Historia Urszulina

...nasza wspólna historia

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki
Email
Ocena użytkowników: / 34
SłabyŚwietny 

Dodaj swój Komentarz

 

Agata Grzywaczewska

 

Kultura wsi poleskiej na przełomie XIX i XX wieku

 

I.                   Zarys geograficzno-historyczny

 

            1. 1. Uwarunkowanie geograficzne

 

Polesie to kraina przyrodniczo-historyczna leżąca obecnie na terenie trzech państw: Ukrainy, Białorusi i Polski. Trudno było badaczom wyznaczyć jednoznacznie granice Polesia. Według Słownika geograficznego Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich, wydanego w 1887 roku, Polesie to „szeroki pas kraju pokryty lasami, ciągnący się po obu brzegach rzeki Prypeci między Bugiem a Dnieprem". Współcześnie największa część tej krainy należy do Republiki Białorusi i wchodzi w skład Obwodu Brzeskiego. Wschodnie tereny, które w okresie międzywojennym należały do Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich (a ściślej Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej), wchodzą obecnie w skład Obwodu Homelskiego i ciągną się aż po granicę Białorusi z Rosją. Południowa część krainy znajduje się na terytorium Ukrainy, w okręgach wołyńskim oraz rówieńskim. Na obszarze Polski pozostały jedynie północno-zachodnie skrawki Polesia, leżące w lewym dorzeczu Bugu i określane jako Polesie Podlaskie lub Polesie Lubelskie (którego głównym ośrodkiem jest Włodawa), a także zachodnia część Polesia Wołyńskiego z pagórami chełmskimi oraz obniżeniami dubieńskim i dorohuckim.

Dzisiejszy obszar Polesia nie pokrywa się z obszarem przedwojennego Województwa Poleskiego, ponieważ dawne powiaty Sarny oraz Kamień Koszyrski znalazły się w Ukrainie, doszły natomiast rejony Baranowicze oraz Lachowicze, które przed drugą wojną światowa wchodziły w skład Województwa Nowogródzkiego.

Na dzisiejsze ukształtowanie geologiczne Polesia wpływ miały „odległe epoki geologiczne”. Platforma wschodnioeuropejska, na której usytuowane jest Polesie, należy do prekambryjskiej tarczy krystalicznej Europy, zbudowanej z pofałdowanych skał metamorficznych, poprzecinanych intruzjami granitu. Wielokrotne pęknięcia warstwy granitu, które nastąpiły w paleozoiku, doprowadziły do utworzenia niecki, na niej osadzały się warstwy kredy oraz inne osady ery mezozoicznej i kenozoicznej. W epoce paleogenicznej teren pokrył się warstwą piasku oraz gliny i dwukrotnie stał się zalewiskiem morskim, którego ślady widoczne są w postaci osadów. Współczesna rzeźba Polesia kształtowała się od epoki dyluwialnej, kiedy olbrzymie lodowce północne przeorały lżejsze warstwy poprzednich osadów i zasypały je pokładem moren. W tej samej epoce woda z topniejących lodowców pogłębiła teren, zalała prawie cały obszar Polesia. Stąd swój początek wzięło zabagnienie krainy. Dzięki wyżej wymienionym procesom na obszarze Polesia wytworzyły się główne gatunki gleb, czyli bagno torfowe (zajmujące na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku jedną trzecią część terenu), piaszczyste gleby oraz czarnoziemy bagienne powiększające się w miarę osuszania terenu. Polesie było największą krainą bagien w całej europie. Bagna i moczary zajmowały aż 56% jego powierzchni. Największym z nich było Bagno Kaczajskie, które mierzyło 4500 km2, ale najbardziej popularne wśród turystów było Bagno Hryczyńskie, które zajmowało obszar 682 km2. Stanowiło najbardziej rozległe bagno otwarte w Europie.

Polesie to kraj typowo rolniczy. Przedwojenne Województwo Poleskie, było największym w II Rzeczypospolitej, a zarazem najrzadziej zaludnionym (na jeden kilometr kwadratowy przypadało około 31 osób). Wśród 4.339 wszystkich osad w województwie było tylko osiemnaście miast oraz trzydzieści osiem miasteczek. Resztę stanowiły zaszyte wśród lasów i bagien wsie, często oddalone od siebie o dziesiątki kilometrów. Przedwojenna pisarka Emma Jeleńska pisała, iż pod koniec dziewiętnastego wieku największy obszar Polesia zajmowały lasy, przede wszystkim bory sosnowe, w których występowały także brzozy, osiki, dęby, jarzębie oraz zarośla leszczyn i jeżyn. Czarne jagody, grzyby, widłaki, paprocie i brusznice tworzyły bujne runo leśne. W lasach spotykane były mokradła: tzw. mochy (porośnięte mchami torfowcami, i krzewinkami żurawin) oraz biele (poszyte wełnianką wąskolistną, której biały puch zadecydował o tej nazwie). Bywały także tereny szczególnie piaszczyste, gdzie nie występowała prawie żadna roślinność. Bory nazywane przez Poleszuków szczerym borem w niższych i bardziej podmokłych terenach stopniowo przechodził w ols, rosnący na niewielkich wzniesieniach otoczonych wodą. Przeważały w nich gatunki takie jak olsza czarna, jesiony, osiki i brzozy, a w podszyciu wierzby, czeremchy i czarne porzeczki. W lasach napotkać można było wiele gatunków zwierząt, w tym dziki, łosie, bobry, coraz rzadsze niedźwiedzie, ptaki takie jak bociany (busiel), jastrzębie (korszaki), czaple, żurawie, kuropatwy, dzięcioły, głuszce, kilka gatunków sów i wiele innych.

 

 

            1. 2. Uwarunkowanie historyczne

 

Najstarsza informacja o Polesiu znana jest z 1276 roku z „Latopisiu Ipacewskiego”, w którym autor zanotował, że Książe Łucki Mścisław Daniłowicz „szedł był od Kopyla wojując po Polesiu”. Nazwa Polesie posiada dwojaką etymologię. Pochodzi od starosłowiańskiego słowa les i oznacza „niewysokopienny las”, „błotnisty lasek”, „miejsce po wyciętym lesie”, „kraj leżący pod wielkimi lasami”, „leśną miejscowość wśród błot”, bądź też jego etymologia jest bałtycka i pochodzi od bałtyckiego palá, pàlios, pelese, pelyśo, co oznacza „błota”, „błotnisty las” oraz „wielkie błota”, czyli bagna. Obie etymologie są możliwe do przyjęcia, ponieważ Polesie było zarówno krainą lasów, jak i bagien, a tereny te były zamieszkiwane przez Bałtów i Słowian. Pierwsze ślady osadnictwa pochodzą sprzed 100 – 40 tysięcy lat i zostały odkryte w okolicach Jurewicz nad rzeką Prypeć. Stopniowo zasięg osadnictwa się poszerzał i w epoce brązu na tereny Polesia napływały od północy plemiona prabałtyjskie, a od południa plemiona prasłowiańskie. W epoce żelaza na ich podłożu wykształciła się mieszana kultura bałtycko-słowiańska. Po kolejnej fali wędrówek ludów tereny Polesia ostatecznie zajęli Słowianie, wypierając przy tym Bałtów ku północy. Za bezpośrednich przodków Poleszuków uznaje się trzy plemiona, które w siódmym wieku kolonizowały Polesie. Byli to: Dregowicze, którzy osiedli na obszarach wschodnich; od zachodu po Jasiołdę, Prypeć i Horyń Wołynianie; a na terenach na południe od Prypeci Drewlanie. W czasie między ósmym a dziesiątym stuleciem powstawały trzy ośrodki państwowe: Kijów, Nowogród i Połock. Na przełomie jedenastego i dwunastego wieku kniaź ruski Włodzimierz Wielki ziemie poleskie podporządkował państwu kijowskiemu i wprowadził na tych obszarach chrześcijaństwo według obrządku bizantyjskiego. W początkach wieku trzynastego postępowała bardzo intensywna ekspansja litewska na ziemie wschodnich Słowian. Wiele księstw poddawało się nowym władcom dobrowolnie, a to za względu na bardzo tolerancyjną politykę Litwinów wobec kultury i obyczajów podbijanych ludów. Już książe Giedymin podporządkował sobie większą część Rusi, w tym też Polesie (Księstwo Turowskie i Pińskie). Po jego śmierci (tj. w 1341 roku) znaczy obszar Polesia przeszedł pod rządy jego syna Narymunta, którego dziedzictwo w już w 1348 roku rozpadło się na księstwa: Pińskie, Horodeckie, Słuckie, Kobryńskie i Zasławskie. Ogromne znaczenie dla kształtowania się nowych stosunków ekonomicznych i społecznych miało przejęcie władzy w Wielkim Księstwie Litewskim przez Władysława Jagiełło, który w 1386 roku doprowadził do zawarcia unii z Polską. W rezultacie unii w 1387 roku na Litwie wprowadzono chrześcijaństwo obrządku rzymskiego. Katolicyzm stał się wyznaniem uprzywilejowanym, a jego wyznawcy otrzymywali więcej praw politycznych i gospodarczych. Dopiero wydane kilkadziesiąt lat później przywileje zrównały bojarów ruskich (prawosławnych) z litewskimi (katolikami). Około połowy piętnastego stulecia ustalone zostały nowe granice administracyjne, które dzieliły ziemie poleskie na Województwo Podlaskie, Trockie, Wileńskie i Kijowskie oraz Księstwo Słuckie, Kobryńskie, Pińskie, Dawidgródeckie i Turowskie.

W 1523 roku królowa Bona otrzymała od Zygmunta Starego posiadłości na Polesiu. Były to:  Księstwo Pińskie z Kleckiem, Rohaczewem i Wiadem oraz Księstwo Kobryńskie z Prużanami. Wydarzenie to miało ogromne znaczenie dla wsi poleskiej, ponieważ królowa wprowadziła przełomowe zmiany. Przeprowadziła komasację gruntów, które nadawano poddanym, a to pociągnęło za sobą zmiany układu wsi – zaczęły powstawać ulicówki, a dzięki temu zabudowa wsi była stopniowo regulowana. Równie korzystne dla chłopów były zmiany w postaci ujednoliconych świadczeń, wprowadzenia racjonalnych metod gospodarowania, czy ustanowienia samorządu wiejskiego.

Polesie, podobnie jak inne ziemie wschodnie, było bardzo zróżnicowane wyznaniowo. Żyli tu prawosławni, katolicy, protestanci, żydzi i muzułmanie. Najbardziej rozpowszechnione było wśród drobnej szlachty i chłopów prawosławie, jednak nie szło to w parze z lepszą sytuacją od innych kościołów. Wobec tego większość władyków zaakceptowało, popierany przez obawiające się ingerencji nowo powstałego patriarchatu moskiewskiego w sprawy prawosławia w Rzeczypospolitej, projekt unii obrządku zachodniego i wschodniego. Na synodzie w Brześciu w 1596 roku unię podpisali biskupi obu diecezji poleskich (pińsko-turowskiej i litewsko-brzeskiej).

Wybuch powstania kozackiego w 1648 roku rozpoczął na Polesiu długi okres wojen. Wojska Chmielnickiego dawały cerkwi prawosławnej nadzieję na odzyskanie dawnej pozycji, a chłopi widzieli w nich wyzwolenie od stale rosnących obciążeń. Okrucieństwa tej wojny dotknęły w największym stopniu miejscową ludność. W ciągu dziewiętnastu lat nieustannych wojen wyginęła prawie połowa ludności Polesia. Poprawy na poleskich wsiach nie przyniosły oświeceniowe idee modernizacji rolnictwa, które docierały wprawdzie na Polesie, jednak nie były właściwie realizowane. Wszelkie próby unowocześniania gospodarstw opierały się przede wszystkim na ciągłym zwiększaniu obciążeń chłopów.

Po trzecim rozbiorze Polesie zostało włączone do zaboru rosyjskiego. Wiek dziewiętnasty był okresem zrywów niepodległościowych i klęsk, jak także prześladowań carskich. W celu przyśpieszenia rusyfikacji w 1875 roku zlikwidowana została unia religijna obowiązująca od 1596 roku. Przy oporze ze strony ludności wiejskiej, usuwano księży katolickich, wprowadzając na ich miejsce prawosławnych popów. Prześladowania religijne stały się trwałym elementem polityki rosyjskiego caratu. Władze carskie utworzyły nowe jednostki administracyjne – gubernie. Ich granice były w ciągu stulecia wielokrotnie zmieniane, ostatecznie Polesie znalazło się w Guberni Mińskiej (powiaty: Piński, Mozyrski, Rzeczycki, Bobrujski, część Słuckiego i Ihumeńskiego), Guberni Grodzieńskiej (powiat Kobryński, Pużański i część Słonimskiego) oraz w Guberni Wołyńskiej (część powiatów Rówieńskiego, Włodzimierskiego, Nowogródzko-wołyńskiego i Owruckiego) i Guberni Kijowskiej (Powiat Radomyski). Natomiast Polesie Zachodnie znalazło się w Guberni Siedleckiej oraz Guberni Lubelskiej, z której później wyodrębniono Gubernię Chełmską.

