Historia Urszulina

...nasza wspólna historia

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki
Email
Ocena użytkowników: / 148
SłabyŚwietny 

Dodaj swój Komentarz

 

Adam Panasiuk

Dzieje wsi Wiązowiec

  1. Geneza i rozwój wsi w pierwszej połowie XX wieku

Pierwszym dokumentem, który wymienia nazwę osady jest mapa szczegółowa Karola de Pertheesa, sporządzona w 1786 roku. Na mapie w miejscu obecnie położonej wsi pojawia się nazwa „Więzowie”, ale nie dla określenia osady, lecz przeprawy mostowej przez rzeczkę. Na wysokości jeziora Płotycze znajdowała się druga przeprawa mostowa, a łączyła je długa grobla nazwana Długim Brodem. Wiązowiec, jako osada pojawiała się w dokumentach dopiero pod koniec XIX stulecia. Znajdował się wówczas na dobrach Karpińskich, dziedziców dóbr andrzejowskich.

Nazwa wsi, podobnie jak pobliski Dębowiec, ma charakter florystyczny, przyjęta została najprawdopodobniej od wiązu. Drzewo to występować więc musiało w dorodnych tutejszych lasach Hipotezę genezy nazwy wsi potwierdzają profesje pierwszych mieszkańców, którzy trudnili się smolarstwem i popielarstwem, a także pracowali w tartaku w Aleksandrówce Andrzejowskiej.

Spis mieszkańców przeprowadzony w 1921 roku nie wyszczególniał wsi, a zabudowania i ich mieszkańców zaliczał do Michelsdorfu. Dopiero mapa z 1938 roku wyszczególniła Wiązowiec, jako wieś odrębną z 11 gospodarstwami, jednak w dalszym ciągu wchodził w skład gromady Michelsdorf. W kolonii gospodarstwa były zajęte głównie przez Niemców (rodziny Aleksandra Steinke, Jana Batke, Karola Reichwalda, Belków, Krugerów i Wegnerów) oraz Polaków (rodziny Seweryna Rybińskiego, Juszczuków, Aleksandra Gierlińskiego, Tomasza Wegiery, Bronisława Kozieła, Michalutów, Kowalskich – kupili od Sielaszuków, Szwedo, Gustofów, Matusików, Jungów i Kapałów), a także 1 gospodarstwo ukraińskie (Jana Pokranta). Przez cały okres międzywojnia sołtysem był Seweryn Rybiński.

W pobliżu wsi znajdowało się wspomniane jezioro Płotycze, które tworzyło odrębny obwód rybacki wraz z dopływami i odpływami z tegoż jeziora w granicach własności jeziora. Utworzenie odrębnego obrębu wojewoda lubelski uzasadnił z uwagi na ich (tj. jezior Płotycze i pobliskie Karaśne) samowystarczalność pod względem przyrodzonych warunków hodowlanych i dostateczność do prowadzenia samodzielnego gospodarstwa rybackiego.[1] Właścicielem jeziora był wówczas małoletni Ludwik Karpiński z Nowego Andrzejowa, reprezentowany przez swoją matkę Janinę.

W pierwszych latach po odzyskaniu niepodległości dzieci niemieckie uczęszczały do szkoły w Michelsdorfie, zaś polskie do Zabrodzia i Andrzejowa. Od 1934 roku dzieci wszystkich wyznań uczęszczały już do szkoły w Urszulinie, także niemieckie, gdyż ich szkołę w Michelsdorfie zlikwidowano. Natomiast ewangelicy do 1940 roku mieli swój budynek sakralny w Michlsdorfie, a katoliccy w Wereszczynie, choć bliżej im było do świątyni w Woli Wereszczyńskiej.

