Kazimierz Jakubowski, Leszek Jarosz „Leszek”, Henryk Pasikowski „Vis”, Stanisław Pasikowski „Tygrys”, Eugeniusz Strug oraz miejscowi Stanisław Kozłowski, Zbigniew Majewski, Edward Rentflejsz, Leon Rentflejsz i Alfons Dudkiewicz.

Niemal wszyscy partyzanci oddziału „Nadbużanki” zginęli. Po walce kilku jeszcze żyło, ale kowpakowcy dobijali wszystkich65 – powraca pamięcią Wanda Kapłon. Przeżyli bracia Pasikowscy - „Tygrys” i „Vis”, którzy uciekli przed goniącymi kowpakowcami w trzciny jeziora Łukiego, a raniony został Eugeniusz Strug. Przeżył również komendant Ryszard Wiśniewski ps. „Ryś”, który kwaterował w domu Dudkiewiczów. On był bardzo przeziębiony. Gdy zaczęły się strzały chciał wybiec, ale ja z matką jego nie puściliśmy. Wszędzie było słychać strzały, do domu wpadło już kilka kul. Jako że był chory i słaby wepchałyśmy go do piwnicy i nakryliśmy wejście chodnikiem i tak walkę przesiedział66 – wspomina Wanda Kapłon. Z miejscowych śmierć ponieśli Kozłowski i Majewski, a Leon i Edward Rentflejszowie zostali ranni. Z oddziału Sidora Kowpaki zginęło 2 konnych jeźdźców. Zemsty kowpakowców na mieszkańcach udało się uniknąć dzięki przypadkowi, o czym opowiada Wanda Kapłon: Wszystkim zabitym sprawdzano kenkarty. Polegli z „Nadbużanki” mieli obce, Zbyszek nie miał wcale, a Stasiek Kozłowski miał akurat dowód zamieszkania na adres lubelski. Wytłumaczyliśmy, że ich nie znamy. Mój tata został pobity i kazali nam następnego dnia wszystkich zabitych zakopać.67 Ponadto kowpakowcy utrzymywali dobre kontakty z dowódcą okręgowym AK Bolesławem Flisiukiem, który dostarczył wiele cennych informacji o nieprzyjacielu.68

Następnego dnia okazało się, że oddział Werszyhory ścigał tego samego wroga, na którego czekali partyzanci AK. Przyczyną strzelaniny mogłaby być również sprawa kradzieży koni. W ostatnim czasie dużo kradli koni, na Kaniwoli nasi trochę zabrali, dużo w Wereszczynie. I wszystkie tu trzymali. Ponoć ci z Kaniwoli się poskarżyli. Po walce pełno koni biegało. Ojciec jednego wziął, ale po kilku dniach przyszedł ruski z Kaniwoli, opisał go dokładnie i wszystko się zgadzało, więc oddaliśmy. Zapłacił nam za to, że karmiliśmy go dwa tygodnie69 – opowiada Wacław Rentflejsz.

Po kilku dniach miejscowi stolarze wykonali 7 trumien i poległych partyzantów pochowano: Celem zamaskowania przed ewentualnym najazdem Niemców, zakopaliśmy poległych kolegów w pobliskiej olszynie. Wykopany dół wyścieliliśmy słomą, położyliśmy jeden obok drugiego siedmiu naszych przyjaciół. (…) Gdy za dwa dni stolarze Załucza zrobili siedem trumien przywieźliśmy swoich braci, aby ich umyć i jak ludzie pochować w należytym porządku. (…) W stodole położyliśmy jedne drzwi w pozycji pochyłej i kolejno myliśmy kolegów z zastygłej krwi. (…) Ostatnia droga z Załucza na cmentarz koło Woli Wereszczyńskiej była pełna boleści wszystkich przyjaciół tych, którzy dzielili z nami partyzancką niedolę i wszystkich tych, którzy nieświadomie przyczynili się do ich śmierci. Sypiąc pierwsze grudy ziemi w siedmiokrotną otchłań oddaliśmy ostatnią salwę honorową70wspomina po latach ostatnie chwile z towarzyszami broni Stanisław Pasikowski.

Jeszcze w tym samym roku mieszkańców Starego Załucza nieszczęście spotkało po raz kolejny. Podczas walk partyzantów radzieckich, żydowskich i polskich z Niemcami, jakie miały miejsce we wsi i okolicach Woli Wereszczyńskiej w dniu 17 czerwca 1944 roku, spaleniu uległa znaczna część wsi. Walczących partyzantów ostrzeliwało lotnictwo niemieckie, które zrzucało ponadto pociski ogniowe. Spaliło się wówczas ponad połowa zabudowań w Woli Wereszczyńskiej, ale również 4 gospodarstwa na Starym Załuczu, znajdujących się w pobliżu miejsca pobytu walczących partyzantów (np. rodziny Krzyżanowskich). Cecylia Zabłuda rozpamiętuje, jak podczas nalotu mój tata w nogę dostał, pocisk przez dach domu przeleciał. Mama ze mną uciekliśmy do pobliskiego sadku i przeżyliśmy. Wszystko się nam spaliło.

W okresie radzieckiego „wyzwolenia” przez Stare Załucze przejeżdżali partyzanci z prosowieckiego oddziału im. Zawiszy Czarnego. Na kilkudniowy postój zatrzymali się również partyzanci z „Jeszcze Polska nie zginęła” Roberta Satanowskiego. Wtedy doszło do krótkiej wymiany ognia z okupantem. Henryk Garbowski po latach zapisał: 10 lipca o godzinie 9.45 usłyszeliśmy strzały dochodzące ze wsi Dębowiec. Zajęliśmy stanowiska ogniowe. W dość dużej od nas odległości znajdowały się furmanki z hitlerowcami, natomiast przybliżał się do naszych pozycji partyzant ścigany przez dwóch Niemców na koniach. Prawdopodobnie uciekinier miał być złapany żywy. Rozważny partyzant, otwierając nam pole ostrzału, zmienił kierunek biegu. Nasze ubezpieczenie z prawego skrzydła, pod dowództwem Władysława Garbowskiego, otworzyło ogień. Wkrótce dałem sygnał do otwarcia ognia z lewego skrzydła. Zdezorientowany partyzant upadł, ale po chwili zaczął strzelać do ścigających go. Hitlerowska kolumna zaczęła się wycofywać. Partyzant był ocalony. Zwróciłem uwagę na zachowanie koni. Większość z nich rozbiegła się po polu, gdy jeźdźcy zajmowali stanowiska ogniowe. Najprawdopodobniej były to polskie wierzchowce, nie czujące sentymentu do okupanta. Oczywiście zabraliśmy je ze sobą do lasu. Zdobyliśmy także furmanki, dwie radiostacje i sprzęt wojskowy.71

Po wkroczeniu w dniu 22 lipca 1944 roku wojsk Armii Czerwonej szybko okazało się, że nowy okupant nie będzie tolerował działalności niezależnych od niego sił militarnych. Partyzanci AK, głównie z oddziału Stanisława Parzebuckiego ps. „Mars”, w tym wielu miejscowych zakwaterowało w sąsiedniej wsi Czarnylas. W trzeciej dekadzie listopada uderzyły na nich liczni funkcjonariusze UB (Urzędu Bezpieczeństwa) i NKWD (Ludowego Komisariatu Spraw Wewnętrznych Związku Radzieckiego), zabijając wielu partyzantów, a tym samym rozbijając ostatni zwarty oddział partyzancki.



  1. Mieszkańcy wobec represji władz komunistycznych

Po rozwiązaniu w 1945 roku struktur AK, część partyzantów w obawie o swoje życie uciekło z kraju lub na Ziemie Odzyskane (np. Leon Rentflejsz, Stanisław i Kazimierz Górnieccy), część się ujawniło, a wielu aresztowano i wywieziono w listopadzie 1944 roku do obozów w Związku Socjalistycznym Republik Radzieckich (ZSRR). Do Ostaszkowa i Diagilewa wywieziono Bolesława Okońskiego, który powrócił w lutym 1946 roku. Przez taki sam okres w ZSRR przebywali Stefan Urban i Duklewski, a w obozach w Borowiczach oraz Jegolsku Kazimierz i Zdzisław Dudkiewiczowie. Do Riazania wywieziono, Czesława Piskorskiego, a następnie przeniesiono go do obozu w Diagilewie, gdzie zmarł. W Jegolsku zmarł natomiast Mieczysław Pawlędzio.

Pozostali dotychczasowi partyzanci włączyli się w struktury nowotworzonego WiN-u („Wolność i Niezawisłość”). Kwatermistrzem tutejszej placówki tejże organizacji został wspominany Nikodem Krzyżanowski, który od sierpnia 1946 roku pełnił funkcję sekretarza WiN na Powiat Włodawski. W szeregach WiN ze wsi Stare Załucze walczyli lub współpracowali również Stanisław Dębiński ps. „Bąk”, Eliasz Rentflejsz, Stanisław Banaszkiewicz, Wacław Dziubiński ps. „Wacek”, Władysław Pawlędzio, Stanisław Leszczyński, Wiktor Arasimowicz i Eugeniusz Arasimowicz ps. „Mongoł”. W pierwszych miesiącach po „sowieckim wyzwoleniu” struktury prolondyńskich organizacji niepodległościowych były bardzo dobrze rozbudowane, gdyż w grudniu 1944 roku sami przedstawiciele powiatowych władz organów bezpieczeństwa w tajnych raportach przyznawali, że miejscowość Stare Załucze była opanowana przez konspiracyjne organizacje.

Wielu z mieszkańców udzielało partyzantom schronienie i przekazywało informacje o organizującej się władzy komunistycznej. Kilku z nich zostało aresztowanych, w tym Stefan Dziubiński za udział w dokonaniu zamachu na radzieckiego komendanta wojskowego, milicjantów i furmana na Babsku w listopadzie 1944 roku. Wiele osób znalazło się na liście podejrzanych o przechowywanie członków podziemia antykomunistycznego i przekazywanie im informacji, sporządzonej przez Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego (PUBP) we Włodawie. Byli na niej: Stanisław i Józef Dębeccy z Dyszczytna, podejrzani o udzielanie schronienia Komendantowi Obwodu WiN Klemensowi Panasiukowi ps. „Orlis”, „Komar”, a następnie Edwardowi Taraszkiewiczowi ps. „Żelazny”, Stanisław Banaszkiewicz i Marian Tomaszewski, podejrzani o ukrywanie i przekazywanie informacji dla Józefa Struga ps. „Ordon”. W wyniku późniejszych działań śledczych ustalono, że u Józefa Dębeckiego do czasu amnestii znajdował się sztab bojówki Obwodu WiN na Powiat Włodawski.

Informacje o miejscowych partyzantach i osobach im pomagających docierały do włodawskiej bezpieki, gdyż niektórzy mieszkańcy wyrazili zgodę na tajną współpracę. Często byli to dotychczasowi partyzanci, którzy dokładnie znali struktury i personalia osób utrzymujących kontakty z partyzantami.