Rosja zmierzała do osłabienia gospodarczego zachodnich guberni konsekwentnie dążąc ku realizacji zamierzonego celu. Wprowadzenie ogromnych ceł na żelazo, maszyny rolnicze, nawozy sztuczne oraz ciągłe zagrożenie konfiskatą majątków przyczyniły się w wielkim stopniu do tego, iż niemal do końca dziewiętnastego stulecia rozwój rolnictwa na Polesiu był tak ograniczony, że ziemię uprawiano sochą i drewnianymi bronami.

Dzięki aktywności polskich ziemian, którzy organizowali nielegalne instytucje samopomocy i kasy kredytowe, nastąpił pewien postęp w rolnictwie i hodowli. Nie trwał on jednak długo, ponieważ wybuch pierwszej wojny światowej pogłębił zacofanie gospodarcze. Spustoszenia zapoczątkowała armia rosyjska, która wycofując się przymusowo ewakuowała ludność, konfiskowała dobytek a pozostawione mienie paliła, aby pozbawić wkraczające na te tereny wojska niemieckie kwater. Wojska niemieckie zajmując tereny Polesia na okres czterech lat, nastawiły się na maksymalną eksploatacje tych terenów, doprowadzając ludność do skrajnego ubóstwa. Skalę zniszczeń można zobrazować cyframi: zaludnienie kraju wynosiło 20 – 30% stanu przedwojennego, 95% ziem nie było uprawianych, a 80 – 90% budynków było spalonych.

            Po wojnie polsko-radzieckiej (w marcu 1921 roku) ustalono ostatecznie podział Polesia na część wschodnią, przyłączoną do Białoruskiej SRR, i zachodnią, włączoną do Polski. Nastąpiły działania mające na celu poprawienie sytuacji doszczętnie zniszczonego obszaru. Uchwalono ustawę o komasacji gruntów, rozpoczęto akcję melioracyjną opracowaną przez Biuro Melioracji Polesia powołane w 1923 roku, która uwzględniała ochronę środowiska i iść miała w parze z planowanym utworzeniem rezerwatu krajobrazowego. Rozbudowywano miasta, drogi, sieć kolejową. Inicjatywy te były bardzo ważne, jednak nadal niewystarczające w stosunku do ogromnych potrzeb gospodarczych kraju. Realizację wielu z tych planów przerwała druga wojna światowa

Władze Związku Radzieckiego, w granicach którego znalazło się w 1939 roku prawie całe Polesie, prowadziły eksperymenty na tysiącach kwadratowych tamtejszych bagien, które przyczyniły się do unowocześnienia rolnictwa, ale doprowadziły przy tym do klęski ekologicznej. Stworzenie sieci rowów melioracyjnych połączonych z pogłębionymi rzekami, spowodowały tak znaczne obniżenie wód gruntowych, że wyschły unikalne kilkusetletnie lasy dębowe oraz całe obszary olsów, borów i roślinności bagiennej. Zmieniono także tradycyjną gospodarkę hodowlaną na wielohektarowe pola kołchozowe, przeznaczone na jednoroczne uprawy. Tak radykalne zmiany przyrodnicze, przyniosły za sobą zmiany w kulturze Polesia. Jego mieszkańcy włączeni w procesy przemian cywilizacyjnych zaniechali kontynuowania tradycji przodków.

 

 

            1. 3. Stosunki etnograficzno-narodowościowe

 

Wszystkie opisane procesy historyczne sprawiły, że dawne Polesie pokolenie współczesne może poznać jedynie z opowiadań i starych fotografii. Polesie tworzyło bardzo zróżnicowaną strukturę wewnętrzną, bardzo trudną do sklasyfikowania. Nie stanowiło jednolitego bloku, było natomiast rozbite na wiele różnych lokalnych odłamów. Można było zaobserwować olbrzymią ilość małych grupek wsi, które były bądź wyodrębniane przez otoczenie, bądź też same siebie wyodrębniały. Bywało nawet, że pojedyncze wioski akcentowały swą odrębność od wszystkich innych, także tych leżących w bezpośrednim sąsiedztwie. Duży wpływ na to zjawisko miało uwarunkowanie przyrodnicze, czyli lasy, bagna i moczary, które stanowiły nie tylko naturalną granicę, lecz również społeczno-kulturalną. Przedwojenny etnograf i socjolog Józef Obrębski w wytyczaniu granic tej grupy etnicznej posługiwał się wizerunkiem i opinią na temat ludzi Polesia, która panowała na obszarze otaczającym kotlinę poleską. Sąsiedzi ze wszystkich stron posiadali jednakowy, negatywny obraz Poleszuka, przy jednoczesnym pozytywnym obrazie własnego kraju. Poleszuk dla sąsiadów był zupełnie innym człowiekiem, którego nie potrafili zrozumieć. Jako podstawowe cechy wymieniali barbarzyństwo, dzikość, pierwotność i zacofanie. Znamienne przy tym było duże zainteresowanie i popularność tej grupy. Był to częsty temat żartów i prześmiewczych anegdotek. W ten sposób ludność poleska wyodrębniała się od otaczających go sąsiadów jako osobne, posiadające swoiste cechy ugrupowanie etniczne. Problem stanowiło to, że nazwa „Poleszuk” nie była jednoznaczna. Nabierała różnych znaczeń w poszczególnych regionach. Bywało nawet, że zostawała oderwana od podłoża terytorialnego i stawała się odzwierciedleniem pewnego typu społecznego, dla którego przynależność etniczna nie miała żadnego znaczenia. Bywały wioski, które przyjmując takie właśnie znaczenie słowa „Poleszuk”, czyli typ człowieka zacofanego, niewykształcony itp. Same dzieliły swych mieszkańców na Poleszuków i nie-Poleszuków. Innym problemem był także brak utożsamiania się wiosek z ludnością poleską i spychanie, czy przerzucanie poleskości na inne wioski, w głąb tej krainy.

W 1897 roku został przeprowadzony przez władze carskie spis ludności. Religię przyjęto wówczas za kryterium przynależności narodowej. Katolików uznawano za Polaków, wyznawców prawosławia za Rusinów. Analogicznie postępowano z pozostałymi nacjami. Problem w tej klasyfikacji stanowił język mieszkańców Polesia, gdyż brak scentralizowanego ośrodka kulturotwórczego przyczynił się do tego, iż nie wykształcił się na Polesiu język literacki. Posługiwano się na językiem, który był mieszaniną białoruskiego, ukraińskiego i polskiego. Na podstawie cech języka można było wyróżnić dwa odłamy: północny i południowy. W południowej części grupa ludności nazywana była Hetunami, co stanowiło synonim Poleszuka. Język tej grupy to dialekty południowo-zachodnio-bialoruskie, z charakterystyczną miękką wymową spółgłosek (np. wymowa: ale, koli, chodyli, robyli, pole, zamiast ałe, koły, robyły, połe). Ku północy, także na podstawie cech językowych, wyodrębniane były grupy Chaciunów i Litwinów posługujących się dialektami północno-ukraińskimi. Ich wymowa była przeciwstawiana grupom południowym i uznawana za wymowę twardą.

 

 

II.                Kultura materialna

 

            2. 1. Charakterystyka gospodarki wsi poleskiej

 

„Dziwny to kraj! Kraj czarnych, posępnych, wilgotnych lasów, nieprzebytych, ponurych bagien […]. Jak oko sięgało, po prawej i po lewej stronie, na olbrzymiej przestrzeni ciągnęły się bagna. Wokoło: zieleń we wszystkich odcieniach. Całą tę olbrzymią, kilkadziesiąt tysięcy kilometrów kwadratowych mającą przestrzeń stanowiły bagna, zamaskowane z wierzchu zielonym kobiercem. […] Miejscami zieleniły się piękne łąki, o subtelnym zielonym kolorze, zamaskowane krótką, aksamitną trawą, pod którą czaiła się – śmierć. Jeden krok na tą piękną łączkę i człowiek giną niechybnie, wessany przez chciwe żeru bagno. Gdzieniegdzie rozrzuciły się lśniące jak stal jeziorka. […] Czas tu odmierza rozpalona złota kula słońca i zimna martwa tarcza księżyca, leniwie przetaczająca się po niebie. Człowiek tu wygląda dziwnie mały, nędzny i szczególnie niezaradny”. Tak oto Sergiusz Piasecki, jeden z uczestników wyprawy etnograficznej pod kierownictwem Józefa Obrębskiego w okresie dwudziestolecia międzywojennego, opisywał Polesie. Zobrazował krainę tą jako romantyczną i bardzo niebezpieczną, w której człowiek zdaje się być zupełnie nieporadnym stworzeniem, skazanym i zdeterminowanym przez przyrodę. Mieszkańcy Polesia rzeczywiście w dużym stopniu uzależnieni byli od uwarunkowań przyrodniczych, jednak trudne warunki, w jakich żyli nie sprawiały, że ludzie ci byli wobec nich zupełnie nieporadni. Wręcz przeciwnie, mieszkańcy Polesia byli doskonałym przykładem bardzo dobrego przystosowania i wykorzystania piaszczystej ziemi, rozległych bagien, błot i lasów, które dostarczały im wszystkiego, co do życia niezbędne. Były źródłem zarówno pożywienia, jak i podstawowego budulca – drewna. Ciężka praca, wyrabianie nowych zdolności technicznych oraz „współpraca” z środowiskiem umożliwiały życie i czerpanie korzyści z darów natury.

Przykładem przystosowania się było bartnictwo, zajęcie bardzo popularne na Polesiu. Wyglądało zupełnie inaczej niż dziś, dość oryginalnie, bo pasieki nie mieściły się w pobliżu zabudowań gospodarskich, w sadzie, czy w innym wyodrębnionym do tego celu miejscu. Ule rozrzucone były po całym lesie, i umieszczane, w obawie przed niedźwiedziami i innymi potencjalnymi „złodziejami”, wysoko na drzewach. Białoruski etnograf Iwan Eremicz pracę pszczelarza opisywał następująco: „Na jakie 10 sążni nad ziemią umocowuje w sosnę dwie grube poprzeczki i drewnianymi gwoździami o długości pół arszyna przybija do nich pomost, złożony z dwóch – trzech rzędów grubych desek długich na około 5 arszynów, tak żeby niedźwiedź, dobrawszy się do tej konstrukcji, […] nie mógł dostać jej krawędzi łapą. Na sosnę, bronioną takim pomostem, ciągnie bartnik przy pomocy prostej maszyny w postaci olbrzymiego koła swój ciężki ul lub smolistą sosnową kłodę o średnicy około półtora arszyna i wysokości trzech arszynów, z wydłubanym w środku pomieszczeniem na pszczoły i miód. Ul taki waży ze 20 pudów. Na jednej sośnie, której przed niedźwiedziem broni taki pomost, bywa dwa, trzy i więcej ulów. Ul okadza się wrzosem, jego wnętrze skrapia wodą miodową z pachnącymi trawami i kwiatami, z wierzchu obtyka wrzosem a w środku w odpowiednich miejscach umieszcza cienkie poprzeczki – i mieszkanie dla tak drogich gości […] jesienią, kiedy pora odebrać od robotnic daninę, Poleszuk wyrusza do boru z leziwem. Leniwo to sznur spleciony z cienkich nie garbowanych rzemyczków, podobny do mocnych podwójnych lejców. Do jednego końca leziwa przywiązana jest ławeczka może usiąść człowiek, do drugiego – hak. Gdy bartnik podejdzie z tym narzędziem do sosny lub barci (barć to dziupla dla pszczół wydłubana bezpośrednio w sośnie), przerzuca ten koniec leziwa, który zakończony jest hakiem, przez najbliższą mocną gałąź, tak żeby można było go dosięgnąć ręką. Potem siada na ławeczce i za drugi koniec leziwa winduje sam siebie na sosnę do gałęzi, przez którą przerzucone jest leziwo, do pomostu, albo i powyżej niego, w zależności od tego, gdzie wisi ul i skąd dostęp do niego jest najłatwiejszy. Następnie, umocniwszy się nieruchomo na leziwie za pomocą haka i pętli stojąc na samym pomoście, spuszcza na ziemię koniec leziwa, do którego chłopiec przywiązuje krubkę na miód i dymiący kawałek łuczywa […], po czym odrywa bartnik deskę zakrywającą otwór ula, podkurza pszczoły łuczywem i zaczyna swój podział zdobyczy z pszczołami. […] Przy dobrym urodzaju wrzosu otrzyma z jednego ula dwa do trzech pudów miodu. Niezależnie od wielkości ula, często dętego stopnia zalany jest on miodem, że z trudem daje się otworzyć”. Korzystanie z barci leśnych było wolne o ile lasy nie stanowiły własności dworskiej, wówczas wybieranie miodu i ścinanie drzew z barciami było surowo karane.

Tak, jak zaradność mieszkańców Polesia owocowała słodkim miodem, tak obfitość licznych poleskich jezior przynosiła dostatek ryb. Rybołówstwo było jedną z najbardziej popularnych dziedzin gospodarki poleskiej. Każdy je uprawiał i każdy czerpał z niego korzyści, bo nadwyżki można było łatwo sprzedać – bądź wędrownym handlarzom, bądź w miasteczku na rynku, zwłaszcza w piątek przed szabasem. Ryby łowiono przeróżnymi technikami – przeróżnych kształtów sieciami, małymi i

dużymi, najrozmaitszej konstrukcji długości wędkami, wereszami, ościami i w zakotach. Połowów dokonywano także gołymi rękami, zwłaszcza zimą, gdy rybom brakowało powietrza i płynęły wielkimi ławicami do przerębla. Świeże ryby nie przynosiły zbyt dużych dochodów, dlatego latem zajmowano się ich suszeniem, a później sprzedażą.