Ludność niemiecka w pierwszych latach po odzyskaniu niepodległości w stosunku do państwa polskiego zachowywała się lojalnie, a swojej odrębności nie akcentowała w sposób zdecydowany, czy demonstracyjny. Po dojściu Hitlera do władzy coraz większe wpływy wśród osadników niemieckich miały organizacje nacjonalistyczne, zwłaszcza Niemiecki Związek Ludowy. Związek ten był nie tylko entuzjastą niemieckiego nacjonalizmu, ale podejmował działania zmierzające do rozbudzenia dążeń separatystycznych. Działalność kulturowa mieszkańców, skupiona wokół michelsdorfskiej kirchy, jak też wokół niemieckiej wiejskiej orkiestry, przeradzała się więc w działalność polityczną o charakterze profaszystowskim i antypolskim. Również lekcje religii prowadzone z dziećmi w budynku kirchy zyskiwały charakter agitacji nacjonalistycznej i antypolskiej. Z początkiem 1938 roku wśród kolonistów rozpoczęto akcję agitacyjną, mającą na celu skłonienie rolników do sprzedaży swoich gospodarstw i wyjazdu na ziemie zachodnie i do Niemiec. Akcja ta szybko znalazła wielu zwolenników. Nie chcieli bowiem, aby ich synowie służyli w wojsku polskim, która gotowała się na wojnę z Niemcami. Na jesieni 1938 roku zaobserwowano w Powiecie Włodawskim, że koloniści niemieccy wyzbywają się gospodarstw rolnych i przenoszą się w Poznańskie, gdzie mają wykupywać z rąk polskich większe gospodarstwa.

  1. Okres II wojny św.

Słońce wzbiło swą kulą ognistą ponad drzewami, wyłaniając się w porannej mgle. Ludzie tu i ówdzie zaczęli zaprzęgać szkapy do pługa i brać się za wyrywkę na żyto. Wyszedłem na pole, aby przysposobić pod zasiewy trochę roli, bo może znowu powołają do wojska, bo na pewno coś z tego wyniknie. Kiedy zaganiałem drugą skibę na zagon nadjechał ksiądz Bujalski, proboszcz z Woli Wereszczyńskiej. Zawołał:

- Szczęść Boże.

- Bóg zapłać za słowo dobre – odrzekłem.

- Dokąd to ksiądz jedzie? – zapytałem.

- Do wojska panie kochany i pan rzucaj tą robotę i jedź pan, bo mobilizacja. Pan tam jest potrzebny, żona da sobie radę z gospodarstwem. Dowidzenia, dowidzenia – zdjął kapelusz.

- Szczęśliwej drogi i powrotu – odrzekłem.

Tylko kumany kurzu zasłoniły wózek księdza Bujalskiego i pojechał. Dokończyłem orkę i zjechałem na podwórze. Tylko zdążyłem wyłożyć konie z zaprzęgów, jak wpada goniec i doręcza mi kartę wezwania do mej formacji, abym się natychmiast wstawił w Brześciu. W domu ruch się wzmożył, żona zaczęła się krzątać i szykować coś na podwóz – to bieliznę, to coś z pieczywa. Ja sam nie wiedział, co się ze mną dzieje. Szory zamiast do stajni zaniosłem do mieszkania. Zdenerwowanie mi odleciało dopiero, kiedy zobaczyłem, że jakiś samolot wielki przeleciał ponad naszemi zabudowaniami w stronę Lublina i po niewielkiej chwili wracał nazad. Zanim dałem koniom obrok żona w między czasie już zdążyła przygotować do podróży potrzebny ekwipunek. Pożegnałem szybko teścia i dzieci, konie przejadły obrok, założyłem je do wozu i żona odwiozła mnie do stacji Włodawa, odległej od domu 35 km. Tam pożegnałem żonę, niedając się jej wiele rozczulać. Wyprawiłem ją powrotem do domu zapłakaną[2]wspominał pierwsze wrześniowe dni Władysław Leszczyński. Po niepełnym miesiącu powrócił z wojny do domu.