Większość z wymienionych miejscowych partyzantów zostało zatrzymanych w boju w pobliskim Czarnym Lesie z dnia 25 listopada 1944 roku. Po dokonaniu zabójstw milicjantów i jednego radzieckiego oficera w Babsku, połączone siły ludowych wojsk polskich i radzieckich zorganizowały obławę na ukrywających się w okolicy Czarnego Lasu partyzantów. Według raportów bezpieki zginęło wówczas 24 partyzantów, a 16 aresztowano. Faktycznie zginąć miało 7 partyzantów, a 27 aresztowano. W połowie sierpnia 1946 roku władze włodawskiego PUBP przeprowadziły operację, mającą na celu schwytanie przebywającego ponoć we wsi „Orlisa”. W akcji udział wzięło 60 funkcjonariuszy, jednakże poza kilkoma aresztowanymi nie przyniosła ona zamierzonego efektu

Za posiadanie broni aresztowany został miejscowy Jan Klepacki, zaś za działalność partyzancką Eugeniusza Arasimowicza do ZSRR zesłano jego matkę Zofię, brata Franciszka i siostrę Kazimierę. W gospodarstwie Arasimowiczów dokonano rekwizycji i konfiskaty gospodarstwa (tj. dom i stodoła drewniana, obora, piwnica murowana), wszystkich urządzeń rolniczych i domowych oraz inwentarza (w tym klacz, źrebię, dwie krowy, dwie świnie). Po zabiciu „Ordona” Arasimowicz próbował nawiązać kontakty z „Żelaznym” jednak w dość krótkim czasie natknął się na funkcjonariuszy bezpieki i zginął w potyczce z nimi. Zatrzymany z bronią w ręku został również Wiktor Arasimowicz. Już wcześniej podejrzewano go o rabunek w Orzechowie, gdzie zabrano parę koni, 2 garnitury i 2 pary butów. Wspomniany prowadził wojsko do stodoły, gdzie była rzekomo zachowana amunicja i tam usiłował zbiec, w wyniku czego został zabity – stanowi raport dekadowy z końca kwietnia 1947 roku PUBP we Włodawie.

W wyniku nasilającej się działalności organów represji i wobec obietnicy amnestii partyzanci miejscowej placówki WiN, w tym komendant Krzyżanowski, ujawnili się dopiero w kwietniu 1947 roku. Być może podyktowane to było śmiercią Wiktora Arasimowicza. Ujawnienie nie zakończyło aresztowań. W sierpniu tegoż roku aresztowano Reginę Dudkiewicz za kontakty z zatrzymanym Ludwikiem Szmydke „Czarny Jurek”, który brał udział w „mordzie puchaczowskim”. Stąd też Nikodem Krzyżanowski, choć się ujawnił, dalej w obawie o swoje życie ukrywał się. Miejsca jego pobytu włodawskiej bezpiece nie udało się ustalić, gdyż wyjechał na Ziemie Odzyskane, pozostawiając w Starym Załuczu swoją żonę.

Aresztowano także Sylwinię Strug, z domu Tomaszewską, żonę zabitego Józefa Struga ps. „Ordon”. Po latach opowiedziała czas swojej tułaczki po aresztach: Tylko w jednej sukience, bez zmiany bielizny, zostałam aresztowana wraz z dzieckiem. Areszt mieścił się w szkole w Puchaczowie. Wyżywienie – dwa razy dziennie skibka chleba i czarna kawa z kotła, spanie na gołych deskach. Przesłuchiwano mnie po kilka razy dziennie. Wrył się w moją pamięć szczególnie Maksymiuk, śledczy z Lublina, pochodzący z Dratowa Ukrainiec, łotr spod ciemnej gwiazdy. W dniach, kiedy nas pilnowali nie ubecy i nie zatruci jadem „demokracji” kabewiści, tylko zwykli żołnierze tej formacji, było łagodniej. Chciałabym kiedyś podziękować jednemu z nich, anonimowemu żołnierzowi, który na noc wrzucał do mojej celi koc, podał czasem butelkę mleka, a kiedyś przyniósł z osady parzony rumianek, gdyż Wiesio zachorował na zapalenie uszu! Na podstawie amnestii Sylwinię Strug zwolniono. Wieczorem zostałam zwolniona z aresztu z p. Tymoszczukową. Idąc zauważyłam, że w okolicy jest pełno wojska. Wspomniany żołnierz poinformował nas, abyśmy nie szły drogą, lecz udały się polami do domu, gdyż UB na pewno zorganizuje zasadzkę i zostanę zamordowana, a wina zrzucona na „ludzi z lasu. (…) Po dwie doby spędziłam kolejno u Martynowskich, potem u Grzegorczyków i Siwińskich. Już drugiej nocy zauważyłam kręcących się w pobliżu nieznanych osobników. Czwartego dnia Śliwiński, mój zresztą wujek, odwiózł mnie do Urszulina. Drogę odbywaliśmy konnym wozem, dziecko schowane było w koszu na warzywa. Ja byłam całkowicie ubrana w odzież cioci Siwińskiej, oboje wyglądaliśmy jak mąż z żoną jadący na targ. Autobusem z Urszulina dotarłam do Lublina, a stamtąd odjechałam do Poznania72 - opowiada o dalszych swoich losach Sylwinia Strug.

Działalność partyzantki akowskiej w pierwszych miesiącach faktycznej okupacji radzieckiej ułatwiało najprawdopodobniej obecność Alfonsa Dudkiewicza w PUBP we Włodawie, na stanowisku sekretarza. Do pracy w PUBP został skierowany przez Stefana Kowalewskiego, członka Powiatowej Rady Narodowej, a w czasie wojny dowódcę jednego z oddziałów AK. Jednakże już w dniu 18 września 1944 roku Alfons Dudkiewicz uciekł z placówki PUBP we Włodawie.

Dochodziło także do egzekucji bratobójczych, często bez przeprowadzenia jakiegokolwiek śledztwa i przedstawienia zarzutów. W pobliskim Rozpłuciu w styczniu 1947 roku prowinowski oddział Józefa Struga dokonał egzekucji na byłym poruczniku AK Antonim Chomie. Jego zabójstwo było podyktowane wcześniejszym zatargiem, a właściwie zemstą za rozbrojenie w Wiązowcu „Ordona” przez Antoniego Chomę. Tym aktem Choma wykonał rozkaz dowództwa WiN, który uzasadniono jego rabunkową działalnością.

Działalności partyzantów towarzyszyły częste grabieże, dokonywane również przez członków organizacji WiN, ale przede wszystkim przez pospolite bandy, podszywających się pod niepodległościowych partyzantów. Już za Niemca wszystko kradli. Jak tylko się dowiedzieli, że ojciec trzyma prosiaka, to zaraz w nocy z wozem przyjechali i zabrali73 – wspomina Wacław Rentflejsz. W maju 1946 roku zrabowano kwotę 15.000 złotych sołtysowi Janowi Górko, który do Urszulina szedł z Stanisławem Jungiem z Dębowca. Zrabowana kwota stanowiła zebrany podatek od mieszkańców wsi. Trzy lata później sołtys został zamordowany przez nieznanych sprawców. Pozostawił po sobie małoletnich synów.

Zaraz po wojnie z tej partyzantki to stało się złodziejstwo. Nie wszyscy, ale wielu kradło. Musieli z czegoś żyć. Moich rodziców to parę razy obrabowali. Wiedzieli przecież, gdzie szukać74 – opowiada Wacław Rentflejsz. Gospodarstwo komendanta Nikodema Krzyżanowskiego było „magazynem” rzeczy zrabowanych przez partyzantów z oddziału Leona Taraszkiewicza ps. „Jastrząb” i „Ordona”. W pomieszczeniach ukryte były futra, towary spółdzielcze, zaś konie i świnie natychmiast sprzedawano. Pieniądze ze sprzedaży dzielone były pomiędzy dowódców oddziałów partyzanckich. Eugeniusz Arasimowicz brał udział w obrabowaniu sklepu spółdzielczego w Woli Wereszczyńskiej, z którego zrabowano papierosy oraz materiały do szycia.





  1. Stare Załucze w Polsce Ludowej

    1. Zaludnienie i kształtowanie się układu przestrzennego wsi

Stare Załucze stało się po wojnie wioską całkowicie polską. Jeszcze w 1943 roku zamieszkiwało w nim 474 mieszkańców. Po klęsce III Rzeszy wieś opuścili Poznaniacy, wracając w swoje rodzinne strony, a ich miejsce zajęli repatrianci zza Bugu, jak też okoliczni mieszkańcy, którzy mieli zniszczone swoje gospodarstwa. Gabriela Leszczyńska wspomina, że gdy wprowadzili się do pożydowskiego domu Abramka, to wówczas pojawił się Żyd. Mówił, że jest rodziną Abramka. Ojciec zapłacił mu nawet część pieniędzy, ale gdy okazało się, że to oszust, to więcej już się nie pojawił.75 Majątki poniemieckie i pożydowskie nie zostały znacjonalizowane, tak więc nabywanie praw własnościowych odbywało się w drodze sądowej, po stwierdzeniu trwałego opuszczenia gospodarstwa przez dotychczasowego właściciela. Przykładowo majątek po Miegale Laube sąd przyznał Janowi Kosowskiemu.

W marcu 1945 roku w Załuczu mieszkały już 403 osoby (83 rodziny), ale tegoż samego roku wieś opuściła pięcioosobowa ukraińska rodzina Peryluków. Dobrzy byli z nich ludzie i nie chcieli wyjeżdżać, ale musieli – wspomina Zofia Świerszcz. W wyniku lokalnych migracji i wyjazdu (zwłaszcza młodzi) na „ziemie odzyskane” stan zaludnienia zmalał do kwietnia 1947 roku do 302 osoby. W pierwszych powojennych latach na zachód Polski wyjechały rodziny Kalinowskich i Soleckich (w sumie 8 osób), Pelagia Janczeska oraz Stanisława Piskorska. W 1952 roku aktualizując podział administracyjny województwa Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Lublinie utworzonej gromadzie Załucze Stare przyporządkowało wieś i kolonię, nie określając jej nazwy. Najprawdopodobniej członkowie prezydium mieli na myśli Dyszczytno.

Pierwszym powojennym sołtysem został Kazimierz Dudkiewicz lecz, gdy wywieziono go w listopadzie 1944 roku do obozów w ZSRR, funkcję przejął Jan Górko, a na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych Michał Brudz. W Gminnej Radzie Narodowej (GRN) jako pierwszy wieś reprezentował młynarz Edward Siwiński. W styczniu 1949 roku zamienił go Czesław Piskorski (z ramienia Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (PZPR)). Po nim gromadę do 1954 roku reprezentował już Władysław Solecki. Stanisław Dziubiński kierował w tym czasie gminnymi strukturami Związku Młodzieży Polskiej.

W 1954 roku do Gromadzkiej RN w Woli Wereszczyńskiej wybierano Henryka Kapłona i Władysława Soleckiego, a w następnych wyborach Soleckiego, Kapłona i Józefa Klepackiego. Klepacki był wówczas jednocześnie przedstawicielem PZPR w Powiatowej RN we Włodawie. W 1961 roku na niepełną kadencję wybrano Janinę Pawlędzio oraz ponownie Klepackiego i Soleckiego Po likwidacji Gromadzkiej RN w Woli Wereszczyńskiej Stare Załucze włączono do gromady Urszulin. Od 1965 roku wieś reprezentował w niej Solecki. W 1978 roku już do Gminnej RN w Urszulinie wybrano Józefa Dudkiewicza, a 6 lat później Alicję Janiuk.

Zaraz po wojnie wielu młodych gospodarzy wyjeżdżało na „ziemie odzyskane” w poszukiwaniu „lepszego życia” dla siebie i swoich dzieci, dlatego też liczba mieszkańców i w kolejnych latach malała. Stare Załucze stanowiło jedno z 6 w gminie miejscowości, w której zaraz po zakończeniu wojny utworzono rolną spółdzielnię produkcyjną. W tych latach we wsi Gminna Spółdzielnia „Samopomoc Chłopska” utworzyła punkt skupu mleka.