Większych umiejętności i odpowiedniej znajomości nie tylko sposobów łowieckich, ale i zwyczajów zwierzyny, wymagało łowiectwo i pomimo, iż przynosiło wiele korzyści materialnych oraz stanowiło formę rozrywki, źródło przeżyć i przygód, nie było aż tak powszechnym zajęciem jak dwa powyżej opisane. „Lasy są gęsto zaludnione rozmaitego rodzaju zwierzęciem. – opisywała Emma Jeleńska w latach dziewięćdziesiątych dziewiętnastego stulecia – Spomiędzy drapieżnych, najgodniejszymi uwagi są niedźwiedzie, których tu dość wiele się znajduje. Latem snują się po lasach, wydzierając pszczoły, porywając pasące się na noclegach konie lub wyjadając grykę i owies z polanek chłopskich […]. Dziki często także się trafiają wśród niskich a gęstych zarośli. Stada sarn i jeleni snują się w dość znacznej ilości. Łosie, choć rzadko, wędrują w nasze okolice, a wilków i lisów posiadamy ogromną mnogość […]”. Lasy i zwierzyna były zazwyczaj własnością państwa lub ziemian, dlatego też legalne polowania były możliwe dopiero wówczas, gdy zgodę na nie wyraził właściciel. Toteż wieśniacy najczęściej polowali głównie na ptactwo i drobną zwierzynę, wyprawy na „grubego zwierza” pozostawiając dworom. Wraz z upływem czasu zakres zakazów powiększał się, sprowadzając tym samym wieśniaków do roli kłusowników. Takie zakazy w parafii Wereszczyn na Zachodnim Polesiu wprowadzono już w siedemnastym wieku. Z ksiąg parafialnych przeczytać możemy, iż „we włókach chłopskich we wszystkich wsiach samym sobie i chłopom swym wolne rąbanie żerdzi, drew, łuczywa pozwalają [Panowie] na ich własną potrzebę, obcym nieprzedawając ani rozdając. Drzewa bartnego albo na budowanie nie ruszając, li temu węgla żaden z poddanych, tak na cudzym jako i Pańskich robić nie ma”. Zakazy nie obejmowały zatem użytkowania lasów na własne podstawowe potrzeby, takie jak opał, lecz pozyskiwanie większych ilości drewna lepszego gatunkowo było zabronione.

Chociaż łowiectwo, zbieractwo i rybołówstwo stanowiły sporą część gospodarki Poleszuków, to nie one miały największe znaczenie. Najbardziej powszechnym zajęciem była hodowla bydła i pasterstwo, które odciskały piętno na całym życiu tamtejszego społeczeństwa. Dowodem na to jak duże te dziedziny miały znaczenie jest to, że prace związane czy to z sianokosami, czy też ze zwózką siana stanowiły najważniejsze wydarzenia w roku. Wyjątkowa pozycja pasterstwa na Polesiu wiązała się z ze słabą jakością gleb. Piaszczyste grunty wymagały obfitego nawożenia, a to zapewniły duże stada bydła. Kto nie miał bydła, nie mógł liczyć na dobre zbiory, tak więc kto nie miał bydła, nie miał chleba. Tego typu formy gospodarki rolnej potwierdzają księgi parafialne z Wereszczyna, gdyż podczas podziału dóbr Wereszczyńskich z siedemnastego wieku wymieniono stan posiadania włościan. Zatem tacy poddani, jak Andrzyk gospodarował wówczas na sapieżańskiej włóce z parą wołów, Grześko Bednarz na pół włoki ma wołów trzy, Giejowa z synem ma krowę jedną, Skwarczuk ma wołów cztery na półwłóku, Paweł Mazur na półwłóku ma wołów parę, Wołczyk Stecki ma półwłóku ma wołów dwa, krowy dwie, Protas Borys ma wołów trzy, krowę jedną na włóce, Misiejczyk ma wołów dwa, Kowal na włóce ma wołów dwa, cielaków dwa, krów trzy, Hajakowie na włóce mają wołów dwa, Piwowar Laszek na półwłóku, Piotr Mazur ma wołów dwa. Każdy gospodarz miał zatem w swoim gospodarstwie przynajmniej jedną krowę lub woła. Dowodem na rozwinięte pasterstwo w parafii wereszczyńskiej są księgi chrztów i zgonów z pierwszej połowy dziewiętnastego wieku, które wymieniają w jednej tylko wsi Wereszczyn aż kilku owczarzy: Wojciecha Kuruja, Wojciecha Oleszczuka, Antoniego Adamiuka, Szymona Wójciaka i Adama Lewtakowskiego.

Od krajobrazu Polesia uzależniona była w wysokim stopniu uprawa roli. Pole nie znajdowało się, tak jak to zazwyczaj bywa, w pobliżu domu. Tak samo jak w bartnictwie czy pasterstwie, za przestrzeń gospodarczą służył rolnikowi poleskiemu cały obszar otaczającego wieś lasu. Jak wszystkie inne, również ta dziedzina życia wymagała od mieszkańców Polesia przystosowania się i umiejętnego wykorzystania tego, co mieli do dyspozycji. Rozległość obszaru, rozproszenie pól uprawnych, bardzo zróżnicowane gleby wymuszały różnorodność systemów uprawy. Tak pracę na roli opisuje Iwan Eremicz: „Ziemia poleska jest mało urodzajna i nie zawsze wynagradza pracę rolnika […] Przy domu najczęściej czarnoziem, nie wymagający nawet nawożenia, w boru – piaszczyste polany. W czasie suszy rolnik ledwie zbierze te nasiona, które zużytkował na zasiew: mały, choć ciężki kłosek stoi daleko od swoich sąsiadów; za to na czarnoziemie urodzaj będzie wtedy świetny. Kiedy natomiast wiosną bywa taka powódź, że niektóre wsie poleskie wyglądają z daleka, jakby pływały po morzu, lub gdy wypadnie deszczowe lato, wówczas czarnoziem zdradzi rolnika – za to urodzaj w borze wynagrodzi go za skąpość żniwa w domu. W umiarkowanym roku i jedno i drugie da zbiór dostateczny dla wykarmienia rolników”.

Zimą tempo i ilość pracy malały. Po wykonaniu codziennych czynności, obrządzeniu i nakarmieniu zwierząt pozostawało sporo czasu na różne zajęcia, na które brakowało go latem. Kobiety zajmowały się tkactwem, przędły i wyszywały. Len i konopie były w odpowiedni sposób przygotowywane. Kobiety czyściły włókna i trzepały trepałem, a potem czesały hrebieniem. Takie wieczorne domowe prace, na które kobiety z całej wsi schodziły się do jednej chaty były doskonałą okazją do spotkań towarzyskich, rozmów, śpiewów czy snucia przeróżnych opowieści. Tkactwo było bardzo cenione, a uznanie za dobrą prządkę było powodem do dumy. Zasobność w dużą ilość zapasów płótna, ręczników czy koszul świadczyła o zamożności domu.

Zimowe zadania mężczyzn opierały się na wyrobie i naprawie narzędzi, wozów, sań i czółen. Robili drewniane naczynia, pletli z wikliny oraz pręci wierzbowych kosze i płoty, a z lipowego łyka łapcie (nazywane także postołami), wereńki, czyli płaskie torby z wieczkami oraz kobiałki. Potrzeby mieszkańców wsi poleskiej dawały się zaspokoić niemal kompletnie własną działalnością. „Ławy, stoły, łóżka, sprzęty wszelkie robi każdy sam dla siebie, jak również sochę nadzwyczaj pierwotnej budowy, wozy, sanie, grabie i brony, kubły, beczki, kobiałki, niecki szafliki, itd. [...]. Emma Jeleńska doceniała pewne poczucie piękna, którym odznaczali się Poleszucy. Zauważała skłonności do „ornamentowania” domowych przedmiotów, naczyń, które malowano jasnymi barwami na ciemnym, glinianym tle oraz drobnych wyrobów z drewna. Łyżki, solniczki i tego typu przedmioty były „wyrabiane z prawdziwym gustem i dokładnością”. Również wędrujący przed wojną po Polesiu malarz Henryk Uziębło, pełen zachwytu nad tymi wyrobami, pisał: „przepyszne kosze przeróżnych kształtów i przeznaczeń doskonale z łyka, sitowia czy łozy plecione, uderzają estetyczną prostotą i czystością formy [...] na drewnianych kołkach wiszą śliczne kobiałki, pomysłowe szufelki do zbierania leśnych jagód i żórawin błotnych. Nawet grzebień z drzewa zgrabnie kozikiem wystrugany, służy właścicielowi do rannego uczesania łba”.

Poleska gospodarka była niemal samowystarczalna. Główną jej zasadą i celem było: dużo ziemi, dużo bydła, dużo lasu i błota. Nie była odzwierciedleniem bogactwa i różnorodności poleskiej przyrody. Stanowiła raczej odbicie systemu społecznego, bogactwa i potencji organizacji społecznej, które były warunkiem sprawnego i dostatniego życia. Ta samowystarczalność była bardzo potrzebna Poleszukom, gdyż poszczególne wioski oddalone bywały od siebie często o dziesiątki kilometrów. Jeżeli jednak położone były w bliskim sąsiedztwie to kontaktowanie się nie było ułatwione, gdyż: „Zły stan dróg, latem piaski, a w jesieni i na wiosnę nieprzebyte błoto po wsiach i groblach przyczyniają się jeszcze do tego, że mieszkańcy żyją wyłącznie dla siebie i z sobą, tworzą świat odrębny, do którego prawie przystępu nie mają zewnętrzne, obce wpływy i który sam bardzo mało dalszym światem się zajmuje”. Komunikacja między wioskami możliwa była często jedynie dzięki łódkom zwanym czajkami lub duszehubkami, które wraz z długim wiosłem stanowiły podstawowy środek komunikacji Poleszuka. Przeprawy przez rzeki odbywały się także na promach, a dalsze podróże na statkach. Drogi bite należały do rzadkości, częściej spotykane były raczej różnego rodzaju drogi czy dróżki polne, a przede wszystkim groble, mosty, mostki i kładki. Zrobienie takich „dróg” wymagało sporo pracy. Niewielkie i często prowizoryczne groble na płytkich bagnach robiono z faszyny, kawałków drewna i wszystkich innych rodzajów materiału, który nadawał się do tego celu. Miejsca, gdzie błota były głębokie, wymagały większego zaangażowania i profesjonalizmu. Takie groble zaczynano wykonywać już w zimie, gdyż zamarznięcie torfowisk umożliwiało stworzenie odpowiedniej konstrukcji grobli. Po bokach planowanej drogi układano wielkie olchowe kłody, w poprzek cieńsze okrąglaki. Całość przykrywano wiązkami chrustu. W pewnych odstępach wyrąbywano poprzeczne kanały. Nad nimi stawiano mostki, oparte na palach wbitych w ziemię. Gdy ziemia rozmarzła, budowę kontynuowano kopiąc wzdłuż grobli kanały i równając jej powierzchnię warstwami piasku i wydobytego z rowów błota. We wsi groble przechodziły w główną drogę, wzdłuż której zazwyczaj ciągnęły się zabudowania.

 

 

            2. 2. Układ przestrzenny wsi

 

Typowa poleska wieś to tak zwana ulicówka. Czasami ze względu na podmokłe tereny odchodzono od tego typu zabudowania i stawiano zagrody w sposób nieregularny na suchych ostrowach. W dużych, przeludnionych wsiach zabudowa ciągnęła się wzdłuż dwu lub czasem nawet kilku dróg. Chaty zwrócone były do nich szczytami, a zagrody najczęściej miały kształt wydłużonych prostokątów. Wygląd jednej ze wsi w swoim dziele opisała Emma Jeleńska: „Za dawnych czasów trzymano się takiego porządku w budowaniu wsi, że domy mieszkalne stały po jednej stronie ulicy, po drugiej zaś stawiano klecie, świronki, a nieco dalej od chat ogrodzenia gumnami i ozierody. Dziś jest inaczej: przy powiększonej ludności chaty budują po obu stronach ulicy; tylko gumna zostały po jednej stronie i ciągną się o paręset kroków, równolegle do zabudowań gospodarskich, jakby druga, mniejsza wioseczka. […] Ulica nie jest wszędzie jednostajnie szeroka, czasem się zwęża, czasem rozszerza; nigdzie nie ma mniej jak dziesięć do dwunastu łokci”.

Oprócz typowych wsi często występowały na Polesiu osady leśne. W parafii wereszczyńskiej takich osad było kilka, a nazywano je majdanem lub budami. Występowanie w nazwie osady słowa budy świadczyło, iż osada składała się z niedbale skleconych drewnianych chat, stawianych w układzie czworoboku, w których mieszkali pracownicy leśni. Mieszkańcy ci zajmowali się pracami leśnymi, a to ze względu na rozciągające się dookoła duże połacie lasu. Księgi chrztów i zgonów z kościoła wereszczyńskiego jako pierwszych mieszkańców osady Budy Dębowieckie wymieniają wyłącznie popielarzy i smolarzy, trudniących się prymitywną obróbką chemiczno-termiczną drzew i karp porębowych. Podobnie było w innych tego typu osadach tejże parafii, jak Budy Wytyczańskie, Majdan Wincencin i Majdan Dominiczyn.