Po wkroczeniu do Michelsdorfu wojsk niemieckich w 1939 roku osadnicy niemieccy w zdecydowanej większości ujawnili swoje profaszystowskie poglądy, zarówno w słowie, jak i w czynie. Marian Kapała opowiada, że jeszcze jak wojska niemieckie nie doszły, a przelatywały nad nami samoloty, to nasi Niemcy z dumą mówili, że to nasze ptaszki latają. A jak żołnierze weszli, to okazało się, że prawie każdy nasz Niemiec miał swój karabin[3] – wspomina kilkuletni wówczas Marian Kapała z Wiązowca. Ich komendantem został Aleksander Steinke. Seweryn Rybiński nie chciał służyć Niemcom, więc zakopał tabliczkę sołtysa w ziemi[4]opowiada wnuk Jeremi Leszczyński.

Nie tylko Niemcy, ale również Polacy i Ukraińcy czynnie współpracowali z okupantem. Tomasza Wegierę władze okupacyjne mianowały kontyngentowym. Stał się znany ze swej bezwzględności wobec miejscowej ludności, a nawet najbliższych sąsiadów. Nosili ze sobą gumy, które w środku wypełnione były łańcuchami. Ludność nie mogła mielić zboża w gospodarstwach, więc szukali po gospodarstwach żarna. Nie jeden od niego dostał – wspomina Michał Ośko z Nowego Załucza. Raz wyznaczył mojego ojca i Żekanowskiego na wożenie furmanką kontyngentowych ziemniaków do Włodawy. Musieli się stawić w Woli Wereszczyńskiej. Spóźnili się kilkanaście minut, to ten za to batem po twarzy ich lał[5] – opowiada Józef Borkowski – potomek przesiedleńców z Michelsdorfu. Z kolei Władysław Leszczyński pisał w pamiętnikach, jak Wojciechowi Szczepaniakowi, swemu sąsiadowi na Wiązowcu, zabrał ostatnią kaszę, którą posiadał, a dodać należy, że Szczepaniak był wysiedleńcem, już raz ze wszystkiem obrabowany przez Niemców.[6] W 1940 roku Wegiera wydał Niemcom sąsiada Jana Leszczyńskiego, kierownika placówki pocztowej w Woli Wereszczyńskiej, który w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu przebywał aż do wyzwolenia. Wuj chodził do Wegierówny. Jak u niej raz był, to w płaszczu zostawił jakieś dokumenty z konspiracji i ten Wegiera je znalazł. Następnego dnia Niemcy obstawili pocztę i zabrali wuja do Oświęcimia[7]opowiada Jeremi Leszczyński i dodaje: Nam też ostatnią krowę zabrał. Jak rodzice trzymali świnię, to ukryli w słomie, że tylko tunelem dało się do niej dojść.[8] Wegierę zamordowali sąsiedzi w lutym 1943 roku – Witold Urban i Wardenszkiewiczowie. Mieli oni kontrakt na dostawę mięsa do chełmskiego szpitala. Gdy transport w Urszulinie zobaczył Wegiera, to chciał te mięso zarekwirować. Wtedy oni pobili go kłonicami, że ten zmarł[9] – opowiada o zabójstwie Józef Kujawski. Zabójstwo Wygiery zapamiętał też Marian Kapała. Przyleciał do mojego ojca Aleksander Wegiera, żeby poszedł z nim zobaczyć co się stało. Gdy doszli na miejsce zobaczyli Wegierę martwego na śniegu. Wrócili się po furę, ale jak wrócili ciała już nie było. Po śladach doszli do lasu, w zagajniku był schowany. Był nie do poznania, cała twarz rozbita.[10]

Gorliwie obowiązki kontyngentowe wypełniał Ukrainiec Jan Pokrant. W 1943 roku, podczas gdy 5 niemieckich żołnierzy pędziło z Woli Wereszczyńskiej około pięćdziesięcioosobową grupę mieszkańców, z przeznaczeniem do wysłania na roboty do III Rzeszy, na chwilę zatrzymano się w Wiązowcu. Wtedy zabrali moją siostrę, Wegierównę, ale też córkę tego Ukraińca. Na to on zaczął krzyczeć do Niemców: „Judy jest!” Poprowadził tych Niemców do obory Przybyszewskiego, a tam zastano kilkudziesięciu Żydów, chyba 47. Wszystkich wyprowadzono i rozstrzelano, a później zakopano. W tym czasie ci z łapanki pouciekali[11] – wspomina te trudne chwile nastoletni wówczas Marian Kapała. Pokranta w późniejszym okresie zamordowali polscy partyzanci.