Największym utrapieniem dla rolników w okresie stalinizmu (do 1956 roku) były wysokie podatki i konieczność przymusowego skupu zboża. W 1951 roku zrealizowano w Starym Załuczu jedynie 48% planu kontyngentowego. W protokole sesji sołtysów znajdujemy wypowiedź sfrustrowanego tym faktem gminnego sekretarza PZPR Bolesława Szalasta: W czasie objazdu gminy stwierdził, że nie wszystkie gromady należycie wywiązują się z obowiązku planowanego skupu zboża, a w wielu nawet przypadkach napotkał się na zebraniach gromadzkich wprost na oporność gospodarzy w realizacji tego planu, jak to miało miejsce w gromadzie Stare Załucze.76 Z tego też powodu władze gminne szybko zaczęły szukać winnych tego stanu. Na liście z największymi zaległościami w gminie znalazł się Edward Siwiński z 600 kg zboża. Winnym uznano również sołtysa Michała Brudza, którego odwołano ze stanowiska. Jemu i 5 innym sołtysom zarzucono na posiedzeniu GRN brak troski o oczyszczanie aparatu rad z wrogich elementów, który jawnie toczył do chwili obecnej krecią i wrogą robotę w wykonaniu naszych planów Państwowych.77 Brudz ostatecznie został ponownie wybrany sołtysem. W latach 1952-1953 na rolników z większymi zaległościami w dostawie zboża nałożono kary finansowe, sięgające średnio 1.000 złotych. Ukarano wówczas Karola Rentflejsza, Natalię Górko, Kazimierza i Reginę Górnieckich, Mieczysława Kozyrskiego, Stefana Świerszcza, Wacława Arciszewskiego, Bronisława Tchórza oraz Władysława Kaczmarzewskiego. W 1954 roku radny Władysław Solecki niewykonanie pełnego planu tłumaczył brakiem maszyn do omłotu.78 Sam Solecki został na sesji wymieniony, jako jeden z przodujących w realizacji dostaw w całej gminie.

Młyn Edwarda Siwińskiego przestał pracować już w 1946 roku ze względu na obłożenie młynarzy wysokimi podatkami. Nie lepiej mieli kowale. Na posiedzeniu GRN jeden z delegatów uskarżał się w 1949 roku, że kowale likwidują swoje warsztaty pracy od nadmiernych wymiarów podatkowych, przez co gospodarze nie mają możności reperacji potrzebnych narzędzi rolniczych w okresie robót polnych.79

Liczba gospodarstw malała, gdyż na mapie topograficznej z 1965 roku w Starym Załuczu zaznaczono już tylko 75. Dwa z nich – własności Aleksandra i Zbigniewa Rentlejszów – spłonęły w pożarze z września 1961 roku. Akcję ratunkową opisał Henryk Kapłon: Ratunek jest niemożliwy z powodu braku wody. Do pożaru przyjeżdża straż z Czarnego Lasu z sikawką ręczną. Sikawka zostaje podłączona do studni przy szkole, ale po siedmiu minutach pracy okazuje się, że nie ma wody. Druga z kolei przyjeżdża straż z Nowego Załucza z motopompą, Ci próbują wodę czerpać od jeziora Łukie. Trzecia straż przyjeżdża z Woli Wereszczyńskiej też z motopompą. Teraz, po połączeniu dwóch motopomp i przewodów na wodę, woda popłynęła ostrą strugą do palących się budynków. W tym czasie przyjeżdża straż z Cycowa, a po tej przyjeżdża straż z Włodawy samochodami. Przy takim składzie można już stoczyć walkę z szalejącym żywiołem. Jednak i przy takim składzie nie udało się już nic uratować. Budynki spłonęły, ale ogień przestał dalej szaleć. Pogorzelcy zostali pozbawieni żywności i paszy dla bydła.80

W latach siedemdziesiątych liczba gospodarstw jeszcze bardziej spadła, gdyż zanotowano ich już 71. Na zwiększenie populacji wsi nie wpłynęła przeprowadzona w latach 1967-1970 melioracja łąk i komasacja gruntów z 1979 roku. W połowie lat osiemdziesiątych w Starym Załuczu zamieszkiwało około 190 osób, był to więc spadek o ponad połowę w porównaniu ze stanem ludności z lat 1943-1945.

Na spadek ludności wpływ miał brak drogi asfaltowej. Według planów inwestycyjnych Powiatu Włodawskiego z 1973 roku w drugiej połowie lat siedemdziesiątych wybudować miano drogę z Zawadówki przez Nowe i Stare Załucze do Rozpłucia, ale planu nigdy nie zrealizowano. W latach osiemdziesiątych połączenie drogowe miano wykonać z Dębowca do Starego Załucza. Inwestycja ta doczekała się realizacji i to wcześniej niż zakładano. Dzięki staraniom Stefana Siwika, zarządzającego miejscowymi państwowymi gospodarstwami rolnymi, drogę o nawierzchni asfaltowej wybudowano pod koniec lat siedemdziesiatych. PGR miał u nas grunty, a były problemy z dojazdem, więc Siwik wystarał się nam tą drogę – wspomina Czesław Świerszcz.

We wsi utworzono kaplicę rzymsko-katolicką. Początkowo był to poniemiecki budynek drewniany z niewielkim chórkiem, a wewnątrz mieszczący 4 rzędy ławek. Na początku lat siedemdziesiątych drewniana kaplica została sprzedana, a w jej miejscy wybudowano nową, murowaną, p.w. Matki Boskiej Ostrobramskiej.

Funkcjonował sklep spółdzielczy, najpierw u Arciszewskich, a w latach sześćdziesiątych został przeniesiony do budynku Wacława Rentflejsza. W latach pięćdziesiątych największe problemy dotyczyły braku towaru, nawet produktów najbardziej powszechnych. Przyczyną tego stanu była uznaniowość magazynierów gminnej spółdzielni, o czym latem 1951 roku mówił na sesji odwołany prezes Józef Szkutnik: Jak Sklepowa z Załuczu Starym pobierając towar w magazynie w przesyłce miała wystawiony cukier, jednak go niepobrała z nieznanych powodów, a magazynier ten cukier przekazał na gromadę Andrzejów mimo, że był tam nie przyznany, a gromada Załucze i inne gromady cierpią na brak cukru.81

Wieś otaczają głównie lasy, bagna i łąki. Od południa uroczyska Grądy, Kirkuty i Chmieliska (ze względu na podmokłość terenu nazywane także Małym i Dużym Błotem) oraz lasy Serwituty, Działki i Odpadek, zaś od północy uroczyska Spławy, Mechowiska i Łąki Stare oraz zakrzaczenia Brzeziny. Mówili, że tam kiedyś był cmentarz żydowski, ale nie pamiętam, żeby były jakieś nagrobki82 – opowiada Gabriela Leszczyńska. Te samo miejsce niektórzy jeszcze nazywają „Za Chaimem”, od mieszkającego przed wojną Żyda Chaima. Jeszcze w tych latach zasiedlone było uroczysko Dyszczytno, dziś jest wyludnione, a po istniejących zabudowaniach pozostał jedynie 1 budynek gospodarczy. Podmokłość terenu sprawiała, że żadna produkcja na tutejszych glebach nie przynosiła spodziewanych plonów zwłaszcza, że mieszkańcy w ogóle nie stosowali jeszcze nawozów. Trudne warunki do gospodarowania powodowały, że większość ludzi młodych wyjeżdżało do miasta, za lepszym życiem. Srogie zimy z 1963 i 1964 roku (do -40 C.) sprawiły wymarznięcie prawie wszystkich drzew owocowych, a straty w uprawach polowych potęgowały letnie susze. Sytuację w rolnictwie nie poprawiła bardzo przeprowadzona melioracja. W połowie lat siedemdziesiątych aż połowa tutejszych gospodarzy była chętna do zdania gospodarstwa na rzecz państwa, byle by tylko uzyskać rentę. Jeden z odwiedzających te tereny dziennikarzy „Sztandaru Ludu” pisał w 1975 roku następująco: W Załuczu ziemia już leży odłogiem… Ale jak ją zagospodarować, skoro do wsi nie ma drogi, a po bagnach maszyny z PGR Andrzejów – jedynej jednostki mogącej wykorzystać te odłogi – nie przejadą. (…) Bez drogi ziemia nie da nawet minimalnych plonów, za kilka lat porosną ją karłowate krzewy, bagno przejmie ją we władanie.83 W wyniku przeprowadzonej pod koniec lat siedemdziesiątych melioracji połączono rozdrobnione mocno gospodarstwa (niektóre składały się nawet z 30 części).



    1. Szkolnictwo

Zaraz po wojnie odtworzono we wsi nauczanie w jednoklasowej szkole powszechnej. Jej pierwszym powojennym nauczycielem został Piskorski, następnie Edward Siwiński, a po nim uczyła Leokadia Łukasiewicz. W 1946 roku wstrzymano nauczanie, jednakże już w listopadzie 1947 roku na okres dwudziestu lat przybył nauczyciel Henryk Kapłon. Warunki lokalowe, jakie zastał, nie przedstawiały się najlepiej. W środku budynku zastałem istny niesamowity bałagan, ławki połamane, podłoga zniszczona, ściany poobdzierane, dach przecieka. Po tygodniu pracy razem z rodzicami zdołaliśmy doprowadzić budynek do jakiegoś znośnego porządku84 – zapisał w kronice szkolnej Henryk Kapłon. W dalszej części opisał warunki nauczania: Praca nie była łatwa, ponieważ brakowało podręczników. Zeszyty były tak liche, że nie można było w nich pisać atramentem, bo rozlewał się. Trzeba było z konieczności pisać ołówkiem. Poza tym szkoła nie posiadała pomocy naukowych. Biblioteki też nie było. Wszystko trzeba było zdobywać z wielkim uporem.85 W przetrwaniu pierwszej zimy pomogli mieszkańcy. Nikodem Krzyżanowski zabezpieczył drewno na opał, a w pracach nad poprawą warunków lokalowych wyróżnili się Władysław Grzegorczyk, Michał Serafin i Stanisław Czech. Jednak kapitalny remont przeprowadzono dopiero w latach 1955-1956.

Henryk Kapłon rozpoczął nauczanie już w 4 klasach. W roku szkolnym 1947/1948 do szkoły zapisało się aż 117 uczniów, jednakże z upływem miesięcy i lat liczba ta drastycznie malała. W kolejnym roku w kwietniu otwarto szkołę w Grabniaku, a we wrześniu w Dębowcu. Ponadto wiele rodzin wyjechało na Ziemie Odzyskane, wobec powyższego z dniem 1 września naukę w szkole rozpoczęło już tylko 27 dzieci. Czterokrotne zmniejszenie liczby wyeliminowało przeludnienie w klasach. W nowym roku szkolnym zakupiono z funduszu komitetu rodzicielskiego 54 książek, które stworzyły zaczątek szkolnej biblioteczki. W kolejnych latach biblioteka „rosła” o nowe tomy, w 1953 roku było ich prawie 500. Od września 1949 roku nauczanie odbywało się już w pięciu klasach (25 dzieci), w 1961 roku lekcje w szkole rozpoczęło tylko 13 dzieci, jednak już po roku liczba uczniów wzrosła do 20. Pierwszym woźnym w 1947 roku został Bolesław Ośko, po roku zastąpił go Stanisław Struszewski, a następnie już na dłuższy okres tę funkcję objął Stanisław Wałecki.

Oprócz nauczania dzieci Henryk Kapłon starał się aktywizować starszych mieszkańców i rozwijać formy edukacji pozaszkolnej. W 1950 roku przeprowadził kurs czytania i pisania dla dorosłych analfabetów, który ukończyło 17 osób. Tego samego roku rozpoczął działalność przyszkolny teatrzyk. Każdego roku wystawiano nowe sztuki, zaczęto do „Werbla domowego”, „Wojskowej kuracji”, czy „Stryj przyjechał”, „Żyd swatem”, „Pojednanie”. W połowie lat pięćdziesiątych dzieci rozpoczęły uprawiać kukurydzę żółtą, czerwoną i odmiany zwanej „koński ząb”, a wyrosłe ziarno wykorzystywano w gospodarstwach rodziców. Dzięki tej akcji uprawa kukurydzy rozpowszechniła się niemalże wśród wszystkich gospodarzy. Każdej zimy dokarmiały natomiast kuropatwy, ustawiając na polach karmniki. Pod koniec dekady utworzono Szkolną Kasę Oszczędności oraz filię Uniwersytetu Powszechnego, na wykłady którego w pierwszym roku zapisało się 28 osób.