Charakterystyczne na wsi poleskiej były małe cerkiewki, rzadziej kościółki, które w malowniczy sposób wpisywały się w tamtejszy krajobraz. Były zbudowane z drewna, pokryte dranicami lub słomą. Ocieniały je zazwyczaj stare lipy lub brzozy. Było to dla dziewiętnastowiecznego polskiego etnografa Leona Kunickiego miejsce „święcenia uroczystych epok w życiu wieśniaka i węzłem łączącym go ze Stwórcą. Opodal cerkwi, pośród łanów zboża, widnieją zwykle jej towarzyszki, mogiłki, z mnóstwem krzyżów i krzyżyków, tych jedynych pomników na grobach wieśniaczych”. Małe kościółki poleskie zachwyciły również Ignacego Kraszewskiego, który we „Wspomnieniach z Wołynia, Polesia i Litwy” pisał: „Na prawo miły czysty kościółek wygląda z za drzew. Jest w nim cudowny obraz Bogarodzicy, uczęszczany przez pobożnych pielgrzymów z daleka […]. To wszystko i otaczająca cichość zdaje się wzywać do modlitwy, daleko bardziej niż wiele kościołów szumnych, gdzie za błyskotkami próżnemi Pana Boga nie widać”. Gdy we wsi stał drewniany krzyż, zawsze obwieszony był jaskrawymi, różnobarwnymi małymi fartuszkami, starannie uszytymi, a czasami wyhaftowanymi, które kobiety zawieszały, gdy miały w nocy zły sen, w nadziei, że uchroni je to od niepowodzeń.

W największych wsiach znajdowały się młyny, początkowo wodne, później też wiatrowe. Były niezwykle ważnym elementem w życiu wsi i miejscowości okolicznych, dlatego też młynarz we wsi był człowiekiem zazwyczaj najbardziej uposażonym. Pierwszych młynarzy sprowadzali właściciele ziemscy, tak też było we wsi Andrzejów, położonej na obszarze parafii wereszczyńskiej, w której posiadający włości Stanisław Andrzejewski zawarł kontrakt z młynarzem Wojciechem Kozyrą. W ramach uposażenia młynarz otrzymał roczne zaopatrzenie w pożywienie, składające się z: złotych polskich trzydzieści, żyta korcy trzy, jęczmienia korzec, piwa beczkę, soli szynków trzy, połeć słoniny, sadła, masła kwart dziesięć. Jednakże do roboty pracowników sam doosabiać i najmować powinien, za wyjątkiem prac do ujęcia wody i do palów ubicia. Natomiast na kontrakt następnego sprowadzonego do Andrzejowa młynarza składało się: ze młyna miarkę trzecią mieć będzie, ogrody, plac na postawienie chałupy i pola, półtora korca łęczyńskiego na każdy rok i łąki po błota aż pod młyn. Wszyscy chłopi z majątków andrzejowskich byli zobowiązani do przymusowego mielenia zboża w tymże pańskim młynie i uiszczania z tego tytułu opłat w postaci miar zbożowych.

W każdej wsi występowały miejsca zgromadzeń mieszkańców. Głównym takim miejscem była ulica. Zimą opustoszała, latem zamieniała się w miejsce spacerów, pogawędek, czasami w niedzielę także w salę balową, gdzie przy dźwiękach skrzypiec i bębenka bawili się i starzy i młodzi. Innym miejscem spotkań była karczma. Najbardziej znany dziewiętnastowieczny polski etnograf Oskar Kolberg opisywał je następująco: „Karczmy bywają już to długie budynki z podcieniem i stajnią do zajazdu dla podróżnych [...] z dużą kwadratową izbą szynkowną, otoczoną w koło ławami, bez stołów przed niemi a zwykle z jednym tylko stołem, w której jednym kącie, przeciwległym drzwiom, znajduje się za kratami drewnianemi szynfaks, a za nim lub obok niego drzwi prowadzą do mniejszej izby zwanej wankyr (alkierz), mieszkania szynkarza. Rzadko kiedy widzieć się tu dają pozytywy grające czyli katarynki, a do tańca przygrywają skrzypkowie wiejscy”.

 

 

            2. 3. Zagroda i chata poleska

 

Charakterystyczny dla Polesia był nie tylko układ przestrzenny wsi, ale również układ przestrzenny samego podwórza. Do zagrody wchodziło się przez furtkę lub wrota, czyli wbite w ziemię dwa ociosane słupy połączone ze sobą u góry w półkole. Na przeciw głównej bramy, w drugim końcu podwórka, do ogrodów prowadziła niższa brama. Podwórko miało zazwyczaj kształt wydłużonego prostokąta zwróconego do ulicy krótszym bokiem. Po prawej stronie bramy wznoszono chatę. Przy chacie budowano ściobkę, czyli spiżarnię ogrzewaną w zimie, oraz kleć. Dalej stały pomieszczenia dla bydła, drobiu i świń, sielnik przeznaczony na siano oraz stodoła, w pobliżu której wykopana była piwnica. Najbardziej malowniczą część zagrody stanowiły powietki – szopy otwarte od strony podwórza, które mieściły sanie, wozy, narzędzia rolnicze i rybackie. Ściany poszczególnych budynków tworzyły naturalne ogrodzenie posesji. W miejscach gdzie nie było zabudowań postawiony był płot, najczęściej upleciony z wikliny, tzw. koszowy lub z gałęzi zwany laskowym. Płot laskowy już na początku dwudziestego wieku uznawany był za gorsze rozwiązanie niż płot sztachetowy, ale ze względu na trudność w zdobywaniu materiałów do stworzenia innego rodzaju ogrodzeń był bardzo często wykonywany. Podobnie było z płotem koszowym, zwanym w okolicach Włodawy plitenia. Ogrodzenia pełniły dwojaką praktyczną funkcję. Chroniły obejście od łatwego dostępu z zewnątrz oraz wyznaczały granicę gospodarstwa, skupiając budynki w zagrodzie w jedną zamkniętą całość. Budynki gospodarskie skupione były na małej przestrzeni, wszystkie były raczej niskie i niewielkie. Bywało, że gospodarz posiadał własną studnię usytuowaną na środku podwórza. „Jeżeli nie jest wielkim egoistą, to kopie ją na brzegu swego dziedzińca w ten sposób, ażeby parkan, odgradzający jego domostwo od ulicy, rozdzielał studnię na połowę” pisał Czesław Pietkiewicz. Umożliwiał w ten sposób swobodny dostęp do wody sąsiadom. Istniało nawet przekonanie, że duża liczba studni we wsi świadczy o niezgodności i braku porozumienia między jej mieszkańcami .

Charakterystyczną cechą systemu budownictwa była surowość i brak dekoracji, a także wykorzystywanie tego, co ofiarowała ludziom natura: zarówno materiałów, jak i ich naturalnych kształtów i form. Wynikało to, jak pisze Emma Jeleńska, z niechęci do „wszelkich spajań, przymocowań itp. To też na każdym kroku znajdujemy takie nieobrobione prawie, naturalne kształty, z których oni umieją skorzystać dla własnych potrzeb”. Podstawowym materiałem wykorzystywanym do budowy było drewno. Było to spowodowane łatwą dostępnością, ale nie tylko. Chałupie drewnianej przypisywano takie zalety jak ciepłość, suchość, przewiewność. Najczęściej do budowy wykorzystywano drzewo sosnowe. Drzewo dębowe, jako trwalsze, używane bywało na podwaliny, futryny, słupki itp. Dopóki nie zostały wprowadzone prawne ograniczenia, na budulec wybierano starodrzewy liczące niekiedy około 300 lat, które uznawano za materiał najtrwalszy, nieprzepuszczający wilgoci, ciepła i nie podatny na działanie szkodników. Do krycia dachów, gumna i niektórych budynków gospodarczych używano trzciny, koszonej zimą na zamarzniętych bagnach. Jednak ze względu na wysychanie terenu i zmianę roślinności zastąpiono ją słomą. Ściany budynków uszczelniano natomiast mchem. Poleszucy uznawani byli za zdolnych cieśli. Sami radzili sobie z mniejszymi budowami, naprawą i ulepszaniem budynków gospodarskich. Jednak poważniejszych przedsięwzięć, jak budowa domu, nie podejmowali się. Prosili wówczas o pomoc wybitniejszego majstra, czyli tzw. płótnika. W końcu wieku XIX zaczęto odchodzić od tradycyjnych metod budowania, a prace przy budowie nie były wykonywane przez samych gospodarzy, ale przez bardziej wykwalifikowanych cieśli z innych terenów, przyjeżdżających na Polesie sezonowo. Ich metody naśladowane później były także przez Poleszuków, ale ze względu na brak wiedzy o funkcji poszczególnych elementów konstrukcyjnych często łączono nowe rozwiązania z tradycyjnymi, efektem czego były ciekawe i oryginalne budynki czasami z wieloma zbędnymi elementami. Największe zmiany nastąpiły po roku 1918, kiedy „wraz z nowymi powiewami szybko ją się zmieniać prastary wygląd wsi poleskiej, jak na przykład koło Brześcia, Włodawy, Kobrynia, Pińska i dalej na południe na Polesiu Wołyńskiem”. Odbudowa zniszczonych wsi pociągała za sobą odchodzenie od tradycyjnych form budowy. Domy coraz częściej stawiane były frontem do ulicy, bywały powiększane i podwyższane. Jednak wiele elementów zostawało niezmienionych.

„Chata Poleszuka jest oryginalna, pierwotnej budowy, która na pierwszy rzut oka może się wydać stosowniejszem mieszkaniem dla bydląt, niż dla ludzi, a która pomimo to doskonale zaspokaja potrzeby swych właścicieli” – pisała Emma Jeleńska. Wynikało to z trybu życia, jaki Poleszucy prowadzili. Ogromną część swojego czasu poświęcali pasterstwu, a to wiązało się z koniecznością częstego opuszczania domu i sypiania w prowizorycznych kurendach, czyli budowlach bez komina. Dlatego też chata nie była tak jak na innych obszarach ogniskiem domowym, ale raczej miejscem schronienia, które miało zaspokajać podstawowe potrzeby jej mieszkańców. Poleski dom był niewielki (około 14-16 arszynów długości na 7-8 arszynów szerokości), co wynika zarówno z tego, że małe budynki były łatwiejsze do wykonania, jak i z towarzyskiej natury wieśniaków poleskich. Chałupę stawiano na podwalinach, czyli kwadratowych belkach, zwykle dębowych, ze względu na dużą trwałość.

Chata składała się z trzech nierównych pomieszczeń. Przez środek biegła najmniejsza sień, czasami zakończona komorą, po prawej stronie znajdowała się izba mieszkalna, po prawej zaś kleć lub ściobka, niekiedy zamieniana na drugie pomieszczenie mieszkalne tzw. swietlice. Jednak chat dwuizbowych było stosunkowo niewiele, spotykane były w rodzinach, których liczebność znacznie się powiększyła i brakowało miejsca. W kleci znajdowały się najcenniejsze rzeczy. W ogromnych łubianych kubłach złożona była odzież całej rodziny, płótno, namiotki, paczki lnu i wełny, motki uprzędzonych nici, słonina, suszone grzyby, łyko na łapcie, sól, lipówki z miodem oraz pieniądze. Sień była miejscem wykonywania wielu prac, zastawiona była różnego rodzaju sprzętem niezbędnym w gospodarstwie, czyli wiadrami, cebrami, żarnami. Z sieni po drabinie można było przejść na strych. Przez niskie drzwi wchodziło się do zalanej półmrokiem izby, do której w dzień słońce wpadało przez trzy maleńkie okienka a wieczorem, choć jasno płonące, łuczywo nie dawało wystarczającej ilości światła. Znaczną część tego pomieszczenia zajmował wielki piec, który spełniał wszelakie funkcje. W dolnej części w tzw. podpieczju gnieździły się kury, nieco wyżej na prypieczku można było usiąść, a nawet wygodnie się położyć. W najszerszej części, najlepiej ogrzanej zimą, przez całe dnie przesiadywały dzieci, nocą zaś stanowiło miejsce sypialne dla najstarszych członków rodziny. Początkowo stawiano gliniane piece, pod koniec wieku dziewiętnastego i na początku dwudziestego należały już do rzadkości i zostały całkowicie wyparte przez ceglane. Do ściany przy piecu przytwierdzano szeroką ławę zwaną też połką czy łożą, na której mogło spać kilka osób. Najczęściej miejsce to zajmował gospodarz z żoną. Posłanie młodszych członków rodziny stanowiły ławy pod oknami. Liczba śpiących w jednej izbie sięgała nawet kilkunastu osób, zmniejszała się latem, gdy można było spać w stodole, czy na świeżym powietrzu. Nad połką umieszczony był drąg do wieszania ubrań, a miejscem na drobne rzeczy były belki pułapu, za które wsuwano: wrzeciona, wiązki lnu, suche zioła, czy tez łyko na łapcie. Gdy w domu było małe dziecko do belki, za pomocą sznurów, mocowano łubianą kołyskę, w której bez konieczności wstawania, matka mogła ukołysać niemowlę. Stół gromadził całą rodzinę do wspólnych posiłków. Zrobiony był z kilku desek, czasami miał szufladę. Przez cały dzień przykryty był obrusem, a na środku leżał na nim zawsze bochenek chleba otaczany wielkim szacunkiem. Miejsce w rogu izby, naprzeciwko drzwi, między dwoma oknami, było miejscem honorowym – tzw. pokuć. To tam zasiadał podczas wieczerzy gospodarz, tam także zapraszano gości. Nad oknem wisiały obrazy malowane ręcznie na drewnie. Zdaniem Emmy Jeleńskiej „są one bardzo szpetne i śmieszne, ale z prawdziwie naiwną i szczerą wiarą wykonane. Zwykle przedstawiają jakąś Praczystą o dużej głowie na cieniutkiej szyi, świętych Pietro – Paulo, obok siebie stojących z księgą i kluczami, św. Jurja, czasem Michała, a niekiedy Trójcę Świętą”. Pod koniec stulecia obrazy te zaczęły zastępować kolorowe malowidła, które można było zakupić na targu. Podobnie było z ubiorem, w który jak stwierdzała Jeleńska, zaczynały już wkradać się w tradycyjny strój elementy z zewnątrz, jednak proces ten postępował na Polesiu stosunkowo powoli i typowy strój poleski przetrwał bardzo długo.