Za przekazywanie okupantowi informacji o polskich partyzantach zamordowano żonę Radeckiego. Volksdeutschem został również Wojciech Jastrzębski, który po śmierci swoich dzieci na tyfus plamisty wyjechał przed zakończeniem okupacji.

W maju 1940 roku, podczas wizytacji dystryktu lubelskiego, Himmler wydał dyrektywę, w myśl której kolonistów niemieckich, bądź chłopów „krwi niemieckiej”, miano przesiedlić po żniwach do opuszczonych przez Polaków gospodarstw w tak zwanym Warthegau – Kraj Warty. W związku z tym w Chełmie i Cycowie powołano organizacje przesiedleńcze, które wydawały decyzje w trybie bezwzględnym. Najwięcej w regionie za Niemców, uznano właśnie mieszkańców gmin: Cyców i Wola Wereszczyńska. Wyjeżdżający koloniści mogli zabrać ze sobą cały majątek ruchomy, poza końmi i bydłem z powodu braku transportu. Na miejscu koloniści niemieccy otrzymali zabrane Polakom gospodarstwa z pełnym wyposażeniem.

Po żniwach w 1940 roku przybyli wysiedleńcy z Kraju Warty (głównie z Poznańskiego, Pomorza i Kujaw), chociażby Jastrzębscy z Łagiewnik, Wardenszkiewiczowie, Pasternakowie, Urbanowie, Radowscy, Szczepaniakowie i Radeccy, osiedlając się w pozostawionych przez kolonistów wsiach. Do Gminy Wola Wereszczyńska przybyło około 100 takich rodzin. Przyjeżdżali do wsi mając często jedynie to co na sobie, ewentualnie z niewielkimi walizkami. Zajmowali opustoszałe poniemieckie domy, dlatego też ich los podczas wojny był najcięższy. W pierwszym roku ich pobytu nie mieli żadnych wykonanych zasiewów, zapasów żywności, stąd powszechna była nędza i głód wśród tej grupy mieszkańców.

W 1940 roku do Wiązowca przybył nieznany wówczas Józef Kowalski. Powierzono mu zadanie organizację okupacyjnych kontyngentów, a faktycznie był organizatorem Związku Walki Zbrojnej na terenie Powiatu Włodawskiego. Józef Milert ps. „Kowalski”, „Sęp” zamieszkał najpierw u Tomasza Wegiery, a następnie u Kapałów. Mieszkali w jednym domu, a ten Wegiera nic o jego działalności nie wiedział – opowiada Józef Kujawski. Początkowo pracował jako garbarz, później objął funkcję gminnego kontyngentowego. Po niepełnym roku zamieszkał w Sękowie, najpierw w domu Flisiuków, a następnie w gospodarstwie Romana Panasiuka.