Od 1959 roku mieszkańcy wsi Grabniak, Stare i Nowe Załucze podejmowali starania wybudowania nowej, murowanej szkoły w ramach programu „Pomnika Tysiąclecia Państwa Polskiego”, tworząc Komitet Budowy Szkoły. Inwestycję postanowiono zlokalizować w Starym Załuczu, a decyzję o budowie w 1960 roku podjęła Gromadzka Rada Narodowa w Woli Wereszczyńskiej. Prace rozpoczęto nawiezieniem piachu dopiero w 1963 roku, ale ekipa Chełmskiego Przedsiębiorstwa Budowlanego rozpoczęła budowę w czerwcu następnego roku. Z powodu braku wykwalifikowanych robotników wiele prac wykonali mieszkańcy. Uroczystość wmurowania aktu erekcyjnego nastąpiła w dniu 29 sierpnia z udziałem władz gromadzkich i powiatowych.

Dzieci i nauczyciele przeprowadzili się do nowego budynku szkolnego dopiero w 1967 roku, starą szkołę rozebrano. Do kręgu szkolnego nowej placówki oprócz Starego Nowego Załucza przyłączono Grabniak, a także Dębowiec. W latach sześćdziesiątych funkcję kierownika szkoły pełnił Józef Kierepa, poza nim uczyła jego żona Alina, Iwona i Stanisław Wiechnikowie, Henryk Kapłon, Jan Aleksandrowicz oraz Władysława Biernacka. W latach siedemdziesiątych Kierepowie odeszli do Chełma, Henryk Kapłon po konflikcie z kierownikiem Kierepą do Piaseczna, a nowym dyrektorem został Jan Ulman z Zawadówki. Ze względu na małą liczbę dzieci nowy dyrektor w 1976 roku zredukował klasy z sześciu do czterech, a następnie w 1978 roku przeprowadził likwidację szkoły. W latach osiemdziesiątych szkoła wznowiła nauczanie. W domu Pawlędziów funkcjonowała natomiast biblioteka wiejska.



    1. Życie społeczno-kulturowe mieszkańców

Miejscowość stała się znana na okolice ze względu na licznie występujących tu ludzi, wykonujących tradycyjne zawody rzemieślnicze. Jeszcze dziś niektórzy mieszkańcy wykonują naczynia oraz kosze z wikliny, jak i z trawy trzęślicy modrej. W stodołach można spotkać urządzenia do wyrobu mat słomianych do ocieplania mieszkań. Stare Załucze i sąsiedni Czarny Las stanowiły prężny ośrodek produkcji takich mat w regionie. W latach dziewięćdziesiątych produkcją mat zajmował się mieszkaniec Franciszek Podleśny, który nauczył się tegoż kunsztu od ojca Bolesława, natomiast we wcześniejszych latach maty produkowali Henryk Górko, Jerzy Górniecki i Lucjan Dziubiński. Maty wykonywano z trzciny pozyskiwanej w okresie zimowym, a ciętej po lodzie. W latach siedemdziesiątych Franciszek Podleśny ścinał nawet 3 tysiące snopów, z których był w stanie wykonać od 200 do 300 mat rocznie. Sprzedawane były głównie na obszarze gminy, jak również poza jej granicami na obszarze całego województwa. Maty trzcinowe wykorzystywane były przede wszystkim do ocieplania budynków, drzew owocowych, czy też uli. W okresie nowego tysiąclecia zawód ten został zapomniany, a drewniane maciarnie zostały najczęściej rozebrane, bądź też gniją gdzieś porzucone.

W okresie Polski Ludowej zamarły tradycje kowalskie, a przecież przed wojną wyroby ze Starego Załucza były słynne na okolice. Upadek załuckiego kowalstwa nastąpił wraz ze śmiercią w 1962 roku najsłynniejszego kowala Seweryna Szajewskiego, który oprócz wyrobów codziennego użytku kuł również dzieła artystyczne. Jego rękodzieła zdobywały nagrody na wystawach o randze wojewódzkiej. O jego sankach, czy „wołyńskich wozach” Henryk Kapłon w kronice szkolnej pisał: Kiedy się spojrzy na tą robotę to trzeba wyrazić podziw dla człowieka, który to mógł zrobić prostymi przyrządami kowalskimi.86

Oprócz rękodzieła ludowego Stare Załucze słynęło na okolice z muzyki ludowej. Kapela załucka przez kilka dziesięcioleci po wojnie uświetniała swoją obecnością ważniejsze uroczystości, odpusty, czy też wesela wiejskie. Grali w niej Henryk Krzyżanowski i Kazimierz Szajewski na skrzypcach, Józef Grenda z Andrzejowa na klarnecie, Kazimierz Piskorski na perkusji, Stanisław Ośko na puzonie oraz Władysław Grzegorczyk na akordeonie.

Już od 1950 roku w Starym Załuczu zaczęło działać Koło Gospodyń Wiejskich, które najpierw pod kierownictwem Reginy Serafin, a od 1963 roku Alicji Janiuk. Rok po objęciu Alicja Janiuk zarejestrowała organizację. Do koła należało wówczas 13 pań, a ich działalność przejawiała się w uczestnictwie społecznym. Panie pomagały w budowie remizy strażackiej, budowie szosy. Prowadzono zbiorową odchowalnię około 800 sztuk piskląt, organizowano kursy garmażeryjne, zabawy taneczne, uroczystości typu choinka, dni dziecka, czy też pierzarki, na których nie brakowało śpiewów i żartów.87 Być może takie wspólne wieczory wpłynęły na decyzję o utworzeniu zespołu ludowego „Załuczanie”. W 1983 roku do koła należało 19 pań, zespół śpiewaczy postanowiło stworzyć kilka z nich (Alicja Janiuk, Gabriela Leszczyńska, Stanisława Świerszcz i Maria Brudz). Panie wsparli panowie w osobach Mieczysława Brudza z akordeonem i Hipolita Wysockiego. Już w pierwszym roku artyści wyjechali na III Wojewódzki Przegląd Zespołów Ludowych. Hucznie obchodzono dwudziestolecie koła, na którym swoje umiejętności zaprezentowali miejscowi śpiewacy. Goszczące władze gminne powitano ponadto stołem suto zastawionym regionalnymi kulinariami.

W 1957 roku powstały kolejne organizacje, tj. Związek Młodzieży Wiejskiej i Kółko Rolnicze. Prezesem kółka na okres kilku lat został Stefan Lamorski. Już w kolejnym roku sprowadziło żyto selekcyjne, które okazało się znacznie wydajniejszym od dotychczas sianego. W szkole pod okiem gromadzkiego agronoma, lekarza weterynarii Janczury, organizowano kursy rolnicze.

W 1968 roku zawiązała się jednostka Ochotniczej Straży Pożarnej. Przez kilkadziesiąt lat jej istnienia zapisało się do niej 33 ochotników. Pierwszym naczelnikiem został Józef Klepacki, jego zastępcą Lucjan Dziubiński, a mechanikami Hipolit Tomaszewski oraz Janusz Świerszcz. W ramach czynu społecznego strażacy wybudowali w 1977 roku remizę strażacką ze świetlicą wiejską, służącą im do wszelkich spotkań i uroczystości wiejskich.





  1. Stare Załucze współcześnie

Obecnie zaludnienie w Starym Załuczu spadło jeszcze bardziej w porównaniu ze stanem sprzed dziesięcioleci, gdyż na początku milenium zamieszkiwało we wsi już tylko 105 osób, ale do 2007 roku liczba zameldowanych osób wzrosła do 147, żyjących w 27 gospodarstwach rolnych. Zdaje się, iż tendencja wzrostowa będzie się utrzymywała, gdyż do końca grudnia 2009 roku liczba zameldowanych zwiększyła się do 149 osób. W 2000 roku we wsi wybudowano oświetlenie uliczne. Tak dynamiczny wzrost w dość krótkim czasie spowodowany jest bardzo dużym napływem wczasowiczów, którzy licznie wykupują pozostałe chaty wiejskie lub też stawiają nowe i często decydują się na zamieszkiwanie całoroczne. Co raz mniej osób zajmuje się rolnictwem, wielu mężczyzn utrzymuje swoje rodziny pracując w pobliskiej Kopalni Węgla Kamiennego w Bogdance.

W wyborach samorządowych do Rady Gminy w Urszulinie w 1998 roku mieszkańcy wybrali swojego przedstawiciela w osobie Henryka Janowskiego, którego z kolei wybrano zastępcą przewodniczącego rady. W 2006 roku na czteroletnią kadencję wybrano Mirosławę Rentflejsz. Obecnym sołtysem wsi jest mąż Pani Mirosławy –Waldemar Rentflejsz.

Wieś przeżywa kolejny rozwój począwszy od lat dziewięćdziesiątych, a to za sprawą dziewiczej przyrody. Choć wskutek przemian ustrojowych zamknięto szkołę, jak też przestała funkcjonować jednostka Ochotniczej Straży Pożarnej, to w 1993 roku w budynku szkolnym umieszczono Ośrodek Dydaktyczno-Muzealny Poleskiego Parku Narodowego (PPN). Znajduje się w nim muzeum etnograficzne, w którym umieszczone zostały eksponaty zebrane od okolicznych mieszkańców. Przez wieś przebiega kilka szlaków turystycznych, zarówno pieszych, jak i rowerowych. Wyjątkowość wsi zauważają z czasem mieszkańcy miast, dlatego też dość szybko powstają zabudowania letniskowe, jak też i wykorzystywane całorocznie.

Na wyjątkowy klimat wsi składa się dziewicza przyroda, czyli okoliczne lasy i jeziora, jak też zachowana częściowo zabudowa poleska. Niestety w latach dziewięćdziesiątych zawaleniu ulęgła typowa chata poleska Kowalskich, która stała we wsi prawdopodobnie od czasu jej założenia. Do niedawna znajdowały się dwa młyny koźlaki, postawione jeszcze w XIX wieku. Jeden w latach dziewięćdziesiątych został rozebrany, a drugi spłonął na początku lat osiemdziesiątych. Po mieszkańcach narodowości niemieckiej pozostały jedynie stare i zarośnięte krzyże. Do dnia dzisiejszego przetrwał, ale mocno zniszczony, nagrobek Johana Roha.

We wsi rośnie około czterystuletni dąb szypułkowy nazywany przez mieszkańców „Wieszatiel”. Nazwa dębu zaczerpnięta została z tragicznych wydarzeń, jakie miały miejsce w drugiej połowie dziewiętnastego stulecia. Prawdopodobnie wieszano na nim uczestników powstania, jak i unitów, którzy nie chcieli przejść na wiarę prawosławną. O dębie pisano wiersze, chociażby Alicja Janiuk, liderka zespołu obrzędowego „Załuczanie”.

Wyrosłeś sobie przy drodze,

Nikt Cię nie pamięta.

Ile tu stoisz w tym miejscu

Niczyja pamięć nie sięga.

Były już wojny, zwycięstwa,

Walki, niewole i zgliszcza.

Wciąż stoisz dumnie przy drodze

Strzegąc swej ziemi ojczystej.

Piękne te twoje konary

Na wszystkie strony rozpięte

I szepczesz liśćmi swoimi

O czasach już niepamiętnych.

Zadbali o Ciebie ty dębie najgrubszy,

Choć serca już nie masz, bo jesteś już pusty.88

Na rozstaju dróg już od ponad 100 lat stoi murowana kapliczka. Została postawiona w 1905 roku przez mieszkańców wyznania katolickiego, którzy tym sposobem zamanifestowali swoją radość z wydania ukazu tolerancyjnego, wprowadzającego na ziemiach polskich swobodę wyznania.

Wieś rozsławia zespół obrzędowy „Załączanie”. Do artystów z pierwszego składu przystępowali kolejni – Czesław Świerszcz, Aleksander i Władysława Radko, Stanisława Dziubińska, Janina Biernacka i inni. „Załuczanie” uświetniają śpiewem uroczystości gminne i powiatowe, tworzą wieńce dożynkowe, które niejednokrotnie były prezentowane na dożynkach wojewódzkich, uczestniczą w wystawach rękodzieła ludowego, jak i pokazach kuchni regionalnej.