 

 

            2. 4. Ubiór poleski

 

Ubiory w poszczególnych wsiach Polesia nieco różniły się od siebie. Wspólną ich cechą była skromność. Składały się z sukmany tzw. świty z ciemnobrunatnego lub szarego sukna (najczęściej wyrabianego z wełny własnych owiec) o długości do kolan, z prostym stojącym kołnierzykiem. Zimą sukmany zamieniano na kożuch ze skóry owiec z własnego stada, wyprawiany na biało, z dużym wykładanym kołnierzem. Czasami ozdobiony był wyszywanymi wzorami żółtymi lub zielonymi. Do przepasania sukmany używano skórzanych pasów zapinanych na dużą, prostokątną, mosiężną sprzączkę. Przy pasie zawieszano skórzaną kieszonkę tzw. kalitę, z hubką i krzesiwem, nóż w futerale i kawałek kutego żelaza do krzesania ognia.

Mężczyźni nosili koszulę z domowego płótna, o długości sięgającej do kolan, z małym kołnierzykiem, zawiązaną pod szyją czerwoną tasiemką. Na koszulę, wyłożoną na spodnie, zakładano długą kamizelkę „z tyłu płócienną, a z przodu z domowej tkaniny wełnianej czerwonej w kraty lub w pasy z czarnem, z zielonem lub żółtem”. Miała ona duże wcięcie pod szyją, a zapinano ją na duże mosiężne guziki. Latem ze względu na wyższe temperatury mężczyźni zakładali spodnie płócienne, albo z materiału zwanego „letnik”, tkanego z lnu, w kraty białe z niebieskim. Buty, które były bardzo kosztowne i zakładane tylko od święta przez bardziej zamożnych gospodarzy zastępowały łapcie z łyka lipowego. „Na nogach noszą naprzód płachty płócienne, któremi aż do kolan owijają nogi, a potem łapcie z lipowego łyka, związane czarnemi rzemykami w taki sposób, że tam gdzie noga jest cieńsza, rzemyki są gęsto jeden przy drugim położone, potem się krzyżują szeroko, a potem pod kolanem gęsto opasują nogę. [...]. Nigdy boso nie chodzą, chyba tylko koło domu, na podwórzu; gdy dalej iść muszą wkładają łapcie. Spodnie chowają do butów, albo rzemykami od łapciów u kolan wiążą”.

Nakrycie głowy gospodarza lub parobka w dzień powszedni stanowił słomiany kapelusz, tylko w święta zamieniany na czapkę z czarnego baranka. Czapki najczęściej były kupowane na jarmarkach lub od przejezdnych kupców, jednak, zwłaszcza zimą, zakładano czapki szyte w domu: z białego sukna, czworokątne, otoczone wyłogiem z futra, który można zapiąć pod brodą i przykryć uszy.

Sukmany kobiet podobnie jak kożuchy, nie różniły się prawie od męskich, czasami były, zwłaszcza u zamożniejszych gospodyń, bardziej ozdobione. Oskar Kolberg pisał, iż „niektóre z majętniejszych kobiet w Tarnowie mają sukman z granatowemi karwaszami (u rąk i na piersiach) wyszywany czerwonym i niebieskim sznurkiem”. Tak samo wykonane i w ten sam sposób jak mężczyźni łapcie nosiły także kobiety. W dni świąteczne zastępowały łapcie tzw. czerewkami, czyli trzewikami z kokardami. Koszula u kobiet była dłuższa niż u mężczyzn i zapięta pod szyją na mały kołnierzyk. Miała szerokie rękawy obszyte w nadgarstkach wąską tasiemką. Kołnierzyk, tasiemka i rękaw, od łokcia w dół, wyszywane były czerwoną nicią w różne wzory. Spódnica była długa do samej ziemi, marszczona koło pasa i zawsze związana tkanym paskiem, którego końce zwisały u boku. Najczęściej tkana była z konopi, latem do pracy noszone były lżejsze spódnice płócienne. Fartuchy zakładane, na co dzień różniły się od świątecznych. Do pracy kobietom służyły fartuchy płócienne, w czasie świąt ubierały się w białe, perkalowe z naszywkami albo wstawką wykonaną na szydełku.

Najpospolitszym nakryciem głowy wśród młodych mężatek była tzw. kimbałka, czyli czepiec i chustka z długimi końcami. Panny splatały warkocz i zakładały chustę podobną do noszonych przez mężatki. Starsze kobiety głowę owijały w długie ręczniki z końcami opadającymi do przodu. Kobiety zamężne zawsze upinały włosy, nigdy ich nie zaplatały w warkocze, gdyż był to przywilej panien i ostatni raz czyniły to na ślubie. W domu przy pracy młode dziewczęta zaplatały warkocz wkoło głowy, kobiety zaś zdejmowały chustki i chodziły jedynie w perkalowym kapturku. Dalsze ubranie głowy kobiety (osobliwie do wyjścia) stanowi perkalowa, kwadratowa duża chustka biała lub kolorowa, najczęściej z żółtem lub zielona w kwiaty. Nieodłącznym elementem świątecznego ubioru były u kobiet koraliki, najczęściej szklane i tanie oraz kolorowe wstążki zakładane na szyję lub z tyłu głowy. Rzadko kiedy zaopatrywano się w taką biżuterię w miastach, najczęściej nabywane były od przejezdnych kupców. Przez wieś Wytyczno na Polesiu Zachodnim raz w roku przepędzano z Wołynia stada owiec, koni i bydła rogatego na największy w okolicy jarmark łeczyński. Gdy kupcy wracali z targu sprzedawali miejscowej ludności świecidełka, tkaniny oraz inne wyroby rzemieślnicze. Podobnie zaopatrywane był inne poleskie wsie.

Maleńkie dzieci ubierane były w przepasaną koszulkę, a na głowę zakładano im tzw. szypoczkę, czyli kolorową czapeczkę. Dzieci w wieku około 10 lat ubierano bardzo podobnie do dorosłych i ich strój nie różnił się prawie wcale. Czasami chłopcy dostawali po ojcu starą czapkę, a dziewczynki perkalową chusteczkę i spódniczkę z letniej niebieskiej tkaniny. Zdarzało się także, że dzieci otrzymywały łapcie, uplecione przez kogoś z rodziny. Uważane to było za przejaw elegancji.

 

 

III.             Kultura duchowa

 

            3. 1. Stosunki wyznaniowe

 

Na przełomie wieku dziewiętnastego i dwudziestego największą część ludności Polesia stanowili wyznawcy prawosławia, najczęściej dawni unici. Byli to przede wszystkim chłopi, drobni rzemieślnicy oraz rodziny pochodzenia bojarskiego. W okresie międzywojennym podejmowane były próby odrodzenia kościoła unickiego, który został w 1839 roku na obszarze Rosji, a w 1875 roku na Polesiu Zachodnim, znajdującym się na obszarze Królestwa Polskiego, skasowany ukazem carskim. Próby te nie przyniosły jednak zamierzonych efektów, więc prawosławie pozostawało wyznaniem dominującym. Katolicyzm był religią mniejszości: polskiej i spolszczonej szlachty, osiedleńców sprowadzanych na obszar Polesia w dziewiętnastym i dwudziestym wieku oraz ludności napływającej na Polesie po pierwszej wojnie światowej.

Ze względu na słaby stan oświaty i wykształcenia oraz powszechny analfabetyzm, trudno było tamtejszej ludności dostrzec różnice między poszczególnymi wyznaniami. Ponadto ponad 250-letnie panowanie kościoła unickiego na terenie Polesia sprzyjało wzajemnemu przenikaniu się prawosławia i katolicyzmu. Dlatego też przedstawiciele obu tych wyznań obchodzili prawie te same święta w bardzo podobny sposób. Katolicy szanowali święta prawosławne i unickie, a prawosławni i unici święta katolickie. Niektóre święta i związane z nimi obrzędy religijne obchodzono faktycznie razem, jak chociażby w okresie wielkopostnym. Anonimowe rozmówczyni, na łamach prawosławnego przeglądu „Ortodoxia”, ostatnie dni we wsi Wereszczyn na Polesiu Zachodnim, poprzedzające Wielki Post, opisały następująco: „Baby wtedy zapijały maślnicę, a mężatki zbierały się w karczmie u Żyda, podsuszany ser i tłuszcz podjadały po raz ostatni przed Wielkim Postem. Dziewczyny – panienki raczyły się najwyżej podpiwkiem albo kwasem chlebowym, ale w domu. Nie w karczmie. Bo jak która poszła do karczmy, to wiadomo… Tam mogły tylko baby. Łatwiej wtedy przychodziło na seropuscie winy przebaczać i serce skruszać. I było potem za co przepraszać. Tam, gdzie nie było karczmy, albo gdzie chłopy dyscyplinę trzymały, to zbierały się kobiety po chałupkach. Jak której młodzieniec postawił kielicha, czy piwo na seropust, to ona mu na Wielkanoc pisankę szykowała. Jak się chciała go pozbyć, to tylko byczka (tj. jajko bez wzorków) na odczepnego dawała. Ot i całe wstępne dni. Do dzisiaj macie tłusty czwartek i kusy wtorek u katolików. Przed wojną to nikt nie robił różnicy, rzymski katolik, czy prawosławny”. Dodatkowo łączenie wiary z ludowymi wierzeniami i zabobonami, czerpanymi ze wspólnej dla obu grup tradycji słowiańskiej powodowało, że także ludowa obrzędowość była wspólna i różniła się tylko nielicznymi szczegółami. Dlatego religijność Poleszuków można uznać za klasyczny przykład ludowej kultury religijnej, w której łączone były elementy chrześcijaństwa z tradycyjnym systemem wierzeń i norm moralnych, opartych na mistycznej solidarności między człowiekiem i światem natury. Nie można natomiast było uznać jej za świadome i dojrzałe chrześcijaństwo.

 

 

            3. 2. Wierzenia ludowe i przedmioty kultu

 

Poleszucy wierzyli w Boga Hospoda, który stworzył świat i wszystko, co na nim się znajduje. Hospod jak i Jezus Chrystus w zamierzchłych czasach przybierali postać staruszka i przebrani w proste białe szaty chodzili po ziemi. W legendach Bóg występował zawsze jako żebrak, dziad, który osobiście ingerował w sprawy ludzkie. Dopiero po odejściu Boga z ziemi ludzie orientowali się kim był ów wędrowiec, kiedy zostawali ukarani lub szczodrze nagrodzeni za swoje postępowanie wobec niego. Wierzono, iż Bóg przestał bywać na ziemi, ale także, że kontaktował się z ludźmi za pośrednictwem aniołów i ludzi natchnionych przez Ducha Świętego. Bóg, który pojawiał się w wielu przysłowiach, legendach i podaniach nigdy nie był Bogiem mściwym. Raczej sprawiedliwym, który karze człowieka z konieczności. Uznawany był także za źródło łask takich, jak urodzaj zarówno na polu i w lesie, sprzyjające warunki atmosferyczne oraz zdrowie członków rodziny i zwierząt w gospodarstwie. Choroby i klęski żywiołowe także mogły pochodzić od Boga jako kara lub ostrzeżenie dla grzeszników.

Na Polesiu powszechna była wiara w nieśmiertelność duszy. Dusza była pojmowana jako doradca człowieka. To ona kierowała ludzkim postępowaniem. Jeśli było ono godziwe za życia to człowieka czekał raj, który wyobrażano sobie jako miejsce pełne wygód, gdzie czas upływa beztrosko, gdzie człowiek jest bezgranicznie szczęśliwy. Piekło natomiast w wyobrażeniach Poleszuków jawiło się jako miejsce wiecznych męczarni. Tam smażone w smole dusze pokutowały za swoje grzechy i czekały na pójście do nieba, oczywiście po odbyciu pokuty. Istniało przekonanie, że dusza może opuścić na jakiś czas ciało śpiącego człowieka i do niego powrócić. Senne wizje uznawane były za wspomnienia, zapamiętane obrazy z takiego typu nocnych wędrówek duszy. Jeżeli ktoś miewał niespokojne sny, szarpał się lub podczas snu krzyczał, było to uznawane za oznakę zmagania się duszy z diabłem, który ją niepokoił.