Dość szybko „Sęp” zorganizował konspiracyjne struktury. Z Władysławem Leszczyńskim tworzył gminny Związek Walki Zbrojnej, przemianowany w AK (Armię Krajową). Leszczyński objął początkowo funkcję kwatermistrza rejonu. Obowiązkiem moim było zaopatrywać mające powstać oddziały partyzanckie w żywność[12]wspominał Władysława Leszczyński. Jego syn Jeremi opowiada, jak z Kapałą woziłem do Olszowa dla partyzantów marmoladę, czy mięso, które u nas bito.[13] Komendantem miejscowej placówki AK i dowódcą plutony został Wardenkiewicz ps. „Granat”. W akcjach partyzantów uczestniczyli Jan Urban i Gierliński. Po powrocie z obozu w działalność konspiracyjną zaangażował się Stanisław Leszczyński. Leszczyńscy uczestniczyli chociażby w nieudanym napadzie na posterunek w Wytycznie z sierpnia 1943 roku, a także na udany już atak w lutym 1944 roku. Władysław Leszczyński był również w dniu 20 lutego 1944 roku gospodarzem spotkania dowództwa obwodu – 3 dni przed śmiercią komendanta „Sępa”. Udział w spotkaniu wzięli: kwatermistrz obwodu Dominik Bolesta ps. „Abisyńczyk”, komendant rejonu Bronisław Armaciński ps. „Tajfun” i por. Mieczysław Łabędź-Zatorski ps. „Aleksander”. Po zamordowaniu „Abisyńczyka” (w dniu 3 marca 1944 roku) Leszczyńskiego mianowano kwatermistrzem obwodu, jednakże pełnił tę funkcję tylko przez 12 dni, rezygnując na skutek nieporozumienia w sztabie i częstych zatargów między mną, a zastępcą k-ta obwodu „Tajfunem – pisał Leszczyński i dodał: W ten sposób rozwiązałem sobie ręce, aby mi nikt swej woli nie narzucał, co w późniejszym okresie wyszło mi to na dobrze.[14] Pod koniec działalności AK Leszczyński zbliżył się we współpracy z Robertem Satanowskim, dowódcą prosowieckiego polskiego oddziału „Jeszcze Polska nie Zginęła”. Pisał w pamiętnikach, jak kilku z nich (tj. partyzantów) zabrałem do swojego domu, gdzie żona przez 4 tygodnie udzielała im troskliwej opieki. Satanowski później przysłał swych ludzi po zabranie ich, a ja otrzymałem listowną ofertę o przyjęcie do niego na stanowisko kwatermistrza w stopniu kapitana.[15] Leszczyński nie podjął się dalszej współpracy, gdyż obawiałem się, aby „Jarema” nie mścił się na rodzinie.[16]

Wojska radzieckie wkroczyły do Wiązowca w dniu 22 lipca 1944 roku. Wydarzenia te zapamiętał Marian Kapała: Ja wtedy pasłem krowy. Najpierw przez wieś tankietka niemiecka przejechała. Za nimi dwa radzieckie czołgi jechały. Słyszałem później, że pod Lipniakiem skończyło się paliwo i tam zaczęli uciekać, ale partyzanci ich zabili. Ja też wtedy widziałem kilku Niemców, którzy przez las w koszulach uciekali. Mundury już zdążyli zrzucić.[17]

  1. Wiązowiec w okresie Polski Ludowej

W niedługim czasie po wkroczeniu wojsk radzieckich niektórzy partyzanci AK wstąpili do formowanego wojska polskiego, inni zaś podjęli współpracę z partyzantami antykomunistycznymi. Władze radzieckie internowały wszystkich członków AK i wywożono ich na tereny Z. Radzieckiego. Umyślałem zgłosić się do wojska, aby unikną wywiezienia[18]uzasadniał swoją decyzję Władysław Leszczyński. Kontakty z partyzantami utrzymywali chociażby Józefa i Władysław Gierlińscy oraz listonosz Jan Kowalski, zaopatrując partyzantów oraz samego dowódcę jednego z oddziałów WiN („Wolność i Niezawisłość”) Edwarda Taraszkiewicza ps. „Żelaznego” w żywność, jak też udzielając im schronienia. U Kowalskiego znajdował się przygotowany w tym celu bunkier.