Od 2004 roku artyści ludowi pod okiem osiadłej w Nowym Załuczu Jadwigi Górnej rozpoczęli działalność teatralną. Pierwszą scenką były „Pierzaki”, przygotowaną na XV Powiatowy Przegląd Widowisk Obrzędowych w Hańsku. Liderka zespołu pisze w kronice, że na pierzaki schodziły się kumy i przy pogaduszkach i śpiewach zgrabnie rwały pierze, oddzielając puch od pałek, których broń Boże nie można było palić. Należało je rozsypać po drodze, żeby kawalerowie wiedzieli, gdzie panny mieszkają. Wesoło było na pierzarkach, bo i młodzież i muzykanty lubili zaglądać do skubiących niewiast. Często też na poczekaniu „rodziły” się prześmiewcze piosenki, jak ta o Kasi:

Oj Kasiu, Kasieńko, cożeś tak zdurniała,

Że na stare lata chłopa brać byś chciała.

On stary, oj stary i niewiele może,

A i Ty Kasieńko niemłoda niebożę.89

Scenkę oprócz Alicji Janiuk grali Krystyna Piskorska, Krystyna Kotwa, Janina Biernacka, Teresa i Henryk Liberowie z Urszulina, Stanisława Dziubińska i Alicja Moskwa z Michałowa. Niestety, ale jak zauważa jedna z bohaterek, ten pikny zwyczaj pomału umiera. Każdy dziś ino sobie patrzy. Wincej teraz zazdrości niżli życzliwości.90

Na kolejny rok przygotowano scenkę „Od ziarenka do włókienka”. W kronice Alicja Janiuk w uzasadnieniu wyboru tematu napisała: Postanowiliśmy przypomnieć wszystkim, jak to z lnem bywało, bo przecież wiadomo, że len spełniał bardzo ważną rolę w życiu ludu.(…) Scenka ukazuje jedno ogniwo z szeregu prac, jakie trzeba wykonać, aby zielona łodyżka zmieniła się w mocną, lnianą nić. A droga to długa, bo najpierw trzeba było len zasiać, potem wyrwać z korzeniem, potem długo moczyć, potem je wysuszyć, potem mocno w międlicy wymiędlić i jeszcze cierlicą poprawić, co by włókno z łodygi wydobyć. Potem jeszcze na kołowrotku uprząść trzeba nić i dopiero z nich płócienko na krosienkach tkać można. Międlenie to ciężka praca. Kobiety najczęściej wykonywały ją na toku, w stodole, a że czas się dłużył, to uprzyjemniały sobie pracę śpiewaniem i przeróżnymi opowieściami. A że to pora jesienna była i wieczór szybko nadchodził, to i opowieści o stratach i utopiach często na myśl przychodziły.91 Do przedstawienia scenki zaproszono młodzież – Barbarę, Annę i Irenę Janowskie, Monikę Brudz oraz Łukasza Ośko.

Ze scenką „Kiszenie kapusty” artyści ze Starego Załucza wyjechali w 2008 roku na XXXIII Międzywojewódzki Sejmik Wiejskich Zespołów Teatralnych w Tarnogrodzie. Alicję Janiuk, Krystynę Piskorską, Janinę Biernacką, Stanisławę Dziubińską wzmocnili Władysława i Aleksander Radkowie z Grabniaka oraz Zbigniew Szymański z Nowego Załucza. W jesiennej porze wytaczano ogromne dębowe beczki i zabierano się do kiszenia kapusty92 zapisała Alicja Januk. Czwarta scenka „Swaty przy grochowinach” jest ostatnią w dorobku zespołu. Przedstawienie przygotowały dotychczasowi aktorzy-amatorzy oraz Lucyna Jung, Jolanta Rutkowska i Elżbieta Chwedczuk - wszystkie panie z Dębowca.



Źródła i literatura

Źródła:

  • Kurjer Lubelski”, Lublin, nr 328 z 1932 roku, http://biblioteka.teatrnn.pl;

  • Podlasiak. Tygodnik polityczno-społeczno-narodowy, poświęcony sprawom ludu podlaskiego”, Biała Podlaska, nr 43 z 1923 roku, nr 23 z 1928 roku, www.bbc.mbp.org.pl;

  • Sztandar Ludu”, Lublin, nr 65 (9564) z 1975 roku, artykuł Stanisława Jadczaka pt. „Dajcie helikopter!”;

  • Tygodnik Chełmski”, Chełm, nr 46 z 1983 roku, nr 23 z 1985 roku, nr 8 i 16 z 1990 roku, http://cyfrowa.chdp.chelm.pl;

  • Ziemia Włodawska”, Włodawa, numery z lat 1924-1929: nr 14 z 1924 roku, nr 5-6 z 1925 roku; nr 12-13 z 1928 roku; nr 14 z 1929 roku;

  • Życie Urszulina. Czasopismo Gminy Urszulin”, nr 1 (7) z 2000 roku;

  • Akta gminy Wola Wereszczyńska w Urszulinie (nr zespołu 74/0), Archiwum Państwowe w Lublinie Oddział w Chełmie;

  • Archiwum Szkoły Podstawowej w Woli Wereszczyńskiej;

  • Canadian Expeditionary Force. 144th Battalion, 1917, www.archive.org;

  • Carte von West-Gallizien In den Jahren von 1801 bis 1804, Anton Mayer von Heldensfeld, http://teca.bncf.firenze.sbn.it;

  • Cholmskaja Gubernia 1914 g., Chełm 1914, http://cyfrowa.chdp.chelm.pl;

  • Dokumenty w zbiorach Seweryny Piskorskiej ze Starego Załucza, Edmunda Brożka z Włodawy, Maryli Kowalczyk (z domu Zwierz) z Lublina;

  • Dokumenty w zbiorach własnych autora;

  • Dokumenty w zbiorach Zarządu Miejsko-Gminnego Polskiego Stronnictwa ludowego we Włodawie;

  • Dziennik Urzędowy Guberni Lubelskiey, nr 24 i 37 z 1845 roku, www.dlibra.umcs.lublin.pl;

  • Dziennik Urzędowy Gubernii Podlaskiej, nr 21 z 1837 roku, http://bbc.mbp.org.pl;

  • Dziennik Urzędowy Wojewódzkiej Rady Narodowej w Chełmie, nr 1 z 1978 roku, nr 1 z 1984 roku, http://cyfrowa.chdp.chelm.pl;

  • Dziennik Urzędowy Wojewódzkiej Rady Narodowej w Lublinie, nr 3 z 1953 roku, nr 1 z 1955 roku, nr 4 z 1958 roku, nr 17 z 1965 roku, http://cyfrowa.chdp.chelm.pl;

  • Garbowski Henryk, Szlaki bez drogowskazów. Z Wołynia przez Polesie w Lubelskie, Poznań 2001;

  • Hucał Michał, Kantoraty i osady ewangelickie w Parafii Cyców na 1 II 1929;

  • Jabłonowski Aleksander, Epoka przełomu z wieku XVI-go na XVII-sty, Dział II-gi „Ziemie Ruskie Rzeczypospolitej”, Warszawa-Wiedeń 1899-1904, www.wbc.poznan.pl;

  • Janiuk Alicja, O dębie, w zbiorach własnych autora;

  • Komenda Powiatowa Policji Państwowej we Włodawie (nr zespołu: 467), Archiwum Państwowe w Lublinie;

  • Kronika Koła Gospodyń Wiejskich w Starym Załuczu, spisana przez Alicję Janiuk;

  • Kronika Szkoły Podstawowej w Woli Wereszczyńskiej:

  • Kronika Szkoły Podstawowej w Załuczu Starym, lata 1947-1964, spisana przez Henryka Kapłona.

  • Kronika rodziny Smętkowskich, spisana przez Mariana Smętkowskiego;

  • Księga adresowa Polski (wraz z W.M Gdańsk) dla handlu, przemysłu, rzemiosł i rolnictwa, 1928, www.wbc.poznan.pl;

  • Księgi donacyjne Parafii Rzymskokatolickiej p.w. św. Stanisława Biskupa Męczennika w Wereszczynie;

  • Księgi urodzeń, ślubów i zgonów Parafii Rzymskokatolickiej p.w. św. Stanisława Biskupa Męczennika w Wereszczynie;

  • Liniewski Józef Seweryn, Pamiętnik, Fragment z lat 1861-1864, wstęp i oprac.: Józef Tomczyk, [w:] Powstanie styczniowe na Lubelszczyźnie. Pamiętniki 1863 r. Lublin 1966;

  • Lubelski Dziennik Wojewódzki, nr 15 z 1931 roku, nr 5 z 1932 roku, http://cyfrowa.chdp.chelm.pl;

  • Mapa topograficzna Polski, Warszawa, układ 1965 i 1992, www.geoportal.gov.pl;

  • Mapa Wojskowego Instytutu Geograficznego, Warszawa 1938;

  • Marcyniuk Lucjan, Historia rodu Arciszewskich, www.arciszewski.rdx.pl;

  • Nadbużański Zryw. Wspomnienia z lat okupacji hitlerowskiej majora Romualda Kompfa ps. „Rokicz”, byłego D-cy III Bat. 7 pp. AK, [w:] Zeszyty Muzealne, Tom XV, Włodawa 2008;

  • Otto Fresenius, www.digada.de;

  • Pierwszy Powszechny Spis Ludności z dnia 30 września 1921 roku. Główny Urząd Statystyczny Rzeczypospolitej Polskiej, Warszawa 1923, Tom IV – Województwo Lubelskie;

  • Płusa Halina Elżbieta, Stare Załucze. Monografia wsi, Kielce 1987 (sygn. 96), Archiwum Zakładowe Chełmskiej Delegatury Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków;

  • Roczniak Tadeusz, Historia Uściwierza i okolic. Czasy teraźniejsze, dawne i jeszcze dawniejsze …, www.usciwiesz.juz.pl;

  • Spis strażaków jednostek OSP Powiatu Włodawskiego, dokonany przez Komendę Powiatową Straży Pożarnej we Włodawie około 1970 roku;

  • Sprawozdanie Związku Kółek Rolniczych Województwa Lubelskiego i Wołynia za 1920 rok, Lublin 1921, www.dlibra.umcs.lublin.pl;

  • Sprawozdanie Związku Kółek Rolniczych Województwa Lubelskiego za 1921 i 1922 rok, Lublin 1922-1923, www.dlibra.umcs.lublin.pl;

  • Starostwo Powiatu Włodawskiego (nr zespołu 416/4), Archiwum Państwowe w Lublinie;

  • Starostwo Powiatowe we Włodawie (nr zespołu 6/0, dokumenty z lat 1944-1953), Archiwum Państwowe w Lublinie Oddział w Chełmie;

  • Sulimierskiego Filip, Chlebowski Bronisław, Walewski Władysław, Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich, tom 14, Warszawa 1880-1902, http://dir.icm.edu.pl;

  • Tabele likwidacyjne (nr zespołu 168/0), Archiwum Państwowe w Lublinie;

  • Topograficzna Karta Królestwa Polskiego z 1839 roku;

  • Trzewik Michał, Stare Załucze. Inwentaryzacja konserwatorska młyna wietrznego, Lublin 1980 (sygn. 39), Archiwum Zakładowe Chełmskiej Delegatury Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków;

  • Ubersichtsblatt der Karte des westlichen Russlands z lat 1911-1915;

  • Wojewódzki Urząd Spraw Wewnętrznych w Lublinie – materiały administracyjne. PUBP Włodawa 1944-1964. Instytut Pamięci Narodowej o/Lublin;

  • Wspomnienia mieszkańców: Eugenia Jung (z domu Sochaczewska) z Dębowca; Janina Pawlędzio (z domu Lamorska) ze Starego Załucza, Antoni Stefaniuk z Lipniaka, Józef Kujawski z Babska; Stanisław Lutomski z Babska; Stanisław Ośko z Czarnego Lasu, Janina Sempruch (z domu Radzimowska) z Urszulina; Marian Kapała z Wiązowca, Gabriela Leszczyńska (z domu Kapała) ze Starego Załucza, Helena Wałecka (z domu Janowska) ze Starego Załucza; Cecylia Zabłuda (z domu Krzyżanowska) z Wereszczyna; Stanisława Sidorowska (z domu Arasimowicz) z Zabrodzia; Krzysztof Arasimowicz ze Świdnika; Danuta Bohdanowicz (z domu Ulasińska), Ewa Strullu-Ulasińska; Renata Grzelak ze Płocka; Michał Ośko z Nowego Załucza, Czesław i Zofia (z domu Solecka) Świerszczowie ze Starego Załucza; Wanda Kapłon (z domu Dudkiewicz) ze Starego Załucza; Genowefa Stadnik (z domu Kopron) z Wólki Cycowskiej; Marianna Panasiuk (z domu Górniecka) ze Starego Załucza, Wacław Renflejsz ze Starego Załucza, Irena Smagała-Pękała z Sopotu, Maryla Kowalczyk (z domu Zwierz) z Lublina, Stanisław Pasikowski z Woli Uhruskiej;

  • www.familysearch.org;

  • www.yadvashem.org.