Specyficzne było rozumienie grzechu. Istniały pewne kategorie złych uczynków, niektórych z nich należało się wystrzegać jedynie ze względu na oczekiwaną karę czy niepomyślne następstwa. Do nich zaliczały się obmowa, pijaństwo, bójki, do których doszło pod wpływem gniewu. Istniały także grzechy, których trzeba było wystrzegać się nawet jeżeli nie pociągały by za sobą żadnej kary. Podpalenie w akcie zemsty cudzej zagrody, czy zabudowań dworskich, kradzież zwierząt, czy „podbieranie” pszczół z uli sąsiada uznawano za grzechy ciężkie, bo obciążające sumienie i niepozwalające na spokojną śmierć. Emma Jeleńska pisała, „że i tu są rozmaite stopnie złego. Kradzież, ten bez zaprzeczenia najpospolitszy występek wśród ludu, nie zawsze jest równie złą. Na przykład ukraść coś od pana to tylko pół grzechu; od żyda to prawie zasługa, lecz od sąsiada włościanina to bardzo źle. Ukraść pieniądze, wyciągnąć ze stodoły trochę żyta, dobierać się do zamkniętej komory to prawdziwa kradzież. Ale porwać kawałek żelaza albo sznura, wyjąć z okien ispektowych szybę, ściągnąć jaką butelkę lub słoik, schwycić przechodząc trochę owoców, posłać dziecko aby narwało ukradkiem grochu na pańskim poletku, wreszcie wyciąć w lesie parę drzew, to są wszystko czynności wcale za złe nie poczytywane[…]”.

Z religijnością mieszkańców wsi poleskiej związane były przedmioty kultu takie jak krzyż. Jeżeli we wsi była tylko jedna ulica to krzyż stawiano przed wjazdem do wsi, czasami także drugi umiejscawiano na jej końcu. Jeśli drogi krzyżowały się lub rozwidlały, w tych miejscach również wznoszono krzyż. Krzyże tworzono zazwyczaj z drewna sosnowego i dębowego. Od ramion krzyża przytwierdzano dwie niewielkie deseczki, tworząc coś w rodzaju zadaszenia. W miejscu skrzyżowania ramion zawieszano obraz Chrystusa Ukrzyżowanego, Matki Boskiej albo jakiegoś świętego – zazwyczaj patrona wsi. Przyzdabiano go wówczas ręcznikami, które stanowiły wota zbiorowe lub osobiste. Obowiązkiem rodziny było postawienie krzyża na grobie zmarłego, znak krzyża gospodyni znaczyła na pierwszym bochenku chleba, przed włożeniem go do pieca, później przed jego pokrojeniem czyniła na nim znak krzyża nożem. Krzyż wycinano nad drzwiami, nad oknami i na niektórych sprzętach domowych. W wigilię Trzech Króli kredą rysowano po trzy krzyżyki na drzwiach w chacie oraz innych budynkach. Niepiśmienni wieśniacy pod dokumentami stawiali trzy krzyżyki, co uznawano nie tyle za obowiązek prawny, ale raczej za obowiązek wobec Boga. Krzyż według wierzeń na Polesiu miał szczególną moc. Była to największa broń, jakiej można było użyć przeciwko diabłu. Do tego samego celu służyła także święcona woda, ale bez krzyża nie miała już tak wielkiej mocy.

Przedmiotem kultu były obrazy, jednak nie wszystkie były traktowane z jednakową czcią. Najważniejsze, a zarazem najświętsze, były wizerunki Boga Ojca, Chrystusa i Matki Boskiej. Wizerunki świętych pełniły zazwyczaj jedynie funkcję ozdobną i każda gospodyni chciała mieć ich jak najwięcej, aby pokryć jak największą przestrzeń ścian. Nie bez znaczenia było także rozmieszczenie obrazów. Najważniejsze były malowane na drewnianych deskach i wieszane na pokuciu. W chacie, w której wisiały obrazy należało się odpowiednio zachowywać. Obrazy najczęściej zawieszano po uprzednim poświęceniu, dlatego w domu gdzie znajdowały się obrazy nie można było gwizdać ani też nosić czapki.

 

 

            3. 3. Święta

 

Ważną rolę w życiu wsi poleskiej odgrywały święta. To one wyznaczały rytm życia i stanowiły niejako kalendarz na Polesiu. Dzięki znajomości odstępów czasu pomiędzy świętami kościelnymi oraz dat odpustów w pobliskich miastach i miasteczkach doskonale radzili sobie Poleszucy z rachubą czasu.

Rok obrzędowy rozpoczynało Boże Narodzenie. Poprzedzone było u katolików adwentem, u prawosławnych filipowką, czyli postem. Okres świąteczny trwał dwa tygodnie od wigilii Bożego  Narodzenia do święta Trzech Króli. W okolicach Włodawy wigilię Bożego Narodzenia określało się jako kolada, spożywane były wówczas wyłącznie postne potrawy: żur owsiany, groch z kapustą, tzw. kutia, czyli kaszę jęczmienną z makiem, pierogi z kaszą lub serem oraz w bogatszych domach suszone owoce i śledzie. Dziewiętnastowieczny etnograf Kazimierz Wójcicki pisał, iż przed wieczerzą gospodynie starannie sprzątały chaty, myły ławy, podłogi, sprzątały sień, tak, aby wszystko w izbie miało odświętny wygląd. Na stół oraz ławy położone było siano, a w kącie izby stawiano snop żyta z kłosami, które nie było uprzątnięte aż do święta Trzech Króli. Wówczas można było je wynieść z chaty i należało, jeśli w gospodarstwie był sad, owinąć nim drzewko owocowe, żeby nie „lękało się najtęższych mrozów”. Oskar Kolberg natomiast wspominał, iż ziarna te oddawane były wszystkim zwierzętom w gospodarstwie. Zaraz po spożyciu posiłków urządzano wróżby np. przyglądano się niebu. Jeśli było gwiaździste i czyste to znaczyło, że nadchodzący rok będzie urodzajny. Jeśli na drodze było tak mało śniegu, że można było dostrzec przebijającą się czarną ziemię, wróżyło to „dobry rok” na warzywa i owoce. Dziewczęta zabierały trochę kuti ze stołu, zawijały w chusteczkę i kładły pod poduszkę. Ten, kto przyśnił im się w nocy miał, według wróżby, zostać przyszłym mężem. Po kolacji chłopcy i dziewczęta zbierali się w dwie grupy, aby przy akompaniamencie skrzypiec chodzić od chaty do chaty i szczodrować, czyli kolędować. Podchodzili do okna, pytali gospodarza czy mogą wejść z kolędą. Po zaproszeniu śpiewali kolędy przeplatane z piosenkami o wcale nie religijnych treściach, a przy tym pozdrawiali wszystkich domowników. Otrzymywali za to albo drobne kwoty pieniędzy, albo poczęstunek. Jeśli gospodarz niechętnie wynagradzał kolędników, ci żegnali go prześmiewczą przyśpiewką, np.: „karotki świtki, pomierzli łydki, karotkie kożuszki, pomierzli duszki”. W nocy wszyscy udawali się na nabożeństwo do cerkwi, które zaczynało się po północy. W pierwszy dzień świąt ci, którzy mogli, odświętnie ubrani gromadnie szli do miejscowej świątyni, z której każdy starał się wrócić do domu jako pierwszy, ponieważ zwiastowało to urodzajny, bogaty przyszły rok. Później rodzina spożywała świąteczny obiad składający się przynajmniej z trzech potraw. Wieczorem młodzież udawała się ponownie po kolędzie.

Czas od Bożego Narodzenia do nowego roku także był czasem odświętnym. Nie wykonywano wówczas ciężkich prac, kobiety nie zajmowały się w tym okresie prządką. Wigilia Nowego Roku obchodzona była bardzo podobnie do wigilii Bożego Narodzenia. Po wieczerzy chłopcy wybierali się na szczodrowanie. Pierwszego stycznia obchodzony był bardzo chętnie zwyczaj zwany Kozą. Młodzi kawalerowie przebierali się za kobiety, za cyganów, którzy wróżyli dziewczętom, czy za dziada, który prowadził jednego ze swoich towarzyszy przebranego za kozę na sznurku. Rolę kozy grał jeden z chłopców, który zakładał na siebie kożuch, w taki sposób, żeby futro było na górze. W ręku trzymał kij z główką kozy, zrobioną z białych szmatek, z rogami wykonanymi ze słomy i z lnianą bródką. Zwyczajowi temu towarzyszyły przeróżne zabawy i psoty. Koza wędrowała od chaty do chaty gdzie wśród śmiechów i dla rozbawienia wszystkich mieszkańców wsi, skakała, biegała, tańczyła i robiła przemyślne żarty. Za takie harce otrzymywała jakieś drobne prezenty.

Kreszczenie to Święto Trzech Króli. Tego dnia w bardzo uroczysty sposób święcona była woda w rzekach, stawach czy studniach. Każdy taką wodę musiał w domu posiadać, dlatego też po zakończeniu czynności kapłana, każdy nabierał dzban wody święconej i zanosił do domu, aby móc nią obmyć noworodka, pokropić cielątka, żeby nie były podatne na uroki i były zdrowe. Czas od święta Trzech Króli do Środy Popielcowej Emma Jeleńska uznawała za najweselszy okres w roku. Był to czas karnawałowy, który Poleszucy bardzo chętnie spędzali na zabawach, tańcach, wróżbach i innych rozrywkach. Zimowe i mroźne dni ułatwiły komunikację między sąsiednimi wsiami, co zachęcało do odwiedzania rodzin, czy znajomych. Gościnni mieszkańcy Polesia bardzo chętnie urządzali wieczorne zabawy. Na zasłanym białym obrusem stole nie brakowało barszczu, krupniku ze słoniną czy twarogu. Wszyscy jadali wówczas drewnianymi łyżkami z tej samej miski. Zarówno kobiety, jak i mężczyźni, pili przy tym duże ilości wódki.

Najbardziej intensywna zabawa trwała tydzień przed rozpoczęciem Wielkiego Postu, czyli w tak zwane Zapusty. W Środę Popielcową muzyka we wsiach przestawała rozbrzmiewać. Od tego czasu sumiennie przestrzegany był post, rozpoczynały się prace i w polu, i w chacie. Ze względu na kończące się zapasy karmy wypędzano na paszę bydło, które gospodarz kropił święconą wodą i poganiał gałązkami wierzby poświęconymi w Niedzielę Palmową. Właśnie od zwyczaju święcenia wierzby Niedziela Palmowa przyjęła nazwę Niedzieli Wierzbowej, lub Werbnycy. Tego dnia po powrocie z nabożeństwa lekko uderzano gałązkami wierzbowymi osoby, które w świątyni nie były wołając: „ne ja biju – werba bije; za tydzień Welýkdeń”. Podkreślano w ten sposób, czas oczekiwania na Zmartwychwstanie Pańskie.

Wielki Tydzień tak jak w innych miejscach w Polsce był czasem zadumy i wspominania Męki Pańskiej. Towarzyszyły temu okresowi modlitwy i ścisły post. Oskar Kolberg podał jedną z takich modlitw z Orchówka, położonego w pobliżu Włodawy:

„Stoi gruszka zieląca, przed Panem Jezusem świetląca;

Sam kapłan dzieciątko piastuje, jemu dusza się raduje.

Raduj się duszko moja, wesel się serce moje, Odkupiciela – Zbawiciela.

Od wszystkiego złego, od piekłego mojego,

Pan Jezus dał przybić rence i nogi,

Wypuścili z niego maj drogi”.

W Wielki Czwartek odbywała się kolacja zwana Tajnią, która miała symbolizować Ostatnią Wieczerzę. Natomiast w Wielki Piątek i Sobotę trwały intensywne przygotowania do świąt. Gospodynie miały wówczas wiele pracy, związanej z gotowaniem świątecznych przysmaków oraz z zaprowadzenie porządku w całej chacie. W Wielką Sobotę zwaną krasną, młodzież i dzieci zajmowały się farbowaniem jajek, które najpierw gotowano na twardo, czasami rozgrzanym nad świecą woskiem malowano przeróżne wzory, po czym wrzucano do wody z zagotowanymi łupinami cebuli, albo do farbek kupowanych od handlarzy. Tak przygotowane kraszanki służyły w święta do obdarowywania sąsiadów i krewnych. W niedzielę Wielkanocną cała wieś była kolorowa i wesoła. Po nabożeństwie, na którym ksiądz święcił przyniesione w kobiałkach pokarmy, wszyscy zasiadali do suto zastawionych stołów, na których nie mogło zabraknąć pieczonego prosięcia, słoniny pokrojonej w drobne kawałeczki, pierogów z mąki pszennej i innych przysmaków, które po tak długim poście smakowały wybornie. Nie wypadało urządzać tego dnia odwiedzin, dlatego każdy wypoczywał w domu z rodziną. Tylko młodzież paradowała w odświętnych strojach po wsi, chwaląc się przy tym urodą swych kraszanek. Dopiero następnego dnia, w poniedziałek rozpoczynały się zabawy, rozbrzmiewała muzyka a kawalerowie i panny bawili się pisankami. Uderzali jajkiem, jedno o drugie, a ten którego było mocniejsze i nie pękło, zabierał obie pisanki. Emma Jeleńska nie wspomina o zwyczaju polewania się wodą.