Okres powojenny obfitował w liczne kradzieże i rabunki, dokonywane przez pospolite bandy, a nawet samych partyzantów WiN. Chociażby Józef Strug ps. „Ordon” zrabował konia u Czesława Leszczyńskiego. Poszliśmy za śladami. W Nadrybiu zobaczyliśmy konia, ukradł go „Ordon”. Jak nas zobaczyli, to zaczęliśmy uciekać. Czesiek uciekł, a mnie złapali. Może dlatego przeżyłem, bo pewnie nie chciał, aby się rozeszło, że zabił akowca. „Ordon” bił mnie, ale nie zabił[19] – opowiada Józef Kujawski.

Wkroczenie wojsk radzieckich w 1944 roku zapoczątkowało przesiedlenia. W maju 1945 roku wyjechały rodziny tzw. Poznaniaków (oprócz Radowskich), a w marcu ukraińska rodzina Paszczuków. Ich gospodarstwo w listopadzie 1949 roku przejął na własność Skarb Państwa. Miejsce wysiedlonych zajęli zabużanie. Wyjeżdżały także polskie rodziny, chociażby Stanisław Leszczyński z rodziną, uciekając tym sposobem przed prześladowaniami partyzantów antykomunistycznych. Kilka lat po wojnie władze powiatowe zorganizowały dla ochotników wyjazd na roboty rolne do Czechosłowacji. Z takiej oferty skorzystał Józef Wegiera.

Migracje te spowodowały niewielki wzrost liczby ludności Wiązowica, przyporządkowanej w 1952 roku przez Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Lublinie do gromady Michałów. W 1965 roku znajdowało się w Wiązowcu 14 gospodarstw. Mapa topograficzna podaje jednak nazwę Wiązownica, co mogło wynikać z błędu autorów mapy. W latach osiemdziesiątych na stałe we wsi przebywało około 50 mieszkańców. Jest to więc jedna z najmniejszych miejscowości w gminie, choć w przeciągu kolejnych dwudziestu lat liczba mieszkańców wzrosła do 80 osób.

W 1962 roku przez wieś przeprowadzono drogę asfaltową. Większość prac przygotowawczych (usypanie podkładu pod asfalt) wykonali mieszkańcy w ramach czynu społecznego. Jak robili tą drogę, to koparki wykopały kawałek szabli, rękojeść. Ale ktoś z pracowników to zabrał[20] – wspomina Marian Kapała. W 1975 roku dokonano melioryzacji pobliskiego Krowiego Bagna, co bardzo ułatwiło gospodarowanie miejscowym rolnikom. Ta sytuacja przyśpieszyła plany melioryzacji Krowiego Bagna. Miejscowy Marian Kapała mówił wówczas, że bez melioracji nie ma szans na intensyfikację produkcji rolnej w gminie.[21] Sam gospodarzył na 7 hektarach, a osiągał dobre wyniki w produkcji jedynie dlatego, że wykarczował bagienne krzewy, przeprowadził minimeliorację, zasiał nowe szlachetne trawy.

Pierwszym powojennym przedstawicielem wsi w GRN Wola Wereszczyńska z siedzibą w Urszulinie został Aleksander Gierliński. W sierpniu 1945 roku wszedł on w skład pierwszej rady nadzorczej Gminnej Spółdzielni „Samopomoc Chłopska”, której prezesem został jego sąsiad Władysław Leszczyński. W 1948 roku Gierlińskiemu powierzono funkcję przewodniczącego nowoutworzonego Komitetu Budowy Szkół, który miał na celu rozwiązanie problemu lokalowego szkół w gminie. Jednym z najbardziej aktywnych mieszkańców wsi okresu Polski Ludowej był Marian Kapała pełniący na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych prestiżową funkcję Przewodniczącego Gromadzkiej Rady Narodowej w Urszulin. W 1976 roku został wybrany na radnego Wojewódzkiej Rady Narodowej w Chełmie, który funkcję tą pełnił przez trzy kadencje (czyli do 1988 roku). Jednocześnie w 1978 i 1984 roku wybrano go do Gminnej Rady Narodowej (GRN) w Urszulinie.