 

Literatura:

  • Bem Marek, Maciarstwo. Przyczynek w sprawie ginącego rękodzieła, [w:] „Zeszyty muzealne”, t. I, Włodawa 1994;

  • Caban Ireneusz, Machocki Edward, Za władzę ludu, Lublin 1975;

  • Caban Ireneusz, Oddziały Armii Krajowej 7 Pułku Piechoty Legionów, Lublin 1994;

  • Giemza Zbigniew, Czary, zmory i upiory, czyli czego się bali ludzie na Polesiu; Urszulin 2007;

  • Giemza Zbigniew, Piotrkowski Wiesław, Historia ziem Polskiego Parku Narodowego, www.poleskipn.pl;

  • Giemza Zbigniew; Historia miejscowości Gminy Urszulin, [w:] „Liderzy Polesia”, Cyców, nr 3 z 2007 roku;

  • Główka Michał, Migracje ludności na terenie gminy Wola Wereszczyńska w latach 1945-1953, Lublin 2011;

  • Kłapeć Janusz, Warunki życia wysiedlonych w dystrykcie lubelskim w latach 1939–1944, [w:] Annales UMCS, Tom LX, Lublin 2005;

  • Kołacz Małgorzata, Tarasiuk Dariusz, Dzieje Gminy Sosnowica. Analiza potencjału historycznego, Sosnowica 2007;

  • Kończal Małgorzata, Konwersje 1905–1957 w Wereszczynie, Lublin 2008;

  • Kopiński Jarosław, Kilka uwag o śmierci Komendanta Obwodu AK Włodawa Kapitana Józefa Milerta „Sęp”, „Kowalski”, [w:] „Rocznik Chełmski”, Chełm, t. 5 z 1999 roku, http://cyfrowa.chdp.chelm.pl;

  • Makus Grzegorz, Bracia wyklęci. Działalność oddziału partyzanckiego Obwodu WiN Włodawa Leona Taraszkiewicza „Jastrzębia” i Edwarda Taraszkiewicza „Żelaznego” w latach 1945-1951, Lublin 2011;

  • Makus Grzegorz, Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa we Włodawie w walce z polskim podziemiem niepodległościowym w latach 1944-1947, Włodawa 2009;

  • Luck Kurt, Die deutschen Siedlungen im Cholmer und Lubliner Land, Poznań 1933;

  • Pająk Henryk, „Jastrząb” kontra UB, Lublin 1993;

  • Piotrkowski Wiesław, Powstanie styczniowe w okolicach obecnego Polskiego Parku Narodowego [w:] Zeszyty muzealne, Tom X, Włodawa 2000;

  • Piotrkowski Wiesław, Zarys historii okolic Poleskiego Parku Narodowego, [w:] „Zeszyty muzealne”, Tom X, Włodawa 2000;

  • Przyborowski Walery, Dzieje 1863 roku, t. 4, Kraków 1905, http://mbpradom.pl;

  • Pudło Kazimierz, Tradycje używania bydła rogatego do prac pociągowych w gospodarstwach chłopskich w Polsce z końcem XIX i w I poł. XX w., [w:] „Lud”, tom 47 z 1961 roku, www.cyfrowaetnografia.pl;

  • Sobiecki Leonard, Z dziejów szkolnictwa podstawowego Powiatu Włodawskiego w okresie okupacji z uwzględnieniem tajnego nauczania, Lublin 1974;

  • Staszczak Zofia, Budownictwo chłopskie w Województwie Lubelskim (w XIX i XX wieku), Wrocław 1963;

  • Sulewski Wojciech, Rajd Werszyhory, Lublin 1971;

  • Śladkowski Wiesław, Kolonizacja niemiecka w południowo-zachodniej części Królestwa Polskiego w latach 1815-1915, Lublin 1969.

1 Halina Elżbieta Płusa, Stare Załucze. Monografia wsi, s. 31.

2 Zbigniew Giemza, Czary, zmory i upiory, czyli czego się bali ludzie na Polesiu.

3 Kurt Luck, Die deutschen Siedlungen im Cholmer und Lubliner Land, s. 51. Tłumaczyła Urszula Kiecka.

4 Halina Elżbieta Płusa, op. cit., s. 30.

5 Dziennik Urzędowy Gubernii Podlaskiej, nr 21 z 1837 roku, s. 423.

6 Józef Seweryn Liniewski, Pamiętnik, Fragment z lat 1861-1864, wstęp i oprac.: Józef Tomczyk, [w:] Powstanie styczniowe na Lubelszczyźnie. Pamiętniki 1863 r., s. ?.

7 Relacja z 25 stycznia 2009 roku. W zbiorach własnych.

8 Dziennik Urzędowy Gubernii Lubelskiey, nr 37 z 1845 roku, s. 725.

9 Józef Seweryn Liniewski, op. cit., s. 159-160.

10 Otto Fresenius, www.digada.de.

11 Relacja z 25 stycznia 2009 roku. W zbiorach własnych.

12 Relacja z 25 stycznia 2009 roku. W zbiorach własnych.

13 Relacja z 1 maja 2010 roku. W zbiorach własnych.

14 Relacja z 25 stycznia 2009 roku. W zbiorach własnych.

15 Relacja z 1 maja 2010 roku. W zbiorach własnych.

16 Relacja z 22 czerwca 2012 roku. W zbiorach własnych.

17 Relacja z 13 stycznia 2012 roku. W zbiorach własnych.

18 Relacja z 13 stycznia 2012 roku. W zbiorach własnych.

19 Relacja z 1 maja 2010 roku. W zbiorach własnych.

20 Relacja z 1 maja 2010 roku. W zbiorach własnych.

21 Relacja z 25 stycznia 2009 roku. W zbiorach własnych.

22 Relacja z dnia 1 maja 2010 roku. W zbiorach własnych.

23 Relacja z dnia 1 maja 2010 roku. W zbiorach własnych.

24 Relacja z 13 stycznia 2012 roku. W zbiorach własnych.

25 Relacja z 25 kwietnia 2010 roku. W zbiorach własnych.

26 Relacja z 13 stycznia 2012 roku. W zbiorach własnych.

27 Relacja z 25 kwietnia 2010 roku. W zbiorach własnych.

28 Relacja z 1 maja 2010 roku. W zbiorach własnych.

29 Relacja z 1 maja 2010 roku. W zbiorach własnych.

30 Relacja z 1 maja 2010 roku. W zbiorach własnych.

31 Relacja z 1 maja 2010 roku. W zbiorach własnych.

32 „Podlasiak”, nr 23 z 1928 roku, s. 4.

33 Relacja z 1 maja 2010 roku. W zbiorach własnych.

34 Relacja z 22 czerwca 2012 roku. W zbiorach własnych.

35 Relacja z 13 stycznia 2011 roku. W zbiorach własnych.

36 Relacja z 1 maja 2010 roku. W zbiorach własnych.

37 Relacja z 3 kwietnia 2012 roku. W zbiorach własnych.

38 Relacja z 22 czerwca 2012 roku. W zbiorach własnych.

39 Relacja z 22 czerwca 2012 roku. W zbiorach własnych.

40 Relacja z 13 stycznia 2012 roku. W zbiorach własnych.

41 Relacja z 1 maja 2010 roku. W zbiorach własnych.

42 Relacja z 1 maja 2010 roku. W zbiorach własnych.

43 Relacja z 8 lutego 2009 roku. W zbiorach własnych.

44 Relacja z 13 stycznia 2012 roku. W zbiorach własnych.

45 Zeznania świadków. W zbiorach Maryli Kowlaczyk.

46 Relacja z 22 czerwca 2012 roku. W zbiorach własnych.

47 Archiwum Szkoły Podstawowej w Woli Wereszczyńskiej.

48 Relacja z 26 listopada 2010 roku. W zbiorach własnych.

49 Relacja z 25 stycznia 2009 roku. W zbiorach własnych.

50 Relacja z 25 kwietnia 2010 roku. W zbiorach własnych.

51 Relacja z 11 września 2009 roku. W zbiorach własnych.

52 Relacja z 8 lutego 2009 roku. W zbiorach własnych.

53 Relacja z 25 kwietnia 2010 roku. W zbiorach własnych.

54 Relacja z 8 lutego 2009 roku. W zbiorach własnych.

55 Relacja z 13 stycznia 2012 roku. W zbiorach własnych.

56 Relacja z 13 stycznia 2011 roku. W zbiorach własnych.

57 Relacja z 19 września 2009 roku. W zbiorach własnych.

58 Relacja z 13 stycznia 2011 roku. W zbiorach własnych.

59 Jarosław Kopiński, Kilka uwag o śmierci Komendanta Obwodu AK Włodawa Kapitana Józefa Milerta „Sęp”, „Kowalski”, [w:] „Rocznik Chełmski”, t. 5 z 1999 roku, s. 241-242.

60 Nadbużański Zryw. Wspomnienia z lat okupacji hitlerowskiej majora Romualda Kompfa ps. „Rokicz”, byłego D-cy III Bat. 7 pp. AK, [w:] „Zeszyty Muzealne”, t, XV, s. 70.

61 Jarosław Kopiński, op. cit., s. 238.

62 Relacja z 29 września 2012 roku. W zbiorach własnych.

63 Relacja z 13 stycznia 2012 roku. W zbiorach własnych.

64 Stanisław Pasikowski, Lotny Oddział AK „Nadbużanka”, s. 121-122.

65 Relacja z 8 lutego 2009 roku. W zbiorach własnych.

66 Relacja z 8 lutego 2009 roku. W zbiorach własnych.

67 Relacja z 8 lutego 2009 roku. W zbiorach własnych.

68 Patrz: Wojciech Sulewski, Rajd Werszyhory, s. 111.

69 Relacja z 13 stycznia 2012 roku. W zbiorach własnych.

70 Stanisław Pasikowski, op. cit., s. 125-126.

71 Henryk Garbowski, Szlaki bez drogowskazów. Z Wołynia przez Polesie w Lubelskie, s. 129.

72 Henryk Pająk, Jastrząb kontra UB, s. 237-239.

73 Relacja z 13 stycznia 2012 roku. W zbiorach własnych.

74 Relacja z 13 stycznia 2011 roku. W zbiorach własnych.

75 Relacja z 25 kwietnia 2010 roku. W zbiorach własnych.

76 Protokoły z posiedzeń sesji sołtysów (sygn. 27-30), Akta gminy Wola Wereszczyńska w Urszulinie (nr zespołu 74/0). Archiwum Państwowe w Lublinie Oddział w Chełmie.