Dwudziestego czwartego czerwca przypadał dzień Świętego Jana. W wigilię święta, czyli w Noc Świętojańską wierzono, iż wzmacniała się moc wszelkich czarownic, które o zmierzchu wylatywały na łopatach do chleba na Łysą Górę, aby uzbroić się w przeróżne magiczne preparaty. Dlatego w przeddzień w całej wsi panowały gorączkowe przygotowania. Od samego świtu gospodynie zabezpieczały się jak mogły przed działaniem czarów. Do naczyń, w których przechowywano mleko wkładano pokrzywy i paprocie, gotowano i tym wywarem dokładnie je myto, poczym napełniano wodą tak obficie żeby trochę wypłynęło i „zabrało” ze sobą wszystkie uroki. Gospodynie, podejrzewając się nawzajem o czary, pilnowały bacznie, aby nie wyniesiono podczas sąsiedzkiej wizyty nawet najdrobniejszego przedmiotu, bo mógłby on zostać wykorzystany przez wiedźmę. O północy głęboko w lesie miał zakwitać kwiat paproci. Ten, komu udałoby się go zerwać posiadał wszystkie skarby świata, w tym zdolność do przedłużania życia. Jednak wierzono także, że mógłby to uczynić jedynie głupiec, na którego duszy w ogóle nie zależy diabłu, w innym przypadku nie pozwoliłby na to. O wschodzie słońca, w dniu Św. Jana wiedzmy traciły swa diabelską moc.

 

 

            3. 4. Obrzędy i zwyczaje

 

Pierwszym sakramentem, jaki przyjmowała większość mieszkańców Polesia był chrzest. Związany był, jak większość obrzędów, z ludowymi wierzeniami zaczerpniętymi jeszcze z pogańskich tradycji. Moment przyjścia na świat należało utrzymywać w tajemnicy, gdyż zapobiega to cierpieniu matki, która gdyby postąpiono inaczej, „odcierpieć musi bóle za wszystkie wiedzące o tem w tym czasie dusze”. Zaraz po tym do chaty schodziły się sąsiadki, aby zaopiekować się noworodkiem i matką. Jeśli dziecko rodziło się słabe lub chore, starano się jak najszybciej je ochrzcić, jeżeli było zdrowe na termin chrztu wybierano jedną z najbliższych niedziel. W dniu chrztu do domu przychodzili wcześniej zaproszeni kumowie, czyli rodzice chrzestni, którzy wraz z ojcem zabierali dziecko do cerkwi czy kościoła. Przed wyjściem w pieluszki dziecku wkładano chleb, który miał zapewnić dostatek oraz czosnek chroniący przed złymi duchami. Po powrocie, kuma podawała dziecko matce, ponieważ ta pozostawała w domu i nie mogła brać udziału w mszy. Później wszyscy zebrani w izbie pili wódkę i życzyli sobie wszystkich możliwych pomyślności. Kumowie otrzymywali od rodziców dziecka podarki w postaci wyrabianego w domu materiału, ci z kolei dawali w prezencie dziecku niewielkie kwoty pieniężne.

Małżeństwa były zawierane na Polesiu zazwyczaj w młodym wieku, kobiety od około siedemnastego roku życia do dwudziestego, mężczyźni zaś od osiemnastego do dwudziestego roku życia. Czas, w którym zawierano najwięcej małżeństw to okres od Bożego Narodzenia do Wielkiego Postu, zawsze była to niedziela lub dzień świąteczny. Emma Jeleńska podkreśla, że sakrament przyjęty w kościele, czy w cerkwi nie stanowił ostatecznego uprawomocnienia związku. Dopóki nie odbyło się wesele młodzi małżonkowie mieszkali osobno i nie stanowili jeszcze rodziny. Za udzielenie sakramentu duchowny otrzymywał (oprócz opłat pieniężnych) dary w naturze. W parafii unickiej w Wytycznie w drugiej połowie dziewiętnastego wieku zapłatą była kura. Gdy kury nie przyniesiono nie chciał dać ślubu, po długich przeprosinach dawał wreszcie ślub, ale gdy młoda przychodziła do wywodu po ślubie, to musiała za karę stać w babińcu przez całą mszę. W babińcu było zimno, dlatego kary tej bały się młode niewiasty.

Wejściu w związek małżeński towarzyszyło wiele obrzędów. Również śpiewów było bardzo wiele, a każdemu etapowi tej ceremonii przysługiwała inna pieśń. Wiele z nich „opiewało niedolę młodej mężatki wśród obcej, nieznanej rodziny i tęsknotę za swemi”. Osobne przyśpiewki towarzyszyły także biorącym ślub sierotom.

Pierwszym etapem zalotów były oświadczyny, na które szedł ojciec kawalera z sąsiadem albo z innym mieszkańcem wsi, zwanym posłem. Przynosili ze sobą chleb i wódkę. Dziewczyna nie brała udziału w rozmowach, wychodziła wówczas do sąsiadów i dopiero wówczas, jak rodzice zapytani czy oddadzą rękę córki powiedzieli, że nie będą decydować bez niej, zostawała zawołana. Jeżeli dziewczyna nalała gościom wódki oznaczało to, że przyjmuje oświadczyny i że nastąpi ostatni etap zalotów, czyli zapoiny, czy zmowiny. Rodzice panny przygotowywali na tą okazję bardzo wystawną ucztę. Wówczas ustalano termin ślubu i inne szczegóły z nim związane. Od tego czasu dziewczyna przybierała miano kniahini a chłopiec kniazia, urzędników weselnych określano jako bojarów.

Między zmowinami a ślubem przerwa była bardzo krótka, trwała około tygodnia czasami dziesięć dni. Wesele nie zawsze odbywało się bezpośrednio po ślubie, z woli rodziców lub z powodu innych okoliczności mogło odbywać się kilka dni później. Trwało zawsze kilka dni. Oddzielnie w domach pana młodego i młodej odbywało się bardzo uroczyste pieczenie korowaja. Emma Jeleńska pisała: „Naprzód w obu chatach oddzielnie odbywa się pieczenie korowaju. Nazajutrz pan młody przybywa do żony, otoczony drużbą, ona go z drużkami w chacie oczekuje. Zrazu nie puszczają go do chaty, więc musi okupić się drużkom i wejście prawie gwałtem zdobywać. Potem następuje ugoszczenie zebranych, tańce, pomimo zimowych mrozów, na podwórzu przed chatą, picie wódki, jedzenie rozmaitych przysmaków, stosownie do zamożności gospodarza, sadzanie młodej na dzieży i podpalanie jej i mężowi włosów, zawijanie namiotki, dzielenie korowaju, wreszcie wyjazd młodych do chaty mężowskiej, wraz ze ślubną wyprawą, która w kubłach i „króbkach” pakują na wozy; przy tem śpiewają ciągle stosowne pieśni. W mężowskiej chacie trwają dalej różne zabawy, uczty i pijatyka, tańce, swawola i żarty coraz wolniejsze. Przeciąga się to do późnej nocy, aż wreszcie w towarzystwie swach odprowadzają nowożeńców do kleci i tam ich samych zostawiają” . W dawniejszych czasach funkcjonował zwyczaj sprawdzania, czy dziewczyna zachowała czystość do nocy poślubnej, jeżeli wynik był pozytywny, następnego dnia zabawa trwała. Chatę przystrajano czerwonymi wstążkami, a tak zwane prydanki zawoziły koszulę panny młodej jej matce. Na przełomie stulecia zwyczaj ten uległ zmianie i bardzo rzadko funkcjonował w tak rygorystycznej postaci.

Gdy umierał na Polesiu człowiek, jego rodzina zapraszała do pomocy przy przygotowaniu zwłok do pogrzebu najbliższych krewnych lub sąsiadów. Część zebranych osób zajmowała się zmarłym, część natomiast zbijała trumnę o bardzo prostej konstrukcji. Ubierano zwłoki w czyste ubranie. Ludzi młodych, zmarłych przed ślubem ubierano natomiast w strój weselny. Podczas wynoszenia trumny z domu, stukano nią we wszystkie kąty w izbie, co miało stanowić coś w rodzaju pożegnania zmarłego z domem.

Na usypanej z ziemi mogile stawiano krzyże albo wysokie, drewniane, albo niskie, wykonane z kamienia z zaokrąglonymi ramionami. Z wiarą w życie pozagrobowe wiązał się obowiązek zapewnienia opieki zmarłej osobie także po śmierci. Stąd też nad grobami na niektórych obszarach Polesia stawiano konstrukcje przypominające małe stare domki poleskie. Inną formą takiej troski o losy duszy bliskiej osoby były obchody Diedów. Odbywały się one dwa razy w roku, wiosną i  jesienią. W niedzielę przewodnią, domownicy z każdej chałupy szli na cmentarz z koszami pełnymi jedzenia i wódki, zaścielali białym obrusem grób i urządzali ucztę, podczas której wspominali zmarłych. Resztki jedzenia zostawiano na grobie. Jesienią Diedy odbywały się na początku listopada, zazwyczaj w sobotę. Poprzedzał je całodniowy post. W sobotę rano każda gospodyni na nabożeństwo za duszę zmarłych zabierała ze sobą do poświęcenia kanun, czyli potrawę składającą się z rozgotowanego miodu i pszennych bułeczek, które w nim maczano. Po nabożeństwie w cerkwi należało wysprzątać chatę i przygotować obiad, do którego zasiadano przed wieczorem. Na pokuciu paliła się świeca woskowa, a z każdej potrawy, ucztujący odkładali pierwszy kęs do jednej miski oraz pierwszy kieliszek wódki. Był to dar dla zmarłych, który później zanoszono na cmentarz.

 

 

            3. 5. Wierzenia demonologiczne

 

Wśród mieszkańców Polesia żywe było przekonanie o istnieniu diabła, którego nazywano czort, złoje. Oprócz tego pojawiały się przekazy o judzie, kusicielu ludzi, wyprawiającym przeróżne psoty i sprowadzającym nieszczęścia. Poleszucy wierzyli, iż miejscem gdzie diabeł chowa się są trudne do przebycia zarośla i krzewy. Oczywiste było to, iż złe duchy przebywają na skrzyżowaniach wszelkich dróg, dlatego też właśnie w tych miejscach stawiano krzyże i kapliczki, mające zniwelować działanie diabła. W różnych innych miejscach mógł szkodzić ludziom, straszyć wędrowców, wyprowadzać na bezdroża, tumanić i ogłuszać. A najsilniejszą moc posiadał w lasach, górach i przepaściach.

O pochodzeniu złego krążyły różne opinie, na przykład taka, że może on zostać powity przez złą kobietę. Zwiastunem takich narodzin były niezwykłe wydarzenia, na przykład, gdy kura w jednym dniu zniosła dwa jajka. Ludziom, którzy mieli konszachty z diabłem, powodziło się doskonale pod względem materialnym, jednak za taką „pomoc” słono płacili – bo zapłatą za nią była dusza, o którą diabeł się bardzo często dopominał. Znękany grzesznik w końcu odbierał sobie życie. Darem czarta są także według wieśniaków poleskich wszelkie sprawności w rzemiośle, wszystkie nadzwyczajne osiągnięcia w nauce czy sztuce. Pisał o tym choćby Oskar Kolberg, który twierdził: „Pewni są, że gdyby muzyka (grajek) niemiał własnego swego diabła za uchem, to graćby dzielnie i ochoczo (zwłaszcza do tańca) nie mógł. Nie na dobre mu to jednak wychodzi, bo jużci to nie Pan Bóg do grania mu dopomaga. O śpiewie jednakże tego nie twierdzą. Diabeł mógł też nocą wpaść do stajni i płoszyć konie. Po takiej nocy gospodarz wchodził do stajni i spostrzegał poplątane „w kołtuny” grzywy i ogony. Można było się jednak od tego ustrzec dzięki pewnym zabiegom. Najważniejsze było pokropienie stajni święconą wodą, ale gospodarz musiał być przy tym zabiegu na czczo. Także za różne pomyłki językowe, słowa użyte w złym kontekście, odpowiedzialnością obarczano diabła. Wówczas „niechciany” wyraz należało odplunąć diabłu.

Wierzono na Polesiu także w różnego rodzaju mary i upiory, o których krążyły opowieści. We wsi Wereszczyn krążyła gadka: „Przyszła do Tarnowa od strony sąsiedniej wsi Chutcze jakaś mara i chodziła zmrokiem po wsi, krzycząc przeraźliwym głosem: „bude byda! bude byda!” […] ale znalazł się jeden śmiały człowiek, który zaczajiwszy się na krzyczącą biedę z długą tyczką (ażeby bijąc, być od niej jak najdalej), otrzepał nią marę porządnie, wołając: szcze pohórszaja! szcze pohórszaja! […]. Wtedy widmo uciekło z krzykiem do sąsiedniej wsi Wereszczyn, gdzie natychmiast rozpoczął się straszny pomór na ludzi, tak, że niektóre chaty całkiem z mieszkańców ogołocone na kołek zamknąć musiano, bo tam nie znalazł się podobny tamtemu śmiałek”.