W okresie stanu wojennego wieś żyła sprawą krzyża na początku wsi od strony Urszulina, którego mieszkańcy ustawili w miejscu starego, już skruszałego. O całej sprawie opowiada ówczesny sołtys Jerzy Zygmuntowicz: Kiedyś stał tam drewniany, ale dawno się rozpadł. Postanowiliśmy postawić nowy. Zebrałem we wsi składki i zamówiłem materiał. Fundamenty wykonał Stanisław Brzezina. W tym czasie przyjechał dyrektor zarządu dróg i zaczął grozić, że stawiamy go bezprawnie. Potem przyjechał prokurator z oficerem Rybakiem i naczelnikiem Koniecznym. Prokrator ten zaczął mi grozić, ale ja pokazałem mu dokumenty ze składek, na dowód, że to cała wieś się składała, no i przygotowaliśmy oświadczenie, że ten krzyż postawiliśmy w miejsce wcześniejszego. Zabrał mi dokumenty i chciał zniszczyć, ale ja pokazałem mu kopie z kalki. Wyzwałem go i wygoniłem z podwórka. Groził mi sądem i rzeczywiście, za miesiąc zostałem wezwany. W sądzie był ten sam prokurator, więc ja zażądałem jego zmiany. Miałem świadków, że chciał zniszczyć dowody w sprawie. I zmienili go, na następnej rozprawie już go nie było. Sprawę umorzyli ze względu za znikomą szkodliwość czynu, ale nerwów trochę było.[22]

  1. Wiązowiec współczesny

Do dnia dzisiejszego miejscowość Wiązowiec jest pod względem administracyjnyo-geodezyjnym częścią wsi Michałów, choć stanowi wyodrębnione sołectwo. W skład sołectwa wchodzą ponadto 4 gospodarstwa z obrębu ewidencyjnego Urszulin. Według danych z 2007 roku zamieszkiwało w Wiązowcu 57 osób. Funkcję sołtysa pełni Wiesław Kapała. W wyborach samorządowych do Rady Gminy w Urszulinie radnym został wybrany Jerzy Zygmuntowicz, który ze względu na równą liczbą głosów z Kazimierzem Szutą uzyskał mandat dopiero w drodze losowania.

Źródła i literatura:

  • „Sztandar Ludu”, Lublin, nr 65 (9564) z 1975 roku, artykuł Stanisława Jadczaka pt. „Dajcie helikopter!”;
  • Akta Gminy Wola Wereszczyńska z siedzibą w Urszulinie (nr zespołu 74/0), Archiwum Państwowe w Lublinie Oddział w Chełmie;
  • Doroszewski Jerzy, Mniejszość niemiecka na Chełmszczyźnie w latach 1918-1939, [w:] Rocznik Chełmski, Tom 3 z 1997 roku;
  • Dziennik Urzędowy Wojewódzkiej Rady Narodowej w Chełmie, nr 1 z 1978 roku, nr 1 z 1984 roku, http://cyfrowa.chdp.chelm.pl;
  • Dziennik Urzędowy Wojewódzkiej Rady Narodowej w Lublinie, nr 3 z 1953 roku, http://cyfrowa.chdp.chelm.pl;
  • Dziennik Urzędowy Województwa Chełmskiego, nr 5 z 1994 roku, nr 8 z 1996 roku, http://cyfrowa.chdp.chelm.pl;
  • Dzienniki szkolne Szkoły Powszechnej w Urszulinie z lat 1935-1946, zebrane w Zespole Szkół w Urszulinie;
  • Gminna Spółdzielnia Samopomoc Chłopska w Urszulinie i Woli Wereszczyńskiej (sygn. 327), Związek Samopomocy Chłopskiej Zarząd Wojewódzki w Lublinie (nr zespołu 807/0), Archiwum Państwowe w Lublinie;
  • Kronika Parafii Rzymskokatolickiej p.w. św. Andrzeja Boboli w Wytycznie, spisana przez ks. Jana Rębisza i późniejszych proboszczów parafii;
  • Księgi urodzeń, ślubów i zgonów Parafii Rzymskokatolickiej p.w. św. Stanisława Biskupa Męczennika w Wereszczynie;
  • Leszczyński Władysław, 1939-1950, Pamiętniki, rękopis w zbiorach Jeremiego Leszczyńskiego z Wytyczna;
  • Lubelski Dziennik Wojewódzki, nr 30 z 1935 roku, nr 2 z 1936 roku, http://cyfrowa.chbp.chelm.pl;
  • Mappa szczegulna Woiewodztwa Lubelskiego zrządzona przez Karola de Pertheesa w 1786 roku; Zakład Zbiorów Kartograficznych Biblioteki Narodowej w Warszawie;
  • Mapa topograficzna Polski, Warszawa, układ 1965 i 1992, www.geoportal.gov.pl;
  • Mapa Wojskowego Instytutu Geograficznego, Warszawa 1938;
  • Metryki obwodu szkolnego w Urszulinie z 1939 roku, zebrane w Zespole Szkół w Urszulinie;
  • Orzeczenie Starosty Powiatu Włodawskiego z dnia 12 listopada 1949 roku (Lubelski Dziennik Wojewódzki z 1949 roku, nr 33, poz. 370), http://cyfrowa.chbp.chelm.pl;
  • Wojewódzki Urząd Spraw Wewnętrznych w Lublinie – materiały administracyjne. PUBP Włodawa 1944-1964. Instytut Pamięci Narodowej o/Lublin;
  • Wspomnienia mieszkańców: Marian Kapała z Wiązowca; Jerzy Zygmuntowicz z Wiązowca; Waltruda Potrawke z Poczdamu (Niemcy); Ted Belke z Devon (Kanada); Michał Ośko z Nowego Załucza, Józef Kujawski z Babska; Klementyna Kozłowska (z domu Jung) z Urszulina, Janina Wałecka (z domu Ostasz) z Michałowa, Józef Borkowski, Stanisław Rzekanowski, Jeremi Leszczyński z Wytyczna.


[1] Lubelski Dziennik Wojewódzki, nr 2 z 1936 roku, s. 16.

[2] Władysław Leszczyński, 1939-1950. Pamiętniki, rękopis w zbiorach Jeremiego Leszczyńskiego.

[3] Relacja z 8 grudnia 2012 roku i 5 maja 2008 roku. W zbiorach własnych.

[4] Relacja z 19 listopada 2012 roku. W zbiorach własnych.

[5] Relacja z 18 sierpnia 2012 roku. W zbiorach własnych.

[6] Władysław Leszczyński, op. cit.

[7] Relacja z dnia 30 listopada 2012 roku. W zbiorach własnych.

[8] Relacja z dnia 19 listopada 2012 roku. W zbiorach własnych.

[9] Relacja z 11 listopada 2008 roku. W zbiorach własnych.

[10] Relacja z 8 grudnia 2012 roku. W zbiorach własnych.

[11] Relacja z 5 maja 2008 roku. W zbiorach własnych.

[12] Władysław Leszczyński, op. cit.

[13] Relacja z 19 listopada 2012 roku. W zbiorach własnych.

[14] Władysław Leszczyński, op. cit.

[15] Tamże.

[16] Tamże.

[17] Relacja z 8 grudnia 2012 roku. W zbiorach własnych.

[18] Władysław Leszczyński, op. cit.

[19] Relacja z 11 listopada 2008 roku. W zbiorach własnych.

[20] Relacja z 5 maja 2008 roku. W zbiorach własnych.

[21] „Sztandar Ludu”, nr 65 z 1975 roku, s. 6.

[22] Relacja z dnia 2 lipca 2012 roku. W zbiorach własnych.

 

<p id="komentarz">&nbsp;</p>

Komentarze
Dodaj nowy
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Tytuł:

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved."

Zmieniony: Niedziela, 16 Sierpień 2015 21:37