77 Protokoły z posiedzeń sesji GRN i posiedzeń Prezydium GRN (sygn. 15-23), Akta gminy Wola Wereszczyńska w Urszulinie (nr zespołu 74/0). Archiwum Państwowe w Lublinie Oddział w Chełmie.

78 Tamże.

79 Tamże.

80 Henryk Kapłon, Kronika Szkoły Podstawowej w Załuczu Starym.

81 Tamże.

82 Relacja z 25 kwietnia 2010 roku. W zbiorach własnych.

83 „Sztandar Ludu”, nr 65 z 1975 roku, s. 6.

84 Henryk Kapłon, op. cit.

85 Tamże.

86 Henryk Kapłon, op. cit..

87 Alicja Janiuk, Kronika Koła Gospodyń Wiejskich w Starym Załuczu.

88 Alicja Janiuk, O dębie. W zbiorach własnych.

89 Alicja Janiuk, Kronika, op. cit.

90 Tamże.

91 Tamże.

92 Tamże.

 

Komentarze
Dodaj nowy
Anonimowy   |2013-07-12 13:23:29
Serdecznie i z całego serca Panu dziękuję za przybliżenie historii rodzinnej wsi mych dziadków i ich przodków. Moja, niestety już nieżyjąca, babcia to Anna Czech, z domu Serafin, siostra
moich ukochanych ciotecznych dziadków i Alicji i Lucjana Janiuk. Każdy dom, każde drzewo w Załuczu jest mi drogie i wracam tam, kiedy tylko mogę.
Karolina Kawczyńska
Administrator   |2013-07-15 08:04:52
Dziękuję za miłe słowa, a dużo zawdzięczam dzięki p. Ali Janiuk, która użyczyła bardzo dużą ilość zdjęć. Ze względu na szykowane 2 nowe ksiązki nie dokonuje na razie aktualizacji
tekstu ale myślę, że pod koniec roku to nadrobię.
Pozdrawiam
Gabibad  - moi dziadkowie   |2013-02-28 14:36:47
artykuł bardzo mnie zaciekawił jakież było moje zdziwienie i ogromna radosc gdy zostało wymienione nazwisko mojego dziadka Stanisława Stemplewskiego który mieszkał w zaułczu starym razem z
żoną moja kochana babcia Irka i moim ojcem i jego bratem wiem że dziadek był kowalem i w czesie wojny tez pomagali partyzantom i ze w zemscie za pomoc niemcy spalili im gospodarstwo niestety za
duzo nie wiem bo moj ojciec i jego brat byli malymi dziecmi .
Administrator  - stemplewski   |2013-03-01 14:56:59
Witam
A czy posiada Pan jakieś fotografie, dokumenty ze Starego Załucza?
Anonimowy  - Ruch oporu   |2013-02-03 21:26:48
W nawiązaniu do podrozdziału " Kształtowanie się ruchu oporu" chciałbym przybliżyć sylwetkę Zbigniewa Majewskiego ps "Zbigniew". Zbigniew Majewski zginął w potyczce 12 marca
1944 roku z partyzantką sowiecką, za udział w ruchu oporu został odznaczony 2 krotnie pośmiertnie Medalem Wojska. Zarządzenie Szefa Sztabu Głównego z dnia 1 lipca 1948 roku, legitymacja nr
44543 z dnia 15 sierpnia 1948 roku.
Po raz drugi odznaczony pośmiertnie Krzyżem Armii Krajowej,
Londyn 7 czerwca 1988 roku
legitymacja nr 41068

Lucjan Marcyniuk, Poznań
Anonimowy  - Czas historii   |2012-01-18 18:24:15
Jak wspomniałem kiedyś, jest to ziemia moich pradziadów kryjąca same tajemnice. Pan Adam zmobilizował wielu, między innymi i mnie do zgłębienia tajników historii. Moi pradziadowie to
Arciszewscy, Szymon który był młynarzem w Załuczu, Franciszek mający szynk w Urszulinie. Szymon , mój prapradziadek ożeni się z Karoliną z Janowskich, ich synem będzie Jan, mój pradziad i
jego syn Władysław, mój dziadek. Rodzina Janowskich spokrewniona z Arciszewskimi podwójnie: poprzez Karolinę i Jana Janowskiego który ożeni się z Joanną Arciszewską. Przodkami Janowskich
są osadnicy wymienieni na początku historii Załucza: Remuszcz Johann, Ruda Regina, Krygier Barbara, Rudy Gotlib, Wolter Barbara, Cybart Marianna, Rentflejsze: Michał , jego syn Jakub-Krzysztof.
Córka Jakuba Marianna wyjdzie za mąż za Hipolita Zuzańskiego a ich córka Zofia za Władysława Arciszewskiego, syna Jana i tutaj zamyka się koło historii, historii bardzo ciekawej. Być może
ciekawszej aniżeli roztrząsanie kto był bardziej lub mniej prawym obrońcą Rzeczypospolitej. Wśród wymienionych nazwisk są nazwiska zasłużonych, są nazwiska odznaczonych przez Rząd
Londyński, nie są to nazwiska eksponowane i tak niech zostanie.
Lucjan Marcyniuk, Poznań, 2012 rok
Krzysztof Padrak. Lublin   |2011-08-10 06:27:56
[3]kwestie rodziny Solanów!
P.s sam jestem publicystą, tylko że z zakresu prawa i zamówień publicznych.
W razie jakiś pytań, albo jeśli zechce Pan kontakt emailowy np. do Pani Magdaleny
Solan, to chętnie pomogę. Jak nie, to proszę skontaktować się z rodziną, wie Pan gdzie ich szukać...
I jeszcze raz na koniec. Strona ciekawa, tylko wymaga z pewnością korekty na pewno tej
wspomnianej przeze mnie informacji.
Pozdrawiam raz jeszcze!
Krzysztof Padrak. Lublin.
Administrator  - ....   |2011-08-10 07:52:35
Witam
Dziekuję za pozytywną ocenę mojej strony. Co do wypowiedzi, która budzi Pana zastrzeżenia to ją usunę. Nie podawałem ją jako fakt, lecz jedynie jako opinię, która z natury rzeczy
jest subiektywna. Większość rzeczy o których Pan pisze nie mogę umiescić, gdyż dotyczą czasów wojennych niezwiązanych z Dębowcem. Obecnie od dłuższego czasu nie mogę poświęcić wiecej
uwagi na poszukiwaniu relacji, zdjęć - skupiam się na książce o Andrzejowie - ale może w przyszłości postaram się uzupełnić o te informacje, o których Pan mówi.
Ps. Komentarze nie
wyświetlają się automatycznie, gdyż mogą zawierać tresci obraźliwe dla innych osób, stąd też nie mogę umieścić pierwszą część Pana komentarza, w której negatywnie odnosi się Pan do
jednej żyjącej jeszcze osoby.
Krzysztof Padrak. Lublin  - kwesie rodziny Solanów!   |2011-08-10 06:25:51
[2]Nie wyobrażam sobie, żeby akurat na temat Pana Jana Solana ktokolwiek mógł powiedzieć coś złego. Proszę to skorygować, bo jak Pan wyżej napisał :"Po pierwsze informacje negatywne na
podstawie kilku zeznań nie nadają się na publikację. Łatwo kogoś skrzywdzić, urazić rodzinę, a trudno później wszystko naprawić. Dlatego zanim napiszę o takich sprawach, o których Pan
mówi to muszę mieć 100% pewność, a i też w takim przypadku musiałbym jeszcze sprawdzić, czy nie żyją potomkowie takich osób."/cytat Adam Panasiuk/. Jak wspominałem znam dobrze tę
rodzinę, z tego co wiem to wnuczka Pana Jana Solana - Magdalena Solan /w tej chwili kończy doktorat stąd na pewno nie natknęła się na tę stronę z braku czasu/. Jak przeczyta tę informację,
na pewno zwróci się do Pana o korektę tej fałszywej informacji na temat Jej dziadka. Pani Magdalena Solan także przygotowuje publikację, z tym że z zakresu rolnictwa ekologicznego Województwa
Lubelskiego. Pozdrawiam. P.s i jeszcze jedna informacja, jak Pan pisze o muzykantach z tamtych stron to Pan Janusz Solan był jednym z większych muzykantów w tamtych czasach. Grał na trąbce i
saksofonie na weselach i innych wiejskich uroczystościach. Pisząc o tych sprawach zdziwiłem się, że nawet słowem nie ma na temat Pana Janusza Solana. Zresztą w którego jedynym kilkuset
hektarowym Gospodarstwie Ekologicznym w Województwie Lubelskim, prowadzone są badania naukowe przez naukowców Wydziału Biologii i Hodowli Zwierząt, oraz Wydziału Medycyny Weterynaryjnej
Uniwersytetu Przyrodniczego w Lublinie. Także Panie Adamie naprawdę radziłbym skontaktować się z rodziną Solanów! Pozdrawiam!
Paweł  - A może ktoś wie,   |2011-02-06 20:15:55
Włączając się do dyskusji, może ktoś wie, dlaczego w Starym Załuczu w roku chyba 1943 wyprowadzono i zastrzelono za stodołą Arasimowicza? Kto to zrobił?
admin  - arasimowicz   |2011-02-07 17:04:41
Przyznam się, że coś słyszałem, ale żadne konkretny no i miałem wątpliwości, czy ta osoba nie myliła z faktem śmierci Wiktora Arasimowicza, jednak ona nastąpiła po 1944 roku. Będę
starał się to zgłębić, ale jak Pan posiada jakieś pewne informacje to z chęcią bym je poznał.
Pozdrawiam
adam.panasiuk@interia.pl
radzio   |2011-02-03 17:44:45
Mówcie prawdę ten oficer, któremu udało się przeżyć wojnę został zabity przez niby Polaków o co o kawałki ziemi:) przecież wtedy tylko do tego służyli ci, AK owcy najemnicy:), nikt z tej
rodziny tego oficera nie był w partii :) i to mnie drażni o co ono walczyli nikt im nie powiedział, że nie ma o co:), albo tępi abo im się to podobało nie ma kogo popierać AK mogło być do
1945 a później zwykła banda rabunkowo zbrodnicza siejąca tylko popłoch strach i zamęt:)
Anonimowy   |2011-02-03 18:05:36
A można w końcu poznać nazwisko tego "oficera Piłsudskiego" i "tego oficera, któremu udało się przeżyć wojnę" (chyba, że to ta sama osoba), a którzy to zostali niby przez
kogoś zabici? Wtedy może ktoś się do tych "rewelacji" zechce ustosunkować... w przeciwnym razie cała para w gwizdek ;-)
radzio   |2011-02-05 19:09:02
poszperaj sam :) pytaj ludzi itd to się dowiesz :) ja też się dowiedziałem przez przypadek, chodzi o to żeby nie robić jak w PRL trzeba pisać wszystko historia tego regionu nie może być tylko
w różowych barwach dla "walczących o wolność po wojnie". To była walka bratobójcza nie na korzyść Polski, świat był zmęczony wojowaniem a nami się nie przejmował.
administrator  - partyzanci   |2011-02-05 19:21:13
Witam
Rozumiem Pana bardzo dobrze, często w rozmowach spotykam się ze sprawami trudnymi o których chciałoby się napisać, ale nie można. Nie zgadzam się z Panem, aby wszystko pisać co się ma.
Po pierwsze informacje negatywne na podstawie kilku zeznań nie nadają się na publikację. Łatwo kogoś skrzywdzić, urazić rodzinę, a trudno później wszystko naprawić. Dlatego zanim napiszę
o takich sprawach, o których Pan mówi to muszę mieć 100% pewność, a i też w takim przypadku musiałbym jeszcze sprawdzić, czy nie żyją potomkowie takich osób. Jeżeli Pan uważa, że
należy wszystko pisać, proszę bardzo, nikt Pana nie zatrzymuje.
Poza tym ja opisuje fakty, bez dokonywania ocen z mojej strony, ocenę pozostawiam czytelnikowi.
Pozdrawiam
adam.panasiuk
Anonimowy   |2011-02-05 19:50:59
He, he... wiedziałem... :-)) Wiesz, że gdzieś dzwoni, ale nie bardzo wiesz w którym kościele, krótko mówiąc - nie wiesz NIC, bełkoczesz jakimiś truizmami, niewiele mającymi wspólnego z
elementarną wiedzą historyczna, nie tylko o historii powszechnej, ale i regionalnej. Cóż, jeśli sprawia ci przyjemność gra typu "a dziad wiedział, nie powiedział...", to miłej
zabawy. Proponuję jeszcze piaskownicę, tam będą dyskutanci, wśród których na pewno zabłyśniesz ;-)))
admin  - partyzanci   |2011-02-06 09:48:10
Życzę Panu powodzenia w odkrywaniu prawdy.
A jeżeli strona nie przedstawia dla Pana żadnej wartości to najprostszą receptą jest jej nie czytać:-)
Anonimowy   |2011-02-06 10:34:18
Panie Adamie, moja wcześniejsza odpowiedź nie była skierowana do Pana, jak również nie dotyczyła Pańskiej strony (która nota bene jest wspaniała !), ale do osobnika piszącego coś o niejakim
zabitym "oficerze Piłsudskiego". Pytałem jedynie o nazwisko tego zabitego (a nie widzę absolutnie żadnych racjonalnych podstaw, by takowego nie ujawniać), by można było zweryfikować
informację, którą ktoś próbuje tu "przepchnąć". Być może nie podaje on tego nazwiska, z obawy, że ktoś dogrzebie się prawdy i cala jego teoryjka legnie w gruzach, gdy się okaże,
że ten "legendarny" oficer został zabity wcale nie z powodu"kawałka ziemi", ale z racji jakichś mocno niechlubnych dokonań własnych. Takie zagrywki w stylu "wiem, ale nie
powiem" są dziecinne i na pewno nie służą jakiemukolwiek wyjaśnianiu wydarzeń z przeszłości, a jedynie nieudolnym próbom przekonania czytelnika, że piszący niby coś tam się wie, gdy
tak naprawdę jego wiedza, to jedynie zbiór mało wyszukanych frazesów i zasłyszanych "przy piwku" opinii znawców tego samego pokroju.
I na koniec jeszcze jedno - jeśli ktoś pisze, że
po II wojnie św. w Polsce toczyła się "walka bratobójcza" ergo "wojna domowa", znaczy jedynie tyle, że nie ma zielonego pojęcia o historii najnowszej swojego kraju, co przy
obecnym stanie wiedzy i nieograniczonym dostępie do literatury i innej informacji na ten temat, jest najdelikatniej mówiąc żenujące. :-(
radzio   |2011-02-06 13:53:47
Ja do pana Adama też nic nie mam ani do jego artykułu a o wszystkim dowiedziałem się prowadząc wywiad środowiskowy bo też miałem napisać pracę na powyższy temat rodzina tego zamordowanego
żyje a ja o zgody na ujawnianie nazwisk nie mam. Literatura nie mówi wszystkiego a ja nie obrażam Cie i nie wyzywam od osobników zrozum, że nazwiska nie podam chcesz popytaj dowiedz się. Jak
już wcześniej mówiłem literatura nie mówi wszystkiego jest podatna na kierunki polityczne tak było kiedyś tak jest teraz. Nie zamierzałem nikogo obrażać tylko chciałem uzmysłowić, że
czasami to podziemie nie postępowało moralnie.
Pozdrawiam Autora
i Pana co mnie komentuje ja mówię prawdę i też mnie to co się dowiedziałem zaskoczyło.
Anonimowy   |2011-02-06 14:54:39
Po pierwsze: słowo "osobnik" to nie inwektywa (proponuję zajrzeć w końcu do słownika), więc nie wystawiaj sobie kiepskiego świadectwa, twierdzeniem, że cię nim obrażam :-)))
Po
drugie: dopóki nie podasz nazwiska, jakim cudem można zweryfikować informację, że jakoby tego kogoś zabiło podziemie, a nie np. pospolici bandyci, których było tu pełno (służę nazwiskami
i wyrokami na jakie zostali skazani), a którzy jedynie przed podziemiem czuli respekt, ale też nagminnie się pod nie podszywali rabując okoliczna ludność?
I ja nie mówię o literaturze, ale o
archiwalnych dokumentach... być może tu tkwi problem... rodzina twierdzi, że zabito go dla zwykłego rabunku (czego nie wykluczam), ale może też być zupełnie inaczej, nie mówiąc już o fakcie
- kto zabił? Niemniej, dopóki nie padnie nazwisko, nie widzę płaszczyzny do dalszej dyskusji. Żegnam !
radzio   |2011-04-04 17:31:23
Zadam pytanie, czy teraz wiedząc, że zachód zdradził i Twoja walka "bieganie po lesie i strzelanie do płotek:)" to tylko pic na wodę walczyłbyś zaatakował byś ZSRR w 1947 r.?? Nie
porównuj czasem tej walki do powstańczej (listopadowe, styczniowe) oni walczyli z zaborcą a nie napadali na wsie!!!!!!!!!!!!!!!! Żegnam ( a tak w nawiasie to nawet dowódcy WiN nie wiedzieli o
bandyckich wypadach swoich koleszków i tu trzeba rozróżnić bandytów od prawdziwych patriotów.
radzio   |2011-02-03 17:15:32
Pisząc artykuły trzeba bardziej szczegółowo zasięgnąć opinii ludności zwłaszcza, że nie wszyscy "bojownicy o wolność" byli świeci znam zabitych niesprawiedliwie np oficera
Piłsudskiego zamordowanego w tych okolicach dla zwykłego rabunku przez niby AK :) dowody też są. To byli zwykli bandyci, którym pracować się nie chciało niedouczeni niewiedzący, że zachód
zdradził.
Mariola i Bolesław  - Prawdziwa historia   |2009-07-17 20:48:29
Każdy kto pochodzi z tamtych stron ,znajdzie coś dla siebie ciekawego ,a po części upodobni się z ta historią .Chciałem pogratulować autorom żmudnej pracy ,wnikliwej i w pełni oddanej
,abyśmy mogli teraz na spokojnie przeczytać ,zastanowić się.Ale jest to historia pisana ludzką krwią ..Pozdrowienia z Wałbrzycha przesyła ,Bolesław Wojciech Brzuchacz a pochodzący z
Podkarpacia ..
Grzegorz  - ciąg dalszy...   |2009-02-12 09:28:23
Nie pojawiła się końcówka mojego komentarza, więc...
Pozdrawiam serdecznie i służę ewentualna pomocą w razie wątpliwości w sprawach powojennego podziemia antykomunistycznego.
Z
poważaniem:
Grzegorz Makus
http://podziemiezbrojne.blox.pl
Administrator   |2009-02-12 17:53:36
Witam