Takim upiorem mogła stać się dusza samobójcy, lub jak pisze Emma Jeleńska, dusza osoby, która nie zakończyła swoich ziemskich spraw. Aby zabezpieczyć się przed ewentualnym spotkaniem z taką zmorą, wsypywano zmarłemu do trumny lub za pazuchę tyle ziarenek maku, żeby nie zdążył ich policzyć od zmierzchu do świtu. Gdyby maku było za mało i przestał liczyć ziarenka przed zapianiem kury, mógłby wyjść z trumny i straszyć ludzi. Ochroną przed zmorami było zapalenie gromnicy, czy też nabożeństwa za zmarłych. Istniało także przekonanie o istnieniu małych, garbatych stworzeniach, ubranych w wielkie buty i czapki, które wkraczały i wyrządzały wiele szkód w gospodarstwach, czasem bez powodu, a czasem przywołane przez brak umiarkowania w pracy czy zbytnie dążenie do zysku. Kiedy zlydni, przybywali wówczas w danym obejściu nic się nie wiodło. To one dolewały wody do tłustego mleka, dosypywały piasku do najlepszej kaszy, psuły chleb, kradły kurom jajka i tym podobne.

            Przez cały rok po lasach kryła się rusałka, czyli dziewczyna, która nie doczekała ślubu i zmarła jako narzeczona. Wiosną wychodziła z lasu i w poszukiwaniu miłości, wabiła młodych mężczyzn. Na niektórych obszarach Polesia z wypędzaniem rusałki związany był ciekawy zwyczaj. Wówczas wybierano najpiękniejszą dziewczynę ze wsi, ubierano w najpiękniejszy strój i wypędzano symbolicznie ze wsi. Brały w tym udział wyłącznie dziewczęta.

Jednym z ważniejszych elementów w wierzeniach wsi poleskiej były czary oraz zajmujący się nimi czarownicy. Do czarowników zaliczano również wróży i znachorów. Wyróżniano ich dwie kategorie: dobrych, pożytecznych, którzy potrafili (w przekonaniu mieszkańców wsi) leczyć, zażegnywać nieszczęścia oraz służyli pomocą w trudnych chwilach i takich, którzy ludziom szkodzili. Znachorką, zwaną lepietuchą najczęściej była stara kobieta, wesoła i pewna siebie. Lepietuchy znały sposoby leczenia, których nauczyły się w dzieciństwie od rodziców oraz miały obowiązek przechowywania tej wiedzy w tajemnicy, bo gdyby wyjawiła swoje sposoby, na pewno by straciła swą władzę. Umiejętności przekazywała wyłącznie własnym dzieciom, albo innej osobie, którą darzyła zaufaniem. Niektóre z nich specjalizowały się w konkretnej dziedzinie i można było spotkać znajuszczych od mleka, od paraliżu, od padaczki i od wielu innych chorób, ale także od odwracania burzy, od uroków, czy od wykrywania kradzieży. Musiały umiejętnie posługiwać się odpowiednim życzeniem, w zależności od dziedziny i przypadku, oraz znać zespół gestów życzenie to wzmacniających. Wiedzmy miały ogromną moc, którą wykorzystywały w złych celach. Potrafiły przybierać różne postacie, na przykład wcielając się w czarną żabę wkradały się do obory i potrafiły „odebrać” mleko krowom. Aby ochronić zwierzęta przed działaniem złych czarownic obsiewano  okolice obory pokrzywą i makiem, wierząc, że zanim nadejdzie ranek, czarownica żeby nie stracić mocy musiała pozbierać wszystkie ziarnka maku parząc o pokrzywę ręce. Dzięki temu nie mogła wyrządzić szkód. Wierzono, że wiedzmy z całej okolicy spotykały się na wierzchołkach dębu i dzieliły się gospodarstwami, z których miały czerpać korzyści, dlatego zawsze wiodło im się dobrze. Przynosząc szkody innym, chroniły własnego dobytku, żyły zawsze w dostatku, ale nie pozostawały bez kary. Za wyrządzone za życia zło umierały bardzo długo w strasznych mękach. Widok umierającej wiedzmy według wieśniaków miał być tak straszny, że nawet ci ludzie, którym wyrządziła wielkie zło, litowali się nad nią i przebaczali.

      

Źródła:

  • Kronika Parafii Św. Andrzeja Boboli w Wytycznie, rękopis spisany przez ks. Jana Rębisza w latach 1947 – 1952;
  • Księgi donacyjne Parafii pod wezwaniem Św. Stanisława w Wereszczynie, rękopis z lat 1596 – 1699;
  • Księgi metrykalne chrztów, małżeństw i zgonów Parafii pod wezwaniem Św. Stanisława w Wereszczynie, rękopis z lat 1809 – 1888;

 

Literatura:

  • Falkowski Jan, Krzyże kamienne i domki drewniane na cmentarzach poleskich, [w:] „Ziemia”, t. 10, nr 8, 1925;
  • Hławiczka Karol, Polesie; pieśni ludowe poleskie, [w:] „Biblioteczka Pieśni Regionalnych”, Katowice 1935;
  • Jeleńska Emma, Wieś Komarowicze w powiecie mozyrskim, [w:] „Wisła”, t. 5, Warszawa 1891;
  • Kolberg Oskar, Chełmskie: Obraz etnograficzny, t. 1, Kraków 1890;
  • Kolberg Oskar, Chełmskie: Obraz etnograficzny, t. 2, Kraków 1891;
  • Kolberg Oskar, Zwyczaje i obrzędy weselne z Polesia, Kraków 1889;
  • Krasucki Stanisław, Polesie, Bydgoszcz 1998;
  • Kraszewski Ignacy, Wspomnienia Wołynia, Polesia i Litwy, Paryż 1860;
  • Kunicki Leon, Ubiory włościan, [w:] „Tygodnik ilustrowany”, nr 425, Warszawa 1867;
  • Marczak Michał, Przewodnik po Polesiu, Lublin 2008;
  • Obrębski Józef, Polesie, Warszawa 2007;
  • Ossendowski Ferdynand Antoni, Polesie, [w:] „Cuda Polski”, Poznań 1936;
  • Pelica Grzegorz Jacek, Ślady wyrwane z zapomnienia, [w:] „Przegląd Prawosławny Ortodoxia”, nr 9 (225), Białystok 2006;
  • Pietkiewicz Czesław, Kultura duchowa Polesia Rzeczyckiego, Warszawa 1938;
  • Pietkiewicz Czesław, Polesie Rzeczyckie. Materiały etnograficne. Cz. 1: Kultura materialna, Kraków 1928;
  • Ruszczyk Grażyna, Polesie. Fotografie z lat dwudziestych i trzydziestych, Warszawa 1996;
  • Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich, t. 8, Warszawa 1887;
  • Staszczak Zofia, Budownictwo chłopskie w województwie lubelskim (w XIX i XX wieku). Prace i materiały etnograficzne, t. 24, Wrocław 1963;
  • Stępowski Marian, W dżungli poleskiej. Wrażenia z wędrówek radjokronikarza, Lwów 1933;
  • Uziembło Henryk, Błoto ... Bajeczne, odbitka z „Czasu”, Kraków 1934;
  • Wójcicki Kazimierz, Zarysy domowe, t. 3, Warszawa 1842;

 



 

Komentarze
Dodaj nowy
wnuczka  - poprawki   |2015-08-22 12:35:05
Sz.P
jestem wnuczka rodziny mieszkającej na tzw. Polesiu Zachodnm przed wojna. ten opis jak sie wydaj pasuje raczej do Polesia wschodniego. To zachodnie- z tego co pamietam - roznilo sie dośc
istotnie. Były drogi, kolej szosy, banki, szkoly we wsicha, wydobycie kredy i produkacja np. cegiel. Duzo sie tam dzial po wjnie bolszewickiej. Ludnośc rzeczywiście totalnie przemieszana.Aale w
kwestii religii - widac błedy piszącego. Otóz większosc tej ludności, napływowej po Unii Polsko_Litewskiej, była prawoslawna juz w IX wieku (nie XI ja tutaj), sam KIjów powstał w v wieku,
Łwowo w XII, a Rus - była oficjalnie ochrzczona w 988roku.
Przde wszystkim- ikony to nie obrazki! ich sie nie maluje, ale "pisze". Wynika to z bardo starej, wczesnochrześcijańskiej
tradycji - pisania i zawieszania modlitw (troche tak jak do dzisiaj robią Żydzi przy ścianie Placzu w jerozolimie jak zrobił to Jan Paweł. Ikona jest prosba, modlitwa do konkretnych świetych, do
Bogarodzicy itd..Z czasem zyskala - najpierw małe postaci z boku, potem juz centralne miejsce zajmowala przedstawienie Maryi z jecysem itd. Bóg NIGDY NIE BYŁ PRZEDSTAWIANY, to bluźnierstwo!.
Tylko Matka Boska z Dzieciatkiem, potem "zamieniana" na Unitów siła, często - na katolicyzm, potem- znów siła- przez carat"przywracana" prawoslawiu....Przy bardzo duzym napływie
ludności zewszad- Z Korony, także Niemcow (wczesniej Wikingów, ktorzy zalozyli Kijów), Słowian roznych plemion- dominowali nie Drewlanie lecz Buzanie, Wołynianie), potem Żydów, , Włochów-
m. in Kartuzów i innych zakonow), Moskali i td. trudno byłoby okresli wl [prawdziwe pochodzenie tych mieszakńców. Nazwa Poleszuk nie do końca jest adekwatna dla tych ludzi, zwlaszcza w
zachodniej cześci, gdzie zyłi tez tzw. biali Rosjanie (inteligencja) ktora uciela przed bolszewikami ze wschodu, sporo było Polaków (gł. wojsko, urzednicy, koloniści) ,...
Krzysztof T.  - Piasecki   |2014-03-05 10:35:01
Witam.
Świetna praca. Rzeczowy układ, poruszyła Pani najistotniejsze zagadnienia dotyczące Polesia w omawianym okresie.
Chciałem zapytać skąd pochodzi cytowany fragment Sergiusza Piaseckiego
oraz skąd posiada Pani informacje odnośnie uczestnictwa Piaseckiego w wyprawie Józefa Obrębskiego, ponieważ wydaje mi się, że w tym okresie (1934 - 1936 okres wyprawy etnograficznej na Polesie)
Piasecki przebywał we więzieniu na Świętym Krzyżu.
Z góry dziękuję za informację i jeszcze raz gratuluję merytorycznej, interesującej pracy.

Pozdrawiam
kris   |2014-05-13 13:37:15
Już wiem z jakiej książki Piaseckiego pochodzi cytowany fragment - "Piąty etap". Dzisiaj dotarłem do fragmentu "Milewicze, 2 kwietnia 1923 r." i znalazłem. Ale zanim odszukałem,
wcześniej przeczytałem 4 inne książki Piaseckiego, fascynujący pisarz!
elisabeth19   |2013-03-20 16:00:04
Tekst naprawde siwtnie napisany :) bardzo mi pomogl w mojej pracy na temat polesia:) autorowi bardzo dziekuje :)
pozdrawiam
Anonimowy  - bez tytułu   |2012-02-14 10:20:12
Przeczytałem. Wspanialen napisane. A najwaznejsze, że wszystko prawdziwe i dokładne. Jestem starym
Poleszukiem, urodzonym i wychowanym w Bezdziezu, pow. Drogiczyn, więc dala mnie ten cały opis
był
tylko przypomieniem, Ja to wszystko znam z własnego przezycia, Dziękuję za przypomnienie, Niestety,
takiego Polesie już nie ma !
Anonimowy   |2010-06-14 17:16:51
Pisze Pani bardzo dobrym językiem, artykuł świetnie się czyta - że o interesującej i fachowo podanej treści nie wspomnę!
Anonimowy   |2010-02-14 20:17:50
Bardzo dziękuję za pozytywne komentarze i pozdrawiam czytelników strony!:)
Agata Grzywaczewska
Anonimowy   |2010-02-12 20:31:53
Gratulacje, bardzo ciekawa praca, wiele opisanych obrzędów pamiętam z opowieści babci.Czytamy te same księgi metrykalne z Wereszczyna.
Lucjan Marcyniuk Poznań
AU  - Gratulacje   |2009-10-21 08:00:44
Gratuluję starannie opracowanej pracy. Zawiera cenne wiadomości, jest napisana dobrym językiem i starannie udokumentowana źródłowo. Dotarła Pani do wartościowych źródeł historycznych oraz
cennej starej literatury i prasy. Ja także bardzo się interesuję kulturą ludową z pogranicza kultur, tak w ujęciu historycznym, jak i współczesnym.
Pozdrawiam
Adrian Uljasz
Szeff   |2009-06-09 19:09:37
Super, swietny artykul, ciekawa kopilacja,materialu wystarczyloby na osobna strone,
jestem naprawde pod wrazeniem I zycze dalszej owocnej pracy.
Pozdrawiam
agatka   |2009-06-09 19:43:29
Wielkie dzięki za pozytywny komentarz. Jutro do takiej opinii będę przekonywała mojego promotora i recenzenta na obronie. Mam nadzieję, że będą mieli podobne zdanie co Pan/i.
Pozdrawiam
Agata
Grzywaczewska
agata.grzywaczewska@interia.eu
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Tytuł:

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved."

Zmieniony: Sobota, 27 Marzec 2010 18:41