Przede wszystkim chciałbym podziękować, że się Pan zainteresował moją stroną, dziękuję również za recenzję artykułu ze Starego Załucza. Rzeczywiście teraz widzę moją
niekonsekwencje w tym artykule, co postaram się zgodnie z Pana sugestią poprawić. Nie ukrywam, że znam Pana stronę i często z niej korzystałem, co wykazuję w bibliografii. Błąd pojawił się
w wyniku relacji świadków, gdyż odziały sowieckie i ukraińskie były mylone, a że w moich opracowaniach, zwłaszcza w historii XX wieku na relacjach świadków opieram się bardzo często, tak
więc podobnych błędów będzie podejrzewam więcej. Wobec tego będę wdzięczny za wskazanie takich miejsc.

Co do śmierci Batorego, to w tym przypadku relację są oparte na zeznaniach kilku
członków miejscowego AK, a w tym jego najlepszego przyjaciela. Wszyscy skazują iż przyczyną zabójstwa było znieważenie poprzez wcześniejsze publiczne rozbrojenie, był to więc tak jakby akt
zemsty....

Pozdrawiam i z chęcią prowadziłbym z Panem współpracę, (chociażby korespondencyjną). Chcę żeby moja strona była miejscem do merytorycznej wymiany uwag, wspomnień,
spostrzeżeń, choć wiem że temat jest bardzo trudny.
adam.panasiuk@interia.pl

Ps. Mam kłopoty z outbookiem na Pana stronie, więc odpowiadam w tym miejscu. Mojego maila podałem powyżej
radzio   |2011-02-03 17:22:12
A wiesz, że Twoje podziemie mordowało też niewinnych Polaków??
Grzegorz  - W/s zabójstwa kpt. "Sępa"...   |2009-02-12 09:22:54
Witam !
Na wstępie gratuluję wspaniałej strony !! :-))

Pozwolę sobie na sprostowanie do tekstu powyżej. Pisze Pan, że:
"Józef Milert oraz jego towarzysze Józef Majewski ps. „Jotem”
oraz Józef Pasoń ps. „Słowik” zostali zamordowani przez ukraiński oddział Ukraińskiej Powstańczej Armii Iwana Romanczenki ps. „Wołodia” w dniu 23 lutego 1944 roku. Był to oddział,
charakteryzujący się wielką brutalnością i fanatyzmem w działaniu."

Następnie czytelnik dowiaduje się [cytat z artykułu dr J. Kopińskiego na mojej stronie], że:
"[...] Pierwszy
został zastrzelony strzałem w usta przez dowódcę grupy sowieckiej „Wołodię” kpt. Józef Milert „Sęp”. Następnie z rąk drugiego Sowieta - „Andrieja” został postrzelony w pierś
adiutant por. Józef Majewski „Jotem” [...]".

Po pierwsze, zakradła się pewna niekonsekwencja (najpierw UPA, potem Sowieci?), ale w gruncie rzeczy jest to błąd, ponieważ faktycznie
komendanta kpt. Józefa Milerta "Sępa" zamordowała sowiecka grupa partyzancka Władimira Mojsenki [lub Mojsiejenki] "Wołodii" ze zgrupowania ppłk. Iwana Banowa "Czornego",
a nie jak Pan napisał wcześniej grupa UPA Iwana Romaneczki "Wołodii". Co do sugestii jakoby "maczali w tym palce" ludzi ez miejscowej AK - niestety, ale muszę się zgodzić
:-(

Druga sprawa to zastrzelenie Antoniego Chomy "Batorego" przez żołnierza "Ordona" - Stanisława Falkiewicza ps. "Ryś". Ze wspomnień jednego Henryka Budzyńskiego
"Błyska" wynika, że A. Choma został zastrzelony raczej przez przypadek niż z premedytacją. Odsyłam do tekstu Tomasza Guziaka u mnie na stronie:
http://podziemiezbrojne.blox.pl/2008/07/Por-czw-Jo zef-Strug-ps-Ordon-czesc-2.html
Poza tym kwestia konfliktu "Ordona" z Komendą Obwodu WiN Włodawa jest trochę bardziej skomplikowana niż
Pan to ujął....
Paweł  - Dlaczego zginął młody Arasimowicz?   |2009-02-02 03:39:12
Kolejna tajemnica Starego Załucza, która nie ujrzała światła dziennego. Dlaczego w czasie okupacji zginął z rąk "partyzantów"?
adam.panasiuk   |2009-02-06 19:05:02
witam
Niestety nie znam odpowiedzi na Pana pytania, choć nie ukrywam, że z chęcią bym porozmawiał na ten temat. Jezeli chciałby Pan podzielić się informacjami wówczas prosiłbym o kontakt
(adam.panasiuk@interia.pl)
Anonimowy   |2009-01-20 21:51:47
Ziemia moich pradziadów, ile kryje tajemnic wie tylko ona, my musimy dochodzić tych tajemnic co staram się czynic na stronie www.arciszewski.rdx.pl . Historie opisane na tych stronach sa historią
nas samych. Gratulacje dla autorów
Lucjan Marcyniuk
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Tytuł:

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved."

Zmieniony: Wtorek, 02 Październik 2012 16